ignorant11
25.06.07, 13:29
Sława!
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/opinie_070625/opinie_a_1.html
iotr Semka
Ciężkostrawny kompromis
Polska jest zbyt duża, by pasować do państw środkowej Europy, które nie mają
aspiracji prowadzenia ambitnej polityki. Ale jest zbyt słaba, by politycznie
skupiać wokół siebie mniejszych sąsiadów. Będąc średniakiem, nie jest
traktowana przez Berlin i Paryż jako partner, z którego opinią trzeba się
liczyć - pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
opinie_a_1-1.F.jpg
MIROSŁAW OWCZAREK
opinie_a_1-2.F.jpg
Piotr Semka
Sukces czy katastrofa? A może ani jedno, ani drugie? Może po prostu kompromis,
który pozwolił wyjść z twarzą Polsce i braciom Kaczyńskim. Kompromis, który
zmusił nas do rezygnacji z pierwiastka, ale który też irytuje niemieckich
polityków przywiązanych do pomysłu szybkiego wprowadzenia korzystnej dla
Berlina zasady podwójnej większości.
Dziesięć lat, o które odsunięto wprowadzenie podwójnej większości, to w
warunkach unijnych sporo czasu. Trudno przewidzieć, jak w tym okresie zmieni
się w Europie układ sił. Wiadomo tylko, że przez dziesięć lat będziemy
funkcjonować w układzie nicejskim dającym nam mocną pozycję. To polityczny
kredyt na zbudowanie silnej pozycji Polski.
Odroczona egzekucja
Krytycy kompromisu z Brukseli wskazują, że to tylko odwleczenie egzekucji o
dekadę. Istotnie, może być tak, że zbliżająca się z roku na rok wizja
funkcjonowania systemu podwójnej większości będzie usztywniać stanowisko
najsilniejszych unijnych graczy. Na tym polega polityka.
Z każdego kompromisu można wyciągnąć korzyści przy mądrej i zdecydowanej grze,
ale w sytuacji naszej bierności i niezdecydowania logika kompromisu może być
wykorzystana przeciwko Polsce. Jednak - niezależnie od sporów o granice
ustępstw - w Brukseli byliśmy przy stole. Sami decydowaliśmy o granicy
kompromisu, a nie przyjmowaliśmy do wiadomości, co ustalili na nasz temat inni.
Bracia Kaczyńscy nie powinni być zdziwieni kierowanymi przeciw nim zarzutami o
zbyt łatwe spisanie na straty koncepcji pierwiastka. Im więcej patosu w
sprawie umierania za pierwiastek prezentowali przed wielka grą, tym trudniej
jest im bronić nagłego zwrotu w kierunku Realpolitik w trakcie szczytu.
Liderzy PiS przejęli od Platformy ideę pierwiastka, wokół której sprawnie
zmobilizowali przed szczytem opinię publiczną i większość polskich partii
politycznych.
Duża część Polaków uznała racjonalność tego pomysłu. W tej atmosferze
stosunkowo szybkie wycofanie się z walki o pierwiastek w czasie brukselskich
negocjacji musiało stworzyć wrażenie, że Kaczyńscy prowadzili przed szczytem
instrumentalną grę. Na pełną ocenę tej taktyki negocjacyjnej przyjdzie czas,
gdy dowiemy się więcej o sporze między polskimi szerpami (Ewą Ośniecką-Tamecką
i Markiem Cichockim) a minister Fotygą, do jakiego doszło podczas szczytu.
Rachunek sił
Czy Polska mogła się zdecydować, by w imię obrony idei pierwiastka doprowadzić
do porażki szczytu w Brukseli? Czy należało sprawę systemu głosowania odroczyć
na czas portugalskiej prezydencji w Unii Europejskiej?
Wiele wskazuje, że nie należało. Na szczycie nie ujawnili się - na co
liczyliśmy - milczący dotąd zwolennicy pierwiastka. Nicolas Sarkozy
zdecydowanie poparł Niemcy w sprawie podwójnej większości jako faktu
politycznego, który można odwlec, ale przed którym nie ma już odwrotu. Wielka
Brytania - jak się zdaje - zabiegała wyłącznie o swoje sprawy. Tematu
pierwiastka nie podjęły też ani Holandia, ani Hiszpania. Ale też nigdy się nie
dowiemy, jak przebiegałby szczyt, gdyby zrealizowano plan polskich szerpów i
gdyby zdecydowanie położono pierwiastek na stole negocjacyjnym.
Nie ulega natomiast wątpliwości, że na uczestników szczytu wpływała atmosfera
niechęci wobec Polski roztaczana przez dużą część zachodnich mediów. Po raz
kolejny się okazało, jak silną pozycję mają w Unii Niemcy i jak skutecznie
potrafią wywierać wpływ na inne państwa.
Na szczycie Unii Europejskiej zwyciężył rachunek sił i Lech Kaczyński
zdecydował się pójść na kompromis. Jeśli dziś Platforma krytykuje postawę
premiera i prezydenta, to niech zada też sobie pytanie, czy będzie w
przyszłości uprawiać równie zdeterminowaną politykę i czy wytrzymałaby tak
silne ataki medialne, jakie miały miejsce wobec braci Kaczyńskich. Z kolei
prezydent i premier, oburzając się na krytykę ze strony PO, niech odpowiedzą
sobie na pytanie, czy - po tym, gdy tak łatwo porzucili ideę pierwiastka -
nadal będą mogli liczyć na wsparcie opozycji w ważnych sprawach.
Unia bez Turcji i Ukrainy
Wszystko to nie zmienia faktu, że system pierwiastkowy był najlepszy i jego
odrzucenie na dłuższą metę zaszkodzi Europie. Nie można więc wykluczyć, że
rozwój sytuacji w Unii w przyszłości skłoni wielu polityków do powracania do
idei pierwiastka. Im bliżej będzie daty, kiedy system podwójnej większości ma
wejść w życie, tym bardziej zauważalne będzie to, że jest to system, który na
dłuższą metę nie będzie czynnikiem integracji europejskiej.
Dlaczego? To proste. Najgorszą cechą systemu podwójnej większości jest
ułatwianie wielkim unijnym graczom faktycznego narzucania swojej woli
większości. Już szczyt w Brukseli pokazał, jak dużym problemem staje się
arogancja największych państw Unii. Przewodnicząca UE Angela Merkel do
realizacji swoich celów używała metod bezwzględnych i nie napotykało to
większego oporu innych przywódców. Niemcy, którzy zdobyli pozycję lidera Unii
dzięki skłonności do samoograniczenia, dziś nie chcą już zakładać "kostiumu o
numer mniejszego" od swojego potencjału i gabarytów.
Niepokój może też budzić histeryczna reakcja Niemców na przypomnienie przez
polskiego premiera - fakt, że w niespecjalnie szczęśliwej formie - o skutkach
wojennej polityki Niemiec dla obecnej sytuacji Europy. Czy teraz wspominanie o
historii tego kraju ma się stać w Europie tematem tabu? Niemcy powoli
powracają do niebezpiecznego przekonania, że są państwem, które w dyskusji z
Polską zawsze ma rację. Przekonanie o tym łączy dziś na równi niemiecką lewicę
i prawicę, godzi koalicję z opozycją. Media nad Renem i Łabą bez szerszej
refleksji głoszą, że pogorszenie się relacji z Polską i Czechami to wyłączna
wina "zuchwałej" Warszawy i Pragi.
Warto dodać jeszcze jedno: pogrzeb pierwiastka to faktyczne ogłoszenie, że nie
będzie rozszerzenia Unii o Ukrainę czy o Turcję. Ogromny potencjał
demograficzny uczyniłby z każdego z tych państw decydującego gracza w unijnej
rodzinie. A na to najwyraźniej ani Francja, ani Niemcy nie mają ochoty.
Groźby Niemiec
Ostatni szczyt pokazał, że wszystkie silne karty w unijnym pokerze spoczywają
w rękach trzech krajów: Niemiec, Francji i - jedynej potrafiącej rzucić im
wyzwanie - Wielkiej Brytanii. Jako samodzielnych graczy nie było widać Włochów
i Hiszpanów. Mniej aktywni, niż przewidywano, byli Holendrzy.
Osobną metodę walki o swoją podmiotowość przyjęła Polska.
Okazało się też, że większość państw, które weszły ostatnio do Unii, ma bardzo
skromne ambicje, jeśli chodzi o uczestnictwo w debatach na temat kształtu
unijnych instytucji. Doskonale wykorzystują to Niemcy. Na spotkaniu
wyszehradzkim niedługo przez brukselskim szczytem okazało się, że premierzy
Węgier Ferenc Gyurcsany i Słowacji Robert Fico bez większych wątpliwości
wspierali stanowisko Berlina. Na tym tle podkreślić trzeba demonstrację
poparcia dla naszego kraju ze strony Czech i Litwy. A także wsparcie na
szczycie, jakie otrzymaliśmy od Portugalii, i gesty życzliwości ze strony Estonii.
Czechy, Litwa i Portugalia zareagowały zdecydowanie na groźby Niemiec
rozpoczęcia konferencji traktatowej bez Polski. Szczególnie Praga okazała się
lojalnym sojusznikiem, który stał u naszego boku do końca. Wszelkie
lekceważące opinie sugerujące, że "kupienie" Czechów przez dyplomację
niemiecką jest tylko kwestią czasu, okazały się nieuprawnionymi
złośliwościami