piq
01.02.05, 22:21
Witam, to ja, dawniejszy piotrq (MÓJ OD 2001 R. NICK JEST ZAJĘTY!!!)
Na początku powiem tak: przepracowałem 10 lat w GaWnie. Odszedłem z kilku
waznych dla mnie powodów, zwłaszcza z powodu hipokryzji centralnej redakcji,
głoszenia szczytnych zasad etycznych zawodu przy bezceremonialnym łamaniu ich
na użytek wewnętrzny. Ja biedny myślałem przez dłuższy czas, że biorę udział
w budowaniu fajnej niezależnej i obiektywnej gazety, bo tak nam
mówiły "autorytety". Pracowałem z kilkoma fajnymi ludźmi (z których
większości już w GaWnie nie ma). Ileś się nauczyłem, iluś dobrych przyjaciół
mam stamtąd, i choć odszedłem z powodu tego, co powyżej, jakoś te 10 lat mnie
nie bolało.
Dzisiaj muszę powiedzieć, że czuję się tak, jakby 10 lat (niemal od początku
tego błota) mojej ciężkiej i solidnej pracy ktoś ubabrał w odchodach i rzucił
mi w gębę. Wstydzę się, że życie sprawiło, iż wziąłem udział w budowaniu tej
klozetowej szmaty, którą poprzez zleconą przez władze gazety
akcję "dziennikarzy" Wrońskiego i Czuchnowskiego w sprawie listy Wildsteina,
stała się już definitywnie ta tzw. "gazeta". Zresztą, co by nie myśleć o
Michniku, od czasu jego odejścia pod władzą Łuczywo i Rapaczyńskiej GaWno ku
statusowi klozetowej szmaty coraz szybciej żeglowało.
Wildstein pozyskał materiał roboczy - jak każdy normalny dziennikarz, który
ma zgromadzoną bazę danych i materiały do pracy, żeby być normalnym
dziennikarzem. Mówi się nawet w zawodzie, że dobry dziennikarz to w 95%
źródła i archiwa, a w 5% dobre pióro. Z tego, co się dowiedziałem, Wildstein
NIE ROZPOWSZECHNIŁ tej listy-indeksu. Rozdał ją grupce kolegów i koleżanek
jako składnik warsztatu, a nie rzecz do publikacji. Często zdarza się tak, że
od kolegów w zawodzie dostaje się jakieś materiały, które mogą pomóc, ułatwić
pracę, częste są przy dużych sprawach wspólne koleżeńskie akcje dziennikarzy
z konkurencyjnych nawet firm, ale współpracujących, żeby ogarnąć temat dla
wspólnej korzyści. To, co rozdał Wildstein, NIE NADAJE SIĘ DO PUBLIKACJI,
jest natomiast bardzo pomocnym indeksem do pracy w chwili, gdy okazuje się
coraz częściej, że państwo zostało w taki czy inny sposób zawłaszczone przez
ubeków - i ich mocodawców; patrz choćby sprawa Orlenu oraz przy tym manewry
syna wysługującego się komunie endeckiego profesorka wokół teczek.
GaWno osiągnęło szczyt sprzeniewierzenia się elementarnym zasadom etyki
dziennikarskiej publikując materiał, wykonany na zlecenie (jestem tego pewny)
samej wierchuszki gazetowej przez dyspozycyjnego pieseczka redaktor Łuczywo,
rzadkiego karierowicza, oraz drugiego kolesia, o którym miałem ongiś lepsze
zdanie. Wykonując klasyczne manewry komunistycznej gazeciny, zniekształcając
fakty, budując sprytnie kolejność zdarzeń, niedomawiając, zawieszając w
powietrzu znaki zapytania, szmata dopuściła się bezczelnego łgarstwa, z
pomocniczej bazy danych grupki dziennikarzy czyniąc "publikację", sugerując,
że "krąży po Polsce" i nazywając ją UBECKĄ LISTĄ, w ten sposób zakotwiczając
to pojęcie w publicznej świadomości i KRZYWDZĄC MNÓSTWO LUDZI. Niech mi tu
teraz te gnojki nie pier-dzielą, że pochylają się z troską nad ewentualną
krzywdą ludzką. Szmata dokonała zbrodni, eksterminując - przynajmniej we
własnej redakcji - Etykę Zawodową, a na szerszym forum rękami swoich
funkcjonariuszy - bo teraz już trudno nazwać dziennikarzami Wrońskiego,
Czuchnowskiego, a ponadto zwłaszcza prokuratora Wyszyńskiego polskiej
publicystyki Żakowskiego (awansuję go na to stanowisko po akcji, która o mało
nie zabiła Staniszkis) oraz paszczę multimedialną GaWna Stasińskiego - ze
łzami krokodyla sugerując ogółowi, że na tej liście są AGENCI, z prostymm
celem: wykazać, że jakiekolwiek materiały z IPN są obciążone fałszerstwami.
Jest to zresztą logiczny ciąg zdarzeń po wściekłym ataku wynalezionego dla
niepoznaki poza szmatą niejakiego Romanowskiego na Instytut i seria
publikacji z tym związanych.
Teraz Rzepa. To strasznie smutne, kiedy jedyna jako tako wiarygodna gazeta
wysokonakładowa popełnia harakiri. Zasadą pracy dziennikarza jest, iż medium,
dla którego pracuje, stoi za nim murem. W wypadku procesu zapewnia pomoc
prawną. Interweniuje, ułatwia, broni. Wielokrotnie aby zdobyć dobry materiał,
trzeba nadstawić grzbietu albo wsadzić członki w paszczę krokodyla. Redaktor
Gauden zrobił rzecz, która go dyskwalifikuje jako redaktora naczelnego: w
sytuacji takiej, jak ta, w której znalazł się Wildstein, robi się (jeżeli
ktoś czegoś nie dopatrzył, nie powiedział, nie dopilnował) koszmarny rozpi-
erdol w redakcji; na zewnątrz jednak staje się murem za swoim dziennikarzem.
Co teraz mają powiedzieć inni pracownicy-dziennikarze Rzepy? Czy mogą teraz
pracować nad zagmatwanymi sprawami ryzykownymi politycznie czy jakkolwiek
inaczej, skoro nie są pewni, czy w sytuacji zmącenia wody ich własny naczelny
nie wypieprzy ich z pracy? Uważam to znów za naruszenie zasad panujących w
zawodzie. Grzegorz Gaudyn nie potrafił wziąć na siebie CAŁEJ
odpowiedzialności, bo może nie zorientował się, że redaktor naczelny nie
tylko spuszcza manto pracownikom, obcina czy rozdaje premie i chodzi na
imprezy w imieniu gazety, ale też ma w zadaniach nadstawianie karku za
redakcję. Za to bierze pieniądze. Poważny człowiek - gdy stwierdza, że jego
zdaniem czołowego publicystę trzeba wychrzanić na bruk - wychrzania go, ale
jednocześnie odchodzi ze stanowiska naczelnego. Dlaczego? Bo w mediach, jak
nigdzie indziej, przełożony odpowiada za pracownika. A jeśli uważa, że
pracownik popełnił - pracując dla gazety - rzecz na tyle straszną, że trzeba
go wychrzanić, to musi również na siebie wziąć odpowiedzialność i odejść.
Niestety, z dwóch największych poważnych polskich gazet została jedna, ale z
powagą mocno uszkodzoną. Wyborcza przeszła z grona gazet do rzędu brukowców
najgorszego sorta, na dodatek... agenturalnych. Takie jest moje zdanie.