patience
19.11.05, 01:29
mialo isc do bloga ale sie odechcialo.
Jak gazem rozweselajacym po oczach
W latach 90 Gazeta Wyborcza zasłynęła z cyklu wydawniczego "Poczet Ludzi
Honoru". Składał się on z 2-3 szpaltowych wywiadów - rzek z generałami PRL
oras esejów elegijnych na ich temat pisanych przez jeden z warszawskich
salonów, tak zwaną "świtę". Termin "Ludzie Honoru" wymyślił Michnik. W jednym
z opublikowanych w GW wywiadów z Kiszczakiem zapewniał go, że to bynajmniej
nie literacki termin, tylko on tak naprawde myśli.
Wiek XXI przyniósł zmianę. Teraz Wyborcza publikuje cykl pod tytułem "Poczet
Agentów Polskich". Długość tekstów nie uległa większej zmianie, ale redakcja
uznała, że będą bardziej wymowne, jeśli się je puści w odcinkach. Zmiana
związana jest z odmianą losu głównego bohatera pierwszego cyklu. Wojciech
Jaruzelski, Człowiek Honoru i Wzorzec Patrioty Polskiego, który zrobił stan
wojenny, żeby ratować naród polski przed sowiecką nawałą, okazał się być
zatwardziałym i wieloletnim agentem sowieckich służb wywiadowczych, który
wypowiedział narodowi polskiemu wojnę, aby utrzymać władzę Kremla (a przy
okazji swoją) nad Polską.
"Jest w tym jakiś tragiczny grymas historii, że to ofiara staje przed sądem
opinii publicznej, a jej prześladowcy jakoś z niczego się nie tłumaczą i
niczego się nie wstydzą. " - tak kończy swoj tekst Joanna Szczesna w artykule
Zbigniew Herbert i panowie w czarnych garniturach w Gazecie Wyborczej z 18
listopada. Tekst prześmieszny, aczkolwiek najprawdopodobniej nieintenjonalnie.
Albowiem nikt Herberta w Polsce nie atakuje i nie każe się tłumaczyć. Nikt!
Ani opinia publiczna, ani media, oprócz pani Szczęsnej na łamach GW, której
tekst od początku do końca sugeruje, że Herbert tłumaczyć się musi, i że
zebrał się jakiś trybunał opinii publicznej, żądny jego krwi.
W Gazecie Wyborczej lubią dekonspirować nieboszczyków. Jak nie Mickiewicz, to
Herbert... Redaktor naczelny znalazł plamę na czole Adama M., to jego świta
najduje plamy na czołach innych wieszczów, wedle najlepszych obyczajow trybuny
Ludu. Joanna Szczęsna postąpiła za własną radą i znalazła, tyle, że nie
agenta, a kolejnego martwego wielkiego człowieka, którego można użyć do
artykułów "z tezą" o szlachetnych, choć żyjących agentach bezpieki, którym
grozi niesprawiedliwa ocena moralna. Nie znalazła natomiast ustawy o IPN, do
której zobowiązani są stosować się pracownicy IPN. Pisze o nich: "Zdaniem
autorów wstępu „nie ulega wątpliwości, że w przypadku Herberta można mówić,
używając języka Służby Bezpieczeństwa, o »dialogu operacyjnym « . No cóż, ja
unikałabym w tym kontekście słowa „dialog”. Bardziej pasowałby tu „szantaż”,
„wymuszanie”, „nękanie”... I dziś znalazłoby się pewnie na to jakieś paragrafy."
Nie paragraf tu potrzebny, lecz etat w biznesie rozrywkowym dla dziennikarki
nie dostrzegającej różnicy między historykiem opracowującym materiały źródłowe
a prokuratorem "szukającym paragrafów." Między sformułowaniem "w języku SB," a
sformułowaniem "ja tak uważam". Między opracowaniem materiałów źrodłowych, a
oceną moralną opartą na wielu źródłach.
Nie ma też ani paragrafu, ani gromu z jasnego nieba na gazetę, która publikuje
zdanie o bezkarnych prześladowcach, gdyż oni "z niczego się nie tłumaczą i
niczego się nie wstydzą" nie jakoś, a dokładnie dlatego, że o to zadbał
redaktor naczelny tej gazety. Zadbał - pijąc wódkę z szefem oprawców SB
Czesławem Kiszczakiem, wrzeszcząc w telewizji "odpie..ie się od generała"
(Jaruzelskiego), otwierając dla nich łamy Gazety Wyborczej oraz promując jako
Ludzi Honoru. Ale rzeczywiście, są tacy ludzie w Polsce, którzy musieliby się
tłumaczyć, gdyby sądy Gazety Wyborczej były Sądami Ostatecznymi. To ofiary.
Musieliby się tłumaczyć, dlaczego jedna z poczytniejszych gazet w Polsce
nazywa ich motłochem i wskazuje, że ich miejscem jest w najlepszym razie -
rynsztok.