Dodaj do ulubionych

Polacy na Ukrainie

16.11.04, 16:51
Sława!
Jaki znak twój?

kiosk.onet.pl/art.html?NA=1&ITEM=1202729&KAT=239

Polacy na Ukrainie

Przed gmachem opery we Lwowie tłum. Przeważają siwe głowy i niemodne, choć
odświętne ubrania. Ktoś komuś rzuca się w ramiona, wszędzie słychać polską
mowę. Afisz na gmachu opery tłumaczy wszystko – trwają Dni Kultury Polskiej
na Ukrainie. Za kilka minut wystąpią zespoły amatorskie ze Lwowa, Sambora,
Drohobycza, Stryja i innych miejscowości.


HELENA KOWALIK 2004-11-15




R E K L A M A czytaj dalej








Piękne głosy, dobrze ustawione. Trudno będzie się powstrzymać od ukradkowego
ocierania łez, gdy chłopięcy chór zaśpiewa na dwa głosy refren pieśni do
matki: „Tobie winienem miłość, a ojczyźnie życie”. Prawie wszyscy występujący
zaprezentują się w tym tonie: „Być Ojczyźnie wiernym, a kochance stałym,
(...) a gdy przyjdzie zginąć w ojczystej potrzebie, nie rozpaczaj dziewczę,
zobaczym się w niebie”. Oklaski, bisy, biało-czerwony bukiet na scenie. W
kulisach pospieszne przebieranie się – pociąg nie poczeka. Nazajutrz polski
Lwów plotkuje, kogo ze znanych osób nie było. To oznaczałoby, że ten ktoś nie
dostał lub nie przyjął zaproszenia od Emila Legowicza, prezesa Towarzystwa
Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej; mówi się, że wielu zasłużonych Polaków jest
źle traktowanych przez zawiadującego towarzystwem.

Nie pojawiła się Bożena Rafalska, redaktor naczelna „Lwowskich Spotkań”,
miesięcznika polskiego środowiska artystycznego we Lwowie, a wcześniej, przez
10 lat naczelna reaktywowanej przez nią „Gazety Lwowskiej”. (Pismo ukazywało
się od 1811 r., w 1944 r. zostało zamknięte na ponad pół wieku). Nie było
państwa Cydzików, bardzo zasłużonych dla cmentarza Orląt, ks. Andrzeja Kurka,
proboszcza z Sambora, nie udało mi się znaleźć Tatiany Bojko ze Stryja, Adama
Chłopka z Drohobycza. I wielu innych. Postanawiam odwiedzić tych legendarnych
już „konserwatorów” polskości w miejscu ich zamieszkania.

Ostali się mandoliniści

W 1991 r. Adam Chłopek, obecnie dyrektor sobotniej szkoły polskiej w
Drohobyczu i członek rady parafialnej, zaapelował do wiernych w parafiach III
RP: „Kochani bracia Rodacy. Z woli Bożej przyszło nam żyć poza krajem.
Należymy do rzymskokatolickiej parafii św. Bartłomieja. Nasz kościół
ufundował w 1392 r. Władysław Jagiełło. Wnętrze gotyckiej świątyni zdobiły
freski, witraże wykonane przez Matejkę, Wyspiańskiego i Mehoffera. Były
liczne obrazy, barokowe ołtarze, organy, bogata biblioteka. Wszystko to
przepadło po przymusowym zamknięciu świątyni w 1949 r. przez KGB. Książki z
biblioteki służyły do podpalania w piecyku Urzędu Ochrony Zdrowia
mieszczącego się w zakrystii. Jako opału używano ławek, konfesjonałów,
ołtarzy. Organy zostały sprzedane do konserwatorium w Tbilisi.

Od 1979 r. było tu muzeum ateizmu. (...) Za Gorbaczowa rozpoczęliśmy starania
o odzyskanie kościoła. Po dwóch latach obijania progów w Moskwie, Lwowie i
Drohobyczu w Wigilię 1989 r. znów odbyła się msza. Ale stan kościoła jest
straszny (...) Prosimy o pomoc. Rada parafialna (...)”. Z Senatu dostali
trochę pieniędzy na remont dachu. I to, niestety, wszystko. 13 lat później
stoję przed tą warowną gotycką farą. Zaraz przyniesie klucze kościelny,
Stanisław Winiarz, lat 74, opowie, co tu przeżył, gdy przyszli Niemcy, potem
banderowcy. Dlaczego nie wyjechał wtedy z rodziną do Polski? Bo czekali na
ojca, którego bolszewicy wywieźli na Sybir. Wrócił w 1954 r., rodzina mogła
się pakować, ale wtedy on, najstarszy syn, dostał powołanie do wojska. I tak
zostali. – Po ostatnim spisku – pan Stanisław troszkę kaleczy polską mowę –
nasza parafia ma 422 dusze. Jeszcze w latach 70. palili tu w kościele
ognisko....

Idę za jego wzrokiem ku gotyckim sklepieniom czarnym od sadzy. Tylko
gdzieniegdzie widać cień kolorowych polichromii. – Ciężko chwalić Pana –
wzdycha kościelny – gdy ani jednego świętego na ścianach. Gdyby na
renesansowym, nietypowym dla tego rodzaju świątyń krużganku zachowały się
gromadzone tam książki (widać tylko gołe półki), mogłaby tam dziś
leżeć „Atlantyda” Andrzeja Chciuka, wydana w 1969 r. przez Polską Fundację
Kulturalną w Londynie. Autor, drohobyczanin, mieszka w Australii. „Atlantyda”
jest jasnym jak beztroskie dzieciństwo wspomnieniem przedwojennego
Drohobycza. Znajduję tam rozdział i o Jagiełłowej katedrze. Wypiękniała
szczególnie, gdy jej dziekanem był ks. dr Kazimierz Kotula. „Chodząc z tacą w
czasie mszy – wspomina go Chciuk – napierał potężnym brzuchem na ociągających
się przed otwarciem portfela. A gdy przystanął koło znanego z chytrości
starosty, to aż do plafonu niósł się Kotulowy krzyk: »Zapłać!« (bo pierwsze
słowo »Bóg« mówił szeptem). I czekał, aż na tacę spadnie 5 zł. Wszystko szło
na wyposażanie fary”.



Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: Polacy na Ukrainie (2) 16.11.04, 16:52
      Kotula uratował w czasie okupacji niemieckiej kilku Żydów. Ale nie mógł ich
      uchronić przed pogromem. Ludność z pejsami, w chałatach i jarmułkach, mieszkała
      w Drohobyczu wszędzie, miała też swoją dzielnicę Łan. Pisze Chciuk: „Dużo
      niosło się stamtąd dziwnych woni. (...) Oto na płachcie gazety pokrytej ciasno
      literkami jidysz suszyły się pestki dyni, ówdzie na stołach przed świętem Purym
      zastygały wonne, brunatne i lepkie makagigi, dalej biło w nos naftaliną i
      stęchlizną – to od Szmula Rosenzweiga, handlarza starzyzną. Był jeszcze mizerny
      sklepik: szwarc, mydło i powidło z dyndającym dzwonkiem nad drzwiami. Na tle
      zakurzonych półek ze słojami landrynek stał zapatrzony w wieczność stary Kuba,
      którego nikt nie pamiętał z nazwiska. Kupiec zawieszał wzrok na pobliskiej
      blaszanej kopule synagogi, największej na ziemiach II RP”. Dziś została z niej
      tylko jedna ściana. Gruzowisko służy jako miejski szalet.

      Adam Chłopek nie może pamiętać sklepiku Rosenzweiga, bo urodził się już po
      wojnie. Ale pieczołowicie pielęgnuje ostatnie ślady po przedwojennym,
      wielonarodowościowym Drohobyczu – tego nauczyła go matka. Trzeba być
      przygotowanym na lata lisich starań, zabiegów. Z Ukraińcami tak już jest. Nawet
      jeśli obiecają, potem nie dotrzymują słowa. W 1992 r. miejscowi Polacy chcieli
      postawić pomnik Brunonowi Schulzowi, w 50. rocznicę zastrzelenia pisarza przez
      gestapowca na jednej z ulic Drohobycza. Władze się nie zgodziły. Jeszcze raz
      podjęli tę inicjatywę – w 2001 r., gdy wybuchł skandal związany z wywiezieniem
      fresków Schulza (to były bajki wyrysowane na ścianie pokoju dziecinnego w domu
      hauptscharführera Feliksa Landaua) przez wysłanników izraelskiego instytutu Yad
      Vashem. Wtedy kierownik miejskiego domu kultury, Mykoła Mychać, powiedział
      wprost: – Ten Schulz nikogo u nas nie obchodzi.

      Chłopek znalazł inny sposób na zachowanie pamięci o wybitnych rodakach:
      Kazimierzu Wierzyńskim, który w Londynie tęskniąc za swymi stronami ojczystymi,
      napisał: „Bo nie ma ziemi wybieranej, jest tylko ziemia przeznaczona, ze
      wszystkich bogactw cztery ściany, z całego świata tamta strona”, o Brunonie
      Schulzu, pisarzu, dla którego Drohobycz, choć w twórczości nienazwany, to
      było „miasto jedyne” – założył sobotnią szkołę polską. Dziś cieszy się ona taką
      renomą, że zaglądają do niej i młodzi Ukraińcy. Maluchy uczą się na pierwszej
      lekcji recytacji „Kto ty jesteś / Polak mały...” (autor wiersza, Władysław
      Bełza, leży na cmentarzu Łyczakowskim). W starszych klasach uczniowie dowiadują
      się, że dzisiejsza ulica Stryjska w Drohobyczu to w „Sklepach cynamonowych”
      ulica Krokodyli.

      Prawda, niewiele na niej śladów po rozpasaniu w czasach naftowego bumu, który
      prawie sto lat temu ogarnął Drohobycz. Z eklektycznej architektury i
      nowobogackich willi (równocześnie z budową kamienic zaczęły się afery naftowe,
      w Drohobyczu osiedliło się ponad stu adwokatów z innych miast Galicji i
      Lodomerii) pozostały tylko mansardowe dachy, ozdobne obramienia okien i
      zalotnie wybrzuszone balkony.

      A w budynku dzisiejszego Uniwersytetu Pedagogicznego mieściło się kiedyś
      gimnazjum im. Władysława Jagiełły. Uczył w nim rysunku nieśmiały z powodu
      widocznego platfusa, lekceważony przez grono pedagogiczne z powodu żydłaczenia
      Bruno Schulz. „Moja zatopiona Atlantyda”, pisze Chciuk. I na wieczne czasy
      przenosi na papier zapamiętane osobowości przedwojennego Drohobycza:
      filigranowego aptekarza Gorgoniusza Tobiaszka jak z grafiki Schulza w
      staromodnym tużurku, z olbrzymimi cwikierami i pożółconymi od papierosowego
      dymu wąsami. Chodził po rynku z weterynarzem Czubatym, który do końca życia nie
      mógł rozstrzygnąć kwestii: jest Polakiem czy Rusinem (ewentualność Ukrainiec w
      ogóle do niego nie docierała). Odpowiadał sam sobie: – Ta ja naprzód zdaji si
      jezdnym drohobyczaninem.

      A także powstańców styczniowych w mundurach i niebieskich rogatywkach, którzy
      mimo podeszłego wieku pili na rynku z gwinta i śpiewali: „W krwawym polu
      srebrne ptasze, poszli na bój chłopcy nasze, hu ha krew gra, duch gra hu ha,
      niechaj Polska zna, jakich synów ma”. Głosy były skrzeczące, frazy przerywane w
      nieodpowiednich momentach, bo kombatantów zatykała starcza zadyszka. Albo taka
      zapamiętana scena z 1937 r. przed pocztą na Jagiellońskiej, gdy 2 tys. Polaków
      czekało na wynik meczu polskiego Junaka z lwowską Ukrainą we Lwowie. Panowała
      taka cisza, że słychać było tylko litanię z kościoła – ksiądz nie mógł odmówić
      nabożeństwa starym kobietom z kółka różańcowego, ale otworzył drzwi i też
      nasłuchiwał komunikatów. W pewnej chwili wyszedł sam naczelnik poczty i ze
      wzruszenia płacząc, krzyknął piskliwie: – Wygraliśmy 4:3! Tłum oszalał. W
      pobliskim kinie przerwano wyświetlanie filmu, operator drżącą ręką napisał na
      kartce: „Cziąg dalszy za chwyle, sze nabilo Ukraine 4:3”.
      • ignorant11 Re: Polacy na Ukrainie (3) 16.11.04, 16:54
        Poczta jest w tym samym miejscu, ale darmo szukać spontanicznej radości tłumu.
        Po ulicy chodzi homo sovieticus – upodlony biedą, wobec obcych szczególnie
        burkliwy, nieprzyjazny. I nie ma niedzielnych zabaw w pobliskim uzdrowiskowym
        Truskawcu, gdzie tak pięknie przygrywał zespół mandolinistów. Andrzej Chciuk
        zachował zdjęcie z 1939 r., właśnie odbierał nagrodę – alabastrowy komplet na
        pióra i ołówki. – W imieniu Zarzondu Zdrojuwegu i naszy urkiestry mam zaszczyt
        wrenczyć panu pierwszy nadgrody na konkursi na najlepszegu dyrygienta i komika.
        Na nastepny niedzieli panstwu zobaczu i uslyszu naszu orkiestru z uwerturzy z
        Cyrulika Cebulskiegu – bałakał juror.

        Już nie usłyszeli. Nazajutrz na małym truskwieckim dworcu stały pulmanowskie
        wagony do Warszawy. Zapłakana panna żegnała swego podporucznika rezerwy w
        pięknie wyprasowanym mundurze. Pociąg gwizdnął, młody mężczyzna posłał
        dziewczynie jeszcze jednego całusa, a kolejarz powiedział: – Tak go pani
        zacimkałaś, że liszaji dostanie pan porucznik. A te stare melodie z Truskawca
        odtworzyła niedawno Lucyna Nielepa, ucząca w sobotniej szkole muzyki i razem z
        dziećmi koncertująca na polskich imprezach. Byli też oklaskiwani na festiwalu w
        Mrągowie.

        Koziołek poprowadzi

        Czterdziestokilkuletnią Tatianę Bojko ze Stryja zastaję w zarośniętym
        pokrzywami ogródku. Stoi zamyślona – zastanawia się, jak wykorzystać ten
        spłachetek gruntu w środku miasta. Może letnia kawiarenka, jakiś klub dla
        młodzieży? Budynek wraz z ogródkiem wykupiła Fundacja Pomoc Polakom na
        Wschodzie dla prowadzonego przez Tatianę Centrum Kulturalnego Wspólnoty
        Polskiej w Stryju im. Kornela Makuszyńskiego (300 członków, w tym setka
        dzieci). Po długich staraniach, w 120. rocznicę urodzin polskiego pisarza,
        Bojko usiłuje zamontować tablicę „od wdzięcznych rodaków” na budynku, gdzie
        przyszedł on na świat. Przez całe wakacje polskie dzieci rysowały przygody
        Koziołka Matołka i przy tej okazji wzbogacały swoje słownictwo.

        Tatiana Bojko twierdzi, że urodzonym w Stryju Makuszyńskim można jeszcze
        długo „grać”, bo dzieci chętnie się uczą tekstu, aby wystąpić w szkolnym
        teatrzyku. Na ulicach Stryja coraz mniej okazji, aby usłyszeć polską mowę. –
        Nie mamy już polskiej inteligencji ze starszego pokolenia, wyjechali – zauważa
        Tatiana, z zawodu inżynier ceramik. Stosunek miejscowych władz do tych Polaków,
        którzy zostali? – Nasz kraj, Ukraina, jest nie tak mocno demokratyczny – dodaje
        ostrożnie prezeska centrum. Celowo powiedziała: nasz kraj, ona ze Stryja się
        nie wyprowadzi. Owszem, miałaby gdzie: w Krośnie, skąd w 1939 r. wywieziono jej
        ojca do Kazachstanu, zostało sporo rodziny, przede wszystkim babcia.

        Ale, tłumaczy, to taka radość, gdy ci sobotni, już podrośnięci uczniowie z
        własnej woli zaglądają do biblioteki (książki są darem Uniwersytetu Śląskiego,
        także oprogramowanie komputerowe) i proszą o „coś dobrego, po polsku, takiego,
        wie pani...”. – Nigdy nie wiadomo – zamyśla się Bojko – w którym pokoleniu
        odezwie się genetyczny kod polski. Ten maturzysta Hałas, który tak porywająco,
        z głębokim zrozumieniem recytował wieszczów w operze, ma matkę Ukrainkę. Ale
        ojca Polaka.

        Parafia jak trampolina

        W Samborze proboszcz Andrzej Kurek założył parafialny zespół śpiewaczy. A gdy
        już wszystko dopiął na ostatni guzik, siostra zakonna, która ten chór
        prowadziła, została, wbrew proboszczowi, odsunięta przez osobę świecką. – Teraz
        pieniądze z Warszawy, konkretnie z Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie czy
        Stowarzyszenia Wspólnota Polska, idą z pominięciem naszej parafii – żali się
        ksiądz. – Ja już o niczym nie jestem informowany. Przypadkowo byłem ostatnio w
        Ustrzykach. Od miejscowych władz dowiaduję się, że przyjeżdża polski chór
        parafialny z Sambora. Wysłało go Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej.
        Mniejsza o to, że połowę śpiewaków stanowili Ukraińcy, ale dlaczego ja o tym
        nie wiedziałem?

        To częsta sytuacja w środowiskach polskich na Ukrainie: impuls do pielęgnowania
        ojczystej kultury wychodzi z miejscowej parafii, a gdy już jest się czym
        pochwalić, sukces zapisuje na swe konto Towarzystwo Kultury Polskiej. I ono
        przejmuje dotacje z Polski. Proboszcz ma powody do rozżalenia. Wiele zrobił,
        aby kościół w Samborze stał się przystanią dla zabiedzonych i wystraszonych
        Polaków. Tu umierano nie tylko z głodu. W 1941 r. NKWD zamordowało 570 osób.
        To, że XVI-wieczna katolicka świątynia miała otwarte podwoje nieprzerwanie od
        1945 r., jest zasługą przede wszystkim nieustraszonych księży. Aż do 1988 r.
        byli prześladowani. Zaraz po wrześniowej agresji Niemiec i ZSRR parafia została
        pozbawiona wszystkich budynków poza kościołem, którego los też się wydawał
        przesądzony. Sowieci zajęli plebanię na porodówkę, potem urządzono tam muzeum
        Bojkowszczyzny. Wtedy wierni postanowili sami wybudować nową parafię. Choć było
        to jak porywanie się z motyką na słońce, dopięli swego. Gdy napotykali
        biurokratyczny opór miejscowej władzy, ks. Kurek pisał do ZG Związku Ukraińców
        w Polsce, aby wsparli go moralnie i wyjaśnili samborskim urzędnikom, że w
        Polsce nie prześladuje się mniejszości ukraińskich.
      • ignorant11 Re: Polacy na Ukrainie (4) 16.11.04, 16:55
        Łotysz z Sambora

        Działaczom towarzystwa musiał też rzucić rękawicę ks. Kazimierz Halimurka,
        proboszcz parafii w dawnym Stanisławowie, dziś Iwano-Frankowsku. Początkowo
        towarzystwo liczyło 90 osób. Pierwsze spotkania były w wyremontowanym kościele.
        Kiedy budowali nowy dom parafialny, uzgodnili, że będzie on otwarty również dla
        każdej organizacji polskiej. – Przyszła pani prezes z towarzystwa – opowiada
        ks. Halimurka – siadła za biurkiem i mówi: „To jest nasze”. I jeszcze mi
        przegania dzieci z pobliskich wiosek, że nie potrafią poprawnie mówić po
        polsku, bo to bajstruki (znajduchy). Ja jej tłumaczę: „Wokół zruszczone wsie,
        to jak te dzieci mają się odzywać, trzeba z nimi pracować”. „Ale ja nie pozwolę
        na takie kaleczenie polskiej mowy, ja Polka!”. To jej wypaliłem: „Bo wyproszę
        wasze towarzystwo z parafii. Członków macie już tylko 30, a parafian jest 2
        tys.”. „Niech ksiądz tylko spróbuje”. „Ale ja nawet próbować nie będę”,
        odpowiedziałem, podnosząc się, a jak widać, ułomkiem nie jestem. – Widzi pani –
        kończy ksiądz tę historię – z takich ludzi nieraz rekrutują się u nas działacze
        polskich towarzystw kulturalnych. Ale po co szukać w terenie, wystarczy
        przyjrzeć się sytuacji we Lwowie.

        O proboszczu ze Stanisławowa krąży na Ukrainie wiele opowieści. Nie ma dla
        niego spraw nie do załatwienia. Pochodzi z Sambora. Żeby mógł wstąpić w latach
        70. do seminarium, musiał wyjechać na Łotwę, nauczyć się tamtejszego języka,
        zostać Łotyszem. Ksiądz mówi, że odkąd dorósł, wyznaje zasadę – nie oglądamy
        się na trudności, robimy swoje.

        Krzyż będzie drogowskazem

        Możliwe, że przejął tę maksymę od por. Eugeniusza Cydzika. Gdy spotykamy się po
        raz pierwszy, pan Cydzik w postawie na baczność recytuje mi rotę przysięgi,
        którą składał dowódcy AK w 1942 r.: „Będę wiernie i nieugięcie stał na straży
        honoru Polski, a o jej wyzwolenie będę walczył z bronią w ręku. Nagrodą
        zwycięstwo, a za zdradę śmierć”. Cydzik, podobnie jak pani Czesława, jego żona
        plastyczka, przeżył łagry w Workucie. Przez siedem najtrudniejszych lat, gdy
        ważyły się losy cmentarza Orląt, był prezesem Polskiego Towarzystwa Opieki nad
        Grobami Wojskowymi we Lwowie. Niszczono go, pomawiano. Dziś jest prezesem
        honorowym, zastąpił go młodszy Jan Franczuk.

        Mówi, że póki nie odejdzie na wieczną wartę, będzie dbał o groby swych rodaków,
        którzy tu w obronie ojczyzny zginęli. Nie jest łatwo rozmawiać z miejscowymi
        władzami. Już raz przypłacił to zawałem. Ale oto album z fotografiami
        dokumentującymi to, co już zrobili. Gen. Kołyszko, kościuszkowski żołnierz,
        leżał na cmentarzu Łyczakowskim w zapomnieniu. Teraz ma krzyż z tabliczką. 63
        zastrzelonych polskich żołnierzy pogrzebano w gliniance we wsi Malechów. Nie
        było żadnego znaku, że tam zginęli. – Przenieśliśmy szczątki na cmentarz
        katolicki – raportuje Cydzik – postawiliśmy im pomnik. W Hucie Pieniackiej 28
        lutego 1944 r. zamordowano tysiąc mieszkańców, głównie Polaków. Miejscem kaźni
        jest ugór. Władze ukraińskie twierdzą, że to robota funkcjonariuszy NKWD
        przebranych w mundury UPA. Ale miejscowi, którzy poznali niektóre twarze, są
        przekonani, iż mordercami byli ci z UPA. Ofiarom należał się krzyż – tłumaczy
        swoją determinację prezes.

        Upamiętnili też groby w Trzech Kopcach, gdzie walczył z Niemcami gen.
        Sosnkowski. Itd., itd. Nie było nawet krzyża na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie,
        gdzie wymordowano polskich profesorów. Eugeniusz Cydzik: – Władze miasta
        odmówiły pomocy, więc choć większość z nas to emeryci, wszystko, co się należy
        pamięci ofiar, zrobiliśmy sami. Notabene prezes uważa się za bogatego, jego
        miesięczna „pensja” to 200 hrywien (5,4 hryw. = 1 dol.), żona otrzymuje 40
        hrywien. Stale trzeba krążyć po zabytkowym cmentarzu Łyczakowskim, gdyż
        Ukraińcy rabują polskie pomniki. Na grobowcu księdza prałata Stanisława
        Sokołowskiego ktoś położył tablicę informującą, że to miejsce pochówku
        niejakiego Bałki. Polskie Towarzystwo Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie
        zaczęło składać wieńce z patriotycznymi napisami, palić lampiony i w końcu
        tablica zniknęła. Uratowano też orła z pomnika gen. Bolesława Popowicza,
        dowódcy lwowskiego garnizonu. Wyrwany z nagrobka orzeł został wmurowany w
        postument pomnika Lenina. Gdy pomnik Lenina rozwalono, Cydzik schował orła u
        siebie w domu, a następnie zaniósł go do konsulatu.

        I jeszcze jeden dokument z biurka honorowego prezesa: poświadczenie przekazania
        na odbudowę cmentarza Obrońców Lwowa 12.630 dol. Tyle zebrali członkowie
        towarzystwa. – Wiem – mówi prezes – że to była kropla w morzu potrzeb, ale dla
        nas ogromna suma.
      • ignorant11 Re: Polacy na Ukrainie (5) 16.11.04, 16:56
        Czterech czytelników

        Są w Polsce stowarzyszenia i fundacje, które wspierają Polaków we Lwowie i
        okolicy. Jedne robią to za pośrednictwem Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi
        Lwowskiej, drugie same szukają kontaktów. Tadeusz Samborski, poseł PSL, prezes
        Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, chce, aby wszystkie organizacje polskie na
        ziemi lwowskiej zjednoczyły się i podporządkowały Emilowi Legowiczowi. Ale
        wśród Polaków prezes nie ma dobrej renomy. Nie miałam możliwości konfrontacji,
        prezes nie chciał ze mną rozmawiać, gdy tylko dowiedział się, że szukam
        kontaktu z byłą naczelną „Gazety Lwowskiej”, Bożeną Rafalską.

        Lwowscy Polacy odsunięcie tej pełnej pomysłów osoby od redagowania „Gazety”
        odebrali jako skandal. Legowicz, który z wykształcenia jest elektromonterem, na
        miejscu niepokornej Rafalskiej posadził młodą Rosjankę po polonistyce na KUL-u.
        Rozmawiałam z nią, przejrzałam też ostatni rocznik pisma. Gazeta aż kapie od
        serwilistycznych ukłonów pod adresem prezesa. Reszta materiałów to czytanki
        katechetyczne z inwokacją: „Módlmy się”. Śmieszy to nawet proboszczów. Czy ktoś
        w Senacie przyznającym pieniądze na redagowanie „Gazety Lwowskiej” przyjrzał
        się, jak jest robiona? Obecna naczelna wyrzeka, że już nie wie, o czym „ci
        Polacy” chcą czytać. Ankietę dla czytelników wypełniły cztery osoby. A list do
        papieża (gazeta zainicjowała taką akcję wśród czytelników) przysłało tylko
        jedno dziecko.

        Helena Kowalik

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka