janusz2_
15.02.02, 20:58
Czy stawka podatku dochodowego wynosząca 103% to zbyt dużo dla prawdziwego
socjalisty?
Wydawałoby się, że nie - wszak nigdy za dużo na limuzyny dla rządu, który
deklaruje, że chce zrobić wszystkim dobrze.
A jednak...
Wzorowa socjalistka Astrid Lindgren "zbuntowała się" gdy przyszło jej zapłacić
podatek tej wysokości.
"(...) Choć była typową lewicową intelektualistką, to zrobiła coś, czego nie
uczyniła ani wcześniej, ani potem żadna inna przedstawicielka tego nurtu: w
1976 r. spowodowała upadek szwedzkiego rządu tworzonego przez polityków z
partii socjaldemokratycznej. Przyczyną były podatki.
Astrid Lindgren pracowała bardzo sumiennie. Rano pisała bajki, po południu
pracowała w "swoim" wydawnictwie, a wieczorami zajmowała się rodziną. Bardzo
szybko stała się sławna, co pociągnęło za sobą znaczny wzrost dochodów. Zawsze
żyła bardzo skromnie i większość honorariów przeznaczała na cele charytatywne
(jej osobisty majątek szacowano jedynie na 4-5 mln zł). Jako socjalistce nigdy
jej też nie przeszkadzały obłędnie wysokie podatki - niezbędne dla
funkcjonowania szwedzkiego państwa opiekuńczego (mawiała: "płacę podatki z
radością"). Chociaż większość dochodów uzyskiwała z wydawania swoich książek za
granicą, to nigdy nie próbowała uciekać przed żarłocznym szwedzkim fiskusem (w
przeciwieństwie do wielu innych, w tym reżysera Ingmara Bergmana, który po
prostu wyjechał z ojczyzny). Ale nawet dla niej było za dużo, kiedy w 1976 r.
urząd skarbowy wezwał ją do zapłaty 103 proc. osiągniętego dochodu. W marcu
tego roku napisała baśń pod tytułem "Poperosa w Monismanien" - opublikowaną
przez jedną z gazet - odwołującą się w formie bajkowej metafory do problemu
wysokich podatków: Poperosa kochała swój kraj, jego lasy, góry i jeziora, i
zielone zagajniki. I ponadto kochała jeszcze ludzi w nim mieszkających.
(...)
Lindgren opisuje, jak obliczano jej podatek dochodowy i stwierdza: Do czego to
oni chcą doprowadzić, tą społeczność utrudniającą życie do niemożliwości? O, ty
płomienna socjaldemokracjo mojej młodości, pomyślała (bo teraz stałą się nieco
patetyczna), jak długo jeszcze twoje czyste imię będzie nadużywane, by chronić
dyktatorską, biurokratyczną, niesprawiedliwą i protekcjonalną grupę? Sądziła,
że w demokratycznym kraju chronione są prawa wszystkich. Ludzie nie powinni być
karani i prześladowani tylko dlatego, że w uczciwy sposób - z lub bez własnej
woli - zdarzyło im się zarobić pieniądze.
Po lekturze "Poperosy w Monismanien" ówczesny minister finansów Gunnar Sträng
zganił pisarkę na posiedzeniu parlamentu: Niech sobie pisze swoje bajki i nie
wtrąca się w to, o czym nie ma pojęcia. Jej wypowiedź to interesująca
kombinacja stymulowana literackimi zdolnościami i całkowitym brakiem wiedzy o
meandrach polityki podatkowej. Ale nie żądajmy przecież, aby Astrid Lindgren
poradziła sobie z tym ostatnim. Skarcona pisarka natychmiast zripostowała:
Liczyć to on nie umie, ale dobrze opowiada bajki, dlatego powinniśmy zamienić
się zawodami, on i ja.
(...)
Jej wezwanie do odsunięcia socjaldemokratów od władzy poskutkowało. Stracili
oni rządy po raz pierwszy od 44 lat.
(...)
"
Tę interesującą opowieść o Astrid Lingren przytaczam za "Najwyższym Czasem"
www.nczas.com/?a=show_article&id=237
Szkoda tylko, że dopiero 103% co niektórym przemawia do wyobraźni.