Marzeniem biednego VC jest, aby USA były najgorszym miejscem na Ziemi (taki
przynajmniej jest wydźwięk jego postów)

)
Tymczasem ludziom w USA żyje się dosyć dobrze i to właśnie tam osiedlają się
ludzie, którzy chcą wyrwać się z marazmu panującego w ich krajach i cos w
życiu osiągnąc.
W ostatnim "Wprost" jest ciekawe porównanie gnusniejącej Europy i USA.
tygodnik.wprost.pl/index.php3?numer=1037&art=13740&dzial=0
"Dlaczego w Ameryce jest o 50 procent taniej niż w Europie
Amerykanin Mel Davis, mechanik z fabryki samochodów Daimler-Chrysler w
Detroit, jedyny żywiciel czteroosobowej rodziny, zarabia brutto 48 tys. USD
rocznie. Hans Kappel, jedyny żywiciel trzyosobowej rodziny, za podobną pracę
w fabryce Mercedesa w Stuttgarcie dostaje 6 tys. euro więcej. Mimo podobnych
podatków i liczniejszej rodziny Mel żyje na znacznie wyższym poziomie niż
Hans. Gospodarność nie ma tu nic do rzeczy - Mel jest nawet bardziej
rozrzutny. Różnice jakości życia rodzin obu panów wynikają wyłącznie z
różnic w sile nabywczej ich pensji.
Amerykanin ma więcej
Mel Davis może za swoją mniejszą pensję kupić znacznie więcej, gdyż Stany
Zjednoczone są tańsze od Niemiec. Dlatego mimo niższych zarobków, większej
rodziny i mniejszego bezpieczeństwa socjalnego Davis ma własny dom, a Kappel
tylko mieszkanie w spółdzielni. Obaj jeżdżą chryslerami, ale rodzina Mela ma
aż cztery auta, a Hansa jedno. Dla Mela wymiana mebli w kuchni czy living
roomie raz na pięć, siedem lat nie stanowi problemu. Hans, żeby po 17 latach
zmienić wystrój mieszkania, posłał do pracy żonę. Kiedy nad Detroit
nadejdzie fala upałów, Mel włącza w domu klimatyzację. Mimo że lata w
Stuttgarcie są coraz bardziej upalne, Hansa nie stać na zainstalowanie
urządzeń klimatyzacyjnych. Takich różnic jest więcej. Chociaż obaj panowie
żyją na przyzwoitym poziomie, Hans zastanawia się, jak to możliwe, że jego
amerykański kolega zdołał właśnie kupić segment w Plymouth, który wynajmuje
lokatorom...
(...)W przeciwieństwie do Europy, gdzie na każdym kroku słyszy się
narzekania, że renomowane sklepy "umawiają się" w kwestii cen, w Stanach
Zjednoczonych jakiekolwiek zmowy "kartelowe" są karane zarówno przez aparat
ścigania, jak i przez sam rynek. Nieliczne firmy, które
zaryzykowały "ustawianie" cen, nie dość, że zapłaciły za to surowe kary
(koncern spożywczy ADM, któremu udowodniono manipulowanie cenami produktów
sojowych, musiał zapłacić 400 mln USD), to jeszcze popadły w niełaskę
konsumentów. Duch wolnej konkurencji jest w USA zakorzeniony w umysłach
ludzi. Zmowę i korupcję traktuje się tam jak zamach na system powszechnie
uznawany za najsprawniejszy, najgospodarniejszy i najsprawiedliwszy. W tym
sensie Stany Zjednoczone są krajem sprawiedliwości społecznej, w którym
każdy ma równe szanse, gdzie nie istnieją układy, koterie czy inne formy
zdobywania pozycji na rynku. Liczy się to, co potrafisz, czyli jak służysz
konsumentom.
(...)
Amerykanie dobrze wiedzą, że utalentowany przedsiębiorca potrafi poprowadzić
aptekę lepiej niż farmaceuta z dyplomem (takie wymagania stawia się w
większości krajów Europy). Nie żądają od farmera, który świadomie
zainwestował w gospodarstwo własny kapitał, aby dowodził umiejętności
prowadzenia farmy dyplomem szkoły rolniczej (tak jak w Polsce i wielu innych
państwach na Starym Kontynencie). Uważają, że najlepszą rękojmią jego
działania jest lęk przed stratą i chęć zysku!
Dlaczego taniej?
Malkontenci z Europy czy Azji tłumaczą niższe ceny w Stanach Zjednoczonych
niższymi podatkami, a te z kolei mniejszymi nakładami na troskę o "chorych i
ubogich". To tylko część prawdy. W USA rzeczywiste nakłady państwa na
publiczną ochronę zdrowia (formalnie nic takiego nie istnieje, ale
administracje niektórych stanów i władze powiatowe dofinansowują opiekę
medyczną nad najbiedniejszymi) sięgają już 10 proc. dochodu narodowego (to
więcej, niż wynoszą wydatki na "bezpłatną" opiekę zdrowotną w Anglii i
Włoszech, nie mówiąc o Grecji czy Hiszpanii). Gwarantowane ustawowo minimum
socjalne (około 8 tys. USD na osobę rocznie) jest w Stanach Zjednoczonych
tylko o 4 tys. USD niższe niż dochód narodowy per capita Grecji, Portugalii
i kilku innych nieźle rozwiniętych krajów.
(...)
Rynek - najlepszy regulator
Dzięki wolności gospodarczej duch przedsiębiorczości triumfuje. Ludzie
nieustannie mierzą się z rynkiem. Uzyskanie zezwolenia na prowadzenie firmy
nie wymaga w USA nawet wizyty w magistracie - załatwia się je pocztą,
kosztuje grosze, nie są wymagane pieczątki, zaświadczenia o kwalifikacjach
etc. Podczas gdy w biurach Unii Europejskiej produkuje się setki nowych
regulacji gospodarczych, Amerykanie stosują jeden regulator - rynek.
(...)
Jest to rezultat opowiedzenia się za konkurencją, wolnością i
odpowiedzialnością, a nie - jak w Europie - za kosztowną opieką państwa i
iluzorycznym bezpieczeństwem. Wyższe ceny to tylko wierzchołek góry lodowej
konsekwencji takiego wyboru. "