Zakładnicy stereotypów?
Czy stosunki polsko-żydowskie będą albo też mogą być normalne — pyta
redakcja „Więzi”. Pierwsza, instynktowna odpowiedź brzmi: nie będą, bo być
nie mogą, bo wcale nam na tym nie zależy.
Cóż to właściwie znaczy „normalne”, kiedy mówimy o stosunkach pomiędzy
narodami? Najczęściej tyle co „poprawne”, czyli w gruncie rzeczy obojętne.
Czy możliwe są takie właśnie relacje pomiędzy narodami, które przez stulecia
żyły obok siebie, a czasem razem, na tej samej ziemi i z których jeden został
na tej ziemi zamordowany? Może raczej powinniśmy zapytać, czy możliwe jest
przezwyciężenie traumy, która obu naszym narodom nie pozwala wyjść poza
negatywny stereotyp sprowadzający się, jakże często, do wymiany wzajemnych
oskarżeń, zwłaszcza tu, za oceanem.
AGNIESZKA MAGDZIAK-MISZEWSKA
Agnieszka Magdziak-Miszewska
ur. 1957. Od 1984 w redakcji miesięcznika „Więź”, 1995–2000 jako zastępca
redaktora naczelnego. W latach 1991–1995 radca minister pełnomocny w polskiej
ambasadzie w Moskwie, 1997–1999 doradca premiera Jerzego Buzka ds. polsko-
żydowskich, 2000–2001 dyrektor Centrum Stosunków Międzynarodowych. Od
kwietnia 2001 — konsul generalny RP w Nowym Jorku.
Na tak postawione pytanie odpowiadam zatem: normalność jest możliwa,
przynajmniej w pewnych środowiskach. Pod warunkiem, że zdamy sobie sprawę z
tego, iż jesteśmy zaledwie na początku drogi, że nic jeszcze nie jest
przesądzone, i że po obu stronach powinniśmy przygotować się na rozczarowania
i porażki wynikające czasem ze złej woli, częściej z instynktu obronnego, a
jeszcze częściej z ignorancji.
Monolog polsko-żydowski?
Mówiąc o stosunkach polsko-żydowskich, zwykliśmy w Polsce używać
słowa „dialog”. Dialog zakłada istnienie po obu stronach równoprawnych
partnerów, w równej mierze zainteresowanych wymianą poglądów, dyskusją,
której przedmiotem są subiektywne przekonania, ale także, jeśli nie przede
wszystkim, fakty. Bardzo długo uważałam, że tak właśnie wygląda
rzeczywistość. Bo też tak właśnie, z mojej polskiej perspektywy wyglądała. Na
licznych konferencjach i spotkaniach dotyczących relacji pomiędzy judaizmem a
chrześcijaństwem, a także Polakami i Żydami, spotykałam partnerów, to znaczy
ludzi, którzy, choć często się ze mną nie zgadzali, byli, tak samo jak ja,
zainteresowani wymianą poglądów i równie głęboko przekonani, że dialog jest
ważny i konieczny. Wiele czasu musiało upłynąć, nim zdałam sobie sprawę, że
są to zazwyczaj ci sami ludzie, znajdujący się, po obu stronach, na
marginesie głównych nurtów.
Praca w kancelarii premiera Jerzego Buzka, w charakterze doradcy do spraw
stosunków polsko-żydowskich, pozwoliła mi dostrzec zupełnie inny poziom
polsko-żydowskiego dialogu, którego przedmiotem była gra interesów, w której
obie strony świadomie godziły się na polityczną instrumentalizację tego, co
zwykłam uważać za wartość samą w sobie. Nie chcę przez to powiedzieć, że na
tym poziomie dialog musi być nieuczciwy i najczęściej nie jest, ale twierdzę,
że jego uczestnicy muszą brać przede wszystkim pod uwagę interes swojego
państwa lub grupy, którą reprezentują, co zasadniczo zmienia jego charakter.
Jedną z pierwszych wizyt w Nowym Jorku złożyłam człowiekowi stojącemu na
czele jednej z największych i najstarszych żydowskich organizacji, który jako
dziecko został uratowany przez swoją polską opiekunkę. Długo mówiłam o
potrzebie dialogu, o konieczności zmiany formuły wyjazdów żydowskiej
młodzieży do Polski, a przede wszystkim włączenia do programu spotkań z
polskimi rówieśnikami. Mój rozmówca uprzejmie mnie wysłuchał, a potem
powiedział: rozumiem, że wam to jest potrzebne, ale dlaczego my mielibyśmy
być tym zainteresowani?
W Polsce zwykliśmy uważać, że nasz kraj jest i zawsze będzie niezwykle dla
Żydów ważny. Nie tylko dlatego, że jest największym żydowskim cmentarzem.
Polin to przecież miejsce narodzin niezwykłej, różnorodnej żydowskiej
cywilizacji1. I, jak przekonująco mówił do żydowskich słuchaczy zgromadzonych
w nowojorskim konsulacie dr Michael Steinlauf, tych korzeni nie można po
prostu odciąć, bo oznaczałoby to odcięcie się od najwspanialszej części
żydowskiej kultury, jaka kiedykolwiek powstała w diasporze. „Wszyscy jesteśmy
jej spadkobiercami” — powiedział Steinlauf. „To prawda — odpowiedział jeden
ze słuchaczy — ale po co nam do tego Polacy?”
Ludziom, którzy w Polsce zajmują się odkrywaniem żydowskiej historii,
odpowiedź na to pytanie wydaje się zazwyczaj oczywista i pewnie zdziwiliby
się, że w ogóle można je zadać. Nam ten dialog jest potrzebny także po to, by
odkryć i zrozumieć samych siebie. My nie możemy, choćby raz w życiu, nie
zadać sobie pytania, jaka byłaby nasza ojczyzna, gdyby nie było Zagłady.
Żydowskie spojrzenie jest inne, bo wspomnienia rodzinnych stron własnych,
rodziców czy dziadków, nawet jeśli są (sprzed Zagłady) dobre — co nie tak
rzadko się zdarza — nieuchronnie przypomina im o zamordowanych. Od tego nie
można uciec. A dla przetrwania pamięci i tradycji Polin dialog z Polakami nie
jest warunkiem koniecznym. Nawet jeśli ma się świadomość, że ta kultura nie
powstała w próżni. Ale jednak, wbrew tytułowi tego podrozdziału (i oczywiście
tytułowi całej książki Grynberga — „Monolog polsko-żydowski”

, coraz częściej
zdarza się, że zaczynamy rozmawiać.
W rok po naszej pierwszej rozmowie mój rozmówca z dużej żydowskiej
organizacji nieoczekiwanie do mnie zadzwonił. „Już wiem — powiedział —
dlaczego dialog z wami jest jednak dla nas ważny”. Doskonale zdaję sobie
sprawę, że jego decyzja o potrzebie dialogu z Polakami ma motywy polityczne,
że na jej podjęcie mają wpływ i stosunki polsko-amerykańskie po 11 września,
i polsko-izraelskie, i wzrost antysemityzmu w Europie Zachodniej, i polskie
członkostwo w UE. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz częściej jestem
zapraszana na spotkania z młodzieżą wyjeżdżającą do Polski, a grupy z jego
organizacji uczestniczące w Marszu Żywych, podobnie jak z American Jewish
Committee, spotykają się ze swoimi polskimi rówieśnikami.
Coraz częściej chcą rozmawiać ci, którzy wrócili z Polski, nawet jeśli nie są
potomkami polskich Żydów. Chcą zrozumieć, dlaczego tylu ludzi w Polsce
interesuje się historią Żydów, których już przecież w Polsce prawie nie ma.
Nie rozumieją tego. „Zobacz, kto interesuje się w Ameryce Indianami — mówią
mi. A po co wam Muzeum Historii Żydów? Dlaczego to dla was takie ważne?” I
zaraz przypominają, że Muzeum Indian Amerykańskich w Waszyngtonie wciąż
jeszcze nie całkiem otwarto, chociaż w zeszłym roku odbyła się uroczysta
inauguracja. Ale chcą także wiedzieć, dlaczego w pobliżu Uniwersytetu
Warszawskiego sprzedaje się antysemicką literaturę i dlaczego na ścianach
domów można zobaczyć antysemickie graffiti. Najczęściej są jednak zdziwieni,
że jest ich mniej niż sądzili.
Autostereotypy i stereotypy
O ile przed przyjazdem do Nowego Jorku sądziłam, że wiem coś niecoś o polskim
stereotypie Żyda i ta moja wiedza w zasadzie znalazła potwierdzenie u części
nowojorskiej Polonii, o tyle stereotyp Polaka i Polski rozpowszechniony wśród
amerykańskich Żydów z pewnością mnie zaskoczył. Nie byłam chyba — po tylu
latach dialogu! — przygotowana na jednoznacznie negatywną konotację polskości
i niezwykle głębokie zakorzenienie tego stereotypu. Ale o tym za chwilę.
Najpierw o równie głęboko zakorzenionych, u obu narodów, autostereotypach,
opiniach na swój własny temat.
We własnych oczach Żydzi byli przez wieki tylko i wyłącznie niewinnymi
ofiarami — w każdym miejscu i w każdym czasie w Europie, przede wszystkim
wschodniej. Stereotyp ten jest tak silny, że wybitny