ciemnanocka
20.10.04, 15:03
Szczęście musi się narodzić... Moje się nie narodziło. Niecały tydzień temu
wyszłam zapłakana ze szpitala, mój mężczyzna robił dobra minę do złej gry,
gdy kupiłam listopadowy "Twój Styl". Brzuch bolał, w ręku ślad po ukłuciu
igły od narkozy, w sercu ból...
Poprzedniego dnia w nocy miałam zabieg.
Poszło to tak szybko, w piątek, 8 października diagnoza lekarza... Nie ma
akcji serca... Badania hormonów - powinny wzrosnąć dwukrotnie w ciągu 48h -
dwukrotnie spadły... Oczekiwanie na samoczynne poronienie... Skierowanie do
szpitala, bo dziecko było zbyt duże (8-9 tydzień) na to by organizm sam sobie
poradził, recepta na antybiotyk i cieple słowa mojego lekarza...
Stres, krew, ból brzucha...
W szpitalu może są akcje "Rodzić po ludzku", ale kiedy kobieta jest
zrozpaczona stratą dziecka przez lekarzy jest traktowana gorzej niż w sklepie
mięsnym za komuny...
Ja wiedziałam, po co idę. Miałam diagnozę, USG, wyniki badań. Lekarz łaskawie
mnie przyjął we wtorek około 21, zbadał... Po badaniu z obrzydzeniem
strzepnął rękę od mojej krwi i podął mi papier do wytarcia... Pytam, gdzie
mogę papier wyrzucić, odburknął ze zwykle się papiery do kosza wyrzuca...
Kosz stal 2 metry od fotela... Pól naga, zakrwawiona odbyłam "wycieczkę" do
kosza...
Przypuszczalna diagnoza mojego poronienia była różyczka... Przy przyjmowaniu
mnie do szpitala głośno to zasygnalizowałam. Powiedziałam również ze biorę
antybiotyk. Położna skarżąca się, ze pracuje już trzynastą godzinę zapisała
cos, kazała się przebrać i kazała iść ze sobą na oddział. Mój mężczyzna
poszedł za mną tak daleko jak mógł. Potem, za drzwiami oddziału
ginekologiczno-polożniczego poszłam sama ciągnąc sama za sobą torbę z
rzeczami do szpitala...
Położyli mnie w pokoju z dziewczyna w ciąży. Dziewczyna zapłakana, ale
jeszcze pełna nadziei. Moja wzmiankę o różyczce wszyscy zignorowali.
Nikt mi nie wytłumaczył jak będzie wyglądał zabieg, jakie znieczulenie
dostanę, ile zabieg będzie trwał. Nikt mi nie powiedział, kiedy mogę jeść po
zabiegu, kiedy pić. Na moje stwierdzenie, że o 4 rano musze wziąć antybiotyk,
od pielęgniarki usłyszałam, "co za problem? ma pani telefon, nastawi sobie
pani budzik, pani weźmie"...
Około 22 przyszła po mnie pielęgniarka. Poszłam do gabinetu zabiegowego.
Wkłuto mi igle, podano znieczulenie. Nic nie pamiętam. Obudziłam się jak
kazano mi przejść z wózka na moje łóżko, przykryto mnie i kazano spać.
Cala drżałam. Nie wiem czy ze stresu, czy pod wpływem narkozy, czy z innych
powodów.
Całą noc nikt do mnie nie przyszedł. Nie mogłam spać.
Rano, przed śniadaniem pielęgniarka przyniosła jakieś 2 tabletki. Okazało
się, ze nie zauważyli zapisku ze ja już biorę antybiotyk. Dopiero musiałam im
to zakomunikować.
Potem śniadanie, obchód... Dowiedziałam się tylko ze wychodzę i resztę mi
powie mój własny lekarz, do którego mam iść. Tylko jeden młody lekarz zapytał
ze zrozumieniem czy wszystko w porządku... Na mojej karcie widniał zapis
mojego ciśnienia 120/80 i opis miejsca wkłucia wenflonu: prawe zgięcie
łokcia. Ciśnienia nikt mi nie badał... Igłę miałam wkłutą w wierzch prawej
dłoni...
A w książkach się czyta, że po takich zabiegach wszyscy cię rozumieją, że
korzystasz z pomocy psychologa...
Po pobycie w szpitalu mam wrażenie że jest to taka rzeźnia, gdzie co godzinę
jest wykonywany taki zabieg i panuje zupełna znieczulica... Może kobieta,
kiedy staje się matka jest traktowana jak królowa. Ale kobieta, która właśnie
straciła szansę być matką w ciągu najbliższych kilku miesięcy jest traktowana
jak przedmiot, z którym trzeba zrobić porządek i jak najszybciej się go
pozbyć, zapominając o nim...
To boli. Bardzo boli. Ale słonce wschodzi tak samo, gwiazdy tak samo
wyglądają.
Mężczyzna stara się pokazać mi, ze dni są takie same... Już nawet przestałam
płakać. Teraz trzeba się przebadać. Za kilka tygodni zrobić badania powtórne
i się przekonać czy to była faktycznie różyczka...
Dobrze, ze Twój Styl poruszył ten temat. W dobie, gdzie kobieta musi być
kobieta sukcesu, robić karierę mieć przy tym dwójkę dzieci i być w ciąży
zapomina się o tych 20% kobiet, które płaczą... Nie pisze się o
tych "gorszych", które jakoś jednak nie dały sobie rady, albo inaczej, którym
los spłatał nieprzyjemnego figla.
Pozdrawiam. I dziękuje za ten artykuł. Dzisiaj już nie płaczę.
P.S.
Wczoraj dostałam sms od pełnej nadziei dziewczyny ze szpitala... Miała zabieg
o 16. Bierze środki uspokajające.
a tak sie cieszylam... ciemnanocka.blox.pl