Prawie miesiąc temu straciłam wczesną ciążę.
Jestem osobą bardzo odporną psychicznie co nie znaczy, że nie czuję nic.
Płakałam mało choć bardzo mnie to bolało, widok bobasków, dziewczyn z brzuchami w szpitalu. One na porodówkę - ja na ginekologię. Przykre, smutne.
Od początku w tym moim nieszczęściu byłam sama. Sama autem pojechałam na IP krwawiąc bo mąż był zajęty.
Miałam torbę do szpitala i tylko to. Inne kobiety miały przy sobie mężów.
Nie mam w nikim wsparcia. Nit nie rozumie dlaczego ciągle chodzę rozgoryczona. Dla mojego męża jakby nic się nie stało. Poszła do szpitala, załatwiła sprawę, wyszła. Nazywa mnie "depresją" i twierdzi, że się nad nim znęcam swoimi humorami i że on tego znosić nie musi. Ani razu mnie nie pocieszył, nie przytulił. Nawet nie mówi o tym co się stało. Jakby nie stało się nic. Jakbym wyszła do sklepu po bułki i wróciła.
Jest mi ciężko. Nikt mnie nie rozumie, nikt mnie nie pocieszy. Mam wrażenie, że spadam w jakąś otchłań i co dzień jest gorzej.
Brak wsparcia jest straszny. Boli jeszcze gorzej niż poronienie