Obejrzałem dziś "Pasję" Mela Gibsona i, muszę stwierdzić, że ów film mnie
przygnębił. Słyszałem tyle skrajnych i bardzo emocjonalnych opinii, że
moje oczekiwania znacznie przewyższyły to, co za osiemnaście złotych
otrzymałem.
Film obejrzałem w najlepszym kinie, jakie jest w moim zasięgu –
w opolskim Kinopleksie, a zatem nie mogłem się uskarżać ani na jakość
obrazu, ani na niedostatki w dźwięku. Sala była wypełniona, mniej więcej
w trzech czwartych, więc nie było pustek, ale, żeby pękała w szwach, też
trudno stwierdzić. Publiczność oglądała film normalnie. Prasa donosiła o
tym, że ludzie, podczas seansu, nie wytrzymując napięcia, wychodzą z kina, że
płaczą, wpadają w histerię, a w USA, jakaś pani nawet, pod wpływem szoku
zmarła na serce. W Opolu - nic z tych rzeczy - publika spokojnie
oglądała, chrupiąc obowiązkowy pop-corn i popijając równie obowiązkową
colą.
Jeśli chodzi o ogólną ocenę wartości artystycznej filmu, to - moim
zdaniem - Gibson poległ na całej linii. Film jest kiepski pod każdym
względem – pod względem: reżyserii, scenariusza, montażu. Najgorzej
wypadają: scenariusz i reżyseria. Śledząc reżyserską karierę Mela, mogę
stwierdzić, że najlepiej wyszedł mu debiut - skromny, kameralny i
niskobudżetowy "Człowiek bez twarzy" - dramat obyczajowy - historia
nauczyciela, oskarżonego o molestowanie seksualne uczniów, który, pomimo
to, znajduje zaufanie i przyjaźń wrażliwego chłopca. "Braveheart" był
już filmem znacznie mniej subtelnym, ale bronił się epickim rozmachem i
świetnie pokazaną batalistyką. "Pasja", która w zamierzeniu autorskim,
miała być opus magnum Gibsona, jest z tych trzech filmów obrazem
zdecydowanie najsłabszym. Zresztą wielu już reżyserów przekonało się, jak
trudno znaleźć właściwy klucz do historii cieśli z Nazaretu. Ewangelia
nadal czeka na swego geniusza.
W stosunku do filmu, środowiska żydowskie wysuwały zarzuty antysemityzmu.
Moje spostrzeżenia raczej tego nie potwierdzają. Pewnie – będąc Żydem,
raczej nie byłbym zachwycony sposobem, w jaki zostali sportretowani moi
antyczni przodkowie, ale - muszę oddać Gibsonowi sprawiedliwość - nie
sądzę, żeby kierował nim akurat antysemityzm. Kieruje nim natomiast
zamiłowanie do hollywoodzkiej sztampy i schematu. Nie wystarczy zrobić
film, w którym postacie mówią po aramejsku i łacinie (łacina jest
naprawdę – cool

) ), by film przestał być "hollywoodzki" Wyraźnie daje
się zauważyć nieśmiertelny podział na: "good guys" (Jezus, Maria,
apostołowie, Maria Magdalena, Weronika, Szymon Cyrenejczyk, żona Piłata)
i "bad guys" (Żydzi i Rzymianie). Nawet, nieznającemu Ewangelii,
Papuasowi łatwo byłoby odróżnić – którzy są którzy. "Dobrzy" mają twarze,
a "źli" - mordy. Nie żartuję – większość członków Sanhedrynu i wszyscy
rzymscy legioniści mają prawdziwe, niekłamane mordy, podobne mordom
kułaków w sowieckich filmach za Stalina. "Bad guys" - Rzymianie i Żydzi,
za wyjątkiem kręgu postaci skupionego wokół Jezusa, przedstawieni są jak
Indianie w przedwojennych westernach – jako wyjąco-wrzeszcząca, okrutna
masa. Bardzo brakuje mi w "Pasji" takich postaci wśród Żydów, jak
chociażby Nikodem czy Józef z Arymatei. Gdyby Mel sobie o nich choć na
chwilę przypomniał, być może film zyskałby nieco głębi, a widzowie –
trochę satysfakcji. Jest, co prawda, w filmie scena, gdy dwóch członków
zgromadzenia usiłuje bronić Jezusa, ale - nie wiedzieć czemu - zostają
oni przegonieni i to w sposób zupełnie urągający ich godności - jak
gdyby byli woźnymi, którzy usiłują zabrać głos z mównicy naukowego
sympozjum. Zanotujmy jeszcze dwie postacie "pośrednie" - Piłata i Judasza.
Oni, w zasadzie, też mają twarze, ale z widocznym już na nich piętnem
duchowej degeneracji – Piłat jest oportunistą i karierowiczem,
a z osobowością Judasza reżyser się w ogóle nie uporał.

)
Tu mała chwila refleksji - Mel Gibson w przedpremierowych wypowiedziach
mawiał, ze nakręcił ten film w taki właśnie, a nie inny sposób, gdyż
chciał pokazać - JAK BYŁO NAPRAWDĘ. Otóż śmiem twierdzić, że mimo sporej
ilości dekagramów mięsa odrywanego z ciała torturowanego Chrystusa,
zupełnie mu się to nie udało. Pierwsza wpadka - armia rzymska uchodziła
wtedy za niezwyciężoną, między innymi dlatego, że była, jak na owe czasy
niezwykle zdyscyplinowana. Wszelkie przejawy braku subordynacji były
karane natychmiast i z całą surowością - niejednokrotnie dziesiątkowano
całe kohorty czy nawet legiony. W "Pasji", pomimo surowego nakazu Piłata,
by skazańca wychłostać, ale przesadnie nie torturować, a już na pewno nie
dopuścić do jego śmierci, legioniści zachowują się, pod względem
bezmyślnego okrucieństwa - jak kibole-zamiarze na meczu piłkarskim, a
pod względem zdyscyplinowania - jak polskie pospolite ruszenie pod
Piławcami. Prześcigają się w brutalności i okrucieństwie, choć dwakroć
słyszeli jak ich zwierzchnik, Piłat, publicznie ogłosił: "nie widzę w tym
człowieku żadnej winy" i choć Jezus, jako Żyd, osobiście ani ich ziębił,
ani parzył. Że nie było to w przyjętym wówczas zwyczaju, niech zaświadczą
postacie, krzyżowanych razem z Chrystusem żydowskich przestępców, którzy
przy nim wyglądają tak, jakby na plan „Pasji” omyłkowo zabłądzili z
planu „Żywota Briana” – tacy są czyści i nietknięci. Żołnierze zupełnie
ich lekceważą, dopełniając swego, przykrego w końcu obowiązku, bez
żadnej skwapliwości, nieomal z nonszalancją.
Film jest zupełnie pozbawiony klimatu, co - być może - jest jego
największym mankamentem. Akcja dzieli się (a raczej - rozpada) na pięć
dużych scen: modlitwę w Ogrójcu, sąd (w Sanhedrynie i u Piłata),
biczowanie, drogę krzyżową i ukrzyżowanie. W akcji zupełnie brak
wewnętrznego napięcia, które rozumiem - nie jako: Hitchcockowski
suspens, ale jako nawarstwienie i spiętrzenie emocji, będące efektem
charyzmy ekranowych postaci. U Jima Caviezela jest tyle charyzmy, co u
Viggo Mortensena we "Władcy pierscieni".

) Gdzie mu tam do, chociażby,
Roberta Powella u Zeffirellego czy Willema Dafoe’a u Scorsesego!
Zupełnie nie czuje się w nim owego wewnętrznego światła, które powinno go
wypełniać – a jeśli tego blasku nie ma w Jezusie, to w kim ono, na Boga,
może w tym filmie być...??
W "Pasji" pojawia się też szatan, którego szatański spryt, też niestety,
ginie pod warstwą schematyzmu. Początkowo myślałem, że jako młody, ładny
młodzieniec ma szansę skusić Jezusa do porzucenia planów zbawienia
ludzkości, niestety – zaraz potem z nosa wypełza mu jakiś robal, rzut
kamery ujawnia szpony na rękach, a spod szaty wypełza mu żółty wąż.
I staje się, biedak, tak diabelsko diabelski, że nie skusiłby już nikogo.
Stopniowo zupełnie traci kontrolę nad wydarzeniami, bezpowrotnie gubi
swój, przereklamowany, jak się okazuje, szatański spryt i tylko, jako
smętny snuj, smętnie snuje się momentami przez poszczególne sceny, by na
końcu głośnym rykiem obwieścić światu swą rozpacz z przyczyny klęski,
przez co widzowi robi się go bardziej żal, niż samego Jezusa!
Jest też taki moment, gdy szatan ukazuje się Chrystusowi z dzieciątkiem
na ręku. Oczywiście jest to – dzieciątko à rebours, dzieciątko
szatańskie, o paskudnych, wrednych oczkach i drapieżnych, rekinich
ząbkach – taki mały Antychryścik. Zachodziłem w głowę, do czegóż ów
Antychryścik był Gibsonowi w tym filmie potrzebny, aż wreszcie przyszło
mi do głowy, że, być może, było to mrugnięcie okiem do starego przyjaciela,
Richarda Donnera (w końcu sporo mu zawdzięcza, gdyż ów obsadzał go w swych
kasowych filmach: w czterech częściach "Zabójczej broni", "Mavericku"
i "Teorii spisku") i przypomnienie motywu Damiana-Antychrysta z jego
stareńkiego "Omenu".
Jeśli tak - to był to jeden z jaśniejszych momentów "Pasji".
Jeśli nie - jeden z mroczniejszych.

)