ignorant11
11.06.05, 18:48
Sława!
Kiedy je widzisz po raz pierwszy, masz wrażenie, że zachowują się jak domowe
konie. Podchodzą do człowieka, jedzą z ręki. Wystarczy jednak, że zostaniesz
z nimi trochę dłużej. Po godzinie tracisz wątpliwości. To są dzikie
zwierzęta. Prawdziwie dzikie – opowiada Paolo Volponi, fotograf, który przez
rok śledził żyjące na wolności koniki polskie.
Ich przodek, tarpan, ostatni dziki koń Europy, wymarł ponad 100 lat temu. Na
początku XVII wieku, gdy zwierzęta te jeszcze swobodnie galopowały po naszym
kontynencie, istniały dwie ich odmiany: leśna i stepowa. Ta pierwsza kryła
się w puszczach ówczesnej Polski, Litwy i Prus. Druga zamieszkiwała stepy
czarnomorskie. Obie ginęły w szybkim tempie. Najpierw zniknęły leśne tarpany.
W drugiej połowie XVII wieku można ją było zobaczyć już tylko w Puszczy
Białowieskiej. W roku 1780 niedobitki odłowiono i przekazano do zwierzyńca
hrabiów Zamojskich. 26 lat później rozdano je chłopom. Ci krzyżowali dzikie
konie z domowymi i w ten sposób wyniszczyli ostatnie leśne tarpany.
Stepowy konik przetrwał trochę dłużej, ale jego liczebność szybko spadała.
Ostatniego żywego tarpana schwytano w roku 1884 i zawieziono go do zoo w
Moskwie. Tam przeżył jeszcze tylko trzy lata. Na tym historia tarpana by się
zakończyła, gdyby nie pewien uparty naukowiec.
W roku 1914 dwaj badacze, Jan Grabowski i Stanisław Schuch, odkryli, że w
okolicach Biłgoraja na Roztoczu chłopi hodują konie zadziwiająco podobne do
wymarłych tarpanów. A właśnie w tym rejonie rozdano rolnikom zwierzęta
Zamoyskich. Czas odkrycia – I wojna światowa – opóźnił publikację ich wyników
o parę lat. Praca ukazała się drukiem dopiero w roku 1921. Ale gdy wpadła w
ręce Tadeusza Vetulaniego, sprawy potoczyły się nowymi koleinami.
Biłgorajskie konie bardzo go zainteresowały. To dzięki niemu już w 1923 r.
powstała pierwsza hodowla tajemniczych koników.
Ale plany prof. Vetulaniego były jeszcze śmielsze. Chciał odtworzyć formę
leśną tarpana. Swoje marzenia zaczął realizować w roku 1936. Wówczas to w
Białowieży utworzono rezerwat, do którego prof. Vetulani sprowadził odkupione
od biłgorajskich chłopów konie. W ciągu stu lat od czasu, gdy ze zwierzyńca
Zamoyskich trafiły w ręce rolników, zdążyły się już wielokrotnie skrzyżować z
końmi domowymi. Ale prof. Vetulani był uparty. Mądrze uparty. Zdawał sobie
sprawę, że wymarłego konia nie da się przywrócić do życia. Formę, którą
hodował, nazwał więc “konikiem polskim typu tarpan”. Analizując stare ryciny
i opisy, wyznaczył kilka cech, które miały charakteryzować tarpany. I dążył,
by rozwinęły się one i u koników polskich, co w dużej mierze się udało.
Koniki polskie, tak jak i ich dzicy przodkowie, mają myszowatą maść, ciemną
pręgę na grzbiecie, pręgi na nogach, niewielki wzrost i jaśniejącą zimą
sierść. Tylko grzywa nie chce stać tak jak u tarpanów. Najważniejszym jednak
testem ich “dzikości” powinno być życie na swobodzie. Poradzą sobie czy nie?
Prof. Vetulaniamu nie udało się odpowiedzieć na to pytanie. Jego prace
przerwała II wojna światowa. Koniki polskie z Białowieży wyginęły lub zostały
wywiezione do Niemiec. Po wojnie prof. Vetulani chciał powrócić do swoich
eksperymentów. Udało mu się częściowo odtworzyć stado, wkrótce jednak zmarł.
By nie zaprzepaścić jego prac, naukowcy postanowili utworzyć rezerwat, w
którym koniki polskie mogłyby posmakować dzikiego życia. Pierwsze stado
wypuczczono na wolność w roku 1955. Ich miejscem życia stał się Półwysep
Popielniański, wciśnięty między mazurskie jeziora Warnołty, Śniardwy, Bełdany
i Mikołajskie. Dziś jest to obszar ponad 1600 ha. W roku 1982 powstał drugi
rezerwat dla dzikich koników polskich – w Roztoczańskim Parku Narodowym, obok
Zwierzyńca. Osiem lat później na wolność wypuszczono kolejne stada – w
rezerwacie nad jeziorem Oświn i w Biebrzańskim Parku Narodowym.
Dzikie koniki polskie są przyzwyczajone do obecności ludzi. Nie lubią jednak,
gdy człowiek okazuje im swą wyższość. Nigdy nie pozwalają się uwiązać. A gdy
położy im się rękę na kłębie – uciekają lub kopią.
– Aby robić im zdjęcia, musiałem je do siebie przyzwyczaić – opowiada Paolo
Volponi. – Spędzałem więc z nimi wiele czasu. Bywało, że zbyt wiele. Raz
bardzo długo przebywałem w tabunie ogiera Nokturna. A był to okres rui.
Nokturn bardzo uważnie pilnował wówczas klaczy. Jeśli któraś próbowała się
oddalić, szybko zapędzał ją z powrotem do stada. Po skończeniu zdjęć
postanowiłem odejść. Ogier zniżył głowę i... zaczął zapędzać mnie z powrotem
do tabunu. Dużo czasu zajęło mi przekonanie go, że jednak nie jestem koniem.
A tym bardziej klaczą.
ng.onet.pl/68,19799,galeria.html
Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie