gandalph
03.03.05, 14:20
Od dłuższego czasu obserwuję toczące sie spory a to w związku z tzw. listą
Wildsteina, a to w związku z oceną Okrągłego Stołu, "obozu solidarnościowego"
itd. Dochodzę do przekonania, że korzenie tych sporów tkwią głęboko w czasach
PRL tyle, że z czasem zupełnie oderwały się od realiów stając się w gruncie
rzeczy czymś niemal wirtualnym. Nie od rzeczy zatem będzie przypomnienie
pewnych rzeczy niektórym, młodszym zwłaszcza forumowiczom, stąd niniejszy
wątek:
KRÓTKI KURS HISTORII PRL-u
Przez długi czas w świadomości społecznej tkwił podział na "my" i "oni".
Jednakże podział ten znajdował jakie-takie uzasadnienie jedynie w
rzecywistości zupełnie schyłkowego okresu ancien-regime'u, a i to przy
szeregu założeniach lub zastrzeżeniach dodatkowych. W odniesieniu
do "głębokiego PRL-u" - dajmy na to z połowy lat 60-ych, jest zupełnie
błędny. Społeczeństwo polskie tamtego czasu można by - z grubsza - podzielić
na: szeroko pojmowany obóz władzy, szerokie masy ludzi zaabsorbowanych
przyziemnymi sprawami bytowymi oraz nielicznych kontestatorów, głównie ze
sfer intelektualistów. Ich wpływ na ogół był niewielki, by nie powiedzieć -
żaden. Jednakże podział ten jest dosyć umowny, gdyż granice między
poszczególnymi grupami były raczej płynne, trudne do uchwycenia: nawet ten i
ów kacyk z komitetu powiatowego PZPR z jednej strony należał niby do aparatu
władzy, z drugiej - zdarzało się, że na tę władzę psioczył z takiego czy
innego powodu. Ten i ów kontestator, z jednej strony krytykował władze, z
drugiej - nie odrzucał "przywilejów" związanych z przynależnością do sfer
akademickich, artystycznych czy innych. Cechą charakterystyczną systemu była
totalna schizofrenia: nic nie było jednoznaczne ani nie było tym, na co
wyglądało. Staje się to szczególnie wyraźne, jeśli społeczeństwo polskie
rozpatrywać w świetle kryterium: beneficjanci-ofiary systemu. Do tych
pierwszych należeli niewątpliwie przedstawiciele aparatu władzy. W
tzw. "normalnym spoleczeństwie" zdecydowana większość tych ludzi nie
znaczyłaby nic z racji kwalifikacji (tzn. ich braku), zdolności itd. Owszem,
zdarzały się jednostki wyróżniające się, nawet szanowane, w kraju i za
granicą, jak choćby Oskar Lange, Adam Rapacki, długoletni minister spraw
zagraniczny, czy Władysław Bieńkowski, którego Gomułka wyrzucił za "głoszenie
herezji" na stanowisku ministra oświaty. Byli też pomniejsi, może nie tak
wybitni, ale przynajmniej z charakterem. Znam przynajmniej jednego takiego, w
swoim czasie nawet czlonka KC; wszystko przetrzymał, ale w 1976 r. nie
zdzierżył i strzelił sobie w łeb, po Radomiu i Ursusie. Na szczeblu lokalnym
zaslużył się, ma nawet dzisiaj swoją ulicę. Jednakże obóz władzy wcale nie
był jednolity: obok nielicznych już (mowa o latach 60-ych) demagogów,
których "wykopał" Gomułka po 1956 r., a którzy dawali o sobie znać choćby na
falach Radia Tirana, byli "partyzanci" Moczara łypiący okiem w
kierunku "narodowym", "biurokraci" tow. Wiesława, czy wreszcie "technokraci"
z obozu Gierka. (określenia są oczywiście czysto umowne). Ale do
beneficjantów systemu należały również szerokie masy tzw. robotników
wielkoprzemysłowych, tych molochów stoczniowych, kopalnianych, hutniczych
itd. Swoją pozycję społeczną, stosunkowo wysokie zarobki, przywileje branżowe
itd., zawdzięczali systemowi właśnie. Beneficjantami systemu byli artyści,
pisarze itd. itd. Wprawdzie pomstowali na cenzurę, ale równocześnie, jeśli
ktoś żył dobrze z władzą, miał wielkonakładowe wydania, nawet jeśli był
kompletnym grafomanem, miał galerie, wystawy itd., nawet jeśli
był "pacykarzem", miał wreszcie olbrzymi budżet na "wiekopomne dziela"
filmowe. W latach 90-ych Jerzy Hoffman całymi latami gromadził środki
na "Ogniem i mieczem", wtedy - o ile cenzura puściła - nie było takiego
problemu. A były przecież jeszcze tzw. domy pracy twórczej, nagrody, ordery i
inne splendory. Do beneficjantów systemu należeli też - wbrew pozorom -
chłopi. Wprawdzie z jednej strony system ich tępił (już nie tak ostro jak w
latach 50-ych), ale przecież jak chłop coś wyprodukował, to nie miał
problemów ze sprzedażą swoich produktów. Owszem, narzekał na to, że trzeba
się kłaniać różnym sekretarzom lub naczelnikom, aby dostać przydział a to na
nawozy, a to na węgiel, traktor itd., ale nie miał kłopotów ze zbytem a i tak
ciągle było mało. Wbrew pozorom, wcale nie była jednoznaczną sytuacja
aparatczyków i innych funkcjonariuszy: z jednej strony korzystali z
przywilejów władzy, ale z drugiej - sami stawali się zakładnikami swoich
przywilejów ale nie tylko... Cóż bowiem powiedzieć o milicjancie z wydziału
kryminalnego, który musiał przymykać oczy na wyczyny, ekscesy nawet,
różnych "namaszczonych", bo w przeciwnym razie ryzykował stanowiskiem? A
wojskowy jednostki liniowej, który musiał wysłuchiwać głupot jakiegoś
politruka?
Była jeszcze tzw. "prywatna inicjatywa": sklepikarze, "badylarze", blacharze
samochodowi, rzemieślnicy itd. itp. Z jednej strony byli nękani a to
domiarami, a to PIHem, Sanepidem itd., ale z drugiej... Jak już ktoś dostał
koncesję, nie musiał obawiać się konkurencji, stąd status społeczno-majątkowy
takiego sklepikarza był zupełnie niewspółmierny do tego, na co mógł liczyć
jego odpowiednik na Zachodzie, nie mówiąc już o życiu obywateli krajowych na
państwowych posadkach. A więc - totalna schizofrenia! Niemal każdy był i
beneficjantem systemu, i jego ofiarą! I jeszcze jeden przykład: sekretarzowi
KC nie wypadało chwalić się, że tatuś jest wielkohektarowym rolnikiem, wręcz
przeciwnie - jak inni pomstował na kułaków - ale to na co dzień. Zaś jak
przyszło do budowy domu, wczasów w Bułgarii lub kupna samochodu, nie miał
skrupułów w sięganiu po pomoc tegoż tatuśka, że o świniaku na Wielkanoc albo
na wesele latorośli nie wspomnę.
Przejdźmy teraz do opozycji... Przed 1956 r. nie było żadnej, co najwyżej
wirtualna - będąca wytworem wyobraźni gen. Zarako-Zarakowskiego i innych
prokuratorów Bieruta, która to wirtualność nie przeszkadzała w ferowaniu
wysokich wyroków. Październik 56 przyniósł przełom o tyle, że problem
więźniów politycznych znacznie stracił na ostrości stając się zjawiskiem
sporadycznym, przynajmniej w porównaniu z poprzednim okresem. Początkowo, na
fali popaździernikowego entuzjazmu i poparcia dla tow. Wiesława, trudno było
dopatrzeć się jakiejś działalności opozycyjnej. Ferment zaczął się później,
kiedy coraz bardziej widoczne było odchodzenie ekipy Gomułki od początkowych
obietnic. Jednakże, jak wspomniałem wcześniej, ów ferment ograniczał się do
sfer intelektualnych. Jest to dość oczywiste, bo też intelektualistom
nietrudno było dopiec: wystarczyło lekko podkręcić cenzurę (która aż do 1981
r. nie miała żadnego umocowania prawnego!), temu i owemu odebrać paszport
(oops, nie przyznać go)czy nawet pozbawić stanowiska.