gandalph
27.02.05, 22:41
Świętej pamięci Jerzy Waldorf powiedział kiedyś, dawno temu, że gdyby
człowiek w tym kraju miał się dziwić wszystkiemu, czemu należało by się
dziwić, to chodziłby cały czas z rozdziawioną gębą. (w domyśle - coś by mu
mogło w tę gębę wpaść). Ostatnimi czasy o takie rozdziawienie gęby przyprawia
mnie to, co dzieje się w tzw. służbie tzw. zdrowia. (by the way: w swoim
czasie, kiedy byłem na studiach, wykładowca analizy matematycznej, przy
okazji omawiania pewnego pojęcia - mniejsza o to, jakiego, powiedział, że
jest to dziwoląg terminologiczny, taka "świnka morska": ani "świnka",
ani "morska" tylko po prostu "świnka morska"; dwa słowa, jeden termin, ale
mający znaczenie zupełnie nie związane ze słowami składowymi. "Służba
zdrowia" to właśnie taka "świnka morska", ani "służba", ani "zdrowia".).
Wróćmy więc do naszej "świnki morskiej", oops, "służby zdrowia"...
Co dzień niemal słyszę, że a to w Pcimiu, a to w innym Pacanowie personel
szpitala podejmuje strajk głodowy. Gdyby w strajku chodziło o płace, warunki
pracy itp. przypadłości, potrafiłbym jeszcze zrozumieć strajkujących,
tymczasem strajki są podejmowane w intencji... zwiększenia nakładów
na "świnkę morską". Nic nie rozumiem! Ani co do treści, ani co do formy!
Zacznijmy od tej ostatniej...
Primo, ogłaszanie wszem i wobec, że pewna liczba ludzi zaprzestaje jedzenia
do czasu aż ktoś inny spełni określone warunki jest w moim przekonaniu czymś
śmiesznym; w tym kraju, póki co, nie ma przymusu jedzenia, po drugie, niby
dlaczego ten ktoś miałby się tym przejąć? Krótko mówiąc, takie działanie
powinno być skwitowane wzruszeniem ramion. Oczekiwałem, że tak się stanie,
ale nie! Wygląda na to, że minister zdrowia jednak tym się przejął, a
przynajmniej sprawia takie wrażenie. Secundo, o ile primo jest cokolwiek
śmieszne, o tyle zupełnie nie jest śmieszne to, że "głodomory" okupują w tym
czasie pomieszczenia szpitali. W ogóle to w tym kraju utarła się dziwaczna
maniera polegająca na uniemożliwianiu właścicielowi korzystania ze swojej
własności, mianowicie zwana jako "strajk okupacyjny". Generalnie mam bardzo
mieszane uczucia w stosunku do prawa do strajku ze względu na to, że w naszym
prawie pracy występuje silna nierównowaga uprawnień pracowników i pracodawców
w tym względzie. Mówiąc krótko, jestem w stanie zaakceptować prawo
zatrudnionych do strajku pod warunkiem, że 1. pracodawca będzie mieć prawo do
lokautu, 2. za czas strajku pracownikom nie będzie przysługiwać
wynagrodzenie. Natomiast strajk okupacyjny, jako naruszenie praw własności,
winien być nielegalny ze wszystkimi tego konsekwencjami łącznie z usunięciem
siłą sprawców przez policję oraz konsekwencjami karnymi i cywilnymi w związku
z naruszeniem praw jak wyżej. Tymczasem nasze organa nie reagują wcale lub
bardzo miękko. Ciekawe, dlaczego? Przecież jest łamane prawo, a policja
powinna interweniować wszędzie tam, gdzie naruszenie prawa ma miejsce.
Dalej, dlaczego dziwi mnie to, że minister ZSziWP (Zdrowia, Szczęścia i
Wszelkiej Pomyślności) sprawia wrażenie przejętego? Ano dlatego, że minister
nie jest w ogóle stroną w sporze, podobnie jak nie jest stroną personel
szpitalny. Mało tego, minister nawet nie jest płatnikiem usług medycznych,
nie jest również pracodawcą dla zdecydowanej większości zatrudnionych w
szpitalach i przychodniach. Z powodu zapaści szpitalnictwa, przychodnictwa,
aptecznictwa i gabinetnictwa (sorry, ale termin "służba zdrowia" przyprawia
mnie o mdłości, za "świnkami morskimi" też nie przepadam) cierpią przede
wszystkim podatnicy, oops, płatnicy składek na tzw. kasy chorych, oni więc
przede wszystkim są stroną, ale nie słyszałem o przypadkach dobrowolnych
głodówek z tego powodu ani innych formach strajku. Zasadnym pytaniem jest,
kto jest drugą stroną tego sporu? Wygląda na to, że takiej nie ma, a w każdym
razie nikt się do tej roli nie przyznaje. A problem wcale nie jest zabawny.
Policzmy: minimalna składka na ubezpieczenia zdrowotne wynosi obecnie 154,88
zł od łba miesięcznie. Ubezpieczonych jest - lekko licząc - 20 mln rodaków
(pamiętajmy, że składki na ubezpieczenia zdrowotne płacą także emeryci i
renciści zaś za zarejestrowanych bezrobotnych płaci urząd pracy). Daje to -
okrągło licząc - 3 mld złotych miesięcznie czyli 36 mld zł rocznie. A
przecież są ludzie, którzy płacą więcej niż składkę minimalną, tak więc nie
będzie wielkim błędem, jeśli przyjąć, że NFZ "kosi" rocznie 40 mld zł. W
porównaniu z budżetem RP stanowi to coś ok. 10%. GDZIE PODZIEWAJĄ SIĘ TE
PIENIĄDZE? Dlaczego brakuje środków na tzw. świadczenie usług medycznych,
chorzy miesiącami czekają na coś, za co NFZ bierze pieniądze? Skoro mówimy o
ubezpieczeniach zdrowotnych, to zastanawia mnie jeszcze jedno. Istnieje wiele
różnych rodzajów ubezpieczeń: od pożaru, kradzieży, powodzi, zalania (wodą,
hehe), gradobicia i podobnych plag. Podobno na świecie np. kiperzy
ubezpieczają się na wypadek utraty powonienia, fachmani z różnych innych
branż także ubezpieczają swoje warsztaty pracy (ciekawe, czy także "panienki"
ubezpieczają swój, hm, "warsztat"). Istota tego - podobno lukratywnego dla
towarzystw ubezpieczeniowych - biznesu polega na tym, że zbiera się składki
np. od 1 mln ludzi, ale w końcu tylko nielicznym wypłaca się odszkodowania,
bo takie gradobicie nie zdarza się przecież codziennie. Podobnie jest (a w
każdym razie powinno być) z ubezpieczeniami zdrowotnymi. W końcu jest wielu
ludzi, którzy w ogóle nie chodzą po lekarzach, a płacą. Czy mam uwierzyć, że
NFZ wypłaca co do grosza wszystko to, co ściąga od ludzi? Co więcej, lokując
te środki choćby w obligacje skarbowe NFZ może zgarnąć co roku dodatkowo parę
miliardów złotych. A więc, co się dzieje z tymi pieniędzmi?
I jeszcze jedno, czy naprawdę nie da się policzyć, ile wynosi koszt wycięcia
wyrostka, odebrania porodu, analizy krwi czy wyrwania zęba? Dlaczego szpitale
stale jęczą, że dostają za mało pieniędzy z NFZ? Może źle nimi gospodarzą?
Jak to się dzieje, że jakoś nie słyszałem, żeby ktoś narzekał na usługi
weterynaryjne; skoro można leczyć zwierzęta, to dlaczego nie ludzi? Po 1989
r. dentyści też jakoś szybko się sprywatyzowali i nie biadolą, dlaczego ze
szpitalami jest inaczej?
A może przyczyna tkwi w tym, że wspomniane 40 mld zł działa jako tak silny
magnes, że ciągną do niego różni oszuści i malwersanci niczym muchy do miodu?
Jeśli tak, to najwyższy czas to przerwać. Wyobrażałbym to sobie tak:
podatnicy płacą składki jak dotychczas, ale refundacja kosztów usług
medycznych odbywa się cokolwiek inaczej. Pacjent normalnie płaci lekarzowi za
wizytę, dostaje rachunek do ręki, idzie z tym rachunkiem do kasy chorych,
która refunduje mu, powiedzmy, 90% (nie 100%!). Efekt? Dobry lekarz/szpital/
laboratorium analityczne/apteka itd. ma dużo klientów czyli duże dochody,
słaby - musi zmienić zawód. To pierwsza korzyść polegająca po prostu na
eliminacji nieudaczników wskutek konkurencji. Niepełna refundacja przyczynia
się do trzymania w ryzach honorariów lekarzy (bo nikt nie pójdzie do zbyt
drogiego lekarza mając w perspektywie konieczność wyłożenia z góry kosztów i
niepełną refundację; wyklucza to także zmowę lekarza i pacjenta), likwiduje
zbędne ogniwa w łańcuchu prowadzącym od płatnika składek do usługodawcy,
wreszcie mechanizm rynkowy pozwoli w końcu określić rzeczywiste koszty
poszczególnych procedur medycznych. Nie od rzeczy byłoby
również "ubruttowienie" wynagrodzeń pracowników, tzn. doprowadzenie do
sytuacji, że sami opłacaliby wszystkie składki, z wyłączeniem pracodawcy jako
płatnika. Może wtedy wielu ludzi przestałoby uważać, że coś jest bezpłatne,
może też staliby się odporniejsi na demagogię wszelkiej maści. Takie
rozwiązanie stworzyłoby grunt pod demonopolizację ubezpieczeń zdrowotnych.
Myślę, że wszystkim by się to w końcu opłaciło. W przeciwnym razie pozostaje
tylko jedna możliwość: pacjent będzie musia