robert.83
13.06.10, 14:55
Gdzieś tam to słowo się u nas ostatnio pojawiło, więc pogadajmy.
Czy samotni to "niezaakceptowani outsiderzy", jak to określił Mortis?
Mi brakuje akceptacji - serio. Chciałbym czuć komfort tego, że to co robię i kim jestem spotyka się z jakąś sympatią czy aprobatą. Taka akceptacja "z zewnątrz" jest dla mnie ważna.
Jakiś czas temu czekałem (z kwadrans może) na starówce na znajomą i przyglądałem się ludziom. Od niektórych bije coś w rodzaju pewności siebie - takiej "akceptacji z wewnątrz". Taki koleś budzi zaufanie i przyjazne odczucia bo skoro on sam siebie lubi i jest pewny... to pewnie ma powody. To jest chyba ten magnes - nie wygląd, nie kasa, nie inteligencja!
To samo tyczy się kobiet - jakiś miks radości, pewności siebie i wewnętrznego spokoju po prostu przyciąga. Można wtedy wybaczyć nawet krzywe nogi

.
To co chcę powiedzieć to w zasadzie dwie rzeczy:
1. Powszechnie uznawane atrybuty atrakcyjności - pozycja społeczna, wygląd, styl, inteligencja... to wszystko ważne... ale to wszystko moim zdaniem jest wtórne względem samoakceptacji. To ta właśnie rzecz jest podstawą konstrukcji - pozwala na pozostałe.
2. Skoro tak... to może warto nauczyć się ją u siebie budować. Nie dla kogoś innego (nie dla znalezienia kogoś) ale dla siebie. Może warto "inwestować" w to co w naszych własnych oczach wzbudzi szacunek czy sympatię do... siebie samego? Małe drobne rzeczy... jakieś nawet proste cele... rozwój czy satysfakcja...
Może warto sobie czasem obniżyć poprzeczkę tak, żeby się docenić?