Gość: Ilka
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
05.03.03, 19:11
Nie mam za bardzo z kim o tym porozmawiać, więc piszę na forum.
W poniedziałek odszedł mój kot. Kicia była leczona przez jakiś miesiąc przez
wiejskich weterynarzy, ale jak można było zaobserwować, nieskutecznie.
Dzielnie przyjmował kolejne zastrzyki, bo podejrzewana była u niego
wewnętrzna infekcja spowodowana zranieniem łapki. Trzymał się jakoś, ale
widać było, że nie zdrowieje. Zapadła więc decyzja, że przywozimy kicię do w-
wy. Kot przejechał ponad 150 km i został oddany do lecznicy na obserwację.
Ostatni raz widziałam go jak leżał pod kroplówką i nawet nie miał sił, żeby
protestować przeciwko wenflonowi, obserwować co się wokół dzieje. Potem kicia
poszła do szpitala. W poniedziałek okazało się, że kot ma zaawansowaną
białaczkę. Nie miałam wystarczająco dużo sił, żeby podjąć decyzję o
eutanazji. Zrobiła to za mnie rodzina. Teraz już się z tym pogodziłam, ale
mam przeogromne wyrzuty sumienia, że zostawiłam kota samego. Nie odwiedziłam
go w poniedziałek, nie byłam przy usypianiu. A myślę, że był bardzo
przerażony zmianą otoczenia i szukał wokół siebie kogoś znajomego. Po prostu
nie miałam w sobie tyle odwagi, żeby być przy nim. Opłakuję go od 3 dni i mam
nadzieję, że więcej nie będzie sytuacji, w której będę miała sobie tyle do
zarzucenia.