ajlii
30.11.05, 12:20
Moja doktórka powiedziała, że jak odbiorę wyniki i będę zaniepokojona, to mam się udać to jakiegokolwiek ginekologa w przychodni by je skonsultować - a nie czekać na wizytę u niej.
Odebrałam wynik - był zły... poczekałam aż przyjdzie ginekolog, poprosiłam pacjentki o możliwość wejścia bez kolejki (zgodziły się). Przyszedł lekarz, spóźniony. Weszłam, pokazuję wyniki i pytam czy mnie przyjmie. Lekarz nie chciał nawet spojrzeć na nie, bo "nie jestem jego pacjentką", a on ma swoje pacjentki, zapisane. W końcu wymusiłam by łaskawie spojrzał na wynik - od razu usłyszałam: "ciąża obumarła lub pozamaciczna, ale ja pani i tak nie przyjme". Zapytałam co mam robić - dowiedziałam sie że mam iść do swojej lekarki (miała być dopiero za kilka dni), ew. MOŻE mnie przyjmie po wszystkim pacjentkach (kilka godzin czekania w przychodni). Wyszłam z gabinetu i rozpłakałam się. Pielęgniarki w rejestracji powiedziały żebym poszłam na ostry dyżur. Kilka godzin później, już w szpitalu, zaczęło sie poronienie. Na szczęście (dla mnie) nie była to ciąża pozamaciczna...
Złożyłam skargę na lekarza... wg słów lekarza w szpitalu to było zagrożenie mojego zdrowia - gdyby to była ciąża pozamaciczna to też zagrożenie życia...
Miałam szczęście - był przy mnie mąż, pielęgniarki były życzliwe i poradziły co mam robić... ja chciałam wrócić do domu.
Złożyłam skargę ma tego lekarza- nie z zemsty. Mojego maleństwa nie dałoby się i tak już uratować... choć w szpitalu usłyszałam że jeszcze była nadzieja... nieważne. Chciałabym tylko by inna kobieta w takiej sytuacji nie musiała słyszeć wyroku, i czuć że lekarza to nie obchodzi - czy jej dziecko nie żyje, czy pęknie jej jajnik... żeby nie wróciła do domu i czekała co przyniesie los... bo może nie doczekać...
Nie wiem czy dobrze zrobiłam... nie wiem...