horlaa
11.09.03, 15:27
cześć, to znów ja.
od prawie roku prowadzę bloga. nie kryję się w nim z moimi problemami. dziś,
pierwszy raz zamieściłam tam tekst na temat jedzenia. otwarcie i szczerze.
kopiuję go więc tu: tak, dla porównania doświadczeń..?
"czy masz jakąś obsesję? coś, od czego jesteś uzależniony? bez czego nie
możesz żyć? o czym myślenie zajmuje ci większość życia? co kochasz, a
jednocześnie nienawidzisz? z czym walczysz, a jednocześnie czemu się
poddajesz?
wyobraź sobie, że tą obsesją jest jedzenie. wydaje ci się, że to śmieszne,
bo przecież jedzenie jest czynnością niezbędną do życia? mylisz się.
jedzenie może stać się nałogiem, obsesją, szaleństwem. może zniszczyć cię -
powolutku, nie tak wyraziście jak alkohol, nie tak jak narkotyki, czy
nikotyna.
wyobraź sobie, że całe swoje życie podporządkowujesz jedzeniu. jeśli nie
masz pieniędzy, zdobywasz je - na przykład podbierając rodzicom z portfeli.
rozbijając skarbonkę z oszczędnościami. a gdy jesteś w
starszym, "poważniejszym" wieku, wydajesz na zakupy wszystkie zarobione
pieniądze. tak jak niektórzy przepijają, ty je przejadasz.
nie znasz umiaru. nie stać się na racjonalne myślenie.
wyobraź sobie, że wchodzisz do supermarketu. uwielbiasz supermarkety, bo
jest tam mozliwa anonimowość. kasjerzy nie rozpoznają cię, nie wiedzą, że
jesteś tu codziennie i kupujesz podejrzane zestawy rzeczy. możesz chodzić z
koszykiem napchanym chipsami, paluszkami, czekoladą, i udawać przed światem,
że po prostu urządzasz przyjęcie.
jesteś specjalistą od żywności. znasz wszelkie możliwe smaki i rodzaje
słodyczy, przekąsek. gramaturę opakowań. zawsze wybierasz te największe.
mała paczuszka chipsów to dla ciebie coś śmiesznego, niewartego uwagi.
nie znasz umiaru. nie potrafisz jedząc, po prostu stwierdzić: mam już dość,
najadłem się, reszta jutro. nie zaznasz spokoju, dopóki nie zjesz
wszystkiego. nawet okruszków. żołądek prawie pęka, czujesz sytość, ale jesz
nadal. uwielbiasz przyjęcia ze szwedzkim stołem - nikt nie będzie nic
podejrzewał. tak samo lubisz wszelkie "okazje" i święta - wtedy możesz
głośno powiedzieć, że sobie folgujesz, bo przecież jest okazja. nikt nie
domyśla się, że robisz tak codziennie. szukasz powodu wszędzie. coś się
udało? stało się coś fantastycznego? trzeba to oblać - może kupując lepszą
niż zwykle czekoladę? a może jakieś ciastko z bitą śmietaną w cukierni? masz
chandrę? coś ci nie wyszło? mówisz sobie "należy mi się" i ruszasz do sklepu.
uwielbiasz mieć "wolną chatę". planujesz, że pójdziesz do sklepu (codziennie
chodzisz do innego, bo wydaje ci się, że kasjerki coś podejrzewają),
zastanawiasz się co kupisz. potem, zadowolony i spokojny siadasz w domu,
otwierasz książkę albo czasopismo i zapadasz się. nareszcie czujesz ulgę.
myślisz: nic mi nie grozi. mam jedzenie i lekturę. nie potrzebne mi nic
więcej do szczęścia. problemy mam gdzieś. poradzę sobie.
oszukiwanie stało się twoją cechą dominującą. zapominasz już, co to znaczy
być szczerym. chowasz jedzenie przed rodziną: wiesz, jak chrupać chipsy żeby
nie hałasować, wiesz, jak otwierać opakowania, żeby nie szeleściły. kiedy
kupujesz a potem przynosisz do domu, masz zapakowane w nieprzezroczyste
torby, żeby nikt niczego się nie domyślił. przenosisz też jedzenie pod
swetrem, bluzą, chowasz do spodni. umiesz zagadywać rodzinę i znajomych,
zwracając ich uwagę na inne tematy, żeby nie patrzyli na ciebie, chowającego
jedzenie za plecami.
kiedy przychodzi pora wspólnego posiłku, jesz mało. w końcu nie masz już
siły. poza tym zwyczajne jedzenie w ogóle cię nie interesuje - choć tu też
nie ma reguł. czasami wprost przeciwnie: rzucasz od progu, że jesteś głodny
usprawiedliwiając swoją zachłanność.
czujesz się z tym wszystkim dobrze. czasami... kiedy widzisz, że tyjesz,
zaczynasz się bać. a może ktoś się domyśli? zmieniasz więc strategię. nie
ukrywasz miłości do przekąsek. mówisz wszystkim, że to twoja słabość. że
masz zły dzień, że należy ci się. że chcesz przejść na dietę, i że
przejdziesz od jutra.
jutro już tego nie pamiętasz.
momentami masz poczucie, że tak nie może dłużej być. wiesz, że z tobą jest
nie tak. szukasz pomocy: coś sugerujesz bliskim, ale nigdy tak, by się
domyślili. boisz się ośmieszenia - no jak to, uzależnić się od jedzenia?
zwykłe obżarstwo, zwykła głupota i tyle.
tymczasem wiesz, że to choroba. zdajesz sobie sprawę, że twój organizm źle
funkcjonuje. że jest zaśmiecony.
próbujesz zmienić nawyki. wprowadzasz ograniczenia i diety, które rzucasz po
jednym dniu albo kilku godzinach, tak bardzo bowiem nienawidzisz uczucia
głodu.
gdy nie jesz, nie wiesz co ze sobą zrobić. miotasz się, denerwujesz.
gryziesz usta, skubiesz skórki wokół paznokci. gdy znajdziesz słuchacza,
mówisz bez przerwy o głupotach. zjesz coś "zdrowego", w niewielkiej ilości -
i brzuch boli cię, jakby cierpiał, odurzony, nieprzyzwyczajony do takich
zmian.
próbujesz różnych metod. zwierzasz się znajomym, przyjaciołom, mając
nadzieję, że wstyd podczas opowiadania wyleczy cię z choroby. prowadzisz
bloga. zakładasz internetowe fora, szukasz podobnych do siebie. znajdujesz.
i nic.
ciągle jesteś sam ze swoją chorobą.
jak na huśtawce: raz zdrowo, raz nie, raz na dole, raz na górze.
gdy nie jesz, gdy walczysz, znajdujesz sobie substytuty: internet,
niewielkie ilości alkoholu pite do lustra. uwielbiasz się niszczyć, mając
nadzieję, że ktoś to wreszcie zauważy i pomoże. tak, oczekujesz gotowej
pomocy z zewnątrz, bo nie umiesz już pomóc sobie.
a potem, poukładawszy sobie to wszystko w głowie, mówisz: a więc pora się
leczyć. ale jeszcze nie teraz, nie teraz, tyle mam przecież problemów na
głowie. więc idziesz do kolejnego sklepu i z bólem w sercu robisz zakupy.
ps. jaki mógłby być ratunek? dla alkoholików i narkomanów są odwyki. iluśtam
dniowe pobyty w ośrodkach. wśród podobnych. z zorganizowanym czasem.
dla innych nałogowców też powinny być: dwutygodniowy pobyt w miejscu, gdzie
trzeba jeść to, co się dostanie. w wyznaczonych porach i porcjach. gdzie
można by powalczyć z sobą i "zespołem odstawienia". szałem i wściekłością na
własną słabość.
i zawsze już, do końca życia, uważać."