aniao3
17.02.04, 23:00
Kochane e-mamy!
Pisze ten list ponad tydzien po mojej tragedii, pisze go dla tych z was,
którym swiat się zawalil. Podobno zawsze moze byc gorzej niz jest.
Gdy rok temu zaszlam w ciaze, skakalam ze szczescia. Niedlugo. W 5 tyg. po
raz pierwszy rozstalam się z marzeniem o szczesliwym macierzynstwie. Wtedy
pomogla mi swiadomosc, ze nie ja jedna przezywam taka tragedie, bo o
poronieniu nie przeczyta się w pismach dla przyszlych mam...
Pol roku pozniej znowu bylam w ciazy. Mialam nowa nadzieje i nowego lekarza,
który natychmiast kazal mi zrobic test na poziom progesteronu. W pierwszej
ciazy nawet przez moment nie mialam mdlosci – wiec być może niedobor
progesteronu był przyczyzna tamtego poronienia.
Tym razem było ok. Pierwsze USG i cudowna niespodzianka: blizniaki! Az się
poplakalam z radosci. Przez trzy tygodnie zylismy upojeni wizja naszej
rodzinki. Kolejne USG wykazalo, ze jedno z dzieci przestalo się rozwijac.
Rozpacz i zal do losu. Ja wiem ze to się często zdarza i gdyby nie nowoczesna
aparatura, to bysmy o blizniakach nawet nie wiedzieli, ale trudno było się
nam z tym pogodzic.
Zostala jednak nasza kruszynka, dla ktorej warto było zyc.
Ale i ja mi los odebral: w 25 tc wykryto na USG powazne ubytki mozgu u mojej
Malgorzatki.
Nie było nadziei, ze będzie mogla zyc samodzielnie.
Po blisko 4 tyb. badan zdecydowalam się na wczesniejszy porod mojej
coreczki w 29tc. Lekarze doradzili mi naturalny – jako lepszy dla mojego
organizmu i jednak dajacy mozliwosc szybszego powrotu
do zdrowia i zajscia w kolejna ciaze.
Rodzilam w Instytucie MiDz (Kasprzaka), gdzie znano już moja
historie i gdzie mialam robione wczesniesjze badania. Podano mi globulke
dopochwowa by wywolac skurcze i uprzedzono, ze to może potrwac nim się
pojawia. Na wszelki wypadek poprosilam o cos na uspokojenie. Po kilku
godzinach zaczelo mnie pobolewac, ale rozeszlo się do wieczora. Nastepnego
dnia znowu globulka i znowu niby male skurcze co 3 min, ale w sumie malo
bolesne. Lekarze nie chcieli na sile podawac mi oksytocyny, twierdzac, ze
lepiej dla mnie jak to będzie wolniej, ale bardziej naturalnie. O 6.30 nagle
skurcze zrobily się bardzo konkretne. Akurat był mój maz – najpierw nie
chcialam by był przy mnie – bo oboje nie byliśmy do tego porodu w żaden
sposób przygotowani i myslalam, ze może lepiej by nie widzial jak to boli,
ale im dluzej to trwalo, tym bardziej potrzebowalam by trzymal mnie za reke i
po prostu był obok. Bolalo, ale wiedzialam, ze kazda minuta zbliza nas do
konca. W koncu podano mi zzo – mam wrazenie ze nie podzialalo, ale było mi
już wszystko jedno. Chcialam po prostu urodzic i przytulic maja kruszynke. Na
sam moment parcia mój maz wyszedl – tak było lepiej dla nas obojga. Wreszcie
poczulam ulge i zdziwienie widzac jak ktos trzyma malenkie cialko mojej
coreczki. Urodzila się w srode o 1 rano. Była za mala by zaplakac...
Uslyszalam tylko slowa pediatry ze jest asymetryczna, ktos powiedzial, ze
lepiej bym jej nie widziala, ale wiedzialam, ze musze ja przytulic i
pozegnac. Podano mi ja zwinieta w kocyk – była taka malenka. Czulam jak się
poruszyla i co mruczala pod noskiem. Ucalowalam ja kilka razy i oddalam.
Bylam pewna ze wkrotce umrze, poprosilam by ochrzczono ja z wody. Malenka w
inkubatorze pojechala na gore, chcialam isc do niej, ale mialam odpoczywac i
zbierac sily.
Po dwoch godzinach dowiedzialam się ze oddycha sama, ze jej stan jest
stabilny. Bylam szczesliwa i przerazona, ze może jednak zdarzyl się cud, ze
może jednak lekarze się mylili, ze może mogla by zyc, a ja jej ta szanse
odebralam... Bo mowiono mi ze nie będzie mogla oddychac, ruszac się, a jednak
ta odrobina mozdzku jej na to pozwalala...
Nastepnego dnia rano poszlismy ja zobaczyc. Widzialam przez lzy, ze jest
najmniejszym dzieckiem wśród wczesniakow i ze jest sliczna. Nie wiedzialam o
co im chodzilo z ta asymetria – była przeciez taka cudowna. Dopiero gdy
wrocilam po trzech godzinach i popatrzylam na nia bez placzu, zrozumialam, ze
nie miala zadnych szans. Wygladala jakby ja sklejono z dwojga niedobranych
dzieci. Jedna polowa to była moja piekna coreczka, o czarnych wloskach i
malenkich paluszkach, druga... jak nozem odcial. Lysa, ze okiem prawie bez
powieki, kikucikami palcow, znacznie mniejszymi raczka i noga...Wygladala
naprawde strasznie, ale i tak ja kochalam, Taka jaka była. Pozwolono mi ja
wyjac z inkubatora – lekarze wiedzieli, ze jej smierc jest kwestia czasu –
sami wszak prosilismy by nie ratowali jej zycia za wszelka cene. Spala w
moich ramionach, moja malenka, bezbronna dziewczynka. Calowalam jej glowke i
szeptalam jej, ze bardzo ja kochamy. Potem musialam ja oddac do inkubatora,
ale moglam trzymac ja za reke, przykryc dlonia, by wiedziala, ze jestem obok.
Wodzila za mna okiem i robila taka smieszna minke jakby chciala
powiedziec „Wiec tak wygladasz mamo?” Ale nawet jej mimika była tylko na
polowie twarzy...
Zyla 27 godzin. Nastepnego dnia o czwartej rano pielegniarka obudzila mnie,
mowiac ze mogę isc do Malgorzatki, ze wlasnie zmarla. Znow ja wyjelam z
inkubatora i siedzialam tulac ja w ramionach. Wiedzialam ze tak musialo się
stac, ze nie moglismy jej sprowadzac na ziemie. Jakie zycie by ja tu czekalo?
Nie mogla od nikogo dostac tego, czego pragnela by najbardziej: zwyklej
normalnosci. Ucalowalam ja na pozegnanie od nas obojga.
I zostawilam w inkubatorze. Nie chcielismy zabierac jej ciala, robic
pogrzebu. I tak zawsze pozostanie w naszych sercach, zawsze będziemy ja
kochac i zawsze będę się zastanawiala jakby wygladala, gdyby mogla zyc
normalnie...
W calym tym tragicznym koszmarze, bardzo pomogli mi wszyscy pracownicy IMiDz.
Balam się tego porodu i tego co będzie dalej, a dzieki ich zyczliwosci i
zrozumieniu, przejscie tego wszystkiego było troche latwiejsze. Nie polozono
mnie na sale z szczesliwymi mamami, nikt nie zadawal niepotrzebnych pytan,
nikt nie zabranial mi najpierw bycia obok a potem pozegnania coreczki.
Teraz czekam na wyniki badan, pewnie jeszcze będę robic dalsze badania
genetyczne, by
wiedziec, czy to co się stalo to tylko tragiczny splot okolicznosci, czy tez
może mamy w genach cos, co nie pozwoli nam mieć dzieci.
Wiem, ze podniesiemy sie z tego, ze bedziemy jeszcze szczesliwi, ze tragedia
ta zblizyla nas jeszcze bardziej. Ale potrzebuje czasu by się wyplakac i
pogodzic z tym, co się stalo. Bo choc wiemy, ze nasza decyzja była sluszna,
nie zmniejsza to naszej rozpaczy.
I wciąż wierze, ze w koncu kiedys nasze dzieci znajda do nas droge...
I mam nadzieje, ze i wasze dzieci w koncu do was przyjda...
I tak bardzo bym chciala, by takie forum jak to stalo sie wtedy puste...
Anka