Kły IV Rzeszy

28.07.04, 22:55
Steinbach wyceniła w historycznej skali złote zęby zgładzonych w Oświęcimiu.

Miłujący pokój naród niemiecki wybrał w 1933 r. malarza pokojowego na
kanclerza. Potem autor "Mein Kampf" zmusił pacyfistów znad Łaby do utopienia
połowy Europy we krwi. Następnie Bogu ducha winnych rodaków Heinego, którego
czytać zakazał fźhrer III Rzeszy, paląc przy okazji kilka milionów książek,
pognano ze wschodu na zachód. I dziś należy im się za to rekompensata. Tak
pewnie w największym skrócie streścić by można wyobrażenie II wojny światowej
Eriki Steinbach, przewodniczącej Związku Wypędzonych (BdV), która roniła
ostatnio w Berlinie łzy nad losem ponad 200 tys. wymordowanych w powstaniu
warszawskim.

61-letnia Steinbach dzieckiem już nie jest i winna raczej to i owo rozumieć z
dziejów nowożytnych. Zwłaszcza że powtarza w rozlicznych wywiadach
prasowych: "Wciąż wiele o tamtych smutnych czasach czytam". To polecam jej
następującą konstatację Joachima Trenknera z publikacji
ubiegłotygodniowego "Tygodnika Powszechnego": "Niemcy źle się obeszli ze
swoimi prawdziwymi bohaterami. Po wojnie milczano o nich, a nawet ich
szkalowano. Minęły dziesięciolecia, zanim doczekali się szacunku (...). Tacy
ludzie jak Sophie Scholl czy Dietrich Bonhoeffer, jak Georg Elser czy Eduard
Schulte, udowodnili, że także w dyktaturze możliwa jest postawa wyprostowana.
A to stanowiło wyrzut sumienia dla wielu milionów ekssympatyków narodowego
socjalizmu".

W obliczu toczonej dziś wojny o pamięć o powstaniu warszawskim w 60. rocznicę
jego wybuchu (cover story tego numeru) znów muszę wrócić do niezwykle
oryginalnych przemyśleń pani Steinbach. "Kłaniamy się nisko bojownikom
bohaterskiej Warszawy. Ale nie możemy wiecznie posypywać głowy popiołem. Ani
my, Niemcy, ani oni, Polacy, nie mieliśmy wpływu na to, co za nas postanowiły
mocarstwa. Dlatego moralnie uzasadnione jest dziś postawienie znaku równości
między wszystkimi ofiarami II wojny światowej" - mówiła szefowa BdV na
antenie jednej z niemieckich lokalnych stacji telewizyjnych. "A co pani powie
o dziesiątkach kilogramów złotych zębów wyrwanych zagazowanym w obozie
koncentracyjnym w Oświęcimiu? Czy to nie jest jednak problem trochę większej
wagi?" - zapytał dziennikarz stacji. "Ja nigdy nikomu żadnych zębów nie
wyrywałam" - odparła rezolutnie Steinbach.

Pewne jest, że w latach 40. minionego wieku Frau Steinbach nie była
stomatologiem. Połóżmy wszakże na jednej szali historii złote zęby usunięte
ludziom, którzy z Auschwitz wydostali się przez komin krematorium, a na
drugiej dobytek niemieckich wypędzonych. Która szala przeważy? Za odpowiedź
niech posłuży memento Ericha Fromma, twórcy "Ucieczki od wolności": "Dzień, w
którym my, Niemcy, zapomnimy o okropieństwach i szaleństwie III Rzeszy, o
naszym zbiorowym tchórzostwie, o naszej zbiorowej winie, będzie pierwszym, w
którym światu zacznie obnażać kły IV Rzesza".
www.wprost.pl/ar/?O=63922
    • wislok1 Radny plakatowy 28.07.04, 23:28
      Jednym z trzech Niemców podejrzanych o rozklejenie antypolskich plakatów w
      Bolesławcu (Dolnośląskie) okazał się radny miasta Goerlitz - ujawnił niemiecki
      dziennik "Sachsische Zeitung".

      Informację o artykule w niemieckiej gazecie przekazała rzeczniczka Urzędu
      Miejskiego w Bolesławcu, Agnieszka Gregont. Na stronach internetowych gazety
      pojawiła się wiadomość, że zatrzymanym jest Jurgen Hols-Daum, radny miasta
      Goerlitz.

      Trzem Niemcom postawiono zarzuty znieważenia narodu polskiego przez
      umieszczenie na słupach ogłoszeniowych antypolskich plakatów. Mężczyźni
      prawdopodobnie są odpowiedzialni też za podobne incydenty, które wydarzyły się
      w maju w innych miejscowościach woj. dolnośląskiego.

      Wobec mężczyzn, mieszkańców Zittau i Goerlitz, polska prokuratura nie
      zastosowała żadnych środków zapobiegawczych. Zabezpieczono jedynie auto
      osobowe, busa, którym się poruszali. Do sprawy powołano też biegłego, historyka
      z Uniwersytetu Wrocławskiego, który oceni wymowę plakatów.

      Na jego opinię trzeba będzie czekać co najmniej miesiąc. W tym czasie
      prokuratura rozważy, czy sprawa będzie prowadzona w Polsce, czy zostanie
      przekazana do Niemiec.

      Plakaty w języku niemieckim rozklejono w Bolesławcu na początku ubiegłego
      tygodnia. Na jednym z nich widniał napis: "Polacy i Czesi witamy w Unii
      Europejskiej. Nasze sądownictwo już pilnie pracuje, ponieważ mord nie ulega
      przedawnieniu".

      Na plakatach prezentowane też były dokumenty mające dotyczyć okrucieństw
      dokonywanych przez Polaków i Czechów wobec Niemców. Odbito m.in. urzędowe
      dokumenty z 1945 roku w sprawie przesiedlenia Niemców i jego warunków. Na
      plakatach widniały też drastyczne zdjęcia ofiar II wojny światowej.

      W maju podobne antypolskie plakaty pojawiły się w Jeleniej Górze, Karpaczu,
      Szklarskiej Porębie, Cieplicach i Podgórzynie. Autorzy plakatów oskarżali
      Polaków o zbrodnie przeciwko Niemcom i grozili odpowiedzialnością przed
      niemieckimi sądami.

      info.onet.pl/956778,11,1,0,120,686,item.html
    • ignorant11 Re: Kły IV Rzeszy 29.07.04, 15:53
      Sława!

      Wystarczy pobieznie chocby zapoznac się z polityka wspólczesnych Niemiec aby
      przekonać się iz jest ona odwetowa i rewanzystwoska...

      I to nie sa nasze polsko-sowiańskie strachy na lachy, ale zauważaja to równiez
      inni jak UK, USA a nawet oskarżani o filogermanizm France...


      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
    • wislok1 Kanclerz może zamknąć przeszłość ? 29.07.04, 16:42
      Może, ale umyje ręce.
      Oto uwagi Pana Semki:

      Jesteśmy tuż po wizycie prezydenta Niemiec Horsta Köhlera i przed przybyciem do
      Warszawy kanclerza Gerharda Schrödera z okazji 60. rocznicy Powstania
      Warszawskiego. To dobry moment, by postawić pytania o taktykę polskiej
      dyplomacji w kwestii indywidualnych roszczeń niemieckich i gotowości Republiki
      Federalnej do ostatecznego rozwiązania tego problemu.

      Gorący polityczny sezon w stosunkach polsko-niemieckich otworzyła wizyta
      prezydenta Horsta Köhlera w Polsce. Jak wielokrotnie podkreślano, nowa głowa
      państwa niemieckiego jako miejsce swojej pierwszej, acz nieoficjalnej, wizyty
      wybrała Warszawę, a nie Paryż. Media niemieckie i polskie dostrzegły w tym
      demonstrację woli niemieckiej dyplomacji, by pojednanie naszych narodów poszło
      śladem pojednania Niemców i Francuzów.

      Polacy z uznaniem przyjęli słowa niemieckiego przywódcy
      podtrzymujące "deklarację gdańską" Johannesa Raua i Aleksandra Kwaśniewskiego,
      potępiającą między innymi wysuwanie indywidualnych roszczeń przez Niemców
      wysiedlonych po drugiej wojnie światowej. Wzmocnieniem tej deklaracji były
      wypowiedzi prezydenta Köhlera wyraźnie dystansujące się od działalności
      Powiernictwa Pruskiego.

      Köhler przypomniał, że istnieje w Niemczech ponadpartyjny consensus co do braku
      poparcia dla takich roszczeń. Jednocześnie przypomniał, że ani prezydent RFN,
      ani rząd niemiecki nie mogą zabronić poszczególnym obywatelom występowania ze
      swoimi roszczeniami wobec trybunałów europejskich.

      Wiele wskazuje na to, że Köhler przyjechał do Polski z bardzo ściśle określonym
      przesłaniem, określonym w porozumieniu z rządem RFN.

      Z jednej strony podkreśla ono wyrazisty brak poparcia państwa niemieckiego dla
      roszczeń indywidualnych wysiedlonych, z drugiej zaznacza, że Polska nie powinna
      oczekiwać od państwa niemieckiego zrzeczenia się roszczeń majątkowych w imieniu
      wszystkich Niemców.

      Teza ta trafiła na łamy części polskich mediów w postaci sugestii niemieckich
      komentatorów. Najwyrazistszym jej przejawem był komentarz Christopha von
      Marschalla w "Tagesspiegel", której najbardziej istotną tezą było stwierdzenie,
      że rząd Niemiec nie ma zamiaru "ściągać na siebie wielomiliardowych roszczeń".

      Trudno uwolnić się od podejrzenia, że teza von Marschalla jest miarodajna dla
      stanowiska niemieckiego rządu. Jeśliby więc tak spojrzeć na komentarz
      w "Tagesspiegel", oznacza to, że Schröder podczas wizyty z okazji rocznicy
      powstania ograniczy się do oddania czci ofiarom tragedii polskiej stolicy bez
      przedstawienia propozycji rozwiązania ostatniego bodaj problemu w relacjach
      polsko-niemieckich, którego geneza sięga poprzedniej wojny.

      Po Normandii Warszawa?

      Każdy gest pamięci ze strony przywódcy niemieckiego państwa przypominający o
      niezbyt znanym w Niemczech Powstaniu Warszawskim jest godny szacunku. Przy
      całym jednak uznaniu dla inicjatywy Schrödera przypomnieć warto, że przełomowym
      gestem były przeprosiny prezydenta Romana Herzoga w 1994 roku.

      Można odnieść wrażenie, że wizyta Schrödera w Warszawie jest raczej lustrzanym
      odbiciem wizyty niemieckiego kanclerza w Normandii, która była elementem
      niemieckiej "polityki historycznej". Polityki ostatecznego podsumowywania i
      zamykania moralnych wyzwań z czasów drugiej wojny światowej. O ile jednak w
      relacjach Niemiec z dawnymi przeciwnikami z Zachodu brak już jakichkolwiek
      punktów zapalnych, o tyle w kwestii relacji RFN z Polską i Czechami pozostaje
      niezamknięta sprawa wzajemnych roszczeń materialnych. Mimo że są to roszczenia
      prywatnych osób i stosunkowo wyizolowanego politycznie Powiernictwa Pruskiego,
      to nie sposób zgodzić się z tezą, że jakikolwiek oddolny rewanżyzm sądowy może
      być dla państwa niemieckiego obojętny.

      Niemieckie urzędy w kilku przypadkach rozpoczęły procedurę żądania zwrotu
      odszkodowań za utracone mienie wobec tzw. Spaetaussiedlerów, czyli późnych
      przesiedleńców z lat 70. i 80., którzy wyjeżdżali z Polski na mocy umów RFN z
      władzami PRL. Według nich w świetle prawa - wskutek zaniedbań władz polskich -
      przesiedleńcy ci mają wciąż tytuł prawny do swojego mienia na polskich ziemiach
      zachodnich, a tym samym winni oddać uzyskane wcześniej w Niemczech
      odszkodowania. Z polskiego punktu widzenia taka polityka urzędnicza jawi się
      jako zachęta do wchodzenia na drogę prawną w Polsce w celu odzyskiwania dawnego
      majątku. Wywołuje to poczucie zagrożenia u tych Polaków, którzy weszli w
      posiadanie majątku po późnych przesiedleńcach i zaniedbali uregulowania praw do
      nowej własności.

      Nie sposób wreszcie przewidzieć, jak mogą się zakończyć procesy przed
      europejskimi trybunałami. Nie muszą, ale mogą one lekceważyć realia
      historycznego dramatu drugiej wojny światowej i jego skutki. Wpływ takich
      procesów na pojednanie polsko-niemieckie może być niezwykle niszczący. Aby
      wyobrazić sobie taki proces, wystarczy przypomnieć sobie medialny show, jaki
      Erika Steinbach urządziła, świętując rocznicę Powstania Warszawskiego. Cóż z
      tego, że hucpa szefowej ziomkostw nie obciąża państwa niemieckiego. Polaków
      zaniepokoiła medialna sprawność, z jaką Steinbach sprzedała niemieckim mediom
      swoje widowisko jako dowód dobrej woli. To, że Niemcy nie rozumieją, jak takie
      atrapy porozumienia mogą zaszkodzić wzajemnym kontaktom, budzić musi najgłębszy
      niepokój
      • wislok1 Kanclerz może ....2 29.07.04, 16:45
        Pamięć Paryża, pamięć Warszawy

        Wróćmy do powtarzanej wielokrotnie tezy niemieckich elit politycznych o
        potrzebie powtórzenia na linii Berlin - Warszawa wzorca pojednania niemiecko-
        francuskiego. Pojednanie takie nie będzie jednak możliwe, jeśli będziemy
        bagatelizować istotne różnice co do skali historycznego urazu, jaki dzielił z
        jednej strony Niemcy i Francję, a z drugiej Niemcy i Polskę. Rachunek krzywd
        jest wyraźnie inny.

        W wypadku Francji i Niemiec chodziło o przezwyciężenie fatalizmu wrogości, jaki
        sięgał upokorzenia Niemiec przez Napoleona, późniejszego ukorzenia Francji w
        1871 roku i zaboru Alzacji i Lotaryngii, by wreszcie znaleźć swoje apogeum w
        dwóch wojnach światowych. Jednak przy pojednaniu z Francją Niemcy nie musieli
        pokonywać urazu, jakim w wypadku Polaków w czasie ostatniej wojny było otarcie
        się o ludobójstwo i wywołanie wojny, która w konsekwencji przyniosła Polsce
        utratę niemal połowy terytorium na wschodzie.

        To w takiej perspektywie należy rozmawiać o przejęciu przez Polskę Pomorza,
        Mazur i Śląska i będącym tego konsekwencją wysiedleniu mieszkających tam
        Niemców. Aby liczbę różnic domknąć, pojednania Francuzów i Niemców nie
        paraliżowała wreszcie przez 40 lat sowiecka dominacja. Francja jako mocarstwo
        okupacyjne zadbała, by nie powstało żadne ziomkostwo Alzacji i Lotaryngii. W
        odróżnieniu od Eriki Steinbach nikt w Niemczech, kto urodził się w Alzacji w
        czasie niemieckiej okupacji w latach 1940 - 1944, nie śmie kreować się na
        wypędzonego. W konsekwencji też nikt z obywateli RFN nie występuje dziś z
        pomysłem, by wracać do roszczeń wobec kamienic utraconych po 1918 roku w
        Strasburgu, Metzu czy Colmarze.

        Gdyby nawet takie roszczenia się pojawiły - państwo niemieckie uznające
        pojednanie z Francją niemal za dogmat konstytucyjny - zareagowałoby czymś
        więcej niż podkreślaniem, że nie znajdują one poparcia władz. Coraz liczniejsi
        politycy niemieccy zaczynają dostrzegać, że poszerzenie Europy o 25 nowych
        państw zmienia geopolitykę Unii. Parę tygodni temu lider niemieckiej CSU Edward
        Stoiber postawił tezę, że "trzon Europy" należy rozszerzyć z aliansu Paryża i
        Berlina do układu sześciu. Do "tandemu frankijskiego" mają dojść Wielka
        Brytania, Hiszpania, Włochy i Polska. Trzeba jasno powiedzieć naszym niemieckim
        partnerom, że wszelkie takie plany nie są realne bez zakończenia i rozwiązania
        wszystkich sporów sięgających ostatniej wojny. Niemcy nie będą wiarygodne jako
        współarchitekt nowej, rozszerzonej Unii, jeśli nie zdobędą się na zamknięcie
        starych sporów. Sporów, które w skuteczny sposób mogą rozwiązać tylko same.
        Dopiero wewnętrzna inicjatywa politycznych elit Niemiec pokazująca dobrą wolę w
        tej mierze skłoni Polskę, a jak sądzę i Czechy, do współpracy.

        Prawdziwe analogie z zabużanami

        Parę tygodni temu państwo polskie uznało wyrok Trybunału Europejskiego
        zobowiązujący je do pokrycia roszczeń polskich zabużan. Nikt w tym sporze nigdy
        nie żądał odszkodowań za przepadek majątku za Bugiem od Litwy, Białorusi i
        Ukrainy.

        Czemu Republika Federalna Niemiec nie może pójść tą samą drogą? Państwo
        niemieckie może kompleksowo uregulować kwestie wszystkich roszczeń wysiedlonych
        i zamknąć sprawę umową z Polską o zakończeniu wzajemnych sporów majątkowych.
        Punktem wyjścia do takich ustawowych rozwiązań powinien być fakt, że Republika
        Federalna w ciągu ostatniego pół wieku wypłaciła już wysiedlonym gigantyczne
        sumy odszkodowań. Jeśli dodamy do tego wszystkie ulgi, programy adaptacji,
        ułatwienia socjalne, to zbierze się niebagatelna kwota. W razie takiej
        demonstracji woli Polska może uregulować te wypadki dotyczące późnych
        przesiedleńców, gdy wobec wyjeżdżających złamano ówczesne prawo PRL. Niemcy
        jednak muszą przyjąć do wiadomości, że nie może być zgody na jakiekolwiek
        ustępstwa w kwestii Niemców wysiedlonych po drugiej wojnie światowej. Zgoda na
        uznanie ich roszczeń byłaby dla Polaków rewidowaniem werdyktu historii. Na
        podobnej zasadzie mocarstwa z lat ostatniej wojny przyjęłyby dziś hipotetyczne
        żądania odszkodowań za okupację Niemiec.

        Mam świadomość, że w Niemczech, które przeżywają obecnie kryzys, wizja
        strukturalnego rozwiązania roszczeń wysiedlonych nie wzbudzi u żadnego rządu
        entuzjazmu. Jednak od krótkowzrocznych kalkulacji wyborczych ważniejsze jest
        poczucie racji stanu. Jak słusznie wskazuje prof. Anna Wolff-Powęska, taki gest
        byłby działaniem na rzecz pokoju społecznego między naszymi narodami.

        Za rok Niemcy wejdą w kolejną kampanię wyborczą i znów mogą pojawić się głosy,
        by nie zrażać sobie elektoratu ziomkostw. Dlatego warto, by polska dyplomacja
        przedstawiła tę kwestię już teraz, w czasie najbliższej wizyty kanclerza
        Schrödera w Warszawie. Warto też zaapelować do prezydenta Niemiec - wywodzącego
        się z obozu chadecji tradycyjnie bliższej wysiedlonym - o osobiste
        zaangażowanie w poszukiwanie takiego rozwiązania. Rolą prezydenta jest
        wskazywanie na rację stanu Niemiec, którą winno być zakończenie ostatniego
        sporu z lat drugiej wojny. Sporu, który lekceważony przez niemieckich polityków
        może stać się pierwszym konfliktem epoki nacjonalizmów ubranych w europejski
        kostium. Sądowy rewanżyzm pojedynczych Niemców jest zabójczy dla europejskości
        RFN.

        Nikt w Polsce nie wini prezydenta Köhlera za jego narodziny 60 lat temu na
        ziemi zamojskiej, poddanej brutalnej niemieckiej kolonizacji. Każdy świadczy o
        sobie swoim życiem i swoimi deklaracjami. Ale też owo znamienne miejsce i data
        narodzin głowy państwa niemieckiego powinny nakładać tym większe zobowiązanie,
        by już nic nigdy nie zburzyło zaufania Polaków do sąsiadów zza Odry.

        Do podobnej refleksji warto skłonić kanclerza Schrödera w czasie jego
        zbliżającej się wizyty w Polsce. Udawanie, że problemu nie ma, lub powtarzanie
        tezy, iż nie dotyczy on państwa niemieckiego, nie posłuży pojednaniu naszych
        narodów. Nie można deklarować woli zamknięcia historycznych rachunków z
        ostatniej wojny przy okazji rocznicy tragedii Warszawy i jednocześnie ignorować
        istnienia niepokojącego punktu zapalnego, mającego korzenie także w ostatniej
        wojnie. Bez zamknięcia przeszłości nie uda się budowanie nowej Europy. W 1990
        roku zabrakło odwagi kanclerzowi Helmuthowi Kohlowi, by podczas euforii
        związanej ze zjednoczeniem Niemiec zamknąć wzajemne rachunki. Czy teraz tej
        odwagi starczy kanclerzowi Schröderowi?

        www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040729/publicystyka/publicystyka_a_7.html
    • wislok1 Nieodwracalny bieg historii 29.07.04, 16:52
      PIOTR JENDROSZCZYK

      Gerhard Schröder będzie pierwszym kanclerzem niemieckim, który złoży w
      Warszawie hołd powstańcom tego miasta i wszystkim Polakom. Będzie to
      symboliczny gest o wielkim znaczeniu skierowany ku przyszłości i wyraz dalszego
      pojednania polsko-niemieckiego. Tak widzi to Berlin. Z punktu widzenia
      niemieckiego udział kanclerza Schrödera w obchodach 60. rocznicy Powstania
      Warszawskiego jest wydarzeniem porównywalnym z niedawną obecnością niemieckiego
      kanclerza, także po raz pierwszy, na uroczystościach 60. rocznicy lądowania
      aliantów w Normandii. Wtedy to Schröder ogłosił, że okres powojenny odchodzi
      definitywnie w przeszłość. Zgodnie z tą logiką pojednanie nad grobami
      powstańców Warszawy kończy w stosunkach polsko-niemieckich pewien historyczny
      okres oficjalnych pojednawczych gestów. Jaki będzie okres następny w sytuacji,
      gdy Pruskie Powiernictwo (Preussische Treuhand) przygotowuje się do wspierania
      roszczeń odszkodowawczych wypędzonych, w Berlinie powstaje już zalążek
      przyszłego Centrum przeciwko Wypędzeniom, a Sejm przygotowuje się do debaty nad
      uchwałą wzywającą rząd do wystąpienia z żądaniem wypłacenia Polsce przez Niemcy
      reparacji wojennych?
      Po zawarciu układu granicznego w 1990 r. oraz traktatu dobrosąsiedzkiego w
      czerwcu 1991 r, po przemówieniu prezydenta Romana Herzoga w Warszawie z okazji
      50. rocznicy Powstania Warszawskiego i pełnym emocji wystąpieniu ministra
      Władysława Bartoszewskiego w Bundestagu z okazji 50. rocznicy zakończenia II
      wojny światowej, po nieomal zakończonej wypłacie świadczeń dla ofiar pracy
      niewolniczej i przymusowej, po przyjęciu Polski do UE w dużej mierze dzięki
      zaangażowaniu Niemiec - stosunki polsko-niemieckie powinny być w dobrym stanie.
      Tak jest wyłącznie na szczeblu oficjalnym. Ale i tu nie brakowało zgrzytów.
      W ostatnim okresie epoki Helmuta Kohla miała miejsce słynna wojna na rezolucje
      Bundestagu i Sejmu w sprawie roli wypędzonych w stosunkach z Polską. Bundestag
      uważał, że wypędzeni są pomostem pomiędzy Niemcami a ich wschodnimi sąsiadami,
      Sejm skomentował takie sformułowanie jako "ujawnienie niebezpiecznych
      tendencji". Nie miało to jednak praktycznie większych konsekwencji
      politycznych. Obejmująca niedługo poźniej rządy koalicja SPD - Zieloni
      wspierała polskie wysiłki uzyskania członkostwa w UE i doprowadziła do
      powstania fundacji odszkodowawczej Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość. I tu
      nie wszystko poszło gładko, zwłaszcza w sprawie odszkodowań, by wspomnieć
      chociażby dramatyczne spory z niekorzystnym dla polskich robotników
      przymusowych przeliczeniem marek na złotówki.
      Niemcom nie podobał się też zakup przez Polskę amerykańskich samolotów F-16
      zamiast jednego z modeli europejskich, poparcie wojny w Iraku, a w ostatnich
      miesiącach stanowisko Warszawy w sprawie konstytucji europejskiej.
      To wszystko już przeszłość. Co obecnie zarzucić można kanclerzowi, to
      niefortunne i - jak się okazuje - skazane na niepowodzenie próby ratowania
      niemieckiej gospodarki przez zwiększenie stawek podatkowych w Polsce i innych
      krajach UE. W sprawach wywołujących w Polsce największe oburzenie, jak
      działalność Pruskiego Powiernictwa oraz Związku Wypędzonych, niemiecki rząd
      stoi na takim samym stanowisku jak polski. Niestety, nie rozwiązuje to
      automatycznie obu problemów.
      Fundacja Eriki Steinbach zleciła już przygotowanie na własny koszt stałej
      wystawy na temat wypędzeń. Będzie gotowa za dwa lata i stanie się zalążkiem
      przyszłego Centrum przeciwko Wypędzeniom. Nie będzie to projekt monumentalny,
      przynajmniej na razie, gdyż obecny rząd nie wyasygnuje na ten cel dziesiątków
      milionów euro. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Nie wiadomo jednak, kto
      wygra wybory parlamentarne w 2006 r. i czy do władzy nie dojdzie chadecja
      wspierająca projekt pani Steinbach.
      Znacznie bardziej skomplikowana jest sprawa Pruskiego Powiernictwa. Z jednej
      strony ta spółka prawa handlowego nie ma w Niemczech żadnego poparcia
      politycznego, z drugiej zaś możliwość złożenia pozwów odszkodowawczych w sądach
      przez wypędzonych jest traktowana przez niemiecki rząd jako normalna, legalna i
      otwarta dla wszystkich droga dochodzenia swych roszczeń. Napisał to zresztą
      niedawno w liście do jednego z wypędzonych minister finansów Hans Eichel.
      Zdecydowana większość ekspertów w Polsce i Niemczech jest zdania, że roszczenia
      odszkodowawcze wypędzonych nie mają szans powodzenia ani w polskich sądach, ani
      w Strasburgu czy Luksemburgu. Co innego żądania tzw. późnych przesiedleńców,
      którzy wypędzonymi nie są.
      Wiele z tych osób figuruje nadal w polskich księgach wieczystych jako
      właściciele pozostawionych w naszym kraju nieruchomości. Jak twierdzi Rudi
      Pawelka, szef Pruskiego Powiernictwa, to właśnie takie pozwy zamierza w
      pierwszej kolejności wspierać jego organizacja w nadziei, że zmusi polskie
      władze do określonych działań prawnych. Dałoby się je następnie użyć jako
      podstawę do skarg w trybunałach europejskich. To jest pułapka, w którą omal nie
      wpadliśmy przy okazji zawetowanej przez prezydenta ustawy reprywatyzacyjnej.
      Nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile może być spraw sądowych przesiedleńców
      ani też ile z nich zakończy się sukcesem strony niemieckiej. Nie wiadomo więc,
      jakie mogą być skutki działania Pruskiego Powiernictwa. Niewykluczone, że mocno
      ograniczone.
      Czy wobec tego należy wytaczać armaty w postaci żądań reparacyjnych pod adresem
      Niemiec? Celem takiego działania nie jest uzyskanie od Niemiec miliardów z
      tytułu reparacji, lecz - jak dał do zrozumienia Donald Tusk w niedawnej
      wypowiedzi dla "Frankfurter Allgemeine Sontagszeitung" - skłonienie Niemiec do
      zrzeczenia się oficjalnie także w imieniu osób prywatnych wszelkich roszczeń
      odszkodowawczych. Zresztą, jak twierdzi dwu z trzech autorów prawnych ekspertyz
      żądań reparacyjnych wykonanych na zlecenie Sejmu, po oficjalnym zrzeczeniu się
      w 1953 r., nie da się tych żądań prawnie uzasadnić, mimo iż zrzeczenie
      nastąpiło pod naciskiem Moskwy. Gdyby więc niemiecki rząd zgodził się na tzw.
      opcję zerową, czyli wzajemne zrzeczenie się Polski i Niemiec wszelkich roszczeń
      odszkodowawczych, uczyniłby to z własnej nieprzymuszonej woli, wyłącznie w imię
      dobrych stosunków z Polską. Wtedy jednak wypędzeni i późni przesiedleńcy
      mieliby otwartą drogę do żądań odszkodowawczych pod adresem rządu niemieckiego.
      Trudno więc sobie dzisiaj wyobrazić pożądaną z polskiego punktu widzenia
      reakcję Berlina, który nie widzi żadnej potrzeby polepszania dobrych, jak
      twierdzi, stosunków z Polską. Ale nie tak dawno wydawało się, że nigdy nie
      powstanie fundacja Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość. Warto pamiętać, że - z
      jednej strony - wszystkie dotychczasowe rządy RFN uznawały oficjalnie
      wypędzenie Niemców po II wojnie za akt sprzeczny z prawem międzynarodowym. Z
      drugiej strony, zrzekając się w imieniu obywateli RFN wszelkich żądań
      odszkodowawczych, niemiecki rząd mógłby bronić się przed ich pozwami
      argumentem, iż wypędzeni i późni przesiedleńcy otrzymali już w Niemczech
      odszkodowania od państwa niemieckiego.
      Niemieckie władze domagają się zresztą ich zwrotu od tych przesiedleńców,
      którzy nie utracili w Polsce swych nieruchomości. Nie jest to jednak odpowiedź
      na pytanie, jak przekonać Berlin do rodzącej się w Polsce koncepcji opcji
      zerowej. Tym bardziej - co przypomina ostatnio niemiecka prasa - że Trybunał
      Konstytucyjny uznał swego czasu traktaty Willego Brandta za zgodne z
      konstytucją dlatego, iż rząd nie zrezygnował w nich z prywatnych roszczeń
      odszkodowawczych obywateli. Dlatego z traktatu polsko-niemieckiego wyłączono
      sprawy majątkowe. To wyłączenie jest uregulowaniem problemu - przekonuje uznany
      ekspert prof. Christian Tomuschat, który radzi nie ulegać panice i pozostawić
      sprawy takimi, jakie są. Kryje się za tym przekonanie, że nikt nie będzie w
      stanie odwrócić biegu historii i skutków II wojny w postaci umowy poczdamskiej.
      • wislok1 Nieodwracalny bieg historii...2 29.07.04, 16:55
        prof. Christian Tomuschat, który radzi nie ulegać panice i pozostawić sprawy
        takimi, jakie są. Kryje się za tym przekonanie, że nikt nie będzie w stanie
        odwrócić biegu historii i skutków II wojny w postaci umowy poczdamskiej. Opinię
        tę podzielają rządy w Warszawie i Berlinie.

        www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040729/publicystyka/publicystyka_a_8.html
        Rząd w Berlinie ma to gdzieś,a rząd w Warszawie łudzi się, że wypędzeni
        odpuszczą. Nie odpuszczą, bo grają o zbyt wielką forsę
    • wislok1 Z Niemcami bez opcji zerowej 29.07.04, 16:57
      BARTOSZ JAŁOWIECKI

      Dzisiaj zabużanie, jutro..." przestrzegają nas przed falą niemieckich roszczeń
      majątkowych Waldemar Gontarski i Stefan Hambura ("Rz" z 2 lipca 2004 r.). I
      mają rację. Jak tak dalej pójdzie, to niemieccy przesiedleńcy będą się
      procesowali z Polską o "zwrot" majątków w sądach w Kłodzku i Opolu, a także w
      Strasburgu i Nowym Jorku. Dostrzegając, jak polskim władzom sytuacja wymyka się
      spod kontroli, Gontarski i Hambura proponują, by Warszawa i Berlin zrezygnowały
      wobec siebie z wszelkich roszczeń w imieniu własnym oraz swych obywateli. Ale
      czy proponowana przez nich opcja zerowa jest dobrym rozwiązaniem?

      Historia uczy, że kiedy Niemcy podają się za ofiary, inne narody powinny
      wytężyć słuch i przetrzeć oczy. A my, Polacy, w szczególności. Badania
      wskazują, że większość obywateli zamieszkujących ziemie zachodnie i północne,
      tak właśnie czyni. Mieszkańcy tych terenów obawiają się niemieckich roszczeń
      majątkowych, na co słusznie reagują polscy parlamentarzyści. W marcu Sejm
      przyjął prawie jednogłośnie uchwałę, w której oficjalnie uznał wszystkie
      kwestie związane z przejęciem przez Polskę majątków po byłych przesiedleńcach z
      ziem odzyskanych za ostatecznie zamknięte i w żaden sposób niepodlegające
      rozpoznaniu przez trybunały europejskie. Stwierdził, że Polska nie będzie
      związana jakimkolwiek orzeczeniem przyjętym przez instytucje Unii Europejskiej
      w tych sprawach i zobowiązał rząd do oświadczenia tego państwom członkowskim
      Wspólnoty.

      Dla "władzy ludowej" głos ludu jednak nigdy nie miał szczególnego znaczenia.
      Tak więc wywodzący się z peerelowskich elit rząd SLD - UP ciągle ignoruje
      kwestię niemieckich roszczeń. Na początku tego roku w "Sygnałach dnia" w
      Programie 1 Polskiego Radia minister spraw zagranicznych Włodzimierz
      Cimoszewicz stwierdził, że indywidualne procesy Niemców "nie mogą się toczyć
      przed innymi instytucjami niż sądy polskie, bo nic za granicą nie jest właściwe
      do rozpatrywania kwestii własnościowych w Polsce". A na pytanie jednej z
      polskich gazet, z jakich powodów MSZ nie wykonał uchwały sejmowej i nie
      przesłał oświadczenia państwom Unii, rzecznik resortu oświadczył: "Nie mam
      informacji, dlaczego ani czy istniał taki wymóg".

      Teraz, kiedy w Strasburgu Europejski Trybunał Praw Człowieka przyjmuje kolejne
      skargi Niemców Sudeckich na Republikę Czeską, a w Luksemburgu przesiedleńcy
      składają do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i Parlamentu Europejskiego
      przychylne sobie opinie autorytetów prawa międzynarodowego odnoszące się do
      kwestii tzw. wypędzeń i wywłaszczeń, rząd włącza pierwszy bieg i zaczyna
      dopuszczać myśl, że Polska może również być pozywana za granicą. Ale woli się
      nie rozpędzać. Piórem Renaty Kowalskiej z MSZ, rząd wyraził właśnie "poważne
      wątpliwości, czy ETPC mógłby kiedykolwiek potraktować potencjalne roszczenia
      niemieckich wypędzonych przeciwko Polsce w sposób podobny do roszczeń
      zabużańskich" ("Rz" z 8 lipca).

      Żadnych wątpliwości nie ma za to wiceminister spraw zagranicznych Jakub Wolski.
      Jest on absolutnie przekonany o tym, że wszelkie roszczenia zostały uregulowane
      ostatecznie na etapie zjednoczenia Niemiec. Niedawno w Sejmie tak się
      wypowiadał na ten temat: "Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do
      Niemiec, tzw. traktat 2+4 podpisany w Moskwie przez Stany Zjednoczone, ZSRR,
      Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, NRD 12 września 1990 r., zamyka wszelkie
      sprawy wynikające z drugiej wojny światowej, w tym rozliczenia o charakterze
      odszkodowawczym".

      Jednak praktyka zainteresowanych państw jednoznacznie wskazuje, że traktat tych
      kwestii nie zamyka. Same mocarstwa-strony traktatu 2+4 (USA, Francja, Wielka
      Brytania i ZSRR) w dwa tygodnie po jego podpisaniu zawarły z Niemcami dodatkową
      umowę w formie wymiany not dodatkowo chroniącą ich powojenne działania wobec
      majątków niemieckich. W przypadku Stanów Zjednoczonych formalna deklaracja o
      niedochodzeniu od Niemiec reparacji została wyciągnięta jeszcze dalej w
      przyszłość i złożona dopiero w lipcu 2000 r.


      Również na płaszczyźnie stosunków polsko- -niemieckich traktat 2+4 niewiele
      pozamykał. Mieliśmy po nim umowę Kastrup - Żabiński (świadczenia dla ofiar
      nazizmu), wymianę listów do traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej
      współpracy (kwestie majątkowe) oraz wspólne oświadczenie (odszkodowania za
      pracę niewolniczą i przymusową). Minister Wolski powinien o tym wiedzieć.

      Polska jest chyba w tej chwili jedynym krajem, którego doktryna prawa
      międzynarodowego traktuje traktat 2+ 4 za równoznaczny z traktatem pokojowym.
      Sami Niemcy nie we wszystkich przypadkach uznają go za taki. Dla Berlina
      zastępuje on traktat pokoju wyłącznie w sytuacjach, kiedy inne umowy zawarte z
      aliantami w latach 1949 -1989 do takiego traktatu się odnoszą.

      Takie różnice w interpretacji prawa składają się na opisane przez Gontarskiego
      i Hamburę przypadki zachęcania przez władze niemieckie obywateli RFN do
      podnoszenia roszczeń wobec Polski. Przytoczone przez tych autorów przykłady
      dowodzą, jak za pojednawczym tonem części berlińskich elit kryje się spora
      aktywność mająca na celu wyrządzenie Polsce poważnej szkody. Polski rząd musi
      przestać chować głowę w piasek i udawać, że nic się nie dzieje. Czas publicznie
      przyznać, że nie wszystkie kwestie odszkodowawcze zostały ostatecznie
      uregulowane, a dotyczy to w szczególności reparacji wojennych.


      W kilkunastoletniej historii stosunków wolnej Rzeczypospolitej z Niemcami
      rzadko powracaliśmy do spraw reparacji. Kierowaliśmy się idealizmem. Woleliśmy
      nie precyzować zakresu zrzeczenia się reparacji z 1953 wobec Niemiec
      wschodnich. Także w procesie 2+4 (1990), podczas negocjacji umowy o dobrym
      sąsiedztwie i przyjaznej współpracy (1991), w procedurze przystępowania do
      europejskiej konwencji praw człowieka i podstawowych wolności (1993) czy
      negocjacji traktatu akcesyjnego (2002) wiele przemilczeliśmy, licząc na
      niemiecką wielkoduszność. Przeliczyliśmy się. Nasze uczucia nie zostały
      odwzajemnione.

      Przyjazna postawa Polski nie zachęciła kolejnych rządów RFN do zaprzestania
      współfinansowania środowisk "wypędzonych". Sami "wypędzeni" raczej nie
      przekonali się do idei pojednania. Wręcz przeciwnie. Związek Wypędzonych
      zamiast się rozwiązać, kwitnie. Nowe pokolenie działaczy, urodzonych i
      wychowanych w dobrobycie Republiki Federalnej Niemiec, ze wzmożoną energią
      przystępuje do działań antyczeskich i antypolskich. Rosję jakoś ciągle omijają,
      bo jest duża i silna. Jeszcze nigdy w historii RFN inicjatywy Związku nie miały
      tak szerokiego poparcia na niemieckiej scenie politycznej. Doskonale widać to
      na przykładzie Centrum przeciwko Wypędzeniom, którego zwolennikami są
      prominentni chadecy, socjaliści i liberałowie, a środki na jego budowę wpłynęły
      już od ponad 400 niemieckich miast i gmin.

      Gdybyśmy w tej sytuacji, jak sugerują Gontarski i Hambura, wybrali opcję zerową
      i zrzekli się wszelkich roszczeń wobec Niemiec w imieniu państwa polskiego i
      polskich obywateli w zamian za podobny ruch po stronie niemieckiej, to
      postąpilibyśmy w duchu dotychczasowej linii. Co więcej, de facto uznalibyśmy,
      że wojenne rachunki krzywd Polaków i Niemców są porównywalne. Byłoby to
      niemoralne, ale i nierozsądne. Decydując się na taki krok prawdopodobnie nie
      uchronilibyśmy się także przed zagrożeniem ze strony środowisk "wypędzonych".

      Prawo międzynarodowe ma już własne mechanizmy pozwalające ominąć rządy i ich
      poparcie dla jednostki w dochodzeniu jej roszczeń. Spadkobiercy "wypędzonych"
      są majętni, zawzięci i dobrze zorganizowani. Będą przeciwko nam wykorzystywali
      każdy katalizator prawny, łącznie z ewentualną ustawą reprywatyzacyjną.
      Jakiekolwiek zrzeczenia rządu RFN mogłyby się okazać niewystarczające. W sądach
      w Polsce, jak również za granicą musimy się liczyć z tym, że przegramy niektóre
      sprawy.


      Dlatego w rozmowach z Niemcami Polska winna przyjąć
      • wislok1 Z Niemcami bez opcji zerowej ...2 29.07.04, 16:58
        Dlatego w rozmowach z Niemcami Polska winna przyjąć bardziej historycznie
        adekwatną postawę. Przy okazji nadchodzącej 60. rocznicy wybuchu powstania
        warszawskiego, trzeba wrócić do kwestii reparacji. Posłowie muszą wymusić na
        rządzie przedstawienie propozycji zakresu zrzeczenia się ich z 1953 r. To
        Polska, jako państwo, któremu przysługują reparacje, decyduje, w jakim stopniu
        zamierza je pobierać. Takie jest nasze prawo. Czas, by z niego zacząć
        korzystać, gdy ze swych "praw" korzystają inni.

        Autor jest koordynatorem programowym Nowej Inicjatywy Atlantyckiej działającej
        przy American Enterprise Institute w Waszyngtonie (www.aei.org/nai); byłym
        przewodniczącym Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie
        www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040715/publicystyka/publicystyka_a_7.html
    • wislok1 Steinbach dalej swoje -baba rozpęta III wojnę św. 29.07.04, 17:09
      Steinbach: Rząd nie ma wpływu na sprawę odszkodowań

      Przewodnicząca niemieckiego Związku Wypędzonych (BdV) Erika Steinbach
      oświadczyła w czwartek, że ewentualna deklaracja rządu Niemiec o niewspieraniu
      roszczeń majątkowych przesiedleńców nie będzie miała skutków prawnych.

      Stanowisko takie Steinbach zaprezentowała w wywiadzie dla czwartkowego wydania
      dziennika "Saechsische Zeitung".

      "Każdy rząd federalny, także czerwono-zielony, reprezentował dotąd pogląd, że w
      świetle prawa międzynarodowego kwestia odszkodowań pozostaje otwarta, że nie
      jest rozwiązana. Dlatego nie zda się na nic, gdy rząd federalny lub BdV
      oświadczą dzisiaj: Rezygnujemy z roszczeń odszkodowawczych. Nie mogę rezygnować
      z własności innych, ponieważ ona do mnie nie należy" - powiedziała
      przewodnicząca BdV.

      Według niej, taka deklaracja rządu "byłaby sprzeczna z gwarantowanym przez
      niemiecką konstytucję porządkiem własności. Każdy pojedynczy wypędzony musi sam
      za siebie zadecydować, czy złoży pozew o odszkodowanie przed międzynarodowym
      sądem. Naszym zadaniem nie jest wspieranie takich pozwów".

      Jak wskazała Steinbach, polski rząd może zabezpieczyć swych obywateli przed
      roszczeniami "wynegocjowując na przykład symboliczne odszkodowania, jak
      uczyniły to już w 1992 roku Węgry".

      Ostrzegła następnie: "Polski rząd może spoglądać na Niemcy tak długo, jak chce.
      Nie powstrzyma to żadnego międzynarodowego sądu, jak Europejski Trybunał Praw
      Człowieka, przed wydawaniem wyroków na korzyść wypędzonych. Klucz do
      rozwiązania tej sprawy leży w Warszawie, a nie w Niemczech".

      Wywiad zawiera również bezpardonową polemikę z polskimi protestami wobec
      ubiegłotygodniowej imprezy BdV, która miała upamiętniać Powstanie Warszawskie.
      Według Steinbach "sygnał ten nie został w Polsce w ogóle zrozumiany".
      Poproszona przez "Saechsische Zeitung" o zajęcie stanowiska wobec wypowiedzi
      Władysława Bartoszewskiego na ten temat, odparła: "Bartoszewskiego nie
      komentuję. To smutny przypadek".
      info.onet.pl/956995,12,1,0,120,686,item.html

    • megi55 Re: Kły IV Rzeszy 30.07.04, 22:07
      Mam propozycję. Przestańmy pisać o Steinbach - proponuję pomijać ją milczeniem.
      Nie zasługuje na takie zainteresowanie ze strony Polaków. W Niemczech tak
      naprawdę niewiele osób o niej wie - a my pisząc tylko przysparzamy jej
      popularności.
      • wislok1 SPRAWA JEST PROSTA 30.07.04, 22:50
        Myślisz, że w 1939 Niemcy pasjonowali się problemem korytarza i Gdańska ?
        Skądże. Mieli to gdzieś.
        Czytałem wspomnienia pewnego polskiego naukowca, który w 1939 latem podróżował
        przez Niemcy. Niemcy byli mili i twierdzili, że do Polski osobiście nic nie
        mają.
        Niewielka mniejszość kojarzyła, o co dokładnie chodzi Adolfowi, ale wszyscy
        twierdzili, że Adolf ma zawsze rację i że szkoda im czasu na studiowanie
        problemu.

        Ten problem ze Steinbach dotyczy NAS, nie Niemców ( poza tzw. wypędzonymi ).
        Pomijając wysiedleńców z Polski Niemcy mają to głęboko gdzieś.
        Jak zmieni się rząd i koledzy Eriki z CDU/CSU powiedzą, że tak jest, to to
        zaakceptują.
        Natomiast Eriki z kolegami chcą wyłudzić od Polski i Czech miliardy euro i całe
        to pie.niczenie o centrum wypędzonych jest niezłym bajerem.
        Liczą, że na hasło: "Niemcy ofiarami wojny"
        dadzą się nabrać w sądach
        Bowiem dobry bajer to połowa sukcesu
Pełna wersja