b-azylia
26.11.03, 12:09
nie wiem czy piszę w dobre miejsce i kto to w końcu przeczyta, ale
trudno...tonący łapie się brzytwy
Mam 24 lata, mój partner ma 26, jesteśm razem od 2 lat.Nasz problem byłby
bardzo typowy(niemozność osiągnięcia orgazmu przez partnerkę , podczas
stosunku...),myśle jednak że takim nie jest.
Jak już napisałam wyżej , nie osiągam orgazmu podczas stosunku, nie zdażyło
mi się to ani razu ,sypiam z moim partnerem od 1,5 roku.
Nie "dochodzę"również podczas pieszczot , " normalnej"masturbacji w
pojedynkę lub z partnerem...
Problem sięga mojego dzieciństwa jeszcze..otóż owszem osiągam orgazm,lub
kilka w kilkominutowych odcinkach czasu onanizując się podczas oglądania
filmów erotycznych,porno lub ostrym strumieniem wody- zawsze w pojedynkę .
nie wiem jak daleko musiałabym się cofnąć w czasie...regularnie onazizuję
się od 12 roku życia, wtedy odkryłam przypadkiem prysznic...niedługo potem
doszedł przyrząd do masażu,który wylądował zupełnie gdzie indziej...jako ok
7/8 letnie dziecko znalazłam z bratem "świerszczyki" w domu u taty w
szafie...pamiętam,że oglądałam je z wyraźnym zainteresowaniem,około 2/4 lat
później zaczęłam oglądać filmy porno,znalezione również wspólnie z
bratem.Jako 10 nlatka zostałam "jednorazowo" uprowadzona na pobliskie
działki , mężczyzna ten całował mnie i dotykał przez ubranie - to co w tym
wspomnieniu przeraża mnie najbarziej to fakt,że później "tęskniłam"za tym
facetem, wyobrażałam sobie,że pozwalam mu na więcej...Regularny onanizm,
oglądanie filmów trwa właściwie do dziś ...nie potrafię się od tego uwolnić,
tym bardziej ,że nie osiągam wyładowania podczas pieszczot i stosunku z
partnerem..
Oprócz aktualnego partnera, byłam tylko w jednym związku,na którym później
nie szczególnie mi zależało.Z tamtym mężczyzną, a właściwie chłopakiem
kochaliśmy się bardzo często, czasem kilkakrotnie w ciągu dnia, całe
noce ..pomimo jego doskonałej potencji i "wytrzymałości", nigdy nie udało
mni się przekroczyć "tej "granicy, wtedy myślałam ,że spowodowane jest to
moim niezaangażowaniem uczciowym...Z obecnym partnerem tworzymy bardzo
ciepły i czuły związek,dużo sie do siebie przytulamy , obdarowujemy
drobnymi czułościami na co dzień...problemy zaczęły sie po około pół roku od
rozpoczęcia współzycia...gdy odkryłam,że pomimo moich szczerych chęci i
zaangażowania, sytuacja sie nie zmienia, jest mi zawsze bardzo dobrze,ale
nigdy nie przekraczam owej granicy...teraz wiem,że to był mój błąd, ale
zaczęłam delikatnie naciskać na partnera, i sugerowac problem, myślałam,że
może jednak to tylko kwestia techniki, i że musimy się
najwidoczniej "podszkolić" a w zasadzie On, wtedy faktycznie wydawało mi
się, że może to jego wina (ja byłam i jestem bardzo aktywna)...potem było
już tylko gorzej...On sie bardzo stara..widzę to i doceniam...ale ile może
trwać "gra wstępna"???Do tego wszystkiego doszły problemy z przedwczesnym
wytryskiem, ale przecież jeśli gra wstępna trwa 2/3 godziny - ja też w końcu
pewnie bym nie wytrzymała, gdyby doszło już do pełnego stosunku...Zaczęły
się nerwy, stres,żal i co raz większa niechęć...On mi nie wierzy,że w ogóle
sprawia mi jakąkolwiek przyjemność, mimo że jest naprawdę bardzo czuły,
kochany, uwielbiam po prostu być z nim, ale teraz tylko już się stresuję,i
zamiast się relaksować - zastanawiam się czy sie już zmęczył.Po prostu w
którymś momencie ,tym tuż przed jakbym stanęła w miejscu i podniecenie
zaczyna opadać... wszystko robi się sztuczne i "robocikowe", w końcu
obydwoje mamy dość, a jeśli nawet dojdzie do stosunku(a zdaża się to bardzo
rzadko 1/2 razy w miesiącu)na drugi dzień czuję się obserwowana, bada mnie
czy nie jestem obrażona, że on doszedł a ja ZNOWU nie.Najbardziej boli mnie
to ,że teraz On to wszystko bierze bardzo do siebie i dzisiaj po kolejnej
takiej nieudanej nocy, usłyszałam,że w ogóle już nie ma ochoty na seks,
wszystko jest sztuczne,że stracił zupełnie poczucie własnej wartości jako
mężczyzna, pieszczoty przestają sprawiać nam przyjemność zaczeliśmy unikać
zbliżeń, rozmowy nam nie wychodzą a robi sie tylko gorzej...ja jestem
nadpobudliwa seksualnie, co raz częście sięgam do filmów...mam juz tego dość
a zupełnie nie wiem jak z tego wybrnąć. Moje Kochanie nie chce iść do
lekarza, twierdząc, że po co od razu do lekarza...ale ja wiem,że sama nie
dam rady bo nie wiem gdzie leży problem i jak go rozwiązać, czuję sie
bezsilna, wiem,ze nawet jeśli sie rozstaniemy(bo w końcu nie będziemy mogli
na siebie patrzeć),to ten problem w moim przypadku nie zniknie...proszę o
pomoc...