nczas.com
25.09.02, 01:28
www.nczas.com/?a=spis_tresci
Maciej Madelski
Nazajutrz po przyjęciu projektu budżetu przez Radę Ministrów premier Leszek
Miller wygłosił telewizyjne przemówienie do narodu. W jego wystąpieniu
zabrakło najistotniejszych informacji o stanie finansów publicznych, ale
takie są uroki propagandy.
"Jest to budżet rozwoju, zwiastun dobrej nadziei. Rok przyszły będzie lepszy
od obecnego, a każdy następny lepszy od poprzedniego. Tak miało być i tak
właśnie będzie". Premier Miller pochwalił się, że wspólnym wysiłkiem koalicji
SLD-UP-PSL uratowano Polskę przed bankructwem i przerwano rozgrabianie
majątku narodowego. Podkreślił, że przyjęcie "ważnych programów służących
ludziom i gospodarce" ("Przede wszystkim przedsiębiorczość", "Infrastruktura -
klucz do rozwoju", "Pakiet antykryzysowy") pozwoli "korzystnie zmieniać
Polskę". Pochwalił się "zwiększeniem skali" dożywiania w szkołach i
wyprawkami dla uczniów. Chyba tylko przez przeoczenie zapomniał dodać, że
dzięki rządzącej koalicji w Pcimiu Dolnym krowy dają więcej mleka. W
przemówieniu premiera nie zabrakło również akcentów humorystycznych, kiedy
mówił o tańszym państwie, które "mniej kosztuje obywateli, a to za sprawą
mniejszej liczby urzędów, agencji, radnych i za sprawą oszczędniejszego
gospodarowania".
Dyskusję na temat przyjętego projektu zdominowała kwestia złamania przez
ministra Kołodkę tak zwanej "reguły Belki". Były minister finansów Marek
Belka wprowadził zasadę, że wydatki budżetowe nie powinny rosnąć więcej niż o
1 proc. powyżej stopy inflacji. Ta reguła miała blokować wzrost wydatków
państwa, a tym samym ograniczyć narastanie długu publicznego. Minister
Grzegorz Kołodko przygotował projekt budżetu, w którym planowane wydatki mają
wzrosnąć, w ujęciu realnym, o 2,2 proc. w stosunku do tegorocznych. Minister
tłumaczył się, że kilka grup wydatków "zdeterminowanych" zmusiło go do
przekroczenia reguły "inflacja plus 1 proc.". Są to wydatki instytucji, które
samodzielnie ustalają swoje budżety (Kancelaria Prezydenta RP, Sąd Najwyższy,
Sejm, Senat i kilkanaście innych). Ich wydatki wzrosną nominalnie o 33 proc.,
to znaczy o 1,25 mld zł. O taką samą kwotę wzrosną wydatki na podwyżki płac
w "budżetówce" oraz rewaloryzację emerytur i rent. Tłumaczenie się
wydatkami "sztywnymi", czyli takimi, których istnienie gwarantują inne
ustawy, jest mało poważne, ponieważ ich całkowity udział w budżecie państwa
wzrósł z 66,3 proc. w roku bieżącym do 67,8 proc.
Złamanie "reguły Belki" to oczywiście tylko jeden z przejawów dalszego
pogarszania się stanu finansów publicznych. Z pozoru wszystko wygląda
znakomicie: deficyt będzie mniejszy niż w tym roku (spadek o 1,3 mld do 38,7
mld zł). Dokładniejsze przyjrzenie się poszczególnym składnikom budżetu
pozwala stwierdzić, że niższy deficyt osiągnięto dzięki "kreatywnej
księgowości" lub, jak kto woli, "zamiataniu śmieci pod dywan". Dobrym
przykładem jest Fundusz Pracy, który zajmuje się wypłatą zasiłków dla
bezrobotnych. Wysokie i ciągle rosnące bezrobocie powoduje wzrost wydatków
FP. Zamiast zwiększenia dotacji z budżetu, rząd zmusi FP do powiększenia
zadłużenia o 1,7 mld zł do końca 2003 r. Podobnym, "kreatywnym" zabiegiem
rządu było przyjęcie całkowicie nierealistycznego założenia o 3,5-proc.
wzroście gospodarczym w przyszłym roku. Nikt nie wierzy, by duszona wysokimi
podatkami i rosnącą na potęgę biurokracją gospodarka tak szybko odbiła się od
dna, a mimo to w projekcie budżetu można było zapisać wyższe dochody
budżetowe (czyli również niższy deficyt), opierając się na tej "ambitnej
prognozie". Choć chyba nawet sam minister Kołodko nie jest przekonany, że
podnosząc podatki (ponownie zamrożono progi podatkowe w ustawie o podatku
dochodowym od osób fizycznych, co oznacza wzrost obciążeń fiskalnych),
trzykrotnie przyspieszy wzrost gospodarczy.
Bardzo ciekawe będą prace nad budżetem na 2004 r. Z dwóch powodów. Po
pierwsze, w projekcie budżetu na 2003 r. założono, że dług publiczny wyniesie
na koniec przyszłego roku 398 mld zł, czyli 50,8 proc. PKB. Zgodnie z
konstytucją i ustawą o finansach publicznych, przekroczenie 50-proc. pułapu
nakłada istotne ograniczenia na autorów budżetów na następne lata. Po drugie,
gdyby rok 2004 był pierwszym rokiem członkostwa Polski w UE, to skorzystanie
z jakichkolwiek brukselskich funduszy pomocowych wymaga współfinansowania z
polskiego budżetu. Do tego trzeba będzie wygospodarować około 10 mld zł na
opłacenie składki członkowskiej. Politycy koalicji SLD-UP-PSL staną przed
alternatywą: zmiana prawa (w tym konstytucji) wymuszającego ograniczanie
długu publicznego albo zrezygnowanie z unijnych funduszy. No, chyba że
zreformowaliby polskie finanse publiczne. Ale to jest niezwykle mało
prawdopodobne.