Gość: alex.z.deszczu
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
28.08.03, 03:21
--
Sama usiłowałam sobie ze sprawą poradzić, ale nie dałam rady. Warszawska
Spóldzielnia
administrująca na Sadach Zoliborskich m.in. blokiem przy ul. Przasnyskiej 16
A ma, wg mnie, siłę komunistycznego PGR-u.
Konkrety: w końcu kwietnia PARĘ DNI usiłując zasnąc w mej sypialni, słyszałam
przeraźliwe miałki kota.
/Jestem psiarą. Przygotowywałam własnie mieszkanie dla jakiegoś bezdomnego
kundliny, gdy przyplątała się bezdomna kociczka. Potem drugą wzięłam, by
pierwszej nie było smutno. Stąd stałam się malutką specjalistką od miałków
kocich./
Miałam wrażenie, że słyszane przeze mnie kotkowate nawoływania,to odgłosy
nawoływań w stylu armarcordowym Felliniego:- Chcę mężczyzny !!! Sądziłam,ze
jakaś kocica sąsiada z góry dopomina się wydania za mąż.Ale nadeszły wolne dni
związane z 1-3 Maja. Weszłam do piwnicy z mym kolegą Kocioczujnym po donice
wielkie na pelargonie, by poobsadzac, co trzeba. A w tej piwnicy jest
pomieszczenie z napisem WODOMIERZ, gdzie sobie, być może, spółdzielnia mierzy
wodę, albo i Bóg wie wie co. Okno do owegoż przybytku jest właściwie tylko
otworem.Każdy kot, z natury ciekawski,a i nawykły do dobrych zwyczajów
żoloborzan dających im w piwnicy schronienie na zimę, wskoczyc tam może.
Tyle, że, miłosiernie otwarte DLA DOBRA LUDZI, piwniczne okna, gdzie koty
mogą wchodzić i wychodzić, kiedy chcą, przy okazji załatwiając odmownie
choroby roznoszone przez szczury - te okna, są na bezpiecznej dla kotów
wysokosci. Czyli,jako sie rzekło - pobratymcy tygrysów, zawsze mogą wyjsć,
spocząć na trawie, napić się wody etc. W KATOWNI czy MORDOWNI `WODOMIERZ`
spóldzielni Zatrasie z tej Elbląskiej ulicy, ustawienie okien pozwala kotom
wskoczyć. Ale nie wyskoczy nawet najzdolniejszy. Tak wysoko. I żadnego punktu
zaczepienia dla pazurów.Jak potem podejrzałam posługując się latarką, w tym
całym WODOMIERZU jest jakieś urządzenie metr na metr /`WODOMIERZ?/ i, wg
mnie, duzy poziom bezsensownego,betonu. Pustka wołająca wręcz:- Weź mnie
lokatorze, który masz piwniczne niedomiary !
Ale to na marginesie.
No więc wchodzę po donice na kwiaty do piwnicy, a na drzwi wewnątrz
WODOMIERZA zwierz zmierza i rozpacznym głosem woła : - Ludzie ! Za co ?! Za
co więzienie na gołym, zimym betonie?!Wyłapałem tyle szczurów, myszy,nie
napadam na was, nie gryzę...Uciekam pod samochody przed wami, w krzaki, nie
napraszam się nawet zimą o nic...Czemu ta cela, brak wody, jedzenia, zimny
beton i widok nieba z okna niedostepnego nawet dla kangura...?
No więc już wiemy z Kocioczujnym - nie żadna ruja kotki sąsiada, tylko -
święta, WODOMIERZ spółdzielni, kot od dni paru bez wody i jedzenia,
przerażony,łapki, pazurki okaleczone próbami wydostania się z niewoli.
Jedno, co nam się udało : w grubych drzwiach na górze MORDOWNI WODOMIERZ
otwór akurat na wepchnięcie kobiecej ręki. No więc najpierw woda. Mam nogę
tuż przed operacją, więc Kocioczujny podstawia mi taboret i asekuruje.
Wpycham ręke i leję, i leję, bo wiem, że większość wody wsiąknie w beton, ale
coś dla kota ostanie. Potem jedzenie bez pardonu podkradzione moim kotkom.
Potem jakieś zasłony z domu wyciągnięte - najpierw miałam nadzieję, iż jak je
przez dziurę przepchnę, to kot się ich uczepi i go wyciągnę. Nie udało się,
więc choć wrzucić je do spania Diabełkowi, /bo juz latarka pozwoliła mi przez
szpary w drzwiach zobaczyć, iż to młody, śliczny, czarno-burawy kotek/
I parę razy dziennie, dni kilka próby napojenia i nakarmienia biedaczka.
OK. Dość. Tak to trwało do chwili,gdy się ludzie naświętowali i można było
dzwonić i dzwonić do spółdzielni aż Dziabełka uwolniono.
Osądzałam tak : myslący człek,wyciągnąłby wnioski z tego zdarzenia,
zwłaszcza, wiedząc, iż w Polsce, jedną z mądrzejszych ustaw jest owa mówiąca
o tym, iż ZWIERZĘ NIE JEST PRZEDMIOTEM i narażanie go na śmierć z pragnienia
i głodu może być, jakby prokurator sie uparł,powodem do wszczęcia
postępowania. Czyli mądrzy, gdyby byli takowi,ludzie w spóldzielni ZATRASIE z
ELBLĄSKIEJ winni byli co zrobić ? Tylko zabezpieczyć okno kociej pułapki !-
IMO.
A co zrobili ?!
Dni temu parę,/w piwnicy już po donice nie bywałam,bo wiadomo - kwiaty dawno
posadzone czarowały zmysły/, mój kolega Kocioczujny powiedział, że zdaje mu
się, iz ktos rozpacza po nocach w naszym bloku/bo najpierw sądził,że to
człowiek/, ale wczoraj wieczorem doniósł mi był,iż jego zdaniem to następny
kot, tylko bardziej niesmiały od więźnia-poprzednika, bo, nawet, biedaczyna,
nie skacze na drzwi anonsując swe w więzieniu WODOMIERZ przebywanie.
No cóż. Tamtej nocy, po odkryciu Kocioczujnego, to samo się zaczęło - było
lanie wody na beton tak długo, by nie zdążyła wsiąknąc, nim "chlip, chlap,
chlip" usłyszelismy od kociaka. Koty piją mało wody. Jakże ten był spragniony
by tak beton lizać !
Dobra. Dziś Kocioczujny dzwoni z pracy do spółdzielni,by kota uwolniono, bo
zdechnie. - No to będzie jednego mniej - dowcipnie odpowiada pan ze
spółdzielni ZATRASIE z ul. ELBLĄSKIEJ, który, nie sposób, by nie wiedział
mniej ode mnie, mieszkającej na Zoliborzu dopiero od lat dwóch, a
mianowicie,iż po trawnikach w okolicach Przasnyskiej, Broniewskiego itd.
biegają szczury. Miła, starsza żoliborzanka obserwująca z jakim niesmakiem
przygarniam kota,bo bidny,choc tak kocham psy, opowiedziała mi historię
pewnej anty-kociary: - Wciąż miała pretensje, że zostawiamy na zimę otwarte
dla kotów okna piwnic, dopóty, niech pani sobie wyobrazi,zeszła kiedyś do
piwnicy po słój ogórków konserwowych i wskoczył na nią szczur, ugrzył ją w
policzek...
Wreszcie, ja sama, jeśli chodzi o szczurze doświadczenia i dowody na
koniecznosć bycia kotów w tym mieście czy je kto kocha czy nie : Po
pogodzeniu się z losem - dwa koty rządzące chatą zamiast psa z którym można
się dogadać, zaczęłam, jak inne sąsiadki, wystawiac miseczki dla bezdomych
miałczaków. I co ? No...! Wielki, śmierdzący prezent dostałam ! Okropne to
było, niemniej doceniłam : Pod krzakiem piwonii martwy szczur.Kot jakiś, może
mój fan, złapał i daninę złożył /nawiasem mówiąc - przeciw szczurom nic bym
nie miała, gdyby nie to, że straszą, nachodzą znienacka i te choróbska...Nie
chodzi mi o to, by koty je mordowały, ale wiem, ze obecność kocia im mówi : -
Idźcie stąd. Na Moskwę, albo lepiej na Kubę Fidela czy gdzie tam uważacie.../
Do tematu - ów pracownik spółdzielni życzący sobie, by przerażony w celi
WODOMIERZA kociak zdechł, bo o jednego będzie mniej, jednak zobowiązany był
do interwencji. Pod swymi drzwiami w mieszkaniu stałam jak pies interwencji
owej oczekując. Usłyszawszy, że ktos tam się szudra przy piwnicy wyszłam
sobie tak prędko, że nawet w zbyt kusych spodenkach i koszulczynie, byle
szybciej: - Kotek wolny czy nie ? Może go wziąć, podkarmić..?
Pracownik w spółdzielnianych, zielonych ogrodniczkach, zapewnił mnie, że
ok.kota żadnego nie ma, a tak w ogóle, to poparł moje odgrażanie się, że dość
tego,trzeba na pismie-, bla, bla, bla, bo w spółdzielni takie sprawy /ja w
domyśle : ze wierzakami/, to mają gdzies...
Byłoby w miarę po wszystkim, gdyby nie to, że Kocioczujny wieczorem
poinformował mnie był, że wydobywa sie z pomieszczenia MORDOWNIA KOTÓW-
WODOMIERZ SPÓŁDZIELNI ZATRASIE- SPECJALNOŚĆ:MORZENIE GŁODEM, CHŁODEM,
BEZLITOŚCIĄ, żałosny, bidulkowaty, bezradny głosik. Już całkiem cichutki,
choć wciąż z nadzieją.
I znów pytam - ile wody można wlać na beton, w który woda wsiąka, jak w
piach, by się napić?! Ile jedzenia przez maleńki otwór u góry w drzwiach
mozna wrzucic, by kocina cos zjadła. I jak panu ze spółdzielni, co to rzekł
był, że `niech zdechnie, o jednego /kota-przyp.mój/ mniej spałoby się na
gołym betonie w poczuciu beznadziei sytuacji?!
Pani administrator budynku, do której, po odkryciu, że kotek wciąż jest w
niewoli, z trudem dodzwoniłam sie /kłopoty z uzyskaniem numeru telefonu,
późna pora.../, w sumie obciążyła....mnie. - Ja nic nie wiedziałam. Trzeba
było iść do g