Dodaj do ulubionych

szpitalne historie - napisalam do Twojego Stylu

20.10.04, 15:03
Szczęście musi się narodzić... Moje się nie narodziło. Niecały tydzień temu
wyszłam zapłakana ze szpitala, mój mężczyzna robił dobra minę do złej gry,
gdy kupiłam listopadowy "Twój Styl". Brzuch bolał, w ręku ślad po ukłuciu
igły od narkozy, w sercu ból...
Poprzedniego dnia w nocy miałam zabieg.
Poszło to tak szybko, w piątek, 8 października diagnoza lekarza... Nie ma
akcji serca... Badania hormonów - powinny wzrosnąć dwukrotnie w ciągu 48h -
dwukrotnie spadły... Oczekiwanie na samoczynne poronienie... Skierowanie do
szpitala, bo dziecko było zbyt duże (8-9 tydzień) na to by organizm sam sobie
poradził, recepta na antybiotyk i cieple słowa mojego lekarza...
Stres, krew, ból brzucha...
W szpitalu może są akcje "Rodzić po ludzku", ale kiedy kobieta jest
zrozpaczona stratą dziecka przez lekarzy jest traktowana gorzej niż w sklepie
mięsnym za komuny...
Ja wiedziałam, po co idę. Miałam diagnozę, USG, wyniki badań. Lekarz łaskawie
mnie przyjął we wtorek około 21, zbadał... Po badaniu z obrzydzeniem
strzepnął rękę od mojej krwi i podął mi papier do wytarcia... Pytam, gdzie
mogę papier wyrzucić, odburknął ze zwykle się papiery do kosza wyrzuca...
Kosz stal 2 metry od fotela... Pól naga, zakrwawiona odbyłam "wycieczkę" do
kosza...
Przypuszczalna diagnoza mojego poronienia była różyczka... Przy przyjmowaniu
mnie do szpitala głośno to zasygnalizowałam. Powiedziałam również ze biorę
antybiotyk. Położna skarżąca się, ze pracuje już trzynastą godzinę zapisała
cos, kazała się przebrać i kazała iść ze sobą na oddział. Mój mężczyzna
poszedł za mną tak daleko jak mógł. Potem, za drzwiami oddziału
ginekologiczno-polożniczego poszłam sama ciągnąc sama za sobą torbę z
rzeczami do szpitala...
Położyli mnie w pokoju z dziewczyna w ciąży. Dziewczyna zapłakana, ale
jeszcze pełna nadziei. Moja wzmiankę o różyczce wszyscy zignorowali.
Nikt mi nie wytłumaczył jak będzie wyglądał zabieg, jakie znieczulenie
dostanę, ile zabieg będzie trwał. Nikt mi nie powiedział, kiedy mogę jeść po
zabiegu, kiedy pić. Na moje stwierdzenie, że o 4 rano musze wziąć antybiotyk,
od pielęgniarki usłyszałam, "co za problem? ma pani telefon, nastawi sobie
pani budzik, pani weźmie"...
Około 22 przyszła po mnie pielęgniarka. Poszłam do gabinetu zabiegowego.
Wkłuto mi igle, podano znieczulenie. Nic nie pamiętam. Obudziłam się jak
kazano mi przejść z wózka na moje łóżko, przykryto mnie i kazano spać.
Cala drżałam. Nie wiem czy ze stresu, czy pod wpływem narkozy, czy z innych
powodów.
Całą noc nikt do mnie nie przyszedł. Nie mogłam spać.
Rano, przed śniadaniem pielęgniarka przyniosła jakieś 2 tabletki. Okazało
się, ze nie zauważyli zapisku ze ja już biorę antybiotyk. Dopiero musiałam im
to zakomunikować.
Potem śniadanie, obchód... Dowiedziałam się tylko ze wychodzę i resztę mi
powie mój własny lekarz, do którego mam iść. Tylko jeden młody lekarz zapytał
ze zrozumieniem czy wszystko w porządku... Na mojej karcie widniał zapis
mojego ciśnienia 120/80 i opis miejsca wkłucia wenflonu: prawe zgięcie
łokcia. Ciśnienia nikt mi nie badał... Igłę miałam wkłutą w wierzch prawej
dłoni...
A w książkach się czyta, że po takich zabiegach wszyscy cię rozumieją, że
korzystasz z pomocy psychologa...
Po pobycie w szpitalu mam wrażenie że jest to taka rzeźnia, gdzie co godzinę
jest wykonywany taki zabieg i panuje zupełna znieczulica... Może kobieta,
kiedy staje się matka jest traktowana jak królowa. Ale kobieta, która właśnie
straciła szansę być matką w ciągu najbliższych kilku miesięcy jest traktowana
jak przedmiot, z którym trzeba zrobić porządek i jak najszybciej się go
pozbyć, zapominając o nim...
To boli. Bardzo boli. Ale słonce wschodzi tak samo, gwiazdy tak samo
wyglądają.
Mężczyzna stara się pokazać mi, ze dni są takie same... Już nawet przestałam
płakać. Teraz trzeba się przebadać. Za kilka tygodni zrobić badania powtórne
i się przekonać czy to była faktycznie różyczka...
Dobrze, ze Twój Styl poruszył ten temat. W dobie, gdzie kobieta musi być
kobieta sukcesu, robić karierę mieć przy tym dwójkę dzieci i być w ciąży
zapomina się o tych 20% kobiet, które płaczą... Nie pisze się o
tych "gorszych", które jakoś jednak nie dały sobie rady, albo inaczej, którym
los spłatał nieprzyjemnego figla.
Pozdrawiam. I dziękuje za ten artykuł. Dzisiaj już nie płaczę.
P.S.
Wczoraj dostałam sms od pełnej nadziei dziewczyny ze szpitala... Miała zabieg
o 16. Bierze środki uspokajające.

a tak sie cieszylam... ciemnanocka.blox.pl
Obserwuj wątek
    • demira moja historia 20.10.04, 15:51
      Ciemnanocko sprowokowalas mnie, zeby tez opisac swoja historie..

      Poronienie
      Pojechalismy do szpitala o 6 popoludniu. Na izbie przyjec panie
      czekaly juz na mnie. Nie zadawaly pytan, bo
      wiedzialy od lekarza prowadzacego ciaze. Olaly brak
      ubezpieczenia i kazaly mezowi dowiezc pozniej. Potem zbadal mnie
      lekarz na izbie przyjec i powtorzyl usg - brak oznak zycia plodu.
      Rozplakalam sie. A ten idiota zadawal mi pytania do
      ankiety szpitalnej, kiedy mialam pierwsza miesiaczke. A jakie to ma
      znaczenia dla kobiety co ma 30 lat? Wiec wypelnilismy ankiete o chorobach
      ciezkich, rodzinnych, alergiach. Potem przyszla pani i zaprowadzila mnie do
      sali na ginekologii/patologii ciazy. Sala bardzo ok, czysta, odnowiona, 3-
      osobowa z lazienka. Potem pani pielegniarki (bardzo mile) wziely mnie na
      pobranie krwi i zalozenie welflonu. No i w efekcie mam rece jak
      wyrobiona narkomanka, bo w tym stresie wszytskie zyly mi sie
      pokurczyly. Nie dalo sie tez zalozyc welflonu. Lepszy cyrk.Wkuwaly
      mi sie ze 20 razy. Ale byly bardzo mile i ze zrozumieniem
      traktowaly moj placz. Potem czekalam na wyniki badan. Przyszly po
      30 minutach, ale na przyjscie lekarza (mojego prowadzacego ciaze)
      czekalam 3ngodziny!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Odbieral podobniez trudny
      porod, ale szczerze mowiac totalnie mnei to nei obchodzilo, bo to
      szpital ginekologiczny i nie pracuje tam jeden lekarz.Po 3
      godzinach pan doktor raczyl sie zjawic, zaprosil nas do gabinetu i
      dal mi do przeczytania ulotke o skutkach ubocznych leku, ktory chce
      zastosowac, poniewaz lek nie dopuszczony jest w Polsce a wiec musze
      sie zgodzic. Lek mial spowodowac samoistne wydalenie plodu, zeby
      nie trzeba robic lyzeczkowania, ktore jest inwazyjne i moze
      uszkodzic szyjke macicy. Generalnie pan doktor mocno zdystansowany
      i nie bardzo wiedzial jak sie ma zachowac w sytuacji, w ktorej ja
      zamiast tryskac poczuciem humoru jak zawsze plakalam w sposob
      nieprzerwany. Nie bylam jakos specjalnie dla niego mila, ale
      szczerze mowiac mialam to w nosie. Zalozyl mi tabletki na szyjke
      macicy i mialam lezec minimum 3 godziny. Wtedy tez ze szpitala
      musial wyjsc maz, bo bylo okolo 21.30 a odwiedziny sa do 20, ale
      mialam taka mine, ze nikt ze mna wczesniej nie dyskutowal.
      Na sali poprosilam o lek na uspokojenie i dostalam relanium. Zanim
      zasnelam zaczal bolec mnie brzuch, wiec grzecznie poprosilma o cos
      przeciwbolowego na co przyszla pielegniarka (z nowej zmiany) i oswiadczyla, ze
      ma dla mnie JEDEN lek i jak go wezme teraz to nie bede mogla pozniej a
      pozniej bedzie mnie bardziej bolalo i co wtedy zrobie? WYOBRAZACIE
      SOBIE??? Dostalam piany. Powiedzialam jej,ze jak mnei bedzie bardziej bolalo to
      mi poda dolargan i juz. Chyba nazwa leku i stanowczy ton podzialaly na nia, bo
      po chwili przyniosla kroplowke. i tu nastepujacy dialog:
      ja: co mi pani podaje?
      p: to co dal lekarz
      ja: rozumiem, ale co to jest?
      p: to co dal lekarz. Chyba nie sadzi pani, ze sama cos wymyslilam.
      ja: nie posadzam pani o takie naduzycia,ale prosze mi podac nazwe
      leku.
      p: pyralgina z paparyna. Prosze pani ja tez mam dzisiaj wrazliwy
      dzien i niech sie pani zachowuje, bo cala noc bedzie pani ze mna
      wspolpracowac, wiec lepiej, zeby sie ta wspolpraca ulozyla.
      ja: prosze pani, to jest pani praca a ja jestem pacjentka, wiec jak
      sie pani nie podoba to prosze zmienic zawod.
      p: ja powiem o wszystkim lekarzowi.jak pani sie zachowuje.
      ja: prosze bardzo.
      Po kilkunastu minutach przyszedl lekarz i powiedzial, ze
      pielegniarka sie skarzy, ze jestem niemila!! Wiec przedstawilam
      swoja wersje wydarzen. Na szczescie pielgniarka zostala zmieniona
      na inna, ktora byla bardzo w porzadku i sie mna interesowala.
      Po relanium i tej awanturze zasnelam. Jeszcze zanim zasnelam to
      pocieszaly mnie dziewczyny z sali, ktore zaskoczylo, ze mozna
      domagac sie swoich praw. Pewnie gdyby nie to, ze znalam lekarza
      dyzurnego to nie bylabym taka pewna sieebie, ale tak nie odpuscilam.
      Obudzilam sie po 2 godzinach z silnym bolem brzucha identycznym jak
      z poczatku porodu. Rozwierala sie szyjka. Moje dziecko zaczynalo
      sie rodzic.Poszlam do lazienki. Dostalam sloik, do ktorego mialy
      sie rodzic tkanki do histopatologii. I rodzilam dziecko po kawalku.
      Silny bol, skurcz party i kawalek mojego dziecka ladowal albo w
      sloiku albo w sedesie. Nie bylo przy mnie nikogo. Jak wolalam
      przychodzila pielegniarka. W pewnym momencie urodzil sie wyjatkowo
      duzy fragment dziecka. Lezal na polowie mojej dloni. Bylo widac
      miekka juz glowke i zawiazki oczu, cieniutka nitke kregoslupa..
      Dostalam totalnej histerii. Przeciez rodzilam tam swoje dziecko. W
      bolu, do sedesu. Bol sie nasilil i prawie stracilam przytomosc.
      Dostalam kroplowke i przyszedl lekarz mowiac, ze to normalne. tylko
      co jest normalne????
      O 5.30 rano juz tylko krwawilam.
      O 6 rano do pokoju wpadla pielegniarka, zeby wszystkich zbudzic na
      mierzenie temperatury i cisnienia. Kompletnie tego nie rozumiem, bo
      obchod byl o 10, ale ok. O 10 przyszla nowa pani doktor, bardzo
      mila i konkretna. Powiedziala, ze za 15 minut bedzie usg, zeby
      sprawdzic czy wszystko sie wyronilo. Na usg okazalo sie, ze nie
      wszystko i trzeba lyzeczkowac.Dostalam histerii, bo juz myslalam,
      ze to wszystko mam za soba. Zabieg byl 20 minut pozniej. Dopoki nie
      zasnelam lezalam i plakalam. Leki poronne spowodowaly rozwarcie
      szyjki, wiec zabieg byl mniej inwazyjny z medycznego punktu
      widzenia. Nie odnosze sie do kwestii psychicznej. Po 15 minutach bylam na sali,
      juz bez sladow dziecka w sobie i probowali mnie dobudzic 2 godziny. Jak juz sie
      obudzilam to pani doktor zajela sie mna troskliwie, cieplo. Ze zrozumieniem
      przyjela moja histerie, leki i odpowiedziala na wszystkie pytania. Za to moj
      lekarz mnie zignorowal totalnie. Nawet rano jak mnie widzial na korytarzu
      przed koncem dyzuru nie przyszedl zapytac jak sie czuje. A to
      przeciez NIC nie kosztuje, a ja poczulabym sie czlowiekiem a nie
      przypadkiem medycznym. Jesczze mezowi powiedzial, ze ja bardzo zle
      to znosze, bo przeciez to sie zdarza statystycznie i juz.
      Po kilku godzinach po zabiegu wypisalam sie do domu.
    • slonecznik15 Re: szpitalne historie -SLIJCIE JE DALEJ 20.10.04, 16:44
      az sie trzese ze zlosci,juz opisywalam na forum jak przebiegal moj porod 20tc i
      poronienie w 6tc,mieszkam w Stanach i tu tez "ludzie" pracuja w
      szpitalch,ktorzy wspierali mnie w mojej tragedii,tylko jak dziewczyny w Polsce
      nic w tym kierunku nie zrobia to nikt tego problemu nie rozwiaze,chodzby
      zatwiedzenie nowej ustawy w Ministerswie zdrowia???Ja sluze pomoca mimo ze
      mieszkam za oceanem,ale to wy powinniscie pisac do gazet ,ministerstwa ,a
      przedewszystkim do szpitali z prosba o nie popelnianie bledow ktore odbijaja
      sie w psychice na cale zycie,a to wlasnie my kobiety po poronieniu powinnysmy
      wrocic jak najszybciej do formy by moc sie starac jak najszybciej ponownie
      zajsc w ciazy,tylko jak ?????biorac prochy na depresje????
      Jestem dumna ze napisalyscie do Twojego Stylu, poslijcie je wszedzie gdzie
      mozliwe,moze ludzie przejrza na oczy,spoleczenstwo przestanie traktowac
      poronienie jako temat tabu,a nas jak tredowate,a lekarze zaczna kazdy
      pprzypadek traktowac jako indywidualna tragedie matki a nie JAKO KOLEJNY zabieg
      w danym dniu,gdyz co piata ciaza konczy sie poronieniem!
    • aniao3 Re: szpitalne historie - napisalam do Twojego Sty 20.10.04, 18:16
      Tak bardzo mi przykro, tak bardzo wiem jak wasze historie sa prawdziwe. Ale
      redakcje tego nie wiedza. Oni naprawde mysla, ze jak sie traci dziecko w 5-8 tc
      to sie w sumie nic nie stalo, ot taka bardziej obfita miesiaczka.
      Oni naprawde nie wiedza ze w Poslce wciaz nie da sie ronic po ludzku, a te
      gwiazdki i serduszka przyznawane za przyjaznosc nijak sie maja do traktowania
      kobiet z poronieniem. Nie wiedza, wiec mysla ze nie ma problemu.
      JEST.
      I tylko od nas zalezy, czy cos sie zacznie zmieniac.
      Prosze was - wysylajcie swoje historie do gazet. Piszcie o tym co was spotkalo.
      Piszcie do pism kobiecych, do gazet lekarskich, do magazynu pielegniarek i
      poloznych, do pism dla psychologow. Wszedzie gdzie tylko dacie rade. Tylko tak
      mozemy sprawic, by zaczeto inaczej widziec problem poroneinia i inaczej zaczeto
      traktowac kobiety.
      A w najnowszym mies. Dziecko - na 1 stronie wiesz Szymborskiej Bagaz powrotny -
      o smierci dzieci. Dzieki temu ze glosno mowimy o naszych problemach - cos,
      powolutku, sie zmienia.
      Piszcie prosze. Nie tylko tutaj - tutaj ci ktorzy powinni te listy przeczytac
      nie zagladaja. Piszcie wiec takze do redakcji. Bo artykul w TS - pierwszy w ich
      karierze - byl jak same wiecie mimo wszystko bardzo cukierkowy...
      Sciskam was mocno
      anka
      • ciemnanocka Re: szpitalne historie - napisalam do Twojego Sty 20.10.04, 18:50
        Ech... Mi w szpitalu USG nie zrobili ani razu, a po zabiegu nawet mnie nie
        zbadali...
    • zebra12 Re: szpitalne historie - napisalam do Twojego Sty 20.10.04, 18:29
      Przeczytajcie moją:! Gdy ja zaczęłam plamić w 11 tyg. zabrano mnie do szpitala.
      Tam
      przy tabunie studentów badano mnie i głośno komentowano. Płód był martwy. Ale
      nikt za mną o tym nie rozmawiał. Kazano mi chodzić. Chodziłam i nagle poczułam
      ból jak przy miesiączce. Wyleciało coś...podobnego do wątróbki cielęcej z
      jakimiś rurkami. Obejrzałam dokładnie, bo byłam sama w łazience. Po czym
      zawinęłam w ligninę, wyrzuciłam do kosza i poszłam na salę. Po drodze
      poinformowałam tylko pielęgniarkę, że już "po wszystkim". Byłam w jakimś amoku.
      Kazały mi odszukać ten zawiniątek, nie pamietałam gdzie go wrzuciłam, ale jakoś
      znalazłam. Wsadziły do "nereczki". Położyłam się spać i zasnęłam natychmiast
      ciężkim, kamiennym snem. O północy wyrwano mnie ze snu. ZABIEG - NATYCHMIAST!!!
      Nie rozumiałam dlaczego tak nagle w środku nocy. Spytałam. Okrzyczano mnie, że
      śmiem zadawać pytania. Lekarz dodał, że jak mi się to nie podoba, to mogę iść
      do domu. Że ma dosć, że musi do mnie w środku nocy się zrywać. Usiłowałam się
      dowiedzieć o co chodzi. Niestety, położono mnie bez słowa wyjaśnienia na stół.
      Zaczęłam płakać, pytać anestezjologa czy jeszcze kiedyś urodzę i co ze mną
      będzie...On jeden pocieszał mnie, głaskał po głowie jak dziecko....Obudziłam
      się rano. Nie wiem czemu tyle spałam. Nie było lekarza. Z nikim nie mogłam
      porozmawiać. Za to na stoliku leżał już wypis. Poczłapałam na chwiejnych nogach
      do WC. Gdy wróciłam moje łóżko było już zaścielone i siedziała na nim inna
      kobieta. SZOK!!!! Zadzwoniłam po brata, bo nie czułam się na siłach sama
      wracać. Poczułam się jak śmieć, jak numer w kartotece, który za dużo chciał
      wiedzieć.




    • abra111 Re: szpitalne historie - napisalam do Twojego Sty 20.10.04, 18:46
      moja historia od strony szpitala wyglądała trochę inaczej. mój gin - który
      monitorował cykl jeszcze przed poczęciem - akurat wyjechał z kraju na jakieś
      sympozjum. uprzedzał mnie, że będzie niedostępny i kazał dzwonić jakby co.
      niestety -stało się. dostałam silnych bóli i pojechałam na klinikę. tam
      natychmiast się mną zajęli - zupełnie obcy lekarz zrobił usg i potwierdził
      przypuszczenia mojego gina - ciąża pozamaciczna. widział, że się łamię, więc
      zaczął pocieszać i mówić, że rozumie, że to dla mnie tragedia i że mu przykrro.
      potem przprosił i powiedział, że chciałby zrobić jeszcze jedno badanie w
      obecności innych lekarzy i czy się zgadzam. zgodziłam się - badanie
      potwierdziło diagnozę. lekarz powiedział, że konieczny jest zabieg i jeszcze
      raz podkreślał, że mu strasznie przykro. przeprosił, za to że warunki w
      szpitalu są jakie są i za to, że za chwilę będzie mi zadawał głupie pytania do
      wywiadu. powiedział,że wie, że teraz jestem w rozpaczy, ale prosił żebym się
      skupiła i poddała się "rytuałowi" szpitala. widziałam, że naprawdę mi
      współczuje - i trudno poddałam się. potem pojechałam na oddział - postarali
      się, żebym leżała na sali z panią, która przeszła podobny zabieg. natychmiast
      przyszła pielęgniarka, wbiła wenflon, zrobiła ekg. przez cały czas był przy
      mnie mąż i trzymał mnie za rękę. potem natychmiast pojechałam na salę
      operacyjną. przed zabiegiem pani anastezjolog powiedziała "nie płacz kochanie,
      niech ci się przyśnią aniołki". po zabiegu obudził mnie mąż, który siedział
      przy mnie. w nocy pielęgniarki przychodziły co jakieś 2-3 godziny - nie wiem,
      nie miałam poczucia czasu. ale dostałam kilka zastrzyków przeciwbólowych. rano
      przy obchodzie - wiadomo - 30 studentów, jak to na klinice. ale na szczęście
      nikt nie kazał mi się przy nich rozbierać ani nic podobnego. zostałam
      poproszona do pokoju badań. tam lekarz zrobił badanie i opieprzył pielęgniarkę,
      że mnie przyprowadziła, zamiast przywieźć na wózku. byłam bardzo słaba i na
      dodatek płakałam. zawieźli mnie z powrotem na salę, dali coś na uspokojenie - i
      leżałam. mąż mógł być u mnie tak długo jak chciał i w dowolnych godzinach.
      prawdę mówiąc - lekarz nie bardzo chciał ze mną rozmawiać na sali - wolał
      powiedzieć wszystko mężowi. dopiero przy wypisie zaprosił nas do gabinetu i
      wytłumaczył jeszcze raz co zrobili i co dalej powinniśmy robić. w międzyczasie
      mąż dzwonił do niego kilka razy - i też za każdym razem dostawał wyczerpująca
      odpowiedź a'propos mojego stanu. na drugi dzień po zabiegu zadzwoniłam do
      mojego gina, który akurat był za granicą. również było mu bardzo przykro,
      mówił, że rozumie, że to dla mnie straszne przeżycie - i naprawdę starał się
      pocieszyć. kazał dzwonić - jabym miała jakiekolwiek wątpliwości. jak tylko
      wrócił do kraju - od razu się z nim skontaktowałam. kazał sobie przeczytać
      wyniki badań i przez 30 minut wyjaśniał mi co się stało i jakie tego mogą być
      konsekwencje. umówiłam się na badania kontrolne - i co dalej zobaczymy. bardzo,
      bardzo współczuję ci ciemnanocko, twoich doświadczeń szpitalnych. ze mną
      naprawdę obchodzili się jak z jajkiem - a ja i tak byłam w strasznym stanie
      psychicznym. nie wiem, jak bym to zniosła, gdyby mnie traktowano z taką
      bezdusznością i arogancją jak ciebie. naprawdę - samo poronienie jest czymś tak
      potwornym dla kobiety, że nikt ani nic nie powinien jej dokładać bólu. ja
      jestem dokładnie 9 dni po zabiegu - a nadal płaczę i nie potrafię się
      otrząsnąć. staram się trzymać kurczowo nadziei, że będzie jeszcze dobrze - i
      tego wam wszystkie dziewczyny życzę. trudno w to uwierzyć dzisiaj, ale może
      jutro.
      • star242 Re: szpitalne historie - napisalam do Twojego Sty 21.10.04, 12:43
        Witam Was moje kochane.I ja opowiem swoją historię.Zaczęliśmy się starać w
        czerwcu,było piękne przytulanko przy okazji 7 rocznicy naszego związku.30
        czerwiec,test zrobiony rano i 2 kreseczki,byłam jeszcze w pracy,wieczorkiem
        przekazałam tę piekną wiadomość mojemu mężczyźnie.Były łzy
        szczęścia,plany,zadawaliśmy sobie pytanie czy to będzie chłopiec czy
        dziewczynka,obojętne byle zdrowe.W nocy z wrażenia nie mogłam zasnąć,rano silny
        ból i krew,PANIKA.Mój lekarz przyjmuje niestety popołudniu,byłam chyba pierwszą
        pacjentką.Stwierdził że tak się zdarza,że to pewnie samoporonienie,ale coś Go
        tknęło,zbadał mnie,zrobił USG i wypisał skierowanie do szpitala.Był tak
        zaaferowany,naprawdę się martwił,wyjaśnił że to może być ciąża pozamaciczna i
        jak najszybciej mam się zgłosić do szpitala.Był piątek rano kiedy się tam
        zgłosiłam,niestety nie wiedziałam że tam zostanę,nigdy jeszcze nie byłam w
        szpitalu.Przyjęła mnie miła pani doktor która zaprowadziła mnie na USG i
        spytała czy wiem z jakim podejrzeniem tam przyszłam i czy wiem czym grozi ciąża
        pozamaciczna.Ja już nawet nie wiedziałam jak się nazywam,tylko
        płakałam,chciałam żeby ten koszmar szybko się skończył.Dobrze że były ze mną
        moje przyjaciółki.Pani doktor zaprowadziła mnie na salę a przyjaciółki
        pojechały kupić mi pidżamę bo nawet jej z domu nie wzięłam i najpotrzebniejsze
        rzeczy,przede wszystkim kartę do telefonu.One pojechały a ja zostałam ze łzami
        w oczach.Zaraz po tym znów zjawiła się pani doktor,pocieszała mnie jak tylko
        mogła,w międzyczasie robiąc wywiad.Pamiętam że zadałam jej pytanie sama niewiem
        skąd je wzięłam "czy aby w razie jakiegoś wypadku oddać swoje organy trzeba
        miec to wpisane w dowodzie?Bo ja bym chciała".Pano doktor sama była zaskoczona
        takim pytaniem,dziewczyny ja sama niewiem skąd mi takie coś po głowie
        chodziło,chyba dlatego że panicznie boję się szpitali.Położyli mnie w sali
        POOPERACYJNEJ!!!Leżała ze mną najpierw tylko jedna pani,po wycięciu macicy!!!A
        ja tylko wyłam,cały weekend bo w weekendy nic nie robią,żadnych badań.Miałam
        tylko przemiłe i naprawdę "z sercem" pielęgniarki.Zadawałam im ciągle te same
        pytania "czy ja mogę mieć jeszcze w sobie fasolkę,w macicy,czyli normalną
        ciążę?"W kółko te same pytania,chyba miały mnie dość.Poniedziałek rano-
        obchód.Wchodzi pani doktor(inna niż mnie przyjmowała)i jeszcze kilkoro ludzi i
        pyta mnie co mi dolega z grobową miną,a ja na to że podejrzewają u mnie ciążę
        pozamaciczną,ona na to że Ona wie jakie są podejrzenia,ja pytam co pani
        dolega.Więc mówię że krwawię,a Ona proszę pokazać podpaskę.Boże dziewczyny,ja
        byłam w szoku,nie to że się wstydziłam chociaż to też,ale czułam się jak królik
        doświadczalny.Wtorek rano przychodzi tym razem ordynator szpitala,żartuje z
        uśmiechem,idę do badania-jak zwierzę na rzeź-tak się czułam.Kolejka jak za
        komuny,ręce mi się pocą,1000 myśli na minutę,w końcu moja kolej.Wchodzę
        na "kozła".Pełno ludzi naokoło,lekarz sobie żartuje z ordynatorem o stringach,a
        ja leżę i czekam!!!!!!!Mówią swoim językiem,a ja nic nie rozumiem,ale serce
        bije jak oszalałe i nie potrafię wydusić słowa.Kazali wyjść i czekać na USG
        przed drzwiami.Czekałam chyba z 15 min.Idę,kładę się,USG dopochwowe,nie widze
        monitora,lekarz swoim językiem mówi do siebie,pytam o czym mówi a On że nie
        powinnam się pytać,bo to do ich wiadomości.Badanie coraz bardziej
        bolesne,lekarz coś ujrzał ale nie wie co to jest,woła ordynatora i otworzył
        drzwi,chyba z 5 min były otwarte zanim przyszedł ordynator,ja już płakałam,z
        bólu i niemocy!!!!Zobaczyli ciałko żółte,chyba bo przynajmniej tak
        zrozumiałam.Wypuścili mnie do sali i kazali leżeć.Czekaliśmy na badanie
        HCG.Powiedzieli że jak nie będzie zerowe to trzeba robić skrobanę.Dosłownie tak
        powiedzieli.Wtedy to już tylko wyłam.Na sali leżały ze mną już 3 panie do
        zabiegu wycięcia macicy.Szok!!!Jest wynik,idę do "zabiegowego" mówią że wynik
        jest 0,ale muszę wybrać,"skrobanka" czy antybiotyk.Mówię że musze się
        zastanowić.Niema ze mną nikogo,z płaczem wybiegam przed szpital,dzwonię do
        mojego ukochanego,płaczę mu w słuchawkę i pytam co mam wybrać i dlaczego ja,już
        nie mogłam się opanować!!!!!Wybieram antybiotyk,chociaz niektórzy mówią że
        lepiej zabieg,a ja nie chcę,wracam do lekarza,wciąż w szoku ale już nie
        płaczę,mówię że chcę antybiotyk i pytam za ile moge znów się starać,a Oni że za
        1,5 roku.Znów płacz,przeraźliwy,na korytarzu w drodze do sali,rzucam się na
        łóżko i wyję,aż brakuje mi łez!!!!Przychodzi miła pani doktor i spokojnie
        tłumaczy że tak się zdarza,że powinnam się cieszyć że to nie ciąża
        pozamaciczna.A JA SIĘ NIE CIESZĘ,JA CHCĘ SPOWROTEM TĄ FASOLKĘ,już nic do mnie
        nie dociera.Chcę do domu,mam dośc tego koszmaru,teraz już tylko pytam kiedy do
        domu.Wychodzę w piątek,jednocześnie cieszę się że wychodzę(byłam gotowa juz o 7
        rano,a wypis o 13:00,a jednocześnie jestem pełna żalu.Minęły już 3 m-ce,a ja
        tego koszmaru nie zapomnę do końca zycia!!!Przepraszam że tak się rozpisałam
        • bartosowa Re: szpitalne historie - napisalam do Twojego Sty 22.10.04, 12:01
          Boże, Dziewczyny, serce mi się kraje gdy czytam Wasze historie, a kraje mi się
          dlatego, ze sama to przeżyłam. Krwawienie w 6 tygodniu, pobyt w szpitalu,
          badanie przez 15 lekarzy, dla których byłam tylko kolejnym przypadkiem, dla
          nich to nie było moje dziecko, tylko nieregularny pęcherzyk ciązowy,
          bezduszność tych panów, w końcu zabieg. Nie chcę nawet tego wspominać, bo rana
          trochę się już zabliźniła, ale rozumiem Was i jestem z Wami. Mam nadzieję, ze
          wszystkim nam się w końcu uda i beziemy szczęśliwymi mamamismile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka