Gość: +++IGNORANT
IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl
04.12.02, 02:23
Już w pierwszej przygotowanej przeze mnie wkładce o Unii Europejskiej
do "Naszego Dziennika" zatytułowanej "21 pytań" zwracałem uwagę na fatalne
skutki niekompetencji i ustępliwości polskich negocjatorów z UE. Teraz, ponad
osiem miesięcy od publikacji tamtej wkładki, mam smutną satysfakcję, że moje
ostrzeżenia co do słabego poziomu polskich negocjatorów aż nadto potwierdziły
się w ostatnim czasie.
Coraz więcej autorów, zwłaszcza doświadczonych ekonomistów, ostro krytykuje
nieodpowiedzialny, katastrofalny dla interesów Polski styl negocjowania z
Unią. Krytyka odnosi się do kolejnych niezrozumiale ustępliwych polskich
negocjatorów z UE, począwszy od pierwszej połowy lat 90. Nader wymownym
przykładem takiej krytyki był publikowany 28 października 2002 r. w
lewicowym "Przeglądzie" artykuł znanego ekonomisty prof. Pawła Bożyka
pt. "Zasada wzajemnych ustępstw". W bogato udokumentowanym tekście prof.
Bożyk dosłownie bił na alarm, pisząc o żałosnych skutkach dotychczasowych
polskich ustępstw. W ocenie prof. P. Bożyka: "Negocjacje Polski z Unią
Europejską o nadanie nam statusu członkowskiego od samego początku cechują
się defensywnością ze strony naszych negocjatorów. Polska występuje w nich w
charakterze ubogiego krewnego, który przeprasza, że śmie prosić o przyjęcie
do Unii. Z wielu różnych powodów takie podejście jest bezzasadne.
W UE, podobnie zresztą jak w wielu innych organizacjach międzynarodowych,
obowiązuje zasada 'reciprocity', to jest wzajemności ustępstw, czyli - coś za
coś. Ci, którzy o tym wiedzą, nigdy nie wychodzą przed szereg, a więc
dobrowolnie nie rezygnują z jakichkolwiek ograniczeń w handlu zagranicznym
bez wzajemnych ustępstw ze strony partnerów. Do takich ustępstw nawołują
oczywiście politycy unijni, obiecując złote góry (...). Największy błąd w
procesie wchodzenia do Unii popełniliśmy w roku 1990. Polska dokonała wtedy
jednostronnej, radykalnej liberalizacji importu (...). Co gorsze, Polska
wprowadziła w 1990 r. nową taryfę celną, ustaliła możliwie najniższy jej
poziom (...) Polska chciała być hojna dla innych, dając 'dobry' przykład.
Niestety, ta polityczna brawura w sferze ekonomicznej kosztowała nas
nieprawdopodobnie drogo. Po pierwsze, oznaczała jednostronne otwarcie
polskiego rynku; w efekcie już w 1991 r. import z UE do Polski zwiększył się
aż o 80 proc., w warunkach stosunkowo niewielkiego zwiększenia eksportu z
Polski do Unii. Kraje UE absolutnie nie zareagowały na polski jednostronny
gest, ani myśląc o likwidacji kontyngentów ograniczających import z Polski.
Nie dość na tym - gdy w następnych latach doszło do negocjacji z krajami UE w
związku ze stowarzyszeniem, a Polska poprosiła o zniesienie kontyngentów i
obniżkę taryf celnych, zażądano od nas wzajemności. Polska musiała więc
spełnić ten warunek, obniżając proporcjonalnie do ustępstw Unii i tak już
niezwykle niskie cła (...). W całym dotychczasowym okresie transformacji
polski rynek okazał się dla krajów UE wymarzonym miejscem zbytu olbrzymich
ilości towarów i usług trudnych do ulokowania gdzie indziej. Eksport z tego
ugrupowania do Polski sięgnął w latach 1990-2000 prawie 194 mld euro, zaś
import - jedynie 131 mld euro; dodatnie (dla UE) saldo bilansu handlowego
wyniosło więc w tym okresie aż 62 mld euro. Tym samym Polska przyczyniła się
w poważnym stopniu do sfinansowania zatrudnienia w Unii: w ujęciu rocznym
netto UE mogła dać pracę w granicach 800 tys. - 1 mln osób. Polska zaś
musiała taką liczbę osób pozbawić pracy (...). Jednocześnie Unia
nieprzerwanie domagała się jeszcze większego otwarcia polskiego rynku. Przy
okazji każdej wizyty w Polsce politycy zachodni mówili o tym głośno i bez
żenady; nie wspominając nawet o ustępstwach, na jakie Polska jednostronnie
poszła w 1990 r. Co gorsza, nasze media przyjęły unijny sposób wyjaśniania
korzyści ze stowarzyszenia, podkreślając, że to Unia udzieliła Polsce
nieproporcjonalnie większych preferencji (...)".
Profesor Bożyk ostrzega: "Pomimo ewidentnych korzyści czerpanych przez kraje
UE z handlu z Polską ostatnie miesiące obfitują w coraz częstsze groźby wobec
Polski sugerujące, iż możemy nie zostać przyjęci do tego ugrupowania w
pierwszej kolejności". Jak pisze Bożyk: "Wysocy urzędnicy Unii (...) nie
szczędzą nam gróźb w rodzaju: jak nie wejdziecie w 2004 r., to potem
będziecie musieli czekać wiele lat, zostaniecie krajem drugiej kategorii itp.
Jednocześnie Unia stara się 'wyżyłować' nas ekonomicznie - a to odmawiając
naszym rolnikom subwencji identycznych jak swoim, a to przebąkując, jak
ostatnio, o konieczności wnoszenia opłat członkowskich, wyższych od
udostępnionych nam funduszy. Polska - kraj o wiele biedniejszy - miałaby więc
w ramach 'frycowego' za wejście dofinansować bogatszych!".
Warto zwrócić bliżej uwagę na te trzeźwe oceny prof. Bożyka. Mimo że należy
on do ekonomistów popierających wejście Polski do Unii Europejskiej, wyraźnie
nie chce się pogodzić z fatalnym stylem negocjowania z UE i unijną polityką
szantażów wobec nas. Coraz wyraźniejsze fatalne skutki polityki ciągłych
ustępstw wobec UE grożą Polsce katastrofą gospodarczą. W tej sytuacji nawet w
mocno prounijnej "Gazecie Polskiej" z 20 listopada 2002 r. pojawiły się pełne
niepokoju słowa eksperta od spraw międzynarodowych Jerzego Marka
Nowakowskiego: "Dotychczas sukcesy w negocjacjach z Unią odnosili ci, którzy
potrafili w decydującym momencie wstać od stołu rokowań i powiedzieć 'nie, to
nie'. Bez wyzwolenia się z tyranii rozmów o dacie końcówka naszych negocjacji
będzie jedną wielką klapą. I jak zwykle po fakcie okaże się, że Kaczyński
miał rację" (J.M. Nowakowski "Tyrania daty", "Gazeta Polska" z 20 listopada
2002 r.).
Ostatnio doszło do tego, że nawet redaktorka "Gazety Wyborczej" Krystyna
Naszkowska ostrzegała przed zbyt ustępliwym negocjowaniem z Unią Europejską,
zwłaszcza w sprawach rolnictwa. Pisała: "Ja nie wiem, co urzędnicy w Brukseli
myślą, ale przypomnę tylko, że Austriacy - z obecnym komisarzem UE ds.
rolnictwa Franzem Fischlerem na czele - bardzo ostro negocjowali. To samo
Finowie - rozmowy przerywali, opuszczali salę obrad w Brukseli, grozili
zerwaniem negocjacji, trzaskali drzwiami. I co? Fischler został komisarzem, a
Finowie dostali to, co chcieli.
Wniosek jest taki, że Unia szanuje i docenia tych, którzy potrafią walczyć o
swoje. Nami natomiast mogą się nie przejmować nie dlatego, że posłowie
gwizdali podczas wizyty Fischlera w Sejmie, ale dlatego że każde dziecko w
Polsce, a więc i w Brukseli, wie, że nie ma jednolitego frontu w polskim
rządzie w kwestii rolnej. Premier Leszek Miller postawił sobie za cel główny
zakończenie negocjacji w terminie, niezależnie od ich wyników. A to z góry
osłabia naszą pozycję negocjacyjną. Więcej zatem zależy teraz od dobrej woli
Brukseli niż od naszych umiejętności negocjacyjnych" (K. Naszkowska "Nie
możemy pominąć rolników", "Gazeta Wyborcza" z 13 listopada 2002 r.).
Myślę, że w odniesieniu do zasad negocjacji z UE szczególnie trafne generalne
uwagi wyraził na łamach "Niedzieli" ksiądz Walerian Słomka, pisząc m.in.,
że: "(...) nasi negocjatorzy i władze Polski czynią wszystko, by udowodnić,
że bronią nie interesów Polski i Polaków, lecz Unii Europejskiej. Niech więc
nie mają pretensji, że jest tyle oporu w narodzie w stosunku do ich
propagandowej akcji. Naród polski ocalił jeszcze nieco z poczucia własnej
godności i wszelkie wmawianie mu, że ma on przyjąć postawę petenta na
kolanach, bez stawiania jakichkolwiek warunków, że jest skazany na dyktat
tejże Unii, skazujący go na lata dyskryminacji, może rodzić tylko odmowę
wchodzenia do niej. Dlatego nie do przyjęcia pozostaje przekonywanie, że
Polska nie ma wyboru, że bezwarunkowe wejście do Unii jest dziejową
koniecznością Polski i Polaków (...). Jeżeli dziś, na etapie wchodzenia do
Unii, nie zapewnimy sobie gwarancji na taki jej model, który będzie