ignorant11
25.06.07, 17:39
Sława!
www.rzeczpospolita.pl/news.rol?newsId=7702
Marek Magierowski: Stany Zjednoczone Europy idą do lamusa
Marek Magierowski
Przy dźwiękach "Ody do radości" w Brukseli odbył się pogrzeb idei
europejskiego państwa federalnego. Szczytna idea utonęła w morzu
partykularnych interesów państw i ich przywódców. Niektórzy mogą taki rozwój
wydarzeń uznać za dopust boży, ja będę się upierał, że innego scenariusza być
nie mogło i dobrze się stało – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
W gmatwaninie skomplikowanych wzorów na obliczenie siły głosów w Radzie Unii
Europejskiej, wśród pierwiastków i „narzędzi blokujących”, zaniknął gdzieś
główny rezultat ubiegłotygodniowego szczytu w Brukseli: ostateczne pożegnanie
z ideą Unii jako superpaństwa.
Konstytucja UE nie będzie już ani konstytucją, ani nawet traktatem
konstytucyjnym, lecz po prostu kolejnym traktatem. Błękitny sztandar z
dwunastoma gwiazdkami pozostanie jedynie nieoficjalnym symbolem Unii, podobnie
jak hymn zapożyczony od Ludwika van Beethovena. Nie będzie wspólnego ministra
spraw zagranicznych, a tylko wysoki przedstawiciel, co de facto oznacza, że
niewiele w tej dziedzinie się zmieni (poza stworzeniem osobnego unijnego
korpusu dyplomatycznego, ale akurat w mnożeniu stołków dla biurokratów Unia
była zawsze wyjątkowo sprawna). Będzie także prezydent Unii wybierany na
2,5-letnią kadencję, do którego to stanowiska już ustawiła się kolejka
chętnych. Zasada wyboru jest prosta: im bardziej nienawidzą cię wyborcy w
twoim własnym kraju, tym większe masz szanse na tę atrakcyjną posadę. Minimum
odpowiedzialności i maksimum splendoru: oto w czym gustują tacy czempioni
eurosalonów jak Guy Verhofstadt czy Jean-Claude Juncker.
Francuska gęsia skórka
Przywódcy państw UE coraz rzadziej wspominają o Stanach Zjednoczonych Europy,
a coraz częściej cynicznie wykorzystują forum unijne dla celów własnej
polityki wewnętrznej. Jeżeli ktoś spodziewał się, że Nicolas Sarkozy będzie
bardziej solidarny z krajami „nowej Europy” niż jego poprzednik, musiał
przeżyć spore rozczarowanie. Sarkozy wywalczył skasowanie zapisu o
nieskrępowanej konkurencji w Unii z tekstu traktatu i nawet specjalnie nie
ukrywał, że chodziło mu o obronę interesów galijskich koncernów. Tyle zachodu
wyłącznie po to, żeby francuski jogurt pozostał francuskim jogurtem.
Gordon Brown, namaszczony na nowego premiera Wielkiej Brytanii, w piątek
trzykrotnie dzwonił do Tony’ego Blaira, domagając się bezkompromisowej obrony
owego punktu. Niestety, Blair najwyraźniej bezkompromisowy nie był, bo
przegrał batalię. Wprawdzie gwarancje wolności gospodarczej znajdują się w
kilku innych miejscach dokumentu, ale wydźwięk antyrynkowej szarży Sarkozy’ego
był bardzo znamienny i na pewno dotarł do wyborców nad Sekwaną. Szczególnie
tych, którzy na słowo globalizacja reagują prawdziwie francuską gęsią skórką.
Inny z kolei sygnał dotarł do wyborców w Niemczech. Dla wielu z nich Angela
Merkel była dotąd niedoświadczoną, pozbawioną zdolności przywódczych Ossi,
nieradzącą sobie z utrzymaniem w ryzach wielkiej koalicji CDU – SPD. Ze
szczytu w Brukseli wraca już zupełnie inna Merkel: Miss Europa, jak nazwały ją
niektóre gazety, nowa Żelazna Dama, twarda negocjatorka, która uratowała Unię
przed katastrofą. Sukces pani kanclerz w Brukseli bezpośrednio wpływa na jej
pozycję w Berlinie, gdzie silny, charyzmatyczny przywódca, liczący się na
scenie światowej, to wielki atut w partyjnej walce o głosy elektoratu. Nikt
już nie będzie sobie robił żartów z fryzury Bundeskanzlerin.
Z kolei wspomniany Tony Blair był przez lata mistrzem lawirowania między
proeuropejską retoryką a gustami eurosceptycznych wyborców na Wyspach. Z
jednej strony z uśmiechem na ustach poklepywał po plecach unijnych kolegów,
perorował o swoim wielkim zaangażowaniu w reformowanie Wspólnoty, z drugiej
zaś robił wszystko, by londyńskie brukowce nie miały okazji oblać go błotem za
„kapitulację wobec socjalistycznych zakusów Brukseli”. W Wielkiej Brytanii
większość mediów maluje Unię jako nienasyconego potwora, który najpierw
przeżera pieniądze podatników, a potem wypluwa z siebie masę bzdurnych
przepisów. Przy takim nastawieniu opinii publicznej trudno być zwolennikiem
federacji czy ściślejszej Unii.
Żółte widmo
I tak oto szczytna idea europejskiego superpaństwa utonęła w morzu
partykularnych interesów państw i ich przywódców. Niektórzy mogą taki rozwój
wydarzeń uznać za dopust boży, ja jednak będę się upierał, że innego
scenariusza być nie mogło i stało się dobrze, że Stany Zjednoczone Europy
odchodzą do lamusa jako projekt groteskowy i intelektualnie pokraczny.
Niektórzy jednak (Romano Prodi) trzymają się tej idei kurczowo, licząc, że
bardziej zintegrowana Europa uratuje ich polityczne kariery. Wieszczą
niepowstrzymaną ekspansję Chin i Indii, w obliczu której Stary Kontynent musi
być silny i zwarty, gdyż w przeciwnym wypadku czeka go nieuchronna klęska. Bez
konstytucji i flagi, bez wspólnego ministra spraw zagranicznych, wspólnego
prezydenta i bez 10 tysięcy nowych stanowisk urzędniczych Europa nie poradzi
sobie w rywalizacji z Chińczykami i Hindusami.
Można wymyślać jeszcze różne powody, dla których Unia powinna być jednolitym
organizmem państwowym, ale akurat argument globalizacyjny jest wykorzystywany
najczęściej. To dziwne, bo niezwykle łatwo go obalić. Rosnąca potęga Azjatów
nie zasadza się na geograficznej wielkości, także kryteria demograficzne nie
są najważniejsze. Chiny i Indie rozwijają się szybciej niż kraje Unii
Europejskiej, bo postawiły na kapitalizm.
Chińscy komuniści tępią wolność słowa, ale konsekwentnie poszerzają obszar
wolności gospodarczej. Hasło „bogaćcie się” stało się mantrą młodych
Chińczyków. W tym samym czasie niemiecki piekarz potrzebuje ośmiu różnych
zezwoleń, by otworzyć piekarnię. A niemiecki informatyk nie może naprawiać
komputerów, jeśli nie zapisze się do odpowiedniego cechu.
Mieszkaniec indyjskiego stanu Uttar Pradesz może bez zbędnych ceregieli
zatrudnić się w Pendżabie, ale poznaniak, by pracować w Wiedniu, musi wystąpić
o łaskawą zgodę władz Austrii. Firma z Szanghaju może przejąć firmę w
Nankinie, ale gdy niemiecki E.ON chciał kupić hiszpańską Endesę, rozpętała się
wojna na śmierć i życie między Madrytem a Berlinem.
Dziwnym trafem ani Szwajcaria, ani Norwegia nie pchają się do Unii
Europejskiej, drżąc przed chińskim smokiem i indyjskim słoniem. Obu krajom
wystarczą umowy o wolnym handlu z krajami UE, mimo że same są małe i niezbyt
ludne. Z kolei Japończycy jakoś nie proponują Korei Południowej czy Filipinom
stworzenia politycznej unii, by stawić czoła chińskiej nawale. Nie zawracają
sobie głowy takimi mirażami. Nie wymyślają kolejnych paragrafów konstytucji
Dalekiego Wschodu, bo są zbyt zajęci podpisywaniem handlowych kontraktów z
pekińskimi biznesmenami.
Jak się mają deklaracje do integracji
Europa może w istocie pozostać w tyle za Azjatami, nie dlatego jednak, że nie
jest jednolitym ciałem, tylko dlatego, że broni się rękami i nogami przed
kapitalizmem. Nie pozwala Europejczykom rozwinąć skrzydeł, tłamsi ducha
przedsiębiorczości. Ciekawe, że w ostatnich latach największe zasługi dla
integracji Europy położyli nie Chirac, Schröder czy Prodi, lecz kilku
urzędników Komisji Europejskiej, którzy w pocie czoła rozbijali monopole
narodowych linii lotniczych i koncernów telekomunikacyjnych.
Jeśli Europa jest dzisiaj bardziej zintegrowana niż dziesięć lat temu, to
właśnie dzięki tanim przewoźnikom i szybkim łączom internetowym, a nie mdłym
politycznym deklaracjom.
Nie mam nic przeciwko temu, by francuski jogurt pozostał francuski, jeżeli
taką wolę wyrażą wyborcy pana Sarkozy’ego. Skoro pani Merkel nie chce otworzyć
niemieckiego rynku pracy, licząc na wdzięczność współobywateli, to jej spraw