Dodaj do ulubionych

Literacki atak na Polskę

13.07.05, 13:14
Wojciech Orliński 12-07-2005 , ostatnia aktualizacja 12-07-2005 18:57

serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34513,2816786.html
Autorzy naszych powieści fantastycznych wróżą atak Al Kaidy na Polskę.
Nakreślone przez nich scenariusze są skrajnie pesymistyczne - wobec
zagrożenia jesteśmy bezradni, a ludzie mający strzec naszego bezpieczeństwa
sami chętnie oddadzą terrorystom broń za symboliczną cenę

W "Trzech dniach Kondora" Robert Redford grał analityka wywiadu, który
zawodowo czyta powieści sensacyjne w poszukiwaniu prawdziwych i wymyślonych
zagrożeń. Jeśli nasz wywiad też zatrudnia takich analityków, pochłonięci są
teraz zapewne lekturą polskich powieści fantastycznych i sensacyjnych, w
których szukają scenariusza terrorystycznego ataku na Polskę.

Najwięcej roboty dołożył im Marcin Wolski najnowszą powieścią "Zamach na
Polskę". Akcja rozgrywa się dosłownie teraz - latem 2005 roku. Na szczęście
wiemy już, że 24 czerwca 2005 nie doszło do zamachu bombowego na centrum
handlowe w Warszawie - od którego zaczyna się powieść. Wciąż jeszcze można
się jednak obawiać tego, co Wolski szykuje nam na sierpień.

Nakreślony przez Wolskiego scenariusz wygląda, niestety, prawdopodobnie. Al
Kaida uderzy w Polsce tuż przed wyborami parlamentarnymi, chcąc doprowadzić
do zwiększenia popularności ugrupowań skrajnych i populistycznych, które
obiecałyby mniej prozachodnią linię polityczną (a w konsekwencji - wycofać
Polskę z operacji wojskowych firmowanych przez NATO). Czy można wykluczyć, że
al Kaida będzie próbowała wpłynąć na wynik wyborów, tak jak w Hiszpanii?

Jedyną nadzieją dla Polski jest tutejsza ksenofobia - sugeruje Wolski. Jeden
z jego bohaterów zauważa, że w kraju, w którym "Murzyn czy Arab" wciąż budzi
zainteresowanie gawiedzi, al Kaida nie może operować równie swobodnie jak w
Londynie czy Madrycie. Nadzieja to jednak skromna, skoro może pojawić się
zagrożenie takie jak "biały miecz islamu", główny negatywny bohater powieści -
potomek związku gościnnej Polki z Palestyńczykiem szukającym w PRL taniej
rozrywki. Wychowany w Polsce, mówi bez akcentu i doskonale wtapia się w
otoczenie, jednocześnie nie darzy naszego kraju żadnym sentymentem.

Sprzedana dusza Sowy

"Biały miecz islamu" z książki Wolskiego to postać demoniczna jak Szakal
Fryderyka Forsytha (Wolski, niestety, chętnie sięga po klisze, uważając, że
wystarczy dodać zastrzeżenie w rodzaju "sytuacja jak z taniej powieści,
pomyślała Agnieszka", żeby to nie drażniło czytelnika). Z aż tak groźnymi
przeciwnikami polski wywiad chyba nie będzie miał do czynienia. Niemniej
jednak zagrożenia wymienione przez Wolskiego brzmią całkiem realnie.

Wśród źle opłacanych i sfrustrowanych żołnierzy polskiego kontyngentu nie
brak zapewne osób takich jak pomniejszy szwarccharakter tej powieści, niejaki
Rafał Sowa, który najpierw "uruchomił most alkoholowy między Kuwejtem a
Babilonem", a potem sprzedał al Kaidzie własną duszę (marnie zresztą na tym
wychodząc).

Matka Ojczyzna nie kocha

Dokładnie ten sam problem bardzo ciekawie opisuje Artur Baniewicz w
najnowszej powieści "Dobry powód, by zabijać". Jej głównym bohaterem jest
ktoś taki jak Sowa - zdemoralizowany polski podoficer w fikcyjnej misji
pokojowej NATO w Turkmenistanie, gotów sprzedawać islamistom broń z
magazynów, których pilnuje.

Choć to złodziej i zdrajca - to jednak trudno nie czuć do tej postaci pewnej
sympatii. W najlepszej scenie powieści bohater ów uzasadnia swoje
postępowanie "lekkim uwiądem patriotyzmu i młodzieńczej
naiwności". "Dorastasz i widzisz, że [miłość ojczyzny] to jednokierunkowy
układ. Że matka ojczyzna ani nie kocha, ani się nawet nie interesuje. Że
sprzeda takiego frajera za parę dolców pierwszemu z brzegu cudzoziemcowi.
Jest takie przysłowie o Bogu i Kubie. Moje układy z Rzeczpospolitą zrobiły
się cholernie nieskomplikowane - jeśli zdechnę pod mostem, Najjaśniejszej
nawet powłoka nie drgnie".

Warto przeczytać tę powieść, choćby dla tego monologu, obawiam się bowiem, że
jakieś 90 proc. czytelników będzie się z tymi słowami w pełni identyfikowało.
W tym - niestety - również ludzie teoretycznie strzegący naszego
bezpieczeństwa. A że nie jesteśmy bohaterami powieści Baniewicza, nasze
szanse, by w decydującym momencie spotkać Kobietę Swojego Życia i przejść
duchową przemianę, są dość mizerne.

Zresztą nawet nasi obrońcy nie muszą być szczególnie zdemoralizowani, by
stanowić zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa. W powieści "Czwarta
Rzeczpospolita" Grzegorza Mathei grupa terrorystów opanowuje wojskową
jednostkę wraz z jej magazynami bez wyrafinowanych planów, jak u Baniewicza.
Strzegący magazynów żołnierze są po prostu tak bardzo pochłonięci zabawą
w "koty" i "dziadków", skrępowani bezsensownymi regulaminami i użeraniem z
muzealnym sprzętem, że grupa młodych ludzi uzbrojonych słabiej od
przeciętnego podmiejskiego gangu jest w stanie w kilka godzin zająć koszary.

Pomijając wątki czysto sensacyjne i fantastyczne, powieści te brzmią na tyle
realistycznie w opisie zagrożeń, że trudno się po nich dalej czuć
bezpiecznie. Czy można więc gdzieś szukać realnej pociechy?

Z jakiegoś powodu polscy pisarze są przekonani, że dla islamskich terrorystów
Polacy jednak są ciągle wrogiem "bardziej sympatycznym" od Amerykanów
czy "starej Unii". W ostatniej książce zmarłego kilka miesięcy temu Tomasza
Pacyńskiego "Linia ognia" Polacy występują w Iraku w roli kogoś w
rodzaju "lepszego okupanta", z którym da się zahandlować bimbrem oraz podjąć
grę typu "my udajemy, że was atakujemy, wy udajecie, że się bronicie, po czym
my dostajemy środki od naszej centrali, a wy od waszej".

Nawet Baniewicz, przy całym swoim pozornym cynizmie, podchwytuje ten model,
pisząc, że islamiści niechętnie zabijają Polaków, dlatego właśnie żołnierze
polskiego kontyngentu w Iraku wolą jeździć polskimi honkerami, choć dostali
od Amerykanów hummery. Chciałbym uwierzyć Pacyńskiemu i Baniewiczowi, ale
zdjęcia polskich honkerów z Iraku, desperacko dopancerzonych starymi włazami,
nie wyglądają niestety na samochody, do których się nie strzela.

Dresiarze islamiści

Czystą fantastyką jest jednak, na szczęście, opowiadanie Jacka
Inglota „Wypalą nas »kruki «, »wrony «”, w którym Europę zaatakowało od
Bałkanów zjednoczone imperium islamskie. Po kapitulacji NATO i wycofaniu się
USA z Europy Polska - zgodnie z tradycją osamotniona, zdradzona i oszukana -
trwa w skazanej na przegraną walce (tytułowe „kruki” i „wrony” to slangowe
określenia wrogich pojazdów).

W zawartym w tej samej antologii "Wizje alternatywne 5" opowiadaniu "Szlak
cudów" Wojciech Szyda z kolei przepowiada, że narzędziem al Kaidy w Polsce
będą samochody-pułapki, nie to jednak w jego opowiadaniu jest najgorsze. Na
islam nawracają się tutaj po prostu masowo sfrustrowani polscy blokersi i
dresiarze, za sprawą mechanizmów podobnych do tych, jakie zadziałały w
Ameryce w czasach świetności Malcolma X. Za sprawą islamskiego
odłamu "dresailitów" al Kaida nie musi już nas atakować, bo to my stajemy się
al Kaidą.

Wnioski z polskiej fantastyki są więc jednoznacznie pesymistyczne - jesteśmy
wobec terrorystycznego zagrożenia po prostu bezradni, ludzie mający strzec
naszego bezpieczeństwa sami chętnie oddadzą terrorystom własną broń za
symboliczną cenę.

Cała nadzieja w tym, że terroryści al Kaidy zamiast polskiej fantastyki
czytają polską prasę, wiedzą więc, że do sparaliżowania połowy Warszawy nie
trzeba trotylu, wystarczy idiotycznie zaplanowany remont jednej linii
tramwajowej. Po co więc mieliby marnować cenne środki, skoro służby miejskie
potrafią nas terroryzować wystarczająco skutecznie?
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka