madda4
22.06.06, 19:48
mam nadzieje ze kazda z was ktora to przeczyta wlasciwie odczyta to co
chcialabym wam powiedziec i nie bedzie sie smiala z moich zwierzen. wczoraj
bardzo dlugo rozmawialam z moja mama, madrą kobietą i juz nie staram sie
szukac sensu ani sprawiedliwosci w tym co sie stalo. ale po tej rozmowie
spojrzalam zupelnie inaczej na mojego poltorarocznego meza. uswiadomilam
sobie jak strasznie go kocham i ze to on jest w moim zyciu najwazniejszy,ze
bez niego nic nie ma sensu. a z nim wszystko jestem w stanie pokonac. nie raz
odtracalam go (szczegolnie po pierwszym poronieniu) i tak strasznie chcialam
dziecka ze mogl sie poczuc jak reproduktor. nie che powiedziec ze utrata
dzieci miala sens ale moze te wydarzenia mialy mi pokazac ze cos jest nie
tak w naszym malzenstwie, ze nie kocham go tak jak powinnam, ze bardziej chce
dziecka niz jego. a to nieprawda, jego kocham najbardziej i bez niego nic bym
nie mogla. nie wiecie jak on na mnie patrzyl w szpitalu jak juz musial isc, z
taka rozpacza w oczach ze nie moze zostac i mi pomoc, byc ze mna jak bede
ronic. obiecuje przed wami byc lepsza zona dla mojego skarba.