Dodaj do ulubionych

stracilam swoja kruszynke...

17.02.04, 23:00
Kochane e-mamy!
Pisze ten list ponad tydzien po mojej tragedii, pisze go dla tych z was,
którym swiat się zawalil. Podobno zawsze moze byc gorzej niz jest.
Gdy rok temu zaszlam w ciaze, skakalam ze szczescia. Niedlugo. W 5 tyg. po
raz pierwszy rozstalam się z marzeniem o szczesliwym macierzynstwie. Wtedy
pomogla mi swiadomosc, ze nie ja jedna przezywam taka tragedie, bo o
poronieniu nie przeczyta się w pismach dla przyszlych mam...
Pol roku pozniej znowu bylam w ciazy. Mialam nowa nadzieje i nowego lekarza,
który natychmiast kazal mi zrobic test na poziom progesteronu. W pierwszej
ciazy nawet przez moment nie mialam mdlosci – wiec być może niedobor
progesteronu był przyczyzna tamtego poronienia.
Tym razem było ok. Pierwsze USG i cudowna niespodzianka: blizniaki! Az się
poplakalam z radosci. Przez trzy tygodnie zylismy upojeni wizja naszej
rodzinki. Kolejne USG wykazalo, ze jedno z dzieci przestalo się rozwijac.
Rozpacz i zal do losu. Ja wiem ze to się często zdarza i gdyby nie nowoczesna
aparatura, to bysmy o blizniakach nawet nie wiedzieli, ale trudno było się
nam z tym pogodzic.
Zostala jednak nasza kruszynka, dla ktorej warto było zyc.
Ale i ja mi los odebral: w 25 tc wykryto na USG powazne ubytki mozgu u mojej
Malgorzatki.
Nie było nadziei, ze będzie mogla zyc samodzielnie.
Po blisko 4 tyb. badan zdecydowalam się na wczesniejszy porod mojej
coreczki w 29tc. Lekarze doradzili mi naturalny – jako lepszy dla mojego
organizmu i jednak dajacy mozliwosc szybszego powrotu
do zdrowia i zajscia w kolejna ciaze.
Rodzilam w Instytucie MiDz (Kasprzaka), gdzie znano już moja
historie i gdzie mialam robione wczesniesjze badania. Podano mi globulke
dopochwowa by wywolac skurcze i uprzedzono, ze to może potrwac nim się
pojawia. Na wszelki wypadek poprosilam o cos na uspokojenie. Po kilku
godzinach zaczelo mnie pobolewac, ale rozeszlo się do wieczora. Nastepnego
dnia znowu globulka i znowu niby male skurcze co 3 min, ale w sumie malo
bolesne. Lekarze nie chcieli na sile podawac mi oksytocyny, twierdzac, ze
lepiej dla mnie jak to będzie wolniej, ale bardziej naturalnie. O 6.30 nagle
skurcze zrobily się bardzo konkretne. Akurat był mój maz – najpierw nie
chcialam by był przy mnie – bo oboje nie byliśmy do tego porodu w żaden
sposób przygotowani i myslalam, ze może lepiej by nie widzial jak to boli,
ale im dluzej to trwalo, tym bardziej potrzebowalam by trzymal mnie za reke i
po prostu był obok. Bolalo, ale wiedzialam, ze kazda minuta zbliza nas do
konca. W koncu podano mi zzo – mam wrazenie ze nie podzialalo, ale było mi
już wszystko jedno. Chcialam po prostu urodzic i przytulic maja kruszynke. Na
sam moment parcia mój maz wyszedl – tak było lepiej dla nas obojga. Wreszcie
poczulam ulge i zdziwienie widzac jak ktos trzyma malenkie cialko mojej
coreczki. Urodzila się w srode o 1 rano. Była za mala by zaplakac...
Uslyszalam tylko slowa pediatry ze jest asymetryczna, ktos powiedzial, ze
lepiej bym jej nie widziala, ale wiedzialam, ze musze ja przytulic i
pozegnac. Podano mi ja zwinieta w kocyk – była taka malenka. Czulam jak się
poruszyla i co mruczala pod noskiem. Ucalowalam ja kilka razy i oddalam.
Bylam pewna ze wkrotce umrze, poprosilam by ochrzczono ja z wody. Malenka w
inkubatorze pojechala na gore, chcialam isc do niej, ale mialam odpoczywac i
zbierac sily.
Po dwoch godzinach dowiedzialam się ze oddycha sama, ze jej stan jest
stabilny. Bylam szczesliwa i przerazona, ze może jednak zdarzyl się cud, ze
może jednak lekarze się mylili, ze może mogla by zyc, a ja jej ta szanse
odebralam... Bo mowiono mi ze nie będzie mogla oddychac, ruszac się, a jednak
ta odrobina mozdzku jej na to pozwalala...
Nastepnego dnia rano poszlismy ja zobaczyc. Widzialam przez lzy, ze jest
najmniejszym dzieckiem wśród wczesniakow i ze jest sliczna. Nie wiedzialam o
co im chodzilo z ta asymetria – była przeciez taka cudowna. Dopiero gdy
wrocilam po trzech godzinach i popatrzylam na nia bez placzu, zrozumialam, ze
nie miala zadnych szans. Wygladala jakby ja sklejono z dwojga niedobranych
dzieci. Jedna polowa to była moja piekna coreczka, o czarnych wloskach i
malenkich paluszkach, druga... jak nozem odcial. Lysa, ze okiem prawie bez
powieki, kikucikami palcow, znacznie mniejszymi raczka i noga...Wygladala
naprawde strasznie, ale i tak ja kochalam, Taka jaka była. Pozwolono mi ja
wyjac z inkubatora – lekarze wiedzieli, ze jej smierc jest kwestia czasu –
sami wszak prosilismy by nie ratowali jej zycia za wszelka cene. Spala w
moich ramionach, moja malenka, bezbronna dziewczynka. Calowalam jej glowke i
szeptalam jej, ze bardzo ja kochamy. Potem musialam ja oddac do inkubatora,
ale moglam trzymac ja za reke, przykryc dlonia, by wiedziala, ze jestem obok.
Wodzila za mna okiem i robila taka smieszna minke jakby chciala
powiedziec „Wiec tak wygladasz mamo?” Ale nawet jej mimika była tylko na
polowie twarzy...
Zyla 27 godzin. Nastepnego dnia o czwartej rano pielegniarka obudzila mnie,
mowiac ze mogę isc do Malgorzatki, ze wlasnie zmarla. Znow ja wyjelam z
inkubatora i siedzialam tulac ja w ramionach. Wiedzialam ze tak musialo się
stac, ze nie moglismy jej sprowadzac na ziemie. Jakie zycie by ja tu czekalo?
Nie mogla od nikogo dostac tego, czego pragnela by najbardziej: zwyklej
normalnosci. Ucalowalam ja na pozegnanie od nas obojga.
I zostawilam w inkubatorze. Nie chcielismy zabierac jej ciala, robic
pogrzebu. I tak zawsze pozostanie w naszych sercach, zawsze będziemy ja
kochac i zawsze będę się zastanawiala jakby wygladala, gdyby mogla zyc
normalnie...
W calym tym tragicznym koszmarze, bardzo pomogli mi wszyscy pracownicy IMiDz.
Balam się tego porodu i tego co będzie dalej, a dzieki ich zyczliwosci i
zrozumieniu, przejscie tego wszystkiego było troche latwiejsze. Nie polozono
mnie na sale z szczesliwymi mamami, nikt nie zadawal niepotrzebnych pytan,
nikt nie zabranial mi najpierw bycia obok a potem pozegnania coreczki.
Teraz czekam na wyniki badan, pewnie jeszcze będę robic dalsze badania
genetyczne, by
wiedziec, czy to co się stalo to tylko tragiczny splot okolicznosci, czy tez
może mamy w genach cos, co nie pozwoli nam mieć dzieci.
Wiem, ze podniesiemy sie z tego, ze bedziemy jeszcze szczesliwi, ze tragedia
ta zblizyla nas jeszcze bardziej. Ale potrzebuje czasu by się wyplakac i
pogodzic z tym, co się stalo. Bo choc wiemy, ze nasza decyzja była sluszna,
nie zmniejsza to naszej rozpaczy.
I wciąż wierze, ze w koncu kiedys nasze dzieci znajda do nas droge...
I mam nadzieje, ze i wasze dzieci w koncu do was przyjda...
I tak bardzo bym chciala, by takie forum jak to stalo sie wtedy puste...
Anka
Obserwuj wątek
    • maretina Re: stracilam swoja kruszynke... 17.02.04, 23:43
      poplakalam sie... jestes boska!
      sciskam Cie serdecznie.
      • izu7 Re: stracilam swoja kruszynke... 23.04.04, 23:11
        Ryczę jak bóbr!!!!!!!!!!!!!!!!!! Jesteś niezwykle dzielna, ja chyba nie
        chciałabym juz życ gdyby cos takiego mnie spotkało. Poroniłam w 8 tygodniu - 3
        tygodnie temu i już wtedy krzyczalam na sali zabiegowej, ze chcę umrzeć. Boze,
        jak Ty to zniosłaś???????????? Chylę czoła...
    • yousta1 Re: stracilam swoja kruszynke... 18.02.04, 09:27
      Aniu
      Naprawdę nie wiem co napisać...popłakałam się czytając Twoją historię.
      Łączę się z Tobą w bólu i życzę Ci aby Twoje marzenie o dużej szczęśliwej
      rodzinie szybko się spełniło
      Ściskam Cię Kochana z całego serducha
      Justa (adju)
    • delfina6 Re: stracilam swoja kruszynke... 18.02.04, 11:22
      Aniu wiem że w końcu w Waszym życiu zawita małe słoneczko... życzę by stalo się
      to jak najszybciej
      • malomi Re: stracilam swoja kruszynke... 18.02.04, 11:49
        Aniu, jestem z Tobą całym sercem.
        za każdym razem jak czytam Twoją historię nie mogę powstrzymać łez.
        Musisz być silna, wiesz o ty, bo to samo radzisz mi.
        Całuje goraco
        Gosia
        • an81 Re: stracilam swoja kruszynke... 09.04.04, 14:15
          Aniu,
          jesteś taka dzielna. Pisze i płaczę. Szczęścia, radości i wszystkiego co
          najlepsze. Podziwiam
    • aniao3 Re: stracilam swoja kruszynke... 18.02.04, 20:15
      Kochane dziewczyny!
      dziekuje wam, ze jestescie.
      Wszystkie kiedys sie podniesiemy z naszego smutku i bedziemy bardzo szczesliwe.
      Wierze w to.
      anka
      • moniqueee Re: stracilam swoja kruszynke... 18.02.04, 20:30
        Aniu! Po raz kolejny czytam Twoj post - i nie bede orginalna - mialam lzy w
        oczach. Trzymam za Ciebie kciuki tak mocno jak potrafię. Z reszta za wszystkie
        dziewczyny! Jestescie naprawde silne! I wkrotce na bedziecie mialy swoje
        upragnione dzidzie!!! Powodzenia!
        Pozdrawiam

        Moniqueee
    • k-julka Re: stracilam swoja kruszynke... 19.02.04, 08:23
      Kochana Aniu!Szczerze z całego serca Ci bardzo współczuję, życzę Ci dużo
      wytrwałości i siły w dalszym życiu. Zobaczysz jeszcze kiedyś i dla Was zaświeci
      słoneczko. Pozadarwiam Cię b. gorąco
    • maksidlo Re: stracilam swoja kruszynke... 20.02.04, 22:56
      Aniu, nie znajduje slow… cala poprzednia noc myślałam o Tobie i o Twojej
      Małgorzatce...

      Trafilam zupelnie przypadkiem na Wasze forum… Tematy, które tu poruszacie sa mi
      zupełnie nieznane i tak naprawde nie wiem czy mam prawo wypowiadac się.
      Nieznane, ale nie do konca obce… Nie wiem czy uda mi się przelac to co klebi
      się w tej chwili w glowie. Sprobuje.

      Poronila moja mama. Mnie wtedy nie było jeszcze na swiecie. Mloda, 20-letnia
      mezatka w drugim miesiącu ciazy… i już szybciutko, krwawienie, bol, a potem
      łyżeczkowanie… Po latach gdy pierwszy raz (i chyba jedyny) opowiadala mi o tym
      miala lzy w oczach… Mój brat lub moja siostra, którego nie znalam. Zaszla w
      kolejna ciaze szybko, po pol roku, choc lekarze radzili zaczekac przynajmniej
      rok. Wtedy nie było grup wsparcia, psychologow, wspaniałych lekarzy i
      poloznych… Dziewiec m-cy pozniej urodziłam się ja, 26 lat temu.. Trzy lata
      pozniej moja siostra… happy end… ale do czego zmierzam… Zastanawiam się co by
      było gdyby.. nie tamto poronienie. Nie byloby mnie na pewno, pewnie Dominiki
      tez, a może bylaby innym czlowiekam, starszym, młodszym, mezczyzna… Nie wiadomo
      jak potoczylyby się losy wszystkich z mojej rodziny. Moja mama bez reszty
      poswiecila się dzieciom. Zrezygnowala z pracy, gotowala, sprzątała… była dla
      nas cala, a my.. coz odpłacałyśmy się roznie. I było roznie miedzy nami…
      Ale teraz jest moja mama jest naprawde szczesliwa, bo jest babcia, od 8 m-cy,
      babcia moje go syna i… wlasnie nie wiem czy byloby tak gdyby nie tamto
      poronienie. Może nie, raczej nie… Powiedziala mi ze wnuki kocha się bardziej
      niż swoje dzieci, ale w dobrym znaczeniu… kocha się mądrzej, pelniej..
      W tych tragediach, które tu opisujecie probuje znaleźć sens… i wydaje mi się ze
      znajde, ale za 26 lub 30 lat. I Wy tez go znajdziecie. Nie można pogodzic się z
      utrata dziecka. Sama bym się nie pogodzila choćby upłynęły wieki. Ale czasami
      tak jest, ze jeden człowiek robi miejsce drugiemu, bo tamto dziecko po tylu
      latach, tak naprawde pozwolilo zyc mojemu synowi… A moi rodzice tak bardzo
      pragnęli syna…
      Nie wiem czy przekazałam to w pelni, nie chce nikogo urazic…
      Podziwiam Was – jesteście w swojej słabości takie silne i wspaniale. Jeżeli
      pozwolicie będę tu zaglądać od czasu do czasu..
      Magda
    • zuzulek Re: stracilam swoja kruszynke... 23.02.04, 11:31
      Aniu, tak bardzo mi przykro! Od kiedy przeczytałam Twój pierwszy post, modliłam
      się za Ciebie i Twojego maluszka, mając nadzieję na jakiś cud... Trzymaj się
      dzielnie!
      Zuza
    • rendziak Re: stracilam swoja kruszynke... 25.02.04, 12:07
      Witaj Aniu!
      Wiem, że nikt kto nie przeżył tego co ty nie zrozumie Ciebie. Ja straciłam
      swoją córeczkę w 24 tygodniu ciąży. Wszystko było w porządku , przynajmniej tak
      twierdził lekarz. W niedziele 30 wrześnie 2001 roku obudził mnie silny ból w
      podbrzuszu, myślałam na początku że czymś się zatrułam, ale po godzinie
      spanikowani pojechaliśmy z mężem do szpitala. Lekarz na izbie przyjęć
      powiadomił mnie że mam skurcze porodowe, lada chwila urodze i mam przyjąć do
      wiadomości że dziecko nie przeżyje. To był szok! Leżałam w szpitalu tydzień
      czasu na specjalnym łózku- to był istny koszmar. Niestety po tym tygodniu
      okazało się że skurczy nie udało się wyciszyć i ża jade na porodówke. Rodziłam
      naturalnie do momentu kiedy odeszły mi wody potem okazało się że muszą mnie
      zabrać na sale operacyjna bo grozi mi wykrwawienie. Maja córeczka ważyła
      zaledwie 450 gram, nie miała szans - przynajmniej w Polsce. Mój ból był nie do
      opisania, nawet jej nie widziałam> jakie to jest dziwne - tak bardzo tęsknie za
      dzieckiem , którego nigdy nie zobaczyłam - a jednak tesknie za nią potwornie -
      nie ma dnia żebym o niej nie myślała, czasami nie wiem czy nie zwariowałam. Od
      tej pory jeszcze nie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, nie umiem nawet
      powiedzieć dlaczego - może poporostu zbyt się boję powtórki tego że znowu bede
      musiała przejść przez ten koszmar. narazie pozostają mi wizyty na cmentarzu
      gdzie nasza malutka leży. Nikomu , nawet najgorszemu wrogowi nie życze śmierci
      dziecka - to nawet trudno opisać............
    • aniao3 Re: stracilam swoja kruszynke... 25.02.04, 17:54
      Kochane dziewczyny!
      Szukam sensu i nie znajduje. Moze masz racje Magdo, ze dopiero po latach mozna
      to jakos sobie poukladac, zracjonalizowac, wytlumaczyc... Wiem, ze nic nie jest
      warte smierci dziecka. Bo po pierwszym poronieniu, gdy okazalo sie ze jestem w
      ciazy z blizniakami myslalam - acha, wiec tamto dziecko bylo nie moje, bo
      mialam miec blizniaki. To cudowne - bede miec dwie kruszynki na raz.
      I najpierw stracilam jedno, a potem Malgorzatke. Strasznie za nia tesknie.
      Rendziak - nie wiem czy lepiej jest zobaczyc czy nie. Mi to ze ja moglam
      przytulic a potem jak zmarla pocalowac na pozegnanie z jednej strony pomoglo, a
      z drugiej wciaz widze ja przed oczami. Wciaz widze ja w kazdym dziecku jakie
      spotykam, za kazdym razem gdy ktos przy mnie mowi "coreczka"...
      To tak strasznie boli...
      Placze to w poduszke, to gdy prowadze samochod, to przy komputerze gdy usiluje
      pracowac... A czasem nie placze przez caly dzien czy dwa. A potem znowu wraca
      taki okropny, straszny zal i pytanie dlaczego? Dlaczego akurat ona? Tyle dzieci
      niechcianych, zabijanych, porzucanych, dalczego?
      I nie wiem.
      Nigdy sie nie dowiem.
      I wiecie co jest najgorsze? Ze teraz to juz sama nie wiem co dalej. Na razie
      genetycy szukaja odpowiedzi co sie zdarzylo i czy sa za to winne nasze geny.
      Wtedy pomyslimy o adopcji. A jesli nic nie znajda to mamy zielone swiatlo.
      Tylko tak strasznie sie boje... Tego ze poronie, albo ze sie okaze ze dziecko
      ma jakies inne wady. Ze moze byc chore, uposledzone, ze nie przezyje porodu
      albo co bywa czasem jeszcze trudniejsze: ze go przezyje, lecz bedzie
      niepelnosprawne. Nie moge o tym przestac myslec...
      Choc pewnie gdy bedziemy mogli miec dzieci zdecyduje sie jak najpredzej.
      Niestety moj wiek jest coraz bardziej przeciwko mnie...
      Dziekuje wam za wszystkie listy.
      Anka
      • mymcia Re: stracilam swoja kruszynke... 28.02.04, 10:53
        Czytam Twoje posty od dłuższego czasu i wiem że nie zrozumiem Cię do końca, bo
        nie przeszłam tego co Ty. Chyba Pan Bóg nad nami czuwał i pozwolił by nasza
        ciężka walka o życie maleństwa zakonczyła się pomyślnei. Ale nie o tym chcę
        pisać, tylko o bardzo ważnym problemie jaki dotyczy zwykle mam po przejsciu
        dramatu walki o zycie dziecka - strachu przed kolejną ciążą, przed tym że
        dzieciątko będzie zdrowe, ze będzie żyło i prawidłowo się rozwijało.
        Zawsze jest jakiś strach obawa jaki bedzie dzidziuś, ale jesli się cos
        przeszło to mam takie wrażenie że nasila sie to niesamowicie. Boje sie
        przechodzić przez to samo, boje się ze może być gorzej, że poronię że z
        maluszkiem znów bedzie źle... Chciałabym mieć wiecej dzieci, ale tak bardzo
        obawiam sie teraz już każdej możliwej komplikacji. Wiem że będziemy je kochać
        jakie by nie było, ale ja poprostu nie chce żeby ono cierpiało...
        Nie wiem jak sobie z tym poradzić...
        Z drugiej strony wszystkie wiemy że takie podejście nie sprzyja nam ani naszym
        planowanym maleństwom. I tu zaczyna się błędne koło z którego trudno się
        wydostać...
        mam nadzieję ze jednak się da...
        pozdrawiam Was cieplutko
        mymcia
    • mamitka Re: stracilam swoja kruszynke... 03.03.04, 00:36
      Droga Aniu!
      Czytając Twoją historię poczatkowo myslałam że czytam własną, choć nigdy nie
      zaznałam takiego bólu jak Twój. Płakałam i łączyłam się z Toba w cierpieniu...
      Chce sie z Toba podzielić moja historia "ku pokrzepieniu serc", żebyś
      wiedziała, że warto walczyć, nie mozna się poddać!!! Trzeba poskromic strach i
      walczyc o swoje dziecko. Straciłam pierwszą ciąze w 10 tygodniu. Poronienie
      było samoistne ale przeżyte w okropnym i bezdusznym szpitalu, gdzie od poczatku
      chciano mnie poddac zabiegowi. Nie zgodziłam sie jednak żyjąc nadzieją i w bólu
      czekałam na cud. Cud nie nastapił a ja straciłam swojego synka - byłam pewna że
      to był chłopak. Lekarze podejrzewali że przyczyna może byc tyłozgięcie macicy.
      Nie wiedziałam co to dla mnie oznaczało - balam się że nie bede mogła miec
      dzieci. Długo nie mogłam przestac płakać... Swiat mi sie zawalił i nic nie
      miało sensu. Po 3 latach zdecydowalismy sie na tym razem planowana ciąże. I o
      ironio teraz nie mogłam w nią zajść... Byłam załamana, wyobraźnia podsuwała mi
      najgorsze scenariusze. Myslałam że sie juz poddam - straciłam wszelką nadzieję.
      40 test ciązowy nadal nie pokazywał wyczekiwanej czerwonej kreski...W końcu
      trafiłam do konkretnego lekarza u którego podjełam leczenie. Po 2 miesiącach na
      USG zobaczyłam dwie małe kuleczki!!!! To były bliźniaki!!! Moja radość nie
      znała granic - podwójne szczęście! Niestety okazało sie tak jak u Ciebie Aniu
      że jedno sie nie rozwija. Poczułam się tak jakby znowu ktoś odebrał mi moje
      dziecko!sad Ale zyło we mnie drugie, noszone z najwieksza troska i obawą. Były
      problemy, duphaston, luteina, kaprogest, pobyty w szpitalu...bałam sie że moge
      nie donosic swojego Maleństwa... Potem znowu Fenoterol na powstrzymanie skurczy
      i ciągłe kontrole USG. Potem podwójne łozysko, zwapnienie, przodowanie łozyska -
      same problemysad Ta ciąża była jedym wielkim moim strachem i nadzieją... Ale
      udało się! W 38 tygodniu urodziłam swoje najwieksze szczęście!!! Ważyło 2850 i
      miało cechy wcześniactwa, szmerki na sercu i niezbyt dobre wyniki...Ale było
      piekne i całe moje, najukochańsze na swiecie! To mój synek Tomuś. Moje
      zwycięstwo! Teraz ma 5 tygodni, wszystkie problemy ze zdrowiem zostały
      wyjasnione, rozwija się prawidłowo i juz waży prawie 4 kg.! Dziewczyny - nie
      poddawajcie sie ! Czasem nawet w sytuacjach beznadziejnych zdarza się cud.
      Jestem całym sercem z Wami!
      Pozdrawiam serdecznie!
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=11082343
    • mm_s Re: stracilam swoja kruszynke... 27.04.04, 00:47
      Boże,
      popłakałam się.Pierwszy raz tu zajrzałam, mam nadzieje, że nikt z Was mnie nie
      zlinczuje za to, bo jestem naprawdę szczęśliwą mamą od ponad 2 lat, ale
      pierwszą ciąże również straciłam.Życzę Wam wszystkim, aby słońce wyszło do was
      tego pięknego dnia i zaświeciło pełną gębą !!!
      Pozdrawiam serdecznie
    • smorawski Re: stracilam swoja kruszynke... 27.04.04, 02:54
      Nie wiem czy naprawdę potrafię zrozumieć co czujesz, pewnie nie. Bardzo mnie
      wzurszyła twoja historia. Bardzo cie podziwiam za twoją wielką miłość do
      dziecka, mam nadzieję że następnym razem wam się uda. Nadziej naprawdę może
      wiele. Choć czasami mam chwile zwątpienia czy ten świat jest sprawiedliwy dla
      wszystkich.
      Serdecznie pozdrawiam
    • nadprogramowa Re: stracilam swoja kruszynke... 10.05.04, 15:56
      Kochana Przyjaciolko,
      widzialysmy sie 2 dni temu. Zaprosilas mnie na spotkanie z DZIEWCZYNAMI.
      Chcialas mi pomoc - wiesz, ze od mojego poronienie minely prawie 2 lata i wiesz
      ze nie moge sobie z tym poradzic. Dalas mi mozliwosc poznania cudownych Kobiet.
      Swietowalysmy imieniny Kroliczka (slicznego,choregosad( malenstwa).... DZIEKUJE

      Poznaje Wasze historie i pytam Pana Boga, ile jeszcze tragedii musimy
      doswiadczyc, by dostapic szczescia bycia matkami. Takimi zwyklymi ze zdrowym,
      lobuzujacym DZIECKIEM/DZIECMI

      Anus, Dziewczyny.... dziekuje ze jestescie. Wiem, ze nigdy nie zapomnimy o
      naszych tragediach, ale jestem pewna, ze "zasluzymy" na lepsze jutro ze
      zdrowymi, szczesliwymi dziecmismile
      Ewula
      • aniao3 Re: stracilam swoja kruszynke... 10.05.04, 17:24
        Sciskam cie mocno, mocno
        dobrze ze jestes
        anka
      • anuteczek Re: stracilam swoja kruszynke... 10.05.04, 22:44
        Ewciu,
        już się naumiałaśwink, bardzo bardzo się cieszę, że odnalazłaś się wśród nas.
        Mam nadzieję, że uda się nam wszystkim i za rok spotkamy się o ile nie z
        wózkami, to przynajmniej z plumkaczami. Wierzę w to mocno.
        ściskam
        andzia
      • malomi Re: stracilam swoja kruszynke... 11.05.04, 07:39
        Buziaczek dla Ewci!!!!
        Dobrze że z nami byłaś.
        Gosia
    • j0204 Re: stracilam swoja kruszynke... 10.05.04, 16:29
      Ewo, ja też się bardzo ciesze ,że mogłyśmy sie poznać, że gadałysmy jak dwie
      stare kumpelki, tak od serca. Dziękuje i bądź tu z nami.

      ściskam mocno
      Królinio i Jola.
      • agablues Re: stracilam swoja kruszynke... 10.05.04, 17:23
        Ewcia, buziaki ode mnie i od Malutkiej !!!
    • aniamalina Re: stracilam swoja kruszynke... 10.05.04, 22:02
      Kochana Aniu
      CZytam Twój list po raz kolejny i bardzo mi przykro z powodu tego co musiałaś
      przejść. Lzy same cisna sie do oczu gdy sie czyta Twój list. Ja też poroniłam(2
      lata temu)ale nie dane mi było trzymac maleństwa,niestety widział jak spływa ze
      mnie do plastikowego naczynia i do dziś tak jak Ty widze to wszystko jakby to
      było wczoraj. Tez wierze ze kiedys bede mogla przytulic moja kruszynke i
      powiedziec ze ja kocham. Wiem ze teraz nasze historie nie zmniejsza bolu ale
      najwazniejsze miec nadzieje, niewazne jak ale sie uda! Ja przez 2 miesiace
      rozpaczalam a 3-ego obiecalam sobie ze nie poddam sie. Udalo sie dzis ma 10
      mies. i choc ciaza to inna historia rownie pelna dramatu to udalo sie. Aniu
      musi sie udac ja w to wierze! Trzymaj sie! Bede wierzyc razem z Tobą!
      Tez Ania

    • perela Re: stracilam swoja kruszynke... 13.05.04, 09:54
      Witajcie dzielne kobiety.
      Czytam post Ani i oczywiście rycze. Ale jak tu nie płakać. Sama poroniłam w 5
      tygodniu i jeszcze przez wiele nie mogłam dojść do siebie. Ale wierzę, że Wam
      wszystkim sie uda i będziecie jeszcze świętować 26 maja, bo mi sie udało i moja
      Oliwka ma juz 11 miesięcy.
      Trzymam za Was kciuki, walczące przyszłe m
      Gosia
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka