Dodaj do ulubionych

cóż za zacofanie, antyhumanizm

23.02.10, 21:35
ciemnogród, nietolerancja, i obrażanie uczuć współobywateli.
www.youtube.com/watch?v=6BIOTItUwvk
Moralna ochyda, po prostu.
Obserwuj wątek
    • pozarski Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 23.02.10, 21:41
      Ochyda ohydą,ale o co chodzi?
      • dachs Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 23.02.10, 22:39
        pozarski napisał:

        > Ochyda ohydą,ale o co chodzi?

        Nic takiego. Ta pani sie tylko cieszy, ze - wbrew namowom - nie wyskrobała
        swojego syna.
        Syn zresztą cieszy się też.
        Nie wiadomo czemu.
        • pozarski Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 23.02.10, 22:51
          Dosc prymitywne,wg mnie. No i w dodatku mozna sie domyslac,ze mogla miec na te
          skrobanke ochote,ale w koncu nie wyskrobala. Wielkie brawa dla mamusi.
          • dachs Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 23.02.10, 23:20
            pozarski napisał:

            > Dosc prymitywne,wg mnie. No i w dodatku mozna sie domyslac,ze
            > mogla miec na te skrobanke ochote,ale w koncu nie wyskrobala.

            No jest to prymitywne, nie da sie ukryć, gdy wbrew namowom postępackiego
            otoczenia ulega się pierwotnym instynktom macierzyńskim.
            • snajper55 Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 24.02.10, 01:40
              dachs napisał:

              > No jest to prymitywne, nie da sie ukryć, gdy wbrew namowom postępackiego
              > otoczenia ulega się pierwotnym instynktom macierzyńskim.

              Nie ma to jak pierwotne instynkty. Przestańmy się hamować i ulegajmy.

              S.
        • hasz0 __pokażęCistolicę Ciemnogrodzian zokna loggi weran 23.02.10, 22:56
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/bb/vj/vxyk/z6LxO25JN15LcA1x0B.jpg
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/bb/vj/vxyk/W1ZrUKkiIP60ivzJ3B.jpg
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/bb/vj/vxyk/amjYrhPcr7clVN0OgB.jpg
          • hasz0 O nicku Pozarskim 23.02.10, 23:19
            Korpus Żółkiewskiego zabłądził nocą w lesie i nie udało się w pełni
            wyzyskać efektu zaskoczenia – wróg nie dał się "wziąć w pościeli".
            Trzeba było toczyć wielogodzinny bój z co najmniej czterokrotnie
            liczniejszym, bitnym przeciwnikiem: towarzysze spod husarskiego
            znaku musieli kilkakrotnie "stawać do sprawy", nim kolejna fala
            ciężkiej kawalerii złamała szyki Rosjan i cudzoziemskich najemników.
            Ludzie i konie padali z wyczerpania. Kłuszyn nie był arcydziełem
            sztuki wojennej. To raczej dowód wysokiego morale i niezwykłej
            odporności żołnierzy Żółkiewskiego. Inna sprawa, że hetman doskonale
            dyrygował rytmem nieustannych uderzeń husarii. Wygrało się
            więc "bitwę nie do wygrania".
            Pytanie tylko: co z tego? Zwycięstwa nie udało się przełożyć na
            sukcesy polityczne, choć hetman miał efektowną wizję zainstalowania
            królewicza Władysława na tronie moskiewskim. Ten pomysł wsparła
            część moskiewskiej oligarchii, łakomym okiem spoglądająca na
            przywileje i wpływy, którymi od dawna cieszyli się jej "polscy
            koledzy". Hetmańskie plany wzięły w łeb, bo Zygmunt III, gorący
            katolik, sam chciał rządzić w państwie moskiewskim, co było zupełnie
            nie do przyjęcia dla jego niedoszłych poddanych. Ale gdyby nawet
            wypadki potoczyły się po myśli Żółkiewskiego i Rzeczpospolita po
            śmierci Zygmunta III połączyłaby się pod berłem króla i cara
            Władysława, to jakie szanse na przetrwanie miałby ten monstrualny
            twór? Czy rzeczywiście powstałoby federacyjne hipermocarstwo, które
            jak wielka chmura zawisłoby nad Europą, ba, nad całym światem, bo
            jego wschodnia granica leżałaby gdzieś za Uralem? Czy powstałby
            jakiś odpowiednik unii lubelskiej do sześcianu, a olbrzymie
            przestrzenie państwa moskiewskiego uległyby przynajmniej częściowej
            okcydentalizacji? Czy na opak: to Wschód posunąłby się pod Gdańsk,
            Wrocław i Berlin? Tę drugą możliwość przerabialiśmy całkiem niedawno
            pod szyldem ZSRR.

            Hetman za hetmana
            Hetmańskie sny i tak nie mogły się ziścić – zbyt wielkie były
            różnice obu kultur. Moskwa to nie Litwa. Korzenie jej zamkniętej i
            superkonserwatywnej kultury tkwiły zbyt głęboko, aby przyjęła
            ustrojową ofertę Rzeczypospolitej, która sama pogrążała się już w
            kryzysie. Z wielkiej chmury pociekł więc skąpy, brudny deszcz. W
            listopadzie 1610 roku hetman opuścił Moskwę, aby pod Smoleńskiem
            jakoś dogadać się z królem, zostawiając garnizon pod komendą
            Aleksandra Gosiewskiego, referendarza litewskiego. Zapewne
            Żółkiewski, konstruktor i gwarant układu z semibojarszcziną (rada
            bojarska, która miała rządzić w Moskwie do czasu wyboru nowego
            cara), miał nieporównanie większe szanse, aby jakoś poradzić sobie z
            coraz bardziej skomplikowaną sytuacją. Tylko że trudno to było
            czynić z odległego Smoleńska. Hetman nie dogadał się z Zygmuntem
            III, toteż obraził się i pojechał do domu. Psychologicznie jest to
            zrozumiałe, lecz jako wysoki dygnitarz państwowy Żółkiewski nie
            powinien tak postąpić.
            Prawda, Gosiewski – choć nie ta klasa, ranga i autorytet – z
            początku radził sobie na Kremlu całkiem dobrze, żelazną ręką (knut i
            topór też były w robocie) powściągając rozwydrzone żołdactwo.
            Wszelako "rachunki krzywd" były już zbyt wielkie – wciąż tliły się
            ogniska insurekcji. Tym bardziej że do Moskwy zbliżały się oddziały
            tzw. pierwszego pospolitego ruszenia. Pan referendarz nie wytrzymał
            nerwowo i sięgnął po środki brutalne: pacyfikacja niepokornego
            miasta przerodziła się w rzeź mieszkańców, a miasto zostało niemal
            doszczętnie spalone. Skutki były opłakane. Polacy zostali oblężeni w
            centralnych dzielnicach i prędzej czy później głód musiał ich
            przydusić.
            W szeregach pierwszego pospolitego ruszenia panował jednak tak
            wielki bałagan, że Janowi Piotrowi Sapieże, którego zagony siały
            zamęt na ziemiach ogarniętych powstaniem, udawało się skutecznie
            wspomagać garnizon moskiewski. Sytuacja Polaków pogorszyła się, gdy
            jesienią 1611 roku w Niżnym Nowogrodzie tamtejszy kupiec Kuźma Minin
            wraz z księciem Dymitrem Pożarskim zaczęli organizować drugie
            pospolite ruszenie. Zimą 1612 roku nieopłaceni żołnierze polscy
            zawiązali konfederację i opuścili miasto, pod którym niebawem miały
            stanąć wojska Minina i Pożarskiego.
            I wówczas na scenie pojawił się nowy wielki aktor – hetman polny
            litewski Jan Karol Chodkiewicz, wódz wsławiony pogromem Szwedów pod
            Kircholmem. Z początku szło mu nieźle, udało mu się nawet dokonać w
            miarę płynnej zmiany wojsk garnizonowych. Jednakże 1 września
            znalazł się oko w oko zastępami pospolitego ruszenia. Bitwa pod
            murami Moskwy była nieunikniona.
            Ta perspektywa bynajmniej nie zmartwiła hetmana. Przeciwnie, jak
            każdy staropolski dowódca miał we krwi dążenie do walnego starcia,
            zwykle nie bacząc na przewagę liczebną przeciwnika. To było
            myślenie "fightera", który znając siłę swego ciosu (naturalne –
            uderzenie husarii), a zrazem słabą kondycję (czyli chroniczny brak
            pieniędzy na przewlekłe kampanie), dążył do jak najszybszego
            znokautowania przeciwnika. Szkoła wojenna Rzeczypospolitej starała
            się przekuć w cnotę dojmujące ułomności. Armia polska nie miała
            zwykle żadnych szans na wojnę manewrową, jakieś marsze i
            kontrmarsze. Do tego w owym czasie polscy dowódcy byli
            przyzwyczajeni do zwycięstw, pewni siebie i umiejętności swych
            podkomendnych. W walnym spotkaniu bijali kogo popadnie, a już
            specjalnie pułki moskiewskie, których sprawność byli skłonni
            lekceważyć. Zwykle kończyło się kompletnym pogromem przeciwnika, po
            którym – jak pod Kłuszynem i Kircholmem – były tylko pogoń, rzeź i
            łupy. Jednak podczas kampanii moskiewskiej poprzeczka wisiała wyżej.
            Trzeba było zmagać się z wrogiem "opartym o miasto", z koniecznością
            walk ulicznych w tle. To dość niemiła perspektywa dla armii
            rozstrzygającej bitwy szarżą kawalerii.
            Celem Chodkiewicza było doprowadzenie posiłków na Kreml. To było
            główne, dość egzotyczne dla staropolskiej sztuki wojennej kryterium
            zwycięstwa w bitwie. Hetman nie wiedział wszakże, że walka nie
            rozstrzygnie się w pierwszych rundach – zażarta bitwa trwała z
            przerwą dwa dni. Liczebna przewaga przeciwnika nie była aż tak
            zatrważająca – przeciw ok. dziesięciotysięcznym wojskom hetmańskim
            (1500 jazdy, 1800 piechoty plus ok. 7 tys. Kozaków) stanęły
            czternastotysięczne zastępy Pożarskiego – w tym też kilka tysięcy
            Kozaków. Można więc przekornie powiedzieć, że jedna z
            najważniejszych bitew polsko-rosyjskich była w pewnym sensie batalią
            kozacko-kozacką...

            Zabrakło 1800 metrów
            Chodkiewicz ułożył plan najzupełniej w duchu polskiej szkoły
            wojennej. Najpierw kawaleria (jak zwykle z husarią w roli głównej)
            mała złamać przeciwnika na przedpolu miasta i z pomocą piechoty
            opanować główne ulice najdalej na zachód wysuniętej dzielnicy
            Moskwy – Skorodomu. W drugim ruchu do na wpół spalonego miasta miał
            wjechać potężny, stuwozowy tabor – ruchoma twierdza. Wcześniej
            hetmanowi udało porozumieć się z dowódcą garnizonu kremlowskiego
            Mikołajem Strusiem (Gosiewski już dawno opuścił Moskwę), który miał
            dokonaćdywersyjnego wypadu na tyły Pożarskiego.
            Ale polskiego dowódcę czekała nieprzyjemna niespodzianka: Pożarski
            uszykował swoje oddziały w dwóch rzutach, jedno skrzydło ukośnie
            wobec drugiego (chwyt niemal z Epaminondasa!), przez co wymusił na
            Chodkiewiczu, zagrożonym oskrzydleniem, podzielenie swoich skromnych
            sił. Polacy bili się z rzeką za plecami. Jokerem w talii Pożarskiego
            miał być jednak kilkusetosobowy oddział szlachty, który oddał pod
            komendę skłóconego z nim dowódcy pierwszego pospolitego ruszenia
            księcia Dymitra Trubeckiego. Moskiewski wódz zakładał, że w
            krytycznym momencie bitwy uderzenie tego odwodu może powstrzymać
            przełamujące uderzenie Polaków.
            Walki rozpoczęły 1 września ok. godziny 13. Mimo lekcji kłuszyńskiej
            Chodkiewicz sądził zapewne, że jego zaprawionym w bojach oddziałom w
            mig uda się
            • hasz0 Re: O nicku Pozarskim 23.02.10, 23:21
              szybko przeniknąć do miasta. Ale Pożarski (też mimo lekcji
              kłuszyńskiej, gdzie właśnie próba uchwycenia inicjatywy doprowadziła
              do kompletnej katastrofy) zaatakował sam. Moskwa (akurat podobnie
              jak pod Kłuszynem) stawała mężnie – bój na równinie przeciągnął się
              aż do godziny 20. Było to prawie osiem godzin strasznej jatki.
              Jeden ze świadków zapamiętał, że "bój to był śmiertelny: tam była
              rzeź wielka, wielki napór z obu stron, pospolicie okrutnie jeden na
              drugiego, kierując kopie swoje i rażąc śmiertelnie, powalał;
              świszczały strzały w powietrzu, kruszyły kopie, gęsto padał trup".
              Wreszcie w szarówce gasnącego dnia szeregi moskiewskie zaczęły się
              kruszyć. Pożarski nakazał jeździe odwrót za linię umocnień Skorodomu
              i dołączenie do okopanych tam strzelców. Hetman rzucił na nich
              kozaków, którzy prędko uwinęli się z przeciwnikiem i wdarli w
              zawalone zgliszczami ulice. Niemal w tej chwili żołnierze Strusia
              uderzyli od Kremla. Morale Rosjan powinno się – jak zwykle dotąd –
              załamać. Hetman już był w ogródku...
              Tymczasem, o dziwo, bój przesilił się na korzyść Pożarskiego. Atak
              Strusia załamał się (pewnie dlatego, że jego wojacy byli wyczerpani
              z głodu). Szlachecki odwód Pożarskiego, uprzednio wysłany pod
              komendę Trubeckiego, ruszył do walki. W sukurs przyszli mu kozacy
              Trubeckiego, skądinąd wbrew jego woli, bo książę szczerze gardził
              Pożarskim. Z wzajemnością. Oto paradoks bitewny – wszystko stało się
              jakby niechcący!
              W ciemnościach hetmańscy zaczęli padać coraz gęściej. Była 1 w nocy,
              pozostał tylko odwrót. Straty po stronie Chodkiewicza były
              zatrważające: tego dnia poległo jakieś tysiąc żołnierzy, w
              przeważającej części piechurzy i Kozacy. Co prawda Pożarski poniósł
              nie mniejsze straty, ale to nie on musiał się głowić, jak wprowadzić
              posiłki na Kreml. Chodkiewicz nie dawał jednak za wygraną. Dwa dni
              później (1 września ruszył do boju wczesnym popołudniem i nie udało
              mu się skończyć walki przed zapadnięciem ciemności) zaatakował
              Skorodom od południa. I to był chyba lepszy pomysł, bo teren dawał
              tu więcej szans powodzenia. Rejon Zamoskworiecza (południowa część
              Skorodomu) był rozleglejszy, przez co trudniejszy do obrony.
              Oddziały Trubeckiego były o wiele mniej liczne (jakieś 3–4 tys.
              żołnierzy, w większości Kozacy), a ich morale wątpliwe. Co prawda, w
              sukurs przybył kilkusetosobowy oddział z obozu Pożarskiego, ale
              dotychczasowe walki mocno nadwerężyły jego możliwości. Nie przyjęto
              walki w otwartym polu.
              Jak poprzednio hetman litewski chwycił się też dywersji. Wysłana
              przez niego na Kreml piechota węgierska zajęła jedną z dwóch
              zamoskworieckich cerkwi, obróconych przez kozaków Trubeckiego w
              warownie. Kontrola nad nią dawała panowanie nad przeprawą przez
              rzekę i pobliskim odcinkiem traktu wiodącego do serca Moskwy.
              Wkrótce po tym, 3 września o godzinie 6, oddziały hetmańskie
              przystąpiły do boju. Jednak dopiero w samo południe udało się im
              wyprzeć chorągwie Pożarskiego z wału Skorodomu. Sam książę został
              ranny. Kozacy Trubeckiego, widząc rejteradę szlachty, gremialnie
              opuścili stanowiska i podążyli do swoich obozów. Hetman nakazał
              wprowadzić w obręb miasta tabor, który jednak szybko utknął –
              Polaków dzieliło wtedy od Kremla jakieś 1800 m! Czeladź kupców,
              którzy pod osłoną wojsk hetmana zamierzali dostać się na Kreml,
              przystąpiła już do udrażniania głównej ulicy. Równocześnie
              wydzielony oddział Kozaków pod dowództwem Aleksandra Zborowskiego
              chwilowo opanował drugą z kluczowych w tym rejonie warowni.
              Chwilowo, ponieważ na skutek zlekceważenia pozornie pokonanego wroga
              pozostawiono zbyt słabą obsadę tej placówki – szybko została ona
              odbita przez Kozaków Trubeckiego.
              Chodkiewicz znalazł się w obliczu poważnego zagrożenia. Dochodziła
              godzina 17, a tabor wciąż tkwił pośród ruin. Tymczasem przeciwnik na
              nowo zaczął się organizować. Nadto – to niezwykle ważny szczegół dla
              zrozumienia obrotu wypadków – ranny Pożarski znalazł sposób na
              podźwignięcie kozackiego morale. Nie mogąc dosiąść konia, wysłał
              niejakiego Awramija Palicyna, mnicha z klasztoru Troicko-
              Siergiejewskiego, do obozu Trubeckiego, by nakłonił do walki jego
              Kozaków. Dzięki rzuceniu na stół pokaźnej sumy ze skarbca
              klasztornego Palicynowi udało się poderwać mołojców. No, takie
              argumenty zwykle przemawiały im do wyobraźni.
              Ich uderzenie przyniosło piorunujący efekt: tabor hetmana
              litewskiego, zaatakowany z kilku stron, został szybko rozerwany, a
              jego obsługę wycięto w pień. W obliczu klęski Chodkiewicz znów
              nakazał odwrót. To był koniec nadziei na udzielenie garnizonowi
              pomocy. Hetman stracił prawie całą piechotę, mocno poszczerbiona
              została także jazda. O hetmańskich kozakach nie ma co wspominać:
              kilka dni później poszli szukać szczęścia (tzn. łupów) na własną
              rękę. Trzeba było odstąpić od miasta. Dwa miesiące
              później głodujący polski garnizon na Kremlu – działy się tam
              straszne rzeczy, z aktami kanibalizmu włącznie – złożył broń. Moskwa
              poczeka równo 200 lna polskich żołnierzy. Przyjdą z Napoleonem.
              Pytanie: dlaczego Chodkiewicz, wódz nieodmiennie dotychczas
              zwycięski, przegrał w tej bitwie, która (a nie Kłuszyn!) przesądziła
              o wyniku kampanii? Można założyć, że gdyby od razu uderzył na
              południową część Skorodomu, udałoby mu się wprowadzić tabor na
              Kreml. Zawiodło chyba rozpoznanie, które zwykle było mocną stroną
              polskiej sztuki wojennej. Tyle że w polu, gdzie lotna kawaleria
              łatwo lokalizowała rozkład sił przeciwnika, nie zaś w warunkach walk
              ulicznych. Ale i tak hetman coś tu – jak powiada Henryk Sienkiewicz –
              "pokawił".

              Gdyby Chodkiewicz dotarł na Kreml
              A teraz zabawmy się chwilkę w historię alternatywną, pogdybajmy, że
              polski tabor wjeżdża na Kreml. 100 wozów z 500–600 żołnierzami
              wybornej piechoty chroniącej kupców z obfitą wiwendą. Garnizon (w
              tym momencie liczący ok. 3 tys. ludzi) już półtora roku krwawo
              odpierał Moskwicinów, którzy żadną miarą nie potrafili wziąć Polaków
              szturmem. Nie ma powodów, aby mniemać, żeby się to im udało, gdyby
              obrońcom przybyło nieco świeżej krwi, a zwłaszcza prowiantu.
              Najpewniej utrzymaliby się jeszcze 3 miesiące – a to znakomicie
              wystarczyłoby, aby spod Smoleńska zdążyła do Moskwy
              dwunastotysięczna armia królewska, która już "dopinała popręgi". Tym
              bardziej że w okolicach miasta wciąż działałby korpus Chodkiewicza,
              czyszcząc drogi dla wojsk Zygmunta III z resztek drugiego
              pospolitego ruszenia. Resztek, bo w tej sytuacji Pożarski miałby
              ogromne trudności, aby znów zebrać swe siły do kupy.
              Wyobraźmy więc sobie, że najpóźniej w końcu grudnia Zygmunt III
              wkracza do na współ wypalonej Moskwy. Licząc garnizon i korpus
              Chodkiewicza, ma pod rozkazami ponad 20 tys. dobrego żołnierza – to
              siła, której w owym momencie nic w państwie moskiewskim nie mogłoby
              się oprzeć. Zwłaszcza że najpewniej zostałaby pomnożona – z
              powodzeniem można założyć, że pod sztandary królewskie powróciłyby
              chorągwie konfederatów, no i kozacy przyciągnięci perspektywą łupów.
              Nic więc nie stałoby na przeszkodzie, aby wreszcie intronizować
              królewicza Władysława, "cara obranego", na tronie rosyjskim. Ale
              uwaga! Nieletni car zacząłby panowanie pod kuratelą katolickiego
              ojca, co z pewnością podzieliłoby moskiewskie elity. Zapewne ich
              część, wciąż kuszona polskimi przywilejami, poszłaby na jakiś
              kompromis z Zygmuntem, część zaś stawałaby na głowie, aby pod
              sztandarami upokorzonego prawosławia podburzyć ludność do buntu
              przeciw polskim okupantom. Szczególnie że ci już wcześniej nie
              zapisali się zbyt sympatycznie w pamięci Moskwicinów. Zakład o
              czapkę gruszek przeciw workowi dolarów, że raz po raz wybuchałyby
              zamieszki, które Polacy wraz z bojarskimi sojusznikami tłumiliby z
              coraz większą brutalnością. Młodociany car byłby tylko figurantem –
              w sumie niewesoła perspektywa.
              • hasz0 Re: O nicku Pozarskim 23.02.10, 23:24

                w sumie niewesoła perspektywa... Jednakże sytuacja odepchniętego od
                stolicy Pożarskiego byłaby pewnie jeszcze gorsza.
                I tu na scenie ponurego teatru smuty musi pojawić się jeszcze jeden
                bardzo ważny aktor – Szwedzi. Trzeba bowiem pamiętać, że i oni
                chcieli mieć udział w dzieleniu wielkiego rosyjskiego kotleta –
                używając terminologii prezydenta Putina. Od 1611 roku wojska bitnych
                Skandynawów stały w Wielkim Nowogrodzie. Jeszcze wcześniej, tuż po
                wyborze królewicza Władysława na cara, Sztokholm zaproponował
                tamtejszym bojarom ustrojenie w czapkę Monomacha młodocianego
                królewicza Karola Filipa.
                Pożarski nie poszedł na taki układ, pragnął, aby cara wybrał Sobór
                Ziemski (co dokonało się w roku 1613). Wszelako w obliczu
                hipotetycznej klęski moskiewskiej sojusz ze Szwedami narzucał się
                sam. Konsekwencje oczywiste – wojna polsko-szwedzka o tron carski,
                ciąg dalszy konfliktu w Inflantach, tyle że na znacznie większą
                skalę. Dla Moskwy bez wątpienia oznaczałoby to przedłużenie wojny
                domowej, bo po obu stronach walczyłyby liczne kontyngenty rosyjskie.
                Ówcześni Rosjanie nienawidzili szwedzkich "lutrów" może nawet
                bardziej niż Lachów-papistów.
                I tu kończy się logiczny rygor historii alternatywnej, gdyż trudno
                sobie wyobrazić "realistyczną" konkluzję tej wojny. Ale pogdybajmy
                jeszcze przez chwilę. Zapewne stoczono by wiele walnych bitew,
                zapewne w większości z nich znów górę wzięłaby husaria, naprawdę po
                raz pierwszy pobita w polu dopiero w 1626 roku pod Gniewem przez
                Gustawa II Adolfa. Zapewne na tyłach obu armii wciąż trwałaby
                nieustanna plebejska ruchawka, podobna do straszliwego buntu chłopów
                Bołotnikowa z lat 1606–1607, tudzież parada kolejnych samozwańców
                powstających w imię obrony prawosławia.
                Nieszczęsny kraj byłby dalej pustoszony, przy czym ani Polacy, ani
                Szwedzi nie potrafiliby zrealizować w bezkresnych przestrzeniach
                Moskwy jakiegokolwiek sensownego projektu politycznego. Polacy
                właśnie tego dowiedli, Szwedzi dowiodą kilkadziesiąt lat później – w
                czasie potopu. Nasuwa się myśl, że doszłoby do polsko-szwedzkich
                negocjacji w sprawie rozbioru państwa moskiewskiego. Powiedzmy –
                wzdłuż linii Wołgi. Prawdopodobnie jednak obaj "interwenci"
                ukontentowaliby się wyrwaniem Rosji jakichś obszarów pogranicznych.
                Ani Polska, ani Szwecja nie miały dość sił, aby opanować i
                spacyfikować swe hipotetyczne "zabory". Zresztą jak długo Zygmunt
                III mógłby siedzieć na Kremlu? Bez wątpienia polska szlachta bardzo
                szybko stanęłaby okoniem, odmawiając dalszych podatków na
                przewlekającą się wojnę. Po kilku latach obaj nierosyjscy carowie
                musieliby się wynosić do domu, pozostawiając po sobie spaloną ziemię
                i trupy własnych żołnierzy. W sumie chyba najlepiej wyszłaby na tym
                Rzeczpospolita, albowiem smuta przeciągnęłaby się w Rosji jeszcze na
                kilka (jeśli nie kilkanaście) lat i historyczna ofensywa Rosji
                przeciw Polsce zostałaby znacznie przesunięta w czasie. Nie da się
                sensownie obrachować efektów tego przesunięcia – może
                Puszkinowski "słowiański spór" zakończyłby się inaczej?
                A Szwedzi? Wiadomo, że po sukcesach militarnych Gustawa II Adolfa (w
                wojnie trzydziestoletniej) i Karola X Gustawa (w czasie potopu)
                populacja skandynawskiego mocarstwa zaczęła cierpieć na niedostatek
                mężczyzn, którzy masowo kładli głowy w zwycięskich bataliach w
                Niemczech i Polsce. Również w Rosji, bo Gustaw II Adolf zakończył
                swe boje w państwie carów dopiero w roku 1617 pokojem w Stołbowie.
                Jeśli wojna w Rosji przeciągnęłaby się jeszcze wiele lat, na tyle
                wyczerpałaby skąpe możliwości ludnościowe Szwecji, że Gustaw Adolf
                nie pchnąłby swej znakomitej armii na pomoc protestantom w wojnie
                trzydziestoletniej. Wzmocnijmy jeszcze stopień historical fiction –
                oznaczałoby to triumf obozu cesarsko-katolickiego i potencjalną
                klęskę protestantyzmu w Europie.
                Nie byłoby żadnego pokoju westfalskiego, a Francja nie zyskałaby tak
                mocnej pozycji . Mogłoby się tak stać, gdyby 100 wozów hetmana
                Chodkiewicza wjechało na Kreml. Jeśli ktoś chce jeszcze śnić na
                jawie, może kombinować dalej.

                CZAS ODDAC BABCI SWÓJ DOWÓD Z KOMÓRKA I SMS.
                Gówn'iarzu

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka