dachs 23.02.10, 21:35 ciemnogród, nietolerancja, i obrażanie uczuć współobywateli. www.youtube.com/watch?v=6BIOTItUwvk Moralna ochyda, po prostu. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
pozarski Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 23.02.10, 21:41 Ochyda ohydą,ale o co chodzi? Odpowiedz Link Zgłoś
dachs Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 23.02.10, 22:39 pozarski napisał: > Ochyda ohydą,ale o co chodzi? Nic takiego. Ta pani sie tylko cieszy, ze - wbrew namowom - nie wyskrobała swojego syna. Syn zresztą cieszy się też. Nie wiadomo czemu. Odpowiedz Link Zgłoś
pozarski Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 23.02.10, 22:51 Dosc prymitywne,wg mnie. No i w dodatku mozna sie domyslac,ze mogla miec na te skrobanke ochote,ale w koncu nie wyskrobala. Wielkie brawa dla mamusi. Odpowiedz Link Zgłoś
dachs Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 23.02.10, 23:20 pozarski napisał: > Dosc prymitywne,wg mnie. No i w dodatku mozna sie domyslac,ze > mogla miec na te skrobanke ochote,ale w koncu nie wyskrobala. No jest to prymitywne, nie da sie ukryć, gdy wbrew namowom postępackiego otoczenia ulega się pierwotnym instynktom macierzyńskim. Odpowiedz Link Zgłoś
snajper55 Re: cóż za zacofanie, antyhumanizm 24.02.10, 01:40 dachs napisał: > No jest to prymitywne, nie da sie ukryć, gdy wbrew namowom postępackiego > otoczenia ulega się pierwotnym instynktom macierzyńskim. Nie ma to jak pierwotne instynkty. Przestańmy się hamować i ulegajmy. S. Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 O nicku Pozarskim 23.02.10, 23:19 Korpus Żółkiewskiego zabłądził nocą w lesie i nie udało się w pełni wyzyskać efektu zaskoczenia – wróg nie dał się "wziąć w pościeli". Trzeba było toczyć wielogodzinny bój z co najmniej czterokrotnie liczniejszym, bitnym przeciwnikiem: towarzysze spod husarskiego znaku musieli kilkakrotnie "stawać do sprawy", nim kolejna fala ciężkiej kawalerii złamała szyki Rosjan i cudzoziemskich najemników. Ludzie i konie padali z wyczerpania. Kłuszyn nie był arcydziełem sztuki wojennej. To raczej dowód wysokiego morale i niezwykłej odporności żołnierzy Żółkiewskiego. Inna sprawa, że hetman doskonale dyrygował rytmem nieustannych uderzeń husarii. Wygrało się więc "bitwę nie do wygrania". Pytanie tylko: co z tego? Zwycięstwa nie udało się przełożyć na sukcesy polityczne, choć hetman miał efektowną wizję zainstalowania królewicza Władysława na tronie moskiewskim. Ten pomysł wsparła część moskiewskiej oligarchii, łakomym okiem spoglądająca na przywileje i wpływy, którymi od dawna cieszyli się jej "polscy koledzy". Hetmańskie plany wzięły w łeb, bo Zygmunt III, gorący katolik, sam chciał rządzić w państwie moskiewskim, co było zupełnie nie do przyjęcia dla jego niedoszłych poddanych. Ale gdyby nawet wypadki potoczyły się po myśli Żółkiewskiego i Rzeczpospolita po śmierci Zygmunta III połączyłaby się pod berłem króla i cara Władysława, to jakie szanse na przetrwanie miałby ten monstrualny twór? Czy rzeczywiście powstałoby federacyjne hipermocarstwo, które jak wielka chmura zawisłoby nad Europą, ba, nad całym światem, bo jego wschodnia granica leżałaby gdzieś za Uralem? Czy powstałby jakiś odpowiednik unii lubelskiej do sześcianu, a olbrzymie przestrzenie państwa moskiewskiego uległyby przynajmniej częściowej okcydentalizacji? Czy na opak: to Wschód posunąłby się pod Gdańsk, Wrocław i Berlin? Tę drugą możliwość przerabialiśmy całkiem niedawno pod szyldem ZSRR. Hetman za hetmana Hetmańskie sny i tak nie mogły się ziścić – zbyt wielkie były różnice obu kultur. Moskwa to nie Litwa. Korzenie jej zamkniętej i superkonserwatywnej kultury tkwiły zbyt głęboko, aby przyjęła ustrojową ofertę Rzeczypospolitej, która sama pogrążała się już w kryzysie. Z wielkiej chmury pociekł więc skąpy, brudny deszcz. W listopadzie 1610 roku hetman opuścił Moskwę, aby pod Smoleńskiem jakoś dogadać się z królem, zostawiając garnizon pod komendą Aleksandra Gosiewskiego, referendarza litewskiego. Zapewne Żółkiewski, konstruktor i gwarant układu z semibojarszcziną (rada bojarska, która miała rządzić w Moskwie do czasu wyboru nowego cara), miał nieporównanie większe szanse, aby jakoś poradzić sobie z coraz bardziej skomplikowaną sytuacją. Tylko że trudno to było czynić z odległego Smoleńska. Hetman nie dogadał się z Zygmuntem III, toteż obraził się i pojechał do domu. Psychologicznie jest to zrozumiałe, lecz jako wysoki dygnitarz państwowy Żółkiewski nie powinien tak postąpić. Prawda, Gosiewski – choć nie ta klasa, ranga i autorytet – z początku radził sobie na Kremlu całkiem dobrze, żelazną ręką (knut i topór też były w robocie) powściągając rozwydrzone żołdactwo. Wszelako "rachunki krzywd" były już zbyt wielkie – wciąż tliły się ogniska insurekcji. Tym bardziej że do Moskwy zbliżały się oddziały tzw. pierwszego pospolitego ruszenia. Pan referendarz nie wytrzymał nerwowo i sięgnął po środki brutalne: pacyfikacja niepokornego miasta przerodziła się w rzeź mieszkańców, a miasto zostało niemal doszczętnie spalone. Skutki były opłakane. Polacy zostali oblężeni w centralnych dzielnicach i prędzej czy później głód musiał ich przydusić. W szeregach pierwszego pospolitego ruszenia panował jednak tak wielki bałagan, że Janowi Piotrowi Sapieże, którego zagony siały zamęt na ziemiach ogarniętych powstaniem, udawało się skutecznie wspomagać garnizon moskiewski. Sytuacja Polaków pogorszyła się, gdy jesienią 1611 roku w Niżnym Nowogrodzie tamtejszy kupiec Kuźma Minin wraz z księciem Dymitrem Pożarskim zaczęli organizować drugie pospolite ruszenie. Zimą 1612 roku nieopłaceni żołnierze polscy zawiązali konfederację i opuścili miasto, pod którym niebawem miały stanąć wojska Minina i Pożarskiego. I wówczas na scenie pojawił się nowy wielki aktor – hetman polny litewski Jan Karol Chodkiewicz, wódz wsławiony pogromem Szwedów pod Kircholmem. Z początku szło mu nieźle, udało mu się nawet dokonać w miarę płynnej zmiany wojsk garnizonowych. Jednakże 1 września znalazł się oko w oko zastępami pospolitego ruszenia. Bitwa pod murami Moskwy była nieunikniona. Ta perspektywa bynajmniej nie zmartwiła hetmana. Przeciwnie, jak każdy staropolski dowódca miał we krwi dążenie do walnego starcia, zwykle nie bacząc na przewagę liczebną przeciwnika. To było myślenie "fightera", który znając siłę swego ciosu (naturalne – uderzenie husarii), a zrazem słabą kondycję (czyli chroniczny brak pieniędzy na przewlekłe kampanie), dążył do jak najszybszego znokautowania przeciwnika. Szkoła wojenna Rzeczypospolitej starała się przekuć w cnotę dojmujące ułomności. Armia polska nie miała zwykle żadnych szans na wojnę manewrową, jakieś marsze i kontrmarsze. Do tego w owym czasie polscy dowódcy byli przyzwyczajeni do zwycięstw, pewni siebie i umiejętności swych podkomendnych. W walnym spotkaniu bijali kogo popadnie, a już specjalnie pułki moskiewskie, których sprawność byli skłonni lekceważyć. Zwykle kończyło się kompletnym pogromem przeciwnika, po którym – jak pod Kłuszynem i Kircholmem – były tylko pogoń, rzeź i łupy. Jednak podczas kampanii moskiewskiej poprzeczka wisiała wyżej. Trzeba było zmagać się z wrogiem "opartym o miasto", z koniecznością walk ulicznych w tle. To dość niemiła perspektywa dla armii rozstrzygającej bitwy szarżą kawalerii. Celem Chodkiewicza było doprowadzenie posiłków na Kreml. To było główne, dość egzotyczne dla staropolskiej sztuki wojennej kryterium zwycięstwa w bitwie. Hetman nie wiedział wszakże, że walka nie rozstrzygnie się w pierwszych rundach – zażarta bitwa trwała z przerwą dwa dni. Liczebna przewaga przeciwnika nie była aż tak zatrważająca – przeciw ok. dziesięciotysięcznym wojskom hetmańskim (1500 jazdy, 1800 piechoty plus ok. 7 tys. Kozaków) stanęły czternastotysięczne zastępy Pożarskiego – w tym też kilka tysięcy Kozaków. Można więc przekornie powiedzieć, że jedna z najważniejszych bitew polsko-rosyjskich była w pewnym sensie batalią kozacko-kozacką... Zabrakło 1800 metrów Chodkiewicz ułożył plan najzupełniej w duchu polskiej szkoły wojennej. Najpierw kawaleria (jak zwykle z husarią w roli głównej) mała złamać przeciwnika na przedpolu miasta i z pomocą piechoty opanować główne ulice najdalej na zachód wysuniętej dzielnicy Moskwy – Skorodomu. W drugim ruchu do na wpół spalonego miasta miał wjechać potężny, stuwozowy tabor – ruchoma twierdza. Wcześniej hetmanowi udało porozumieć się z dowódcą garnizonu kremlowskiego Mikołajem Strusiem (Gosiewski już dawno opuścił Moskwę), który miał dokonaćdywersyjnego wypadu na tyły Pożarskiego. Ale polskiego dowódcę czekała nieprzyjemna niespodzianka: Pożarski uszykował swoje oddziały w dwóch rzutach, jedno skrzydło ukośnie wobec drugiego (chwyt niemal z Epaminondasa!), przez co wymusił na Chodkiewiczu, zagrożonym oskrzydleniem, podzielenie swoich skromnych sił. Polacy bili się z rzeką za plecami. Jokerem w talii Pożarskiego miał być jednak kilkusetosobowy oddział szlachty, który oddał pod komendę skłóconego z nim dowódcy pierwszego pospolitego ruszenia księcia Dymitra Trubeckiego. Moskiewski wódz zakładał, że w krytycznym momencie bitwy uderzenie tego odwodu może powstrzymać przełamujące uderzenie Polaków. Walki rozpoczęły 1 września ok. godziny 13. Mimo lekcji kłuszyńskiej Chodkiewicz sądził zapewne, że jego zaprawionym w bojach oddziałom w mig uda się Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 Re: O nicku Pozarskim 23.02.10, 23:21 szybko przeniknąć do miasta. Ale Pożarski (też mimo lekcji kłuszyńskiej, gdzie właśnie próba uchwycenia inicjatywy doprowadziła do kompletnej katastrofy) zaatakował sam. Moskwa (akurat podobnie jak pod Kłuszynem) stawała mężnie – bój na równinie przeciągnął się aż do godziny 20. Było to prawie osiem godzin strasznej jatki. Jeden ze świadków zapamiętał, że "bój to był śmiertelny: tam była rzeź wielka, wielki napór z obu stron, pospolicie okrutnie jeden na drugiego, kierując kopie swoje i rażąc śmiertelnie, powalał; świszczały strzały w powietrzu, kruszyły kopie, gęsto padał trup". Wreszcie w szarówce gasnącego dnia szeregi moskiewskie zaczęły się kruszyć. Pożarski nakazał jeździe odwrót za linię umocnień Skorodomu i dołączenie do okopanych tam strzelców. Hetman rzucił na nich kozaków, którzy prędko uwinęli się z przeciwnikiem i wdarli w zawalone zgliszczami ulice. Niemal w tej chwili żołnierze Strusia uderzyli od Kremla. Morale Rosjan powinno się – jak zwykle dotąd – załamać. Hetman już był w ogródku... Tymczasem, o dziwo, bój przesilił się na korzyść Pożarskiego. Atak Strusia załamał się (pewnie dlatego, że jego wojacy byli wyczerpani z głodu). Szlachecki odwód Pożarskiego, uprzednio wysłany pod komendę Trubeckiego, ruszył do walki. W sukurs przyszli mu kozacy Trubeckiego, skądinąd wbrew jego woli, bo książę szczerze gardził Pożarskim. Z wzajemnością. Oto paradoks bitewny – wszystko stało się jakby niechcący! W ciemnościach hetmańscy zaczęli padać coraz gęściej. Była 1 w nocy, pozostał tylko odwrót. Straty po stronie Chodkiewicza były zatrważające: tego dnia poległo jakieś tysiąc żołnierzy, w przeważającej części piechurzy i Kozacy. Co prawda Pożarski poniósł nie mniejsze straty, ale to nie on musiał się głowić, jak wprowadzić posiłki na Kreml. Chodkiewicz nie dawał jednak za wygraną. Dwa dni później (1 września ruszył do boju wczesnym popołudniem i nie udało mu się skończyć walki przed zapadnięciem ciemności) zaatakował Skorodom od południa. I to był chyba lepszy pomysł, bo teren dawał tu więcej szans powodzenia. Rejon Zamoskworiecza (południowa część Skorodomu) był rozleglejszy, przez co trudniejszy do obrony. Oddziały Trubeckiego były o wiele mniej liczne (jakieś 3–4 tys. żołnierzy, w większości Kozacy), a ich morale wątpliwe. Co prawda, w sukurs przybył kilkusetosobowy oddział z obozu Pożarskiego, ale dotychczasowe walki mocno nadwerężyły jego możliwości. Nie przyjęto walki w otwartym polu. Jak poprzednio hetman litewski chwycił się też dywersji. Wysłana przez niego na Kreml piechota węgierska zajęła jedną z dwóch zamoskworieckich cerkwi, obróconych przez kozaków Trubeckiego w warownie. Kontrola nad nią dawała panowanie nad przeprawą przez rzekę i pobliskim odcinkiem traktu wiodącego do serca Moskwy. Wkrótce po tym, 3 września o godzinie 6, oddziały hetmańskie przystąpiły do boju. Jednak dopiero w samo południe udało się im wyprzeć chorągwie Pożarskiego z wału Skorodomu. Sam książę został ranny. Kozacy Trubeckiego, widząc rejteradę szlachty, gremialnie opuścili stanowiska i podążyli do swoich obozów. Hetman nakazał wprowadzić w obręb miasta tabor, który jednak szybko utknął – Polaków dzieliło wtedy od Kremla jakieś 1800 m! Czeladź kupców, którzy pod osłoną wojsk hetmana zamierzali dostać się na Kreml, przystąpiła już do udrażniania głównej ulicy. Równocześnie wydzielony oddział Kozaków pod dowództwem Aleksandra Zborowskiego chwilowo opanował drugą z kluczowych w tym rejonie warowni. Chwilowo, ponieważ na skutek zlekceważenia pozornie pokonanego wroga pozostawiono zbyt słabą obsadę tej placówki – szybko została ona odbita przez Kozaków Trubeckiego. Chodkiewicz znalazł się w obliczu poważnego zagrożenia. Dochodziła godzina 17, a tabor wciąż tkwił pośród ruin. Tymczasem przeciwnik na nowo zaczął się organizować. Nadto – to niezwykle ważny szczegół dla zrozumienia obrotu wypadków – ranny Pożarski znalazł sposób na podźwignięcie kozackiego morale. Nie mogąc dosiąść konia, wysłał niejakiego Awramija Palicyna, mnicha z klasztoru Troicko- Siergiejewskiego, do obozu Trubeckiego, by nakłonił do walki jego Kozaków. Dzięki rzuceniu na stół pokaźnej sumy ze skarbca klasztornego Palicynowi udało się poderwać mołojców. No, takie argumenty zwykle przemawiały im do wyobraźni. Ich uderzenie przyniosło piorunujący efekt: tabor hetmana litewskiego, zaatakowany z kilku stron, został szybko rozerwany, a jego obsługę wycięto w pień. W obliczu klęski Chodkiewicz znów nakazał odwrót. To był koniec nadziei na udzielenie garnizonowi pomocy. Hetman stracił prawie całą piechotę, mocno poszczerbiona została także jazda. O hetmańskich kozakach nie ma co wspominać: kilka dni później poszli szukać szczęścia (tzn. łupów) na własną rękę. Trzeba było odstąpić od miasta. Dwa miesiące później głodujący polski garnizon na Kremlu – działy się tam straszne rzeczy, z aktami kanibalizmu włącznie – złożył broń. Moskwa poczeka równo 200 lna polskich żołnierzy. Przyjdą z Napoleonem. Pytanie: dlaczego Chodkiewicz, wódz nieodmiennie dotychczas zwycięski, przegrał w tej bitwie, która (a nie Kłuszyn!) przesądziła o wyniku kampanii? Można założyć, że gdyby od razu uderzył na południową część Skorodomu, udałoby mu się wprowadzić tabor na Kreml. Zawiodło chyba rozpoznanie, które zwykle było mocną stroną polskiej sztuki wojennej. Tyle że w polu, gdzie lotna kawaleria łatwo lokalizowała rozkład sił przeciwnika, nie zaś w warunkach walk ulicznych. Ale i tak hetman coś tu – jak powiada Henryk Sienkiewicz – "pokawił". Gdyby Chodkiewicz dotarł na Kreml A teraz zabawmy się chwilkę w historię alternatywną, pogdybajmy, że polski tabor wjeżdża na Kreml. 100 wozów z 500–600 żołnierzami wybornej piechoty chroniącej kupców z obfitą wiwendą. Garnizon (w tym momencie liczący ok. 3 tys. ludzi) już półtora roku krwawo odpierał Moskwicinów, którzy żadną miarą nie potrafili wziąć Polaków szturmem. Nie ma powodów, aby mniemać, żeby się to im udało, gdyby obrońcom przybyło nieco świeżej krwi, a zwłaszcza prowiantu. Najpewniej utrzymaliby się jeszcze 3 miesiące – a to znakomicie wystarczyłoby, aby spod Smoleńska zdążyła do Moskwy dwunastotysięczna armia królewska, która już "dopinała popręgi". Tym bardziej że w okolicach miasta wciąż działałby korpus Chodkiewicza, czyszcząc drogi dla wojsk Zygmunta III z resztek drugiego pospolitego ruszenia. Resztek, bo w tej sytuacji Pożarski miałby ogromne trudności, aby znów zebrać swe siły do kupy. Wyobraźmy więc sobie, że najpóźniej w końcu grudnia Zygmunt III wkracza do na współ wypalonej Moskwy. Licząc garnizon i korpus Chodkiewicza, ma pod rozkazami ponad 20 tys. dobrego żołnierza – to siła, której w owym momencie nic w państwie moskiewskim nie mogłoby się oprzeć. Zwłaszcza że najpewniej zostałaby pomnożona – z powodzeniem można założyć, że pod sztandary królewskie powróciłyby chorągwie konfederatów, no i kozacy przyciągnięci perspektywą łupów. Nic więc nie stałoby na przeszkodzie, aby wreszcie intronizować królewicza Władysława, "cara obranego", na tronie rosyjskim. Ale uwaga! Nieletni car zacząłby panowanie pod kuratelą katolickiego ojca, co z pewnością podzieliłoby moskiewskie elity. Zapewne ich część, wciąż kuszona polskimi przywilejami, poszłaby na jakiś kompromis z Zygmuntem, część zaś stawałaby na głowie, aby pod sztandarami upokorzonego prawosławia podburzyć ludność do buntu przeciw polskim okupantom. Szczególnie że ci już wcześniej nie zapisali się zbyt sympatycznie w pamięci Moskwicinów. Zakład o czapkę gruszek przeciw workowi dolarów, że raz po raz wybuchałyby zamieszki, które Polacy wraz z bojarskimi sojusznikami tłumiliby z coraz większą brutalnością. Młodociany car byłby tylko figurantem – w sumie niewesoła perspektywa. Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 Re: O nicku Pozarskim 23.02.10, 23:24 w sumie niewesoła perspektywa... Jednakże sytuacja odepchniętego od stolicy Pożarskiego byłaby pewnie jeszcze gorsza. I tu na scenie ponurego teatru smuty musi pojawić się jeszcze jeden bardzo ważny aktor – Szwedzi. Trzeba bowiem pamiętać, że i oni chcieli mieć udział w dzieleniu wielkiego rosyjskiego kotleta – używając terminologii prezydenta Putina. Od 1611 roku wojska bitnych Skandynawów stały w Wielkim Nowogrodzie. Jeszcze wcześniej, tuż po wyborze królewicza Władysława na cara, Sztokholm zaproponował tamtejszym bojarom ustrojenie w czapkę Monomacha młodocianego królewicza Karola Filipa. Pożarski nie poszedł na taki układ, pragnął, aby cara wybrał Sobór Ziemski (co dokonało się w roku 1613). Wszelako w obliczu hipotetycznej klęski moskiewskiej sojusz ze Szwedami narzucał się sam. Konsekwencje oczywiste – wojna polsko-szwedzka o tron carski, ciąg dalszy konfliktu w Inflantach, tyle że na znacznie większą skalę. Dla Moskwy bez wątpienia oznaczałoby to przedłużenie wojny domowej, bo po obu stronach walczyłyby liczne kontyngenty rosyjskie. Ówcześni Rosjanie nienawidzili szwedzkich "lutrów" może nawet bardziej niż Lachów-papistów. I tu kończy się logiczny rygor historii alternatywnej, gdyż trudno sobie wyobrazić "realistyczną" konkluzję tej wojny. Ale pogdybajmy jeszcze przez chwilę. Zapewne stoczono by wiele walnych bitew, zapewne w większości z nich znów górę wzięłaby husaria, naprawdę po raz pierwszy pobita w polu dopiero w 1626 roku pod Gniewem przez Gustawa II Adolfa. Zapewne na tyłach obu armii wciąż trwałaby nieustanna plebejska ruchawka, podobna do straszliwego buntu chłopów Bołotnikowa z lat 1606–1607, tudzież parada kolejnych samozwańców powstających w imię obrony prawosławia. Nieszczęsny kraj byłby dalej pustoszony, przy czym ani Polacy, ani Szwedzi nie potrafiliby zrealizować w bezkresnych przestrzeniach Moskwy jakiegokolwiek sensownego projektu politycznego. Polacy właśnie tego dowiedli, Szwedzi dowiodą kilkadziesiąt lat później – w czasie potopu. Nasuwa się myśl, że doszłoby do polsko-szwedzkich negocjacji w sprawie rozbioru państwa moskiewskiego. Powiedzmy – wzdłuż linii Wołgi. Prawdopodobnie jednak obaj "interwenci" ukontentowaliby się wyrwaniem Rosji jakichś obszarów pogranicznych. Ani Polska, ani Szwecja nie miały dość sił, aby opanować i spacyfikować swe hipotetyczne "zabory". Zresztą jak długo Zygmunt III mógłby siedzieć na Kremlu? Bez wątpienia polska szlachta bardzo szybko stanęłaby okoniem, odmawiając dalszych podatków na przewlekającą się wojnę. Po kilku latach obaj nierosyjscy carowie musieliby się wynosić do domu, pozostawiając po sobie spaloną ziemię i trupy własnych żołnierzy. W sumie chyba najlepiej wyszłaby na tym Rzeczpospolita, albowiem smuta przeciągnęłaby się w Rosji jeszcze na kilka (jeśli nie kilkanaście) lat i historyczna ofensywa Rosji przeciw Polsce zostałaby znacznie przesunięta w czasie. Nie da się sensownie obrachować efektów tego przesunięcia – może Puszkinowski "słowiański spór" zakończyłby się inaczej? A Szwedzi? Wiadomo, że po sukcesach militarnych Gustawa II Adolfa (w wojnie trzydziestoletniej) i Karola X Gustawa (w czasie potopu) populacja skandynawskiego mocarstwa zaczęła cierpieć na niedostatek mężczyzn, którzy masowo kładli głowy w zwycięskich bataliach w Niemczech i Polsce. Również w Rosji, bo Gustaw II Adolf zakończył swe boje w państwie carów dopiero w roku 1617 pokojem w Stołbowie. Jeśli wojna w Rosji przeciągnęłaby się jeszcze wiele lat, na tyle wyczerpałaby skąpe możliwości ludnościowe Szwecji, że Gustaw Adolf nie pchnąłby swej znakomitej armii na pomoc protestantom w wojnie trzydziestoletniej. Wzmocnijmy jeszcze stopień historical fiction – oznaczałoby to triumf obozu cesarsko-katolickiego i potencjalną klęskę protestantyzmu w Europie. Nie byłoby żadnego pokoju westfalskiego, a Francja nie zyskałaby tak mocnej pozycji . Mogłoby się tak stać, gdyby 100 wozów hetmana Chodkiewicza wjechało na Kreml. Jeśli ktoś chce jeszcze śnić na jawie, może kombinować dalej. CZAS ODDAC BABCI SWÓJ DOWÓD Z KOMÓRKA I SMS. Gówn'iarzu Odpowiedz Link Zgłoś