ignorant11 Re: Zamczysko na Dzikich Błotach (2) 07.12.03, 23:05 Tym razem też sanie szalonego markiza pędziły niczym tuman białego puchu przez Krajnik, Garnowo, Nawodną, Rurkę, Strzelczyn i Grzybno. Pomimo tej prędkości, zamkowa służba zawsze zdążała z przygotowaniami na przyjazd swego pana. W kominkach buzował ogień, przyjemne ciepło rozchodziło się po komnatach i korytarzach. Z kuchni dolatywały zapachy smażonych ryb i pieczonych mięs. Stajenni szykowali konie, bo stary Hohenzollern z pewnością zechce zapolować w lasach koło Dłuska lub powędkować nad przeręblą w niezwykle rybnym jeziorze koło Górnowa. Miał zaledwie 11 lat, jak zmarł jego ojciec, margrabia Filip Wilhelm. Matka, Joanna Szarlotta, niespełna trzydziestoletnia prześliczna księżniczka z rodu Anhalt Dessau, wodziła rej na królewskim dworze w Berlinie. Kochali się w niej chyba wszyscy dworzanie, nie wyłączając samego króla. Pod królewską kuratelą wychowywał się młodziutki markiz. Bawił się nieźle, jego zawadiackie awantury, żarty i ekstrawagancje mogłyby z powodzeniem posłużyć za kanwę niejednej powieści. Swoimi rodowymi dobrami zaczął twardo rządzić będąc jeszcze nastolatkiem. Od razu dał się poznać jako typowy władca oświeconego absolutyzmu. Nie znosił głupoty, zabobonu, niegospodarności, lenistwa, pazerności, złodziejstwa i opieszałości. Chyba za nadmiar zdrowego rozsądku podwładni, pełni tych przywar, nazwali go „Szalonym”, ponoć nieobliczalnym w swoich działaniach. Czternastoletni markiz rozkazał w swoich zamkach w Schwedt i Wildenbruch zlikwidować wszystkie instrumenty służące do procesów o czary. Jako dziewiętnastolatek dokonał nowej inwentaryzacji dóbr; grubo ponad pół wieku po wielkiej europejskiej wojnie nadal część pól nie była uprawiana, część chłopskiej ziemi przejęli panowie gruntowi. Na nowo trzeba było ustalać stan własności, określić wysokość renty chłopskiej, pańszczyzny pieszej i sprzężajnej. Chłopi zajęci byli piciem piwa i gorzały w karczmach, a częstokroć przykładem im byli miejscowi duchowni. Legendą obrosły perypetie pastora z Wildenbruch i jego żony, którym za ich chciwość i głupotę Fryderyk niejednego figla spłatał. Poważnie traktował ludzi poważnych i uczciwych. W swoich dobrach stworzył istny „chłopski kraj”. Z niejednego gospodarstwa przepędził „bezwartościowych leni”, osadził ponad sześćdziesięciu nowych gospodarzy, powiększył majątek dokupując Widuchowę (1725), Żarczyn i Kamienny Jaz (1731), Żelechowo i Polesiny (1735), Krzywin i Lubanowo. Zawsze gotowy był udzielić chłopom pomocy, czy to w czas posuchy, pożaru, pomoru czy nieurodzaju. Nie żałował bydła, ziarna, drzewa budulcowego. Aleje bukowe, lipowe czy kasztanowe osadzone wzdłuż dróg w tej okolicy, były prawdziwą ozdobą krajobrazu. Margrabia sam je wysadzał, namawiając, czasem wręcz zmuszając swoich poddanych do sadzenia drzew. Aleje powstały przy wszystkich ważnych drogach. Do dzisiaj drzewa tworzą istne baldachimy nad traktami. Warownię na Dzikich Błotach Fryderyk przebudował w pałac myśliwski i letnią rezydencję. Kazał wyburzyć stare skrzydło północne i wybudować dwa nowe, dwukondygnacyjne budynki barokowe. W środkowym korpusie umieszczono przestrzenny hol z trzybiegową klatką schodową, większość pomieszczeń ozdobiono kominkami i sztukateriami. Szczególnie piękne zdobienia otrzymała Sala Rycerska. Od południowej strony margrabia zażyczył sobie mieć ogród francuski z alejami, altanami i fontannami. Chciał te wszystkie dobra zostawić synowi. Niestety miał same córki. Kochał swojego brata Henryka, ale nie ufał mu podejrzewając, że nie zadba on należycie o rodowe dobra. A ordynacja przyznawała majątek właśnie Henrykowi. 4 marca w swojej sypialni na zamku Wildenbruch Fryderyk Wilhelm, „szalony margrabia” umarł. Jak podano w oficjalnym dworskim komunikacie, powodem było ostre przeziębienie. Rodzina pochowała go w Schwedt, choć kochał on najbardziej swoje Dzikie Błota... Po zrujnowanych, pustych komnatach hula wiatr, przez oczodoły wyrwanych okien zacina deszczem. Czarny kot próbuje straszyć nieproszonych gości, niespodziewanie pojawia się i równie tajemniczo znika, nie reagując na żadne „kici-kici”. W tym zamczysku łatwo można poczuć się intruzem. Po dębowych, rozpadających się schodach wchodzi się na górę. Tutaj mieściły się pokoje rodziny i gości Fryderyka i Zofii. W jego sypialni stoją jeszcze resztki rozbitego kominka, a na ścianach widać kolorowe plamy, z których wyzierają zamglone kontury wspaniałych niegdyś malowideł. Za oknem, w koronach starych dębów, złowrogo huczy listopadowy wiatr, wśród gruzów znowu przemknął bezszelestnie czarny kocur. Na chwilę przystanął, a w jego oczach pojawił się niemy wyrzut. Wydawało się, że błysnął w nich także dumny, książęcy majestat. Sukces konserwatora 1 lutego 1945 roku czołgi zwiadowcze 2. Armii Pancernej Gwardii dotarły do Wildenbruch. Tego dnia, w przepełnionych wagonach kolejowych, niemieccy mieszkańcy opuścili wieś. 3 lutego wchodzący do wioski Rosjanie nie musieli strzelać, bo nie było do kogo. Zamek ewakuował się już w połowie stycznia. Kilka wozów załadowanych skrzyniami opuściło dziedziniec zamkowy ciemną nocą i skierowało się do Dziczego Lasu. Rankiem powróciły puste... Majątek Dzikie Błota przeistoczony został w Państwowe Gospodarstwo Rolne. W nietkniętym przez wojnę zamku urządzono biura PGR i kilka mieszkań dla pracowników. Większość pomieszczeń pełniła funkcje gospodarcze. Zamkowe strychy i piwnice oraz ogrody były terenem intensywnych poszukiwań „skarbów”, choć jeden z polskich „sznitrów” pracujących w przedwojennym majątku wiele razy tłumaczył ludziom, że wszystko z zamku nocami wywieziono do lasu. W roku 1953 do zamku przyjechała skromna ekipa pod kierownictwem mgr Henryka Dziurli, nowego konserwatora zabytków w Szczecinie. Mieli informację, że gdzieś tutaj Niemcy schowali jakąś część muzealnych zbiorów. Informacja okazała się prawdziwa. Tylko czy to, co wydobyto z zamkowych piwnic i przewieziono do Szczecina to naprawdę wszystko? Porażka służb ochrony zabytków W roku 1895 na polowanie do Wildenbruch przyjechał sam cesarz Wilhelm II. Akurat w pobliżu odbywały się wielkie manewry cesarskiej armii, a cesarzowi należał się oddech po ciężkiej pracy. Przyjazd był zaplanowany już od dawna, więc na zamku podjęto na dużą skalę prace remontowe. Był to ostatni remont… Czternastowieczne mury przypominają o dawnej potędze. Gdy w latach 80. XX wieku stan techniczny budowli zaczął zagrażać mieszkającym i pracującym tu ludziom, zamek zamieniono w jeden wielki magazyn. Z roku na rok sytuacja pogarszała się w tempie wprost proporcjonalnym do ilości rządowych pomysłów na ochronę zabytków. Rozpoczęła się agonia pięknego zamczyska na Dzikich Błotach. Iskierką nadziei, jak zastrzyk adrenaliny, była w roku 1992 transakcja sprzedaży ruin „inwestorowi” z Belgii, Johannowi von Leendertowi. Jego obietnice odbiły się głośnym echem w całym województwie, ucieszyły się z pewnością i zamkowe duchy. Hotel, restauracja, pola golfowe... to tylko niektóre z pomysłów nowego właściciela. Tymczasem przed zamkiem stanęły białe kontenery – chłodnie i rozpoczął działalność punkt skupu dziczyzny pana Leenderta. Chłodnie „elegancko” wkomponowały się w zamkowy pejzaż. A zamczysko na Dzikich Błotach, klejnot architektury i „skarb kultury materialnej” umarło z błogosławieństwem Państwowej Służby Ochrony Zabytków. PS. od redakcji Obecny stan zamku w Swobnicy przedstawia żałosny widok. Chłodnie belgijskiego inwestora również… Od wielu lat (od 1997 r.) pomiędzy Generalnym i Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków, a właścicielem krążą pisma nie przynoszące nic nowego. Nikt nie jest w stanie wyegzekwować jakichkolwiek prac. Urzędnicy zasłaniają się niemocą urzędową, a właściciel spokojnie z Odpowiedz Link
sztylet69 Re: Zamczysko na Dzikich Błotach 07.12.03, 23:54 Hej! Pare lat temu bylem w zamku w Swobnicy [polecam okolice Rurki, krajobraz jak na Kujawach]. Najgorsze,ze ten zamek wtedy wydawal sie do uratowania, naprawde byl w niezlym stanie. W niektorych salach widzialem jeszcze zachowane malowidla na sufitach. W wiezy byla calkiem dobrze zachowana drewniana klatka schodowa, tylko ktos (pewnie wladze,zeby nikt sie nie zabil) wymontowal dolne przeslo. Do zamku prowadzila (dalej prowadzi?) brukowana aleja, tyle ze przegrodzona szlabanem zeby samochodem nie wjezdzac. Ale to bylo z 10 lat temu,wtedy to zamczysko wygladalo na niczyje. Zamki zachodniej Polski to moj dawny konik. Jak kiedy bedziecie w okolicach Nowej Soli to koniecznie odwiedzcie olbrzymi zamek w Siedlisku. Obecnie trwala ruina, kiedys nazywany "Wawelem Polnocy". Byly tam wspaniale kolekcje sztuki uzytkowej, a ruscy w jedna noc puscili wszystko z dymem... W zeszlym roku ukradziono swietne rzezby rycerza i lwa. Zobaczcie ten zamek, bo niedlugo przechodzi w prywatne rece i moze byc zamkniety. Historia jak ze Swobnica. Odpowiedz Link