jolanta4447
24.04.18, 01:06
No cóż - naszła mnie wena, ale temat życiowy.
Mam dwie fobie - zastrzyki (zabiegi medyczne związane z oczekiwanym bólem) i psy. Znam wiele osób, które może i irracjonalnie boją się psów. Fobia medyczna jest rzadziej spotykana.
Z fobią trudno sobie poradzić, bo to podświadome i nie do ogarnięcia.
O medycznej nie ma co dyskutować, bo to nie 'Dobre obyczaje', ale faktem jest, że nawet przed pobieraniem krwi znieczulam skórę specjalnym kremem. Bez niego - podaję rękę, nie wyrywam, nie krzyczę i nie mdleję, choć jestem w silnym stresie - racjonalnie wiem, że wenflon czy strzykawka jest konieczna, ale nawet kiedy igła jest w żyle, to zaciągana tłoczkiem krew przestaje płynąć (blokada, spadek ciśnienia, zaciśnięcie naczyń?) i tylko widać pianę w strzykawce, a nie płynną krew. Po znieczuleniu jest lepiej, bo wiem, że działa (czasem nawet nie czuć wkłucia) i psychicznie stres jest mniejszy przy tej wierze. Większość pielęgniarek wyśmiewa mnie i nie potrafi zrozumieć, choć maść pod plastrem w sumie im nie utrudnia, bo i tak przecierają skórę spirytusem przed wkłuciem.
W sumie znalazłam jakiś sposób, ale nie zawsze da się z tego skorzystać (szpital i nagły zastrzyk).
Nawet u dentysty proszę o zamrożenie dziąsła przed znieczuleniem i za pieniądze da się to załatwić.
Druga to psy. Panicznie się boję, nawet malutkich, a one to wyczuwają i atakują szczekając, choć nie daję im powodu.
I taka sytuacja:
Jestem u siostry, która zna moją fobię. Ona ma dużego wilczura.
Zaprosiła mnie na Wielkanoc.
Świąteczne śniadanie, wszyscy przy stole.
Po pokoju wędruje pies, zbliża się do stołu, kładzie mordę przy talerzach, zbliża się do mnie, a ja sztywnieję. Nie mogę się ruszyć, nie mogę jeść i nie mogę ignorować, bo jest tuż przy mnie i prawie liże mój talerz.
Proszę, by zamknęli go w innym pomieszczeniu.
Odpowiedź - no co Ty - to domownik, nie będziemy go wyprowadzać.
Nie kończę śniadania i wyjeżdżam najbliższym możliwym transportem (wieś), bo rozumiem, że pies jest ważniejszy ode mnie - siostry, która ma znaną fobię.
Przy zaproszeniu na święta było zapewnienie, że kontaktu z psem nie będzie, a jeśli już, to ten jest łagodny. Pewnie - jest łagodny dla właścicieli, ale niekoniecznie dla obcej osoby.
Jeśli nawet nie ugryzie, to skoczy na nią, obszczeka, groźnie zawarczy czy obślini, a osoba w ciężkim szoku, bliska zemdlenia.
Podkreślam - fiksacja znana wszystkim od lat (nie bez przyczyn zresztą).
Po tym incydencie nie byłam u siostry przez 10 lat i pojechałam po wiadomości, że już psa nie ma i nie będzie następnego. Stosunki BARDZO się oziębiły.
Wciąż to pamiętam i przeżywam. Miało być inaczej.
Skądinąd znane są poglądy właścicieli psów, że ich pupile są niegroźne, nikogo jeszcze nie ugryzły, ale fakty są inne.
Kto tu popełnia błąd?
Znam też osoby, które w gościnie potrafią wskoczyć na stół, bo zobaczyły mysz lub pająka.
Rozumiem, że gospodarze mogą być ciężko zdziwieni zachowaniem 'wariata', ale jeśli zapraszali wiedząc o fobii?
Czy uważacie, że na czas proszonej wizyty, zwierzęta powinny być poza pokojem z gośćmi, niezależnie od zapowiedzianej fobii?
Ja tak, ale może moja fobia nie pozwala mi myśleć racjonalnie.
Innych fobii nie mam - latałam spadochronem, łaziłam w górach po linach i klamrach, latałam Cessną, wchodziłam na najwyższe dźwigi, nurkowałam, żegluję, wypowiadam się przed dużym audytorium itd., ale tych dwóch nie umiem pokonać.
Pewnie, że są inne fobie, które nie przeszkadzają innym - znałam osobę, która właziła po schodach na 11 piętro, bo nie była w stanie skorzystać z windy, ale nikomu to nie przeszkadzało, tylko jej.
Czy podobnie jak z alergikami, powinnyśmy liczyć się z ujawnionymi fobiami?