Dodaj do ulubionych

mordercy w sutannach

IP: 5.1R2D* / *.hknet.com 11.06.02, 11:12
Ostatni numer "NIE":
Matka Boska Częstochowska nawiedziła województwo podkarpackie. Jest jeden trup
i zagadka: proboszcz zabił czy raczej biskup i dlaczego sukienkowi dobrodzieje
tak uciekali, że pozwolili skonać dziecku, które przejechali?

bezkarnosc - jak dlugo jeszcze?
Obserwuj wątek
    • Gość: Gosia Re: mordercy w sutannach - DUŻO ICH JEST!!! IP: *.uninet.gliwice.pl 11.06.02, 11:15
      ROZBÓJ STRAŻY I REKTORA POLITECHNIKI
      Relacja ofiary bandyckiego napadu i usiłowania zabójstwa, Ryszarda
      Matuszewskiego:

      „W dniu 20 marca 2002 około godz. 23-ej wieczorem ubrani po cywilnemu bandyci w
      liczbie 2 osób napadli mnie pod Politechniką Śląską w Gliwicach na ul.
      Akademickiej, przy osławionym z mordowania i terroryzowania mniejszości
      wyznaniowych Wydziale Górnictwa i Geologii. Byli ubrani na czarno jak GESTAPO.
      Szedłem tam razem ze swoją znajomą, która też została napadnięta. Jak się
      później okazało napastnicy byli strażą akademicką Politechniki Śląskiej
      wykonującą polecenia rektora Bogusława Pochopienia tej tak zwanej uczelni
      państwowej i na etatach policyjnych.
      Nie przedstawili się, nie okazali żadnej legitymacji służbowej. Nie mieli
      żadnych numerów służbowych. Zajechali cywilnym samochodem bez oznaczeń.
      Zaatakowali bez żadnego ostrzeżenia!
      Jeden z bandytów rzucił się na mnie, chwycił mnie za ramię i szarpnął. Wrzasnął
      coś niezrozumiale, słabo słyszę bo we wcześniejszych pobiciach dokonanych przez
      UOP częściowo straciłem słuch na lewe ucho i słabo widzę o zmierzchu. Wyrwałem
      się napastnikowi i odskoczyłem, wtedy rzucili się na mnie z furią obaj bandyci.
      Znajoma z którą szedłem zaczęła uciekać w drugą stronę, jeden zaczął ją gonić.
      Z bramy rektoratu na ulicy Akademickiej wyskoczył 3-ci napastnik i rzucił się
      do mnie.
      Wyjąłem gaz i zacząłem się osłaniać gazem pieprzowym (słabo skutecznym) ale
      oganiałem się przed tymi zbirami, którzy zaczęli mnie bić jakimiś ciężarkami na
      łańcuchach lub pasach o dużym zasięgu. Dwa razy trafili mnie mocno w głowę.
      Było pełno krwi. Zacząłem uciekać. Nie wiedziałem co się stało z koleżanką.
      Metalowe kule rozbiły mi głowę i lało się dużo krwi, gazem się jakoś osłaniałem
      i zacząłem przed tymi zbrodniarzami uciekać. Oni krzyczeli, „zajebiemy cię
      skurwysynu”, „już nie żyjesz pizdo” i podobne strasznie wulgarne okrzyki. Po
      ciele trafili mnie więcej razy, a taki bandycki sprzęt jaki używali bardzo
      trudno jest ominąć lub się zasłonić, bo łańcuch się zawija. Uciekałem w stronę
      miasta od ulicy Akademickiej czyli od miejsca napadu szukając taksówki aby mnie
      zawiozła na Pogotowie bo byłem cały potwornie zlany krwią i traciłem
      przytomność. Jacyś ludzie byli przerażeni tym wyjątkowo bestialskim napadem i
      coś krzyczeli. Chyba chcieli spłoszyć zbrodniarzy.
      Już myślałem, że uciekłem przed oprawcami, ale gdy byłem już koło dworca PKP,
      koło Banku Śląskiego, blisko postoju taxi, zajechało kilka cywilnych samochodów
      i wyskoczyła z nich cała banda około 10 zbrodniarzy. Usłyszałem „już nie żyjesz
      chuju”, „teraz cię zajebiemy skurwielu” i zobaczyłem lufy pistoletów
      maszynowych ubranych na czarno gestapowców.
      Zobaczywszy lufy pistoletów maszynowych wymierzone we mnie podniosłem ręce do
      góry i powiedziałem „poddaję się” myśląc, że to koniec mojego życia. Bandyci
      ubrani na czarno niczym prawdziwe gestapo hitlerowskie jakie widziałem tylko na
      filmach. Błyskawicznie mnie dopadli, kopali w jajka, uderzyli w twarz
      kilkakrotnie i po nerkach. Tymi ciężkimi kulkami na łańcuchach dostałem kilka
      razy, także w głowę. Jeden z bandytów był bardzo wściekły, krzyczał „koniec z
      tobą”, „zabijemy cię”, „teraz cię wykończymy”, „nie wiesz co cię czeka”.
      Podjechał też samochód cywilny z którego wysiadło dwóch policjantów, co
      poznałem po stosownym umundurowaniu i biernie się przyglądało zajściu. Jeden z
      nich nawet próbował uspokoić wściekłych oprawców odzianych w hitlerowska,
      esesmańską czerń. Przechodzący ludzie krzyczeli w panice i uciekali.
      Chwycili mnie i rzucili o ziemię, jeden chwycił mnie za palce lewej ręki i
      zaczął wyłamywać. W końcu szarpnięciem połamał mi wskazujący palec lewej ręki.
      W zasadzie wyrwał mi lewy wskaziciel, rozrywając palec i powodując otwarte
      złamanie. Pytałem co ode mnie chcą, ale powiedzieli: „stul mordę himavanti, bo
      będzie z tobą całkiem źle”. Znali więc dobrze moją przynależność wyznaniową!!!
      Wrzucili mnie jak worek z kartoflami do cywilnego samochodu. Uderzyłem się przy
      tym głową jeszcze o samochód. Leciało ze mnie dużo krwi, całe ubranie było
      zakrwawione. Krew leciała z głowy i zalewała mi oczy, a także z połamanej
      bestialsko ręki. Pokrwawione ubrania przechowuję jako dowody rzeczowe z tego
      bandyckiego napadu.
      W drugim samochodzie była towarzysząca mi koleżanka. W samochodzie usłyszałem,
      że mam przejebane za całokształt i że teraz mnie definitywnie zapierdolą.
      Usłyszałem, że mam się nie odzywać, bo czeka mnie Oświęcim. W radiowozie
      usłyszałem jeszcze: „wybijemy Ci z głowy sektę himavanti”. Ciekawe, skąd ci
      bandyci znali moją przynależność religijną. Rozumiem, że była to krwawa zemsta
      za złożone wcześniej zawiadomienie o przestępstwie publicznego znieważania
      naszego Kościoła w Auli Politechniki Śląskiej przez rektora i kler katolicki.
      Jak się okazało, dowieziono nas do Komendy Policji nr 3 przy ulicy Akademickiej
      w Gliwicach. Ciemniało mi w oczach i słaniałem się na nogach, czułem że zaraz
      stracę przytomność. Sprawcy napadu popychali mnie i grozili dobiciem. Pojawił
      się nawet jakiś milicjant chyba niepokalany, ale kazał się cywilnym kolegom
      uspokoić trochę i wylegitymować zatrzymanych.
      Na komendzie policji (chyba gestapo) dowiedziałem się, że policja chciała nas
      tylko wylegitymować i że będę mieć sprawę o stawianie czynnego oporu
      funkcjonariuszom i że sobie „zajebałem papiery”. Pokazywano mi jakieś plakaty i
      kazano czytać i wziąć do ręki. Nie byłem w stanie czytać bo ciemniało mi w
      oczach a krew zalewała oczy. Chyba cywilni bandyci potrzebowali jakiś odcisków
      palców. Kartki były czarnobiałe albo ściemniało mi w oczach całkowicie. Nie
      przesłuchiwano mnie w żadnej sprawie, nie sporządzono żadnego protokołu
      zatrzymania, ci cywile bez żadnych mundurów policyjnych straszyli, że za czynny
      napad na policjantów będę mieć problemy i że narobiłem sobie kłopotów.
      Wylegitymowali mnie w tej komendzie, poszturchując ostro i grożąc. Wyraźnie
      chyba obecność funkcjonariuszy ich temperowała. Z pytania jakiegoś policjanta
      do tych bandytów mogłem tylko wywnioskować, że bandyci to rektorska straż
      akademicka Politechniki Śląskiej mająca chyba swój pokój w tej komendzie
      policji.
      Ciekawe jak to jest, że musieli mnie legitymować, chociaż znali dobrze moją
      przynależność religijną. Chyba to zrobili dlatego, że jakiś policjant im tak
      kazał mówiąc: „tylko ich wylegitymujcie”. Prosiłem o pomoc medyczną i
      zawiezienie na Pogotowie Ratunkowe bo z głowy i ręki lała się krew. Czułem też
      silny ból w rozwalonej czaszce i w połamanej ręce, ale odmówiono mi udzielenia
      pomocy lekarskiej. Czułem się słabo i traciłem przytomność.
      Bandyci, którzy mnie napadli raczyli sobie żartować, niewątpliwie, bo za napad
      na policjantów byłbym natychmiast aresztowany, a także za napaść na jakąś inną
      osobę. Napastnicy na policyjnych etatach grożą zemstą za to, że to niby ich
      napadnięto. Jak już padałem od zamroczenia uderzeniami i upływem krwi bandyci
      kpili sobie, że musiałem się kleju nawąchać. A na żądanie doprowadzenia do
      lekarza pytali czy może nie lepiej byłoby od razu do grabarza. Nie wiedziałem
      czy mnie dobiją, czy wyjdę z tego żywym.
      ANONIMOWI strażnicy akademickiej Politechniki Śląskiej kazali mi się w końcu
      wynosić, jak się zorientowali, że zaraz mogę całkiem stracić przytomność.
      Chciałem dostać ich numery służbowe, ale się dowiedziałem, że „jak mi jeszcze
      mało to mogą mi skopać chuja”. I powiedzieli, że „mam się cieszyć że jeszcze
      żyję, bo sekty trzeba zapierdolić, a Polska to kraj dla katolików, a nie dla
      chujów”. Nie mogłem wyjść z Komendy Policji o własnych siłach, więc kazali
      mojej znajomej aby mnie zabrała i wytransportowała z tej komendy bo inaczej
      będzie źle. Znajoma jakoś z
    • Gość: Magna Re: mordercy w sutannach IP: 5.1R2D* / *.hknet.com 11.06.02, 11:39
      Matka Boska Częstochowska nawiedziła województwo podkarpackie. Jest jeden trup
      i zagadka: proboszcz zabił czy raczej biskup i dlaczego sukienkowi dobrodzieje
      tak uciekali, że pozwolili skonać dziecku, które przejechali?

      7 maja, wtorek

      11-letnia Ania Betleja przykleja na oknach rodzinnego domu w Połomi wizerunki
      Matki Boskiej Częstochowskiej. Po 2 zł za sztukę. Dziecko było tego dnia dwa
      razy w miejscowym kościele. Połomia przygotowuje się do wielkiego święta.
      Pobocza drogi krajowej nr 9 z Rzeszowa do Barwinka migocą kolorowymi wstążkami
      i flagami w barwach narodowych i watykańskich.

      Przed piątą po południu samochód z kopią obrazu MB Częstochowskiej przyjeżdża
      do kościoła w Jaworniku. Zjechała duża grupa księży. Uroczysta msza. Dzieci
      przyjmują sakrament bierzmowania z rąk biskupa Edwarda Białogłowskiego.

      Kolację dla księży przygotowano w miejscowej szkole podstawowej. Usługują
      nauczycielki.

      Przed ósmą wieczorem pierwsi księża zaczynają opuszczać Jawornik w swoich
      samochodach. Ania rusza poboczem drogi po koleżankę. Razem miały iść do
      kościoła. Było jasno i ciepło. Chwilę później sąsiedzi słyszą głuchy trzask i
      kolejne dwa – cichsze – oraz odgłos szybko odjeżdżającego samochodu. Hamowania
      nie słyszał nikt. Ludzie wybiegają na drogę. Zatrzymują się samochody jadące od
      strony Rzeszowa. Dziewczynka umiera na drodze tuż obok swego domu.

      Tego dnia Episkopat Polski ogłasza, że wykroczenia drogowe są grzechem. Policja
      rozsyła komunikaty do prasy.

      8 maja, środa

      W prosektorium strzyżowskiego szpitala przeprowa-dzono sekcję zwłok
      dziewczynki.

      Po trzeciej po południu do Komendy Powiatowej Policji w Strzyżowie zgłasza się
      49-letni ksiądz Tadeusz Niziołek, proboszcz parafii w Nowej Wsi k. Czudca. Jest
      w sutannie. Od wypadku w Połomi minęło 20 godzin. Licząc od kolacji do
      ewentualnego pobrania krwi czas akuratny, żeby alkohol z niej zniknął. Ksiądz
      zeznaje, że to on przejechał dziecko. Twierdzi, że dziewczynka leżała na drodze
      i nie żyła. Uciekł z miejsca wypadku, ponieważ był w szoku. Oświadczył też, że
      w chwili wypadku był trzeźwy. Został zatrzymany. Seat Ibiza należący do księdza
      trafia do
      policyjnego garażu.

      9 maja, czwartek

      Seata sprawdzają biegli z Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. Wieczorem
      ksiądz opuszcza areszt. Ma zarzut spowodowania wypadku i ucieczki z miejsca
      zdarzenia. W Połomi ludzie zastanawiają się, dlaczego ksiądz nie udzielił
      dziewczynce ostatniego namaszczenia i jak długo może trwać szok. W ludziach się
      gotuje.

      10 maja, piątek

      Mieszkańcy Połomi biorą udział w pogrzebie Ani. Gnębi ich pytanie: skoro
      ksiądz "tylko" przejechał martwą dziewczynkę, to kto ją potrącił pierwszy?
      Zaczyna się układanie puzzli: kto co widział we wtorek. Po południu Matka Boska
      Częstochowska nawiedza Niebylec. Ksiądz Tadeusz ma już adwokata.

      13 maja, poniedziałek

      "Super Nowości" cytują prokuratora Złotka: Wyniki sekcji zwłok wskazują, że
      dziewczynkę potrącił duży samochód – dostawczy, być może ciężarowy. Została
      uderzona w bok. Tymczasem oględziny pojazdu wykazują, że Seat rzeczywiście
      uderzył dziecko, kiedy leżało na jezdni. Są ślady na zderzaku, są też na
      podwoziu. – Szukamy dalej sprawcy wypadku. Przyznaję, że nie będzie to łatwe.
      Gazeta podaje również oficjalne stanowisko prokuratury: ksiądz przejechał
      martwą dziewczynkę.

      Zeznają świadkowie, głównie inni księża wracający z uroczystości w Jaworniku.

      14 maja, wtorek

      Na nasze pytanie, kto przeprowadzał sekcję zwłok dziewczynki, prokurator Złotek
      odparł, że to tajemnica. Powiedział jedynie, że biegły z Krosna. Zdziwiło nas
      to, bo wiedzieliśmy już, że prokuratura zwracała się z tą sprawą do biegłego z
      Rzeszowa. Ustalamy uczestników sekcji: policyjny fotograf, prokuratorzy
      rejonowi J. Złotek i Z. Hus oraz biegły z Krosna i jego pomocnik. Od komendanta
      powiatowego policji w Strzyżowie Witolda Batora dowiadujemy się, że Seat
      księdza stoi w policyjnym garażu, ale aby go obejrzeć, trzeba mieć zgodę
      prokuratora. Jacek Złotek nie zgadza się. Kierujemy tę prośbę do Prokuratury
      Okręgowej w Rzeszowie.

      Matka Boska wyjeżdża z kościoła w Wyżnem do Babicy. Dojechała szczęśliwie. Z
      apteki należącej do żony
      prokuratora Złotka w Niebylcu zdejmują transparent: "Witamy Cię Maryjo".

      15 maja, środa



      "Chrystus (...) błogosławi jadącym samochodem, ale kary za grzechy nie ominą
      pijanych kierowców, którzy nadużywają wolności łamiąc prawo ludzkie".
      Prymas Józef Glemp

      na inauguracji IX Tygodnia Społecznego 23 maja 2002 (za PAP)

      Prokuratura Okręgowa informuje, że nie dostaniemy zgody na oględziny samochodu
      księdza. Poza tym sa-mochód jest w KW Policji w Rzeszowie. Tłumaczymy, że
      według nas stoi w Strzyżowie i wydaje się być kluczem do sprawy. Prokurator
      Kosior z okręgówki mówi, że musi ustalić, gdzie jest to auto. W komendzie
      policji w Strzyżowie dyżurny informuje, że nie ma komendanta. Dzwonimy do
      komendanta na komórkę: chcemy rozmawiać z policjantem prowadzącym sprawę.
      Komendant Bator mówi, że musi się skonsultować i prosi o telefon za 10 minut. O
      wyznaczonej godzinie w komórce komendanta włącza się poczta głosowa. Zastępca
      komendanta wojewódzkiego policji przyznaje, że samochód księdza jest
      zabezpieczony w Strzyżowie.

      Znajdujemy mężczyznę, który w feralny wtorek kilka minut po wypadku był na
      miejscu zdarzenia w Połomi. Kilka minut przed tragedią, włączając się do ruchu,
      na głównej drodze widział pędzącego z dużą szybkością przez Niebylec Seata
      Ibizę. Policja nie dotarła
      do tego faceta.

      Udaje nam się ustalić pewne fakty. Odbiegają nieco od wersji oficjalnej: 7 maja
      po uroczystościach w Jaworniku księża wyjeżdżali małymi grupami po kilka
      samochodów. Podczas kolacji był alkohol. Jedna z takich grup samochodów
      przemknęła przez Niebylec w kierunku niedalekiej Połomi tuż przed godziną 20 we
      wtorek. Aut było kilka. Po kilku minutach zdarzył się ten wypadek. Nie
      zatrzymał się żaden samochód z całej grupy księżowskich aut.

      Ustaliliśmy również, że na miejscu chwilę po zdarzeniu pojawił się samochód
      jadący w kierunku Rzeszowa. Auto zatrzymało się. Wysiadła z niego kobieta i
      podbiegła do leżącego w poprzek drogi dziecka. Ania miała wyczuwalny puls! To
      jest jeden z czterech świadków, którzy mogą potwierdzić, że nawet po tym, jak
      dziewczynkę przejechał ksiądz Tadeusz, Ania jeszcze żyła! My znaleźliśmy tego
      świadka bez kłopotu. Policja nie. Mężczyzna, który zatrzymał się na miejscu
      wypadku, też potwierdził, że dziecko żyło. Dzwonił po pomoc. Twierdzenia
      prokuratury, że ksiądz najechał na martwe już dziecko, wydają się nieprawdziwe,
      więc dziwne.

      Policyjne wiewiórki potwierdzają, że sprawa śmierdzi, i to bardzo. Ksiądz
      Tadeusz Niziołek jest wrabiany w sprawę, ponieważ Anię jako pierwszy potrącił
      ktoś znacznie ważniejszy w hierarchii kościelnej. Ktoś, kto jechał Polonezem
      Caro zielonym o odcieniu morskim. Zdaniem naszych wiewiórek, proboszcz z Nowej
      Wsi ma wziąć winę na siebie, ale nie będzie tego żałował.
      Oficjalnie policja szuka sprawcy bardzo energicznie.

      Obserwujemy. W Nowej Wsi do plebanii i ks. Niziołka podjeżdża Skoda Felicja
      bordo i znika w garażu. Wiemy z całą pewnością, że policja nie znalazła
      świadków, do których my dotarliśmy z łatwością. Nie zwróciła się o billingi
      rozmów telefonicznych księdza Tadeusza Niziołka z plebanii ani też z jego
      komórki. Nie wie więc, z kim się kontaktował ani też, kto do niego dzwonił
      przez 20 godzin od wypadku do zgłoszenia się na policję. Nie wie również,
      dlaczego ksiądz Tadeusz Niziołek tak długo zwlekał z wizytą w komendzie.

      Bez większych trudności udało nam się potwierdzić z całą pewnością, że ksiądz
      Tadeusz Niziołek następnego dnia po wypadku, w środę 8 maja od rana, spokojnie
      spowiadał w kościele w Babicy. Nie był więc w szoku, jak zeznawał policji. Mógł
      natomiast czekać na telefon, co ma dalej robić.

      Us

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka