piq
03.04.05, 00:26
Blisko 22 tvn przerwała program i pokazała planszę: Jan Paweł II nie żyje.
Pokręciłem się chwilę po domu, potem wlazłem do łazienki i się rozryczałem.
Ja, ponadczterdziestoletni wysportowany, zahartowany byk, utwardzony w bojach
z życiem i ludźmi. Się rozryczałem.
I wtedy olśniło mnie, że na tym, iż ja ryczę (po cichu, krótko i wstydliwie,
ale tym bardziej jakoś intensywnie), ja, chrześcijanin, lecz nie-katolik,
dający sobie radę w życiu, czasem niedobrym będąc - na tym, powiadam, że ja
ryczę polega wielkość Papieża w oddziaływaniu na ludzi, którzy mieli
szczęście z Nim żyć. Ja się po prostu czuję, jakby umarł mój trzeci Dziadek,
który jest bardzo mądry, z którym się czasem spieram i nie zgadzam, ale wiem,
że jest. Czuję to samo, co po śmierci mojego Ojca, to, co wyraża się pokrótce
w piosence Mike & The Mechanics "In the living years": że za mało go
słuchałem, że czasami przechodziłem obok zaaferowany swoimi sprawami i
odsuwałem na bok jego obecność, słowa, przekaz. Jakże mi teraz irracjonalnie
żal straty tych chwil. Okazało się, że zostałem niespodziewanie osierocony -
przecież to nie moja krew, nie moja rodzina, ale czuję się jak sierota.
Zdałem sobie sprawę, że nie chodząc do kościoła, nie biorąc udziału w jego
sakramentach, będąc w głębokiej opozycji do różnych elementów społecznej
nauki Watykanu - kochałem Papieża. Bo on mnie kochał - i to bezwarunkowo. Tak
samo jak mnie kochał wszystkich ludzi na świecie, włącznie z rychem7,
krzysiem52, gretschen, dokowskim, palnickiem i wszystkimi tymi, którzy
demonstrowali na FAq swoją do Niego niechęć; faszystami i komunistami,
bandytami i zabójcami, pedofilami i gwałcicielami. Nie, nie wszystkich - On
kochał Każdego Osobno.
To, że świat płacze, oznacza, że świat odczuwa coś podobnego. Odczuwaliśmy
Jego osobistą miłość do każdej ludzkiej osoby. I wielu, wielu na tę miłość,
zwłaszcza spośród młodzieży, odpowiedziało miłością. Miłością do dobrego,
mądrego i kochającego Dziadka, którego wielu młodym tak bardzo brakuje, a
przy tym ten nasz Dziadek był tytanem ducha, światowym mocarzem, wzorem i
drogowskazem, przy którym człowiek czuł się jakoś przedziwnie i
niewytłumaczalnie bezpiecznie.
Jesteśmy sierotami. Zabrakło Tego Mądrego Starca, na którym w ostatecznej
instancji można się było wesprzeć - duchowo czy też mentalnie. Ale to jest
tak, jak w rodzinie: sieroty muszą żyć dalej, starając się być podobnymi do
Dziadka, który odszedł - normalną koleją rzeczy. Może też będą jakoś tam
mądre i dobre, jeśli choć trochę tego swojego Dziadka kochały.
Nie jestem ideałem. Nie dam rady tak samo. Ale będę się starał.