ignorant11
16.11.04, 16:51
Sława!
Jaki znak twój?
kiosk.onet.pl/art.html?NA=1&ITEM=1202729&KAT=239
Polacy na Ukrainie
Przed gmachem opery we Lwowie tłum. Przeważają siwe głowy i niemodne, choć
odświętne ubrania. Ktoś komuś rzuca się w ramiona, wszędzie słychać polską
mowę. Afisz na gmachu opery tłumaczy wszystko – trwają Dni Kultury Polskiej
na Ukrainie. Za kilka minut wystąpią zespoły amatorskie ze Lwowa, Sambora,
Drohobycza, Stryja i innych miejscowości.
HELENA KOWALIK 2004-11-15
R E K L A M A czytaj dalej
Piękne głosy, dobrze ustawione. Trudno będzie się powstrzymać od ukradkowego
ocierania łez, gdy chłopięcy chór zaśpiewa na dwa głosy refren pieśni do
matki: „Tobie winienem miłość, a ojczyźnie życie”. Prawie wszyscy występujący
zaprezentują się w tym tonie: „Być Ojczyźnie wiernym, a kochance stałym,
(...) a gdy przyjdzie zginąć w ojczystej potrzebie, nie rozpaczaj dziewczę,
zobaczym się w niebie”. Oklaski, bisy, biało-czerwony bukiet na scenie. W
kulisach pospieszne przebieranie się – pociąg nie poczeka. Nazajutrz polski
Lwów plotkuje, kogo ze znanych osób nie było. To oznaczałoby, że ten ktoś nie
dostał lub nie przyjął zaproszenia od Emila Legowicza, prezesa Towarzystwa
Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej; mówi się, że wielu zasłużonych Polaków jest
źle traktowanych przez zawiadującego towarzystwem.
Nie pojawiła się Bożena Rafalska, redaktor naczelna „Lwowskich Spotkań”,
miesięcznika polskiego środowiska artystycznego we Lwowie, a wcześniej, przez
10 lat naczelna reaktywowanej przez nią „Gazety Lwowskiej”. (Pismo ukazywało
się od 1811 r., w 1944 r. zostało zamknięte na ponad pół wieku). Nie było
państwa Cydzików, bardzo zasłużonych dla cmentarza Orląt, ks. Andrzeja Kurka,
proboszcza z Sambora, nie udało mi się znaleźć Tatiany Bojko ze Stryja, Adama
Chłopka z Drohobycza. I wielu innych. Postanawiam odwiedzić tych legendarnych
już „konserwatorów” polskości w miejscu ich zamieszkania.
Ostali się mandoliniści
W 1991 r. Adam Chłopek, obecnie dyrektor sobotniej szkoły polskiej w
Drohobyczu i członek rady parafialnej, zaapelował do wiernych w parafiach III
RP: „Kochani bracia Rodacy. Z woli Bożej przyszło nam żyć poza krajem.
Należymy do rzymskokatolickiej parafii św. Bartłomieja. Nasz kościół
ufundował w 1392 r. Władysław Jagiełło. Wnętrze gotyckiej świątyni zdobiły
freski, witraże wykonane przez Matejkę, Wyspiańskiego i Mehoffera. Były
liczne obrazy, barokowe ołtarze, organy, bogata biblioteka. Wszystko to
przepadło po przymusowym zamknięciu świątyni w 1949 r. przez KGB. Książki z
biblioteki służyły do podpalania w piecyku Urzędu Ochrony Zdrowia
mieszczącego się w zakrystii. Jako opału używano ławek, konfesjonałów,
ołtarzy. Organy zostały sprzedane do konserwatorium w Tbilisi.
Od 1979 r. było tu muzeum ateizmu. (...) Za Gorbaczowa rozpoczęliśmy starania
o odzyskanie kościoła. Po dwóch latach obijania progów w Moskwie, Lwowie i
Drohobyczu w Wigilię 1989 r. znów odbyła się msza. Ale stan kościoła jest
straszny (...) Prosimy o pomoc. Rada parafialna (...)”. Z Senatu dostali
trochę pieniędzy na remont dachu. I to, niestety, wszystko. 13 lat później
stoję przed tą warowną gotycką farą. Zaraz przyniesie klucze kościelny,
Stanisław Winiarz, lat 74, opowie, co tu przeżył, gdy przyszli Niemcy, potem
banderowcy. Dlaczego nie wyjechał wtedy z rodziną do Polski? Bo czekali na
ojca, którego bolszewicy wywieźli na Sybir. Wrócił w 1954 r., rodzina mogła
się pakować, ale wtedy on, najstarszy syn, dostał powołanie do wojska. I tak
zostali. – Po ostatnim spisku – pan Stanisław troszkę kaleczy polską mowę –
nasza parafia ma 422 dusze. Jeszcze w latach 70. palili tu w kościele
ognisko....
Idę za jego wzrokiem ku gotyckim sklepieniom czarnym od sadzy. Tylko
gdzieniegdzie widać cień kolorowych polichromii. – Ciężko chwalić Pana –
wzdycha kościelny – gdy ani jednego świętego na ścianach. Gdyby na
renesansowym, nietypowym dla tego rodzaju świątyń krużganku zachowały się
gromadzone tam książki (widać tylko gołe półki), mogłaby tam dziś
leżeć „Atlantyda” Andrzeja Chciuka, wydana w 1969 r. przez Polską Fundację
Kulturalną w Londynie. Autor, drohobyczanin, mieszka w Australii. „Atlantyda”
jest jasnym jak beztroskie dzieciństwo wspomnieniem przedwojennego
Drohobycza. Znajduję tam rozdział i o Jagiełłowej katedrze. Wypiękniała
szczególnie, gdy jej dziekanem był ks. dr Kazimierz Kotula. „Chodząc z tacą w
czasie mszy – wspomina go Chciuk – napierał potężnym brzuchem na ociągających
się przed otwarciem portfela. A gdy przystanął koło znanego z chytrości
starosty, to aż do plafonu niósł się Kotulowy krzyk: »Zapłać!« (bo pierwsze
słowo »Bóg« mówił szeptem). I czekał, aż na tacę spadnie 5 zł. Wszystko szło
na wyposażanie fary”.
Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie