Dodaj do ulubionych

O ue bez mitów.

IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 04.12.02, 02:23
Już w pierwszej przygotowanej przeze mnie wkładce o Unii Europejskiej
do "Naszego Dziennika" zatytułowanej "21 pytań" zwracałem uwagę na fatalne
skutki niekompetencji i ustępliwości polskich negocjatorów z UE. Teraz, ponad
osiem miesięcy od publikacji tamtej wkładki, mam smutną satysfakcję, że moje
ostrzeżenia co do słabego poziomu polskich negocjatorów aż nadto potwierdziły
się w ostatnim czasie.

Coraz więcej autorów, zwłaszcza doświadczonych ekonomistów, ostro krytykuje
nieodpowiedzialny, katastrofalny dla interesów Polski styl negocjowania z
Unią. Krytyka odnosi się do kolejnych niezrozumiale ustępliwych polskich
negocjatorów z UE, począwszy od pierwszej połowy lat 90. Nader wymownym
przykładem takiej krytyki był publikowany 28 października 2002 r. w
lewicowym "Przeglądzie" artykuł znanego ekonomisty prof. Pawła Bożyka
pt. "Zasada wzajemnych ustępstw". W bogato udokumentowanym tekście prof.
Bożyk dosłownie bił na alarm, pisząc o żałosnych skutkach dotychczasowych
polskich ustępstw. W ocenie prof. P. Bożyka: "Negocjacje Polski z Unią
Europejską o nadanie nam statusu członkowskiego od samego początku cechują
się defensywnością ze strony naszych negocjatorów. Polska występuje w nich w
charakterze ubogiego krewnego, który przeprasza, że śmie prosić o przyjęcie
do Unii. Z wielu różnych powodów takie podejście jest bezzasadne.
W UE, podobnie zresztą jak w wielu innych organizacjach międzynarodowych,
obowiązuje zasada 'reciprocity', to jest wzajemności ustępstw, czyli - coś za
coś. Ci, którzy o tym wiedzą, nigdy nie wychodzą przed szereg, a więc
dobrowolnie nie rezygnują z jakichkolwiek ograniczeń w handlu zagranicznym
bez wzajemnych ustępstw ze strony partnerów. Do takich ustępstw nawołują
oczywiście politycy unijni, obiecując złote góry (...). Największy błąd w
procesie wchodzenia do Unii popełniliśmy w roku 1990. Polska dokonała wtedy
jednostronnej, radykalnej liberalizacji importu (...). Co gorsze, Polska
wprowadziła w 1990 r. nową taryfę celną, ustaliła możliwie najniższy jej
poziom (...) Polska chciała być hojna dla innych, dając 'dobry' przykład.
Niestety, ta polityczna brawura w sferze ekonomicznej kosztowała nas
nieprawdopodobnie drogo. Po pierwsze, oznaczała jednostronne otwarcie
polskiego rynku; w efekcie już w 1991 r. import z UE do Polski zwiększył się
aż o 80 proc., w warunkach stosunkowo niewielkiego zwiększenia eksportu z
Polski do Unii. Kraje UE absolutnie nie zareagowały na polski jednostronny
gest, ani myśląc o likwidacji kontyngentów ograniczających import z Polski.
Nie dość na tym - gdy w następnych latach doszło do negocjacji z krajami UE w
związku ze stowarzyszeniem, a Polska poprosiła o zniesienie kontyngentów i
obniżkę taryf celnych, zażądano od nas wzajemności. Polska musiała więc
spełnić ten warunek, obniżając proporcjonalnie do ustępstw Unii i tak już
niezwykle niskie cła (...). W całym dotychczasowym okresie transformacji
polski rynek okazał się dla krajów UE wymarzonym miejscem zbytu olbrzymich
ilości towarów i usług trudnych do ulokowania gdzie indziej. Eksport z tego
ugrupowania do Polski sięgnął w latach 1990-2000 prawie 194 mld euro, zaś
import - jedynie 131 mld euro; dodatnie (dla UE) saldo bilansu handlowego
wyniosło więc w tym okresie aż 62 mld euro. Tym samym Polska przyczyniła się
w poważnym stopniu do sfinansowania zatrudnienia w Unii: w ujęciu rocznym
netto UE mogła dać pracę w granicach 800 tys. - 1 mln osób. Polska zaś
musiała taką liczbę osób pozbawić pracy (...). Jednocześnie Unia
nieprzerwanie domagała się jeszcze większego otwarcia polskiego rynku. Przy
okazji każdej wizyty w Polsce politycy zachodni mówili o tym głośno i bez
żenady; nie wspominając nawet o ustępstwach, na jakie Polska jednostronnie
poszła w 1990 r. Co gorsza, nasze media przyjęły unijny sposób wyjaśniania
korzyści ze stowarzyszenia, podkreślając, że to Unia udzieliła Polsce
nieproporcjonalnie większych preferencji (...)".
Profesor Bożyk ostrzega: "Pomimo ewidentnych korzyści czerpanych przez kraje
UE z handlu z Polską ostatnie miesiące obfitują w coraz częstsze groźby wobec
Polski sugerujące, iż możemy nie zostać przyjęci do tego ugrupowania w
pierwszej kolejności". Jak pisze Bożyk: "Wysocy urzędnicy Unii (...) nie
szczędzą nam gróźb w rodzaju: jak nie wejdziecie w 2004 r., to potem
będziecie musieli czekać wiele lat, zostaniecie krajem drugiej kategorii itp.
Jednocześnie Unia stara się 'wyżyłować' nas ekonomicznie - a to odmawiając
naszym rolnikom subwencji identycznych jak swoim, a to przebąkując, jak
ostatnio, o konieczności wnoszenia opłat członkowskich, wyższych od
udostępnionych nam funduszy. Polska - kraj o wiele biedniejszy - miałaby więc
w ramach 'frycowego' za wejście dofinansować bogatszych!".
Warto zwrócić bliżej uwagę na te trzeźwe oceny prof. Bożyka. Mimo że należy
on do ekonomistów popierających wejście Polski do Unii Europejskiej, wyraźnie
nie chce się pogodzić z fatalnym stylem negocjowania z UE i unijną polityką
szantażów wobec nas. Coraz wyraźniejsze fatalne skutki polityki ciągłych
ustępstw wobec UE grożą Polsce katastrofą gospodarczą. W tej sytuacji nawet w
mocno prounijnej "Gazecie Polskiej" z 20 listopada 2002 r. pojawiły się pełne
niepokoju słowa eksperta od spraw międzynarodowych Jerzego Marka
Nowakowskiego: "Dotychczas sukcesy w negocjacjach z Unią odnosili ci, którzy
potrafili w decydującym momencie wstać od stołu rokowań i powiedzieć 'nie, to
nie'. Bez wyzwolenia się z tyranii rozmów o dacie końcówka naszych negocjacji
będzie jedną wielką klapą. I jak zwykle po fakcie okaże się, że Kaczyński
miał rację" (J.M. Nowakowski "Tyrania daty", "Gazeta Polska" z 20 listopada
2002 r.).
Ostatnio doszło do tego, że nawet redaktorka "Gazety Wyborczej" Krystyna
Naszkowska ostrzegała przed zbyt ustępliwym negocjowaniem z Unią Europejską,
zwłaszcza w sprawach rolnictwa. Pisała: "Ja nie wiem, co urzędnicy w Brukseli
myślą, ale przypomnę tylko, że Austriacy - z obecnym komisarzem UE ds.
rolnictwa Franzem Fischlerem na czele - bardzo ostro negocjowali. To samo
Finowie - rozmowy przerywali, opuszczali salę obrad w Brukseli, grozili
zerwaniem negocjacji, trzaskali drzwiami. I co? Fischler został komisarzem, a
Finowie dostali to, co chcieli.
Wniosek jest taki, że Unia szanuje i docenia tych, którzy potrafią walczyć o
swoje. Nami natomiast mogą się nie przejmować nie dlatego, że posłowie
gwizdali podczas wizyty Fischlera w Sejmie, ale dlatego że każde dziecko w
Polsce, a więc i w Brukseli, wie, że nie ma jednolitego frontu w polskim
rządzie w kwestii rolnej. Premier Leszek Miller postawił sobie za cel główny
zakończenie negocjacji w terminie, niezależnie od ich wyników. A to z góry
osłabia naszą pozycję negocjacyjną. Więcej zatem zależy teraz od dobrej woli
Brukseli niż od naszych umiejętności negocjacyjnych" (K. Naszkowska "Nie
możemy pominąć rolników", "Gazeta Wyborcza" z 13 listopada 2002 r.).
Myślę, że w odniesieniu do zasad negocjacji z UE szczególnie trafne generalne
uwagi wyraził na łamach "Niedzieli" ksiądz Walerian Słomka, pisząc m.in.,
że: "(...) nasi negocjatorzy i władze Polski czynią wszystko, by udowodnić,
że bronią nie interesów Polski i Polaków, lecz Unii Europejskiej. Niech więc
nie mają pretensji, że jest tyle oporu w narodzie w stosunku do ich
propagandowej akcji. Naród polski ocalił jeszcze nieco z poczucia własnej
godności i wszelkie wmawianie mu, że ma on przyjąć postawę petenta na
kolanach, bez stawiania jakichkolwiek warunków, że jest skazany na dyktat
tejże Unii, skazujący go na lata dyskryminacji, może rodzić tylko odmowę
wchodzenia do niej. Dlatego nie do przyjęcia pozostaje przekonywanie, że
Polska nie ma wyboru, że bezwarunkowe wejście do Unii jest dziejową
koniecznością Polski i Polaków (...). Jeżeli dziś, na etapie wchodzenia do
Unii, nie zapewnimy sobie gwarancji na taki jej model, który będzie
Obserwuj wątek
    • Gość: +++IGNORANT Re: O ue bez mitów. IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 04.12.02, 02:27
      Naród polski ocalił jeszcze nieco z poczucia własnej godności i wszelkie
      wmawianie mu, że ma on przyjąć postawę petenta na kolanach, bez stawiania
      jakichkolwiek warunków, że jest skazany na dyktat tejże Unii, skazujący go na
      lata dyskryminacji, może rodzić tylko odmowę wchodzenia do niej. Dlatego nie do
      przyjęcia pozostaje przekonywanie, że Polska nie ma wyboru, że bezwarunkowe
      wejście do Unii jest dziejową koniecznością Polski i Polaków (...). Jeżeli
      dziś, na etapie wchodzenia do Unii, nie zapewnimy sobie gwarancji na taki jej
      model, który będzie sprawiedliwy dla nas, to nie łudźmy się, że osiągniemy to
      po naszym wejściu do niej na kolanach (...).
      Otóż polscy politycy winni są czuć się odpowiedzialnymi za wynegocjowanie
      takiego modelu we wspólnocie innych narodów i państw Unii, w którym Polska i
      Polacy będą potraktowani sprawiedliwie i po partnersku w sprawach politycznych,
      ekonomicznych, społecznych i kultury narodowej, natomiast biskupi polscy razem
      z episkopatami Europy winni domagać się, by w Konstytucji Unii Europejskiej
      zapisane były gwarancje dla wolności istnienia i działania Kościoła
      Chrystusowego w tejże Unii, a nie tylko stwierdzenie, że Europa ma
      chrześcijańskie korzenie, gdyż takie stwierdzenie może równie dobrze oznaczać,
      że chrześcijaństwo jest już zjawiskiem skansenowym" (ks. W. Słomka "Z Europą
      czy bez Europy?", "Niedziela" z 31 marca 2002 r.).

      Najskrajniejszymi rzecznikami bezwarunkowego podporządkowywania się dyrektywom
      Unii Europejskiej są politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Postkomuniści z
      SLD za wszelką cenę - w tym kosztem podstawowych polskich interesów - chcą
      zdobywać wiarygodność i poparcie u kierujących UE socjalistów z Zachodu. Gotowi
      są więc do skrajnej usłużności wobec Brukseli. Stąd wynika cała ich gorliwość w
      chłostaniu oporów jakichś tam anachronicznych i nacjonalistycznych Polaków,
      upierających się przy takich sprawach, jak suwerenność czy interes narodowy. To
      przecież nie kto inny jak postkomunistyczny prezydent A. Kwaśniewski popisał
      się dość szczególnym wystąpieniem na konferencji prasowej podczas spotkania
      prezydentów Europy Środkowej w Słowenii: "Ja wczoraj powiedziałem trochę
      żartem, ale tym chcę zakończyć odpowiedź na Pani pytanie, bo często jest
      właśnie taka wątpliwość ze strony ludzi przyjeżdżających z Zachodu: to wy
      walczyliście o swoją suwerenność, a teraz chcecie oddawać część tej
      suwerenności biurokratom z Brukseli? Ja na to odpowiadam, że w tych krajach, w
      których przez blisko 30 lat byliśmy niesuwerenni, i to nie z własnej woli, i
      musieliśmy słuchać decyzji, które płynęły z Moskwy czy gdzieś tam z okolic,
      rezygnacja z części suwerenności na rzecz Brukseli nie jest wydarzeniem bardzo
      dramatycznym. To się da wytrzymać w naszym przekonaniu" (cyt. za: "Życie" z 10
      czerwca 1997 r.). Trudno chyba zaprzeczyć słuszności uwag komentującego te
      słowa Piotra Skwiecińskiego: "Prezydent dał wyraz mentalności satelickiej,
      będącej immanentną cechą formacji PZPR-owskiej" ("Życie" z 9 czerwca 1997 r.).
      Szokuje wprost stopień bezkrytycznego poparcia ze strony postkomunistów dla
      naszego podporządkowania Unii Europejskiej w sytuacji, gdy widzi się, do
      jakiego stopnia jesteśmy wystawiani do wiatru i lekceważeni przez brukselskich
      biurokratów. Jakże charakterystyczny pod tym względem jest ton pokornego wasala
      UE, wyrażany w tekstach ostatniego upadłego komunistycznego premiera PRL-u
      Mieczysława F. Rakowskiego publikowanych w postkomunistycznej "Trybunie".
      Według Rakowskiego winę za wszystkie problemy w stosunkach z Unią Europejską
      ponosi wyłącznie "polska namolność" (!) (por. np. tekst Rakowskiego pt. "Polska
      namolność", drukowany w "Trybunie" z 12-13 maja 2001 r.). Zawsze skory do
      krytykowania za wszystko Polaków, także i w majowym tekście Rakowski winę za
      wszystkie trudności w negocjacjach z UE próbował zrzucić na "namolnych
      Polaków". Bo oni wciąż jakoby zachowują się jak "uciążliwi petenci" wobec Unii
      i wciąż mają jakieś pretensje do zachodnich partnerów. Czytając w "Trybunie"
      tego typu wasalno-serwilistyczne teksty, myśli się z przerażeniem - co będzie,
      jeśli SLD-owcom uda się zdobyć pełnię władzy w Polsce i to oni będą prowadzić
      negocjacje z Unią Europejską? Przy ich tak wielkiej niefrasobliwości, braku
      zainteresowania narodowymi polskimi interesami i tak zachłannym głodzie
      uwiarygodniających pochwał ze strony "socjałów" z Zachodu.
      Szczególnie tendencyjną i jednostronną propagandystką UE jest jedna z czołowych
      negocjatorek z Unią wiceminister ds. europejskich Danuta Huebner. Dziś nader
      ściśle związana z SLD-owskim establishmentem, niegdyś przez wiele lat była
      członkinią PZPR. Odeszła dopiero w 1987 r. Niedawno wspominała: "(...) oddałam
      legitymację, dołączając przewrotnie, jak mi się wtedy wydawało, uzasadnienie,
      że wszystko w partii idzie w dobrym kierunku i moja skromna osoba nie jest
      potrzebna" (por. wywiad T. Torańskiej z D. Huebner "Jestem niczyja", dodatek
      do "Gazety Wyborczej" - "Wysokie obcasy" z 8 czerwca 2002 r.). W swych atakach
      na krytyków UE Huebner bez żenady sięga do różnych insynuacji. Na przykład w
      wywiadzie z 8 czerwca 2002 r. powiedziała: "(...) Jestem jedną z niewielu tutaj
      osób, które nie boją się referendum. Po prostu nie wierzę, by Polacy mogli się
      dać ogłupić paru facetom, którzy w niewejściu Polski do Unii widzą własny
      interes (...)" (tamże).
      Kompromitująco wręcz zabrzmiało stwierdzenie minister D. Huebner w wywiadzie
      dla "Życia" z 14 maja 2002 r.: "Tymczasem polski interes narodowy jest trudny
      do zdefiniowania (...)". Otóż polski interes narodowy jest bardzo łatwy do
      zdefiniowania, podobnie jak interesy każdego innego narodu. Jakoś dziwne to
      jest, że prości robotnicy polscy, np. pracownicy z zakładów zbrojeniówki, w
      programie Elżbiety Jaworowicz pokazywali, że doskonale rozumieją, co to jest
      polski interes narodowy. Tak trudny do pojęcia dla pani minister Huebner!
      Danuta Huebner w maju 2002 r. z werwą akcentowała: "(...) Wszyscy mają
      świadomość, że byłoby to wbrew wszelkiej logice, gdyby państwa wchodzące do
      Unii po to, by przyspieszyć swój rozwój, były na początku płatnikami netto. Na
      początku powinniśmy być największym beneficjantem (...)" (cyt. za: "W interesie
      Unii leży, żeby wejście Polski ją wzmocniło". Rozmowa Ł. Warzechy z D.
      Huebner, "Życie" z 14 maja 2000 r.). Przecież zacytowane wyżej słowa Huebner to
      jaskrawy przykład gołosłownych pobożnych życzeń niepodpartych dowodami. Dużo
      bogatsza od Polski Hiszpania miała o wiele lepszych od Polski negocjatorów,
      dobrze rozumiejących - w przeciwieństwie do Huebner - na czym polegają ich
      interesy narodowe. Mimo to przegrali w zderzeniu z negocjatorami cwaniakami z
      Brukseli. Hiszpania przez pierwsze lata była płatnikiem netto, sporo dopłacała
      do UE. Co się więc stanie z Polską przy takich negocjatorach specjalistach od
      pustosłowia jak D. Huebner?
      Groteskowo wręcz brzmi inne stwierdzenie p. Huebner, godne naiwnej
      pierwszoklasistki: "(...) Jaki Unia miałaby interes w tym, żeby Polska
      przystąpiła na złych warunkach? Przecież w interesie Unii leży, żeby wejście
      Polski ją wzmocniło, żebyśmy razem byli silniejsi (...)" (cyt. za: "W interesie
      Unii leży, żeby wejście Polski ją wzmocniło". Rozmowa Ł. Warzechy z D.
      Huebner, "Życie" z 14 maja 2002 r.).
      Huebner, polska minister ds. europejskich, z uporem udaje greka. Udaje, że nie
      wie, iż w Unii Europejskiej od dawna dominują prawa silniejszych, wilcze
      obyczaje, rozpychanie się kosztem słabszych partnerów.
      Fatalne skutki przynosi niefrasobliwość polskich prominentów odpowiedzialnych
      za stosunki z UE w odniesieniu do gospodarczych problemów w tych stosunkach, by
      przytoczyć tu jakże wymowny przykład bagatelizowania problemów gospodarczych w
      stosunkach z UE, zademonstrowany przez minister Huebner. W wywiadzie z początku
      czerwca 2002 r. Huebner zaakcentowała: "(...) Myślimy o Unii zbyt często w
      kategoriach
      • Gość: +++IGNORANT Re: O ue bez mitów. IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 04.12.02, 02:35
        Fatalne skutki przynosi niefrasobliwość polskich prominentów odpowiedzialnych
        za stosunki z UE w odniesieniu do gospodarczych problemów w tych stosunkach, by
        przytoczyć tu jakże wymowny przykład bagatelizowania problemów gospodarczych w
        stosunkach z UE, zademonstrowany przez minister Huebner. W wywiadzie z początku
        czerwca 2002 r. Huebner zaakcentowała: "(...) Myślimy o Unii zbyt często w
        kategoriach: 'Czy dostaniemy 25 czy 35 proc. dopłat bezpośrednich'. 'A jeśli
        nie dostaniemy tyle, ile chcemy, to nie wchodzimy' - tak mówią niektórzy
        politycy. Tymczasem problem nie ma aż takiego znaczenia, jakie mu się
        przypisuje: okresy przejściowe się skończą, rolnictwo zostanie
        zrestrukturyzowane, zmieni się zresztą zapewne polityka rolna UE (...).
        Koncentrujemy się na regulacjach technicznych, na sporze o okresy przejściowe,
        a te sprawy Europejczyków dzielą, a nie łączą. Nie ma także i w mediach
        dyskusji o wizji przyszłej Europy. Trzeba wrócić do wielkich słów. Liczą się
        idee, wedle których będziemy żyć w Unii w przyszłości (...)" (por. "Trzeba
        wrócić do wielkich słów", zapis spotkania minister ds. europejskich Danuty
        Huebner z biskupem Tadeuszem Pieronkiem i redakcją "TP", "Tygodnik Powszechny"
        z 9 czerwca 2002 r.). Trudno wprost sobie wyobrazić, jak szkodliwe skutki dla
        Polski przynosi tak wyrażane lekceważenie potrzeby odpowiedniego targowania się
        o zabezpieczenie koniecznych okresów przejściowych. Przez takie osoby jak
        minister Huebner aż nazbyt często rezygnuje się z bronienia spraw kluczowych
        dla gospodarki Polski, kapituluje...
        A przecież nawet niektórzy uczciwi wpływowi cudzoziemcy ostrzegali Polaków
        przed lekkomyślnym zaniechaniem troski o wynegocjowanie odpowiednich okresów
        ochronnych dla najbardziej potencjalnie zagrożonych unijną konkurencją obszarów
        gospodarki. Na przykład ambasador Portugalii w Polsce Manuel Barreiros
        ostrzegał już w 1997 r.: "(...) Polska musi pamiętać o tym, by wynegocjować jak
        najdłuższe okresy ochronne dla tych dziedzin gospodarki, które wymagają jeszcze
        restrukturyzacji, zwłaszcza jeśli chodzi o rolnictwo. Polska nie może popełnić
        błędów, które zrobiliśmy my - podkreślił. Portugalczycy zbyt naiwnie uwierzyli,
        że restrukturyzacja będzie łatwiejsza po uzyskaniu członkostwa w ówczesnej
        Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej (...)" (cyt. za: D. Walewska "Wielkie
        przyspieszenie", "Rzeczpospolita" z 18-20 lipca 1997 r.).
        Stanowczo ostrzegał Polaków przed zbytnim optymizmem związanym z przyszłym
        członkostwem w Unii Marge d'affaines Hiszpanii w Polsce w 1997 r. Emilio Perez
        de Agrede Saenz. W rozmowie z redaktorką "Rzeczpospolitej" Saenz
        powiedział: "(...) Będą się co jakiś czas pojawiać trudności, czasami nawet
        gwałtowne kłótnie. Przypomniał, że różnice zdań pomiędzy rolnikami francuskimi
        i hiszpańskimi oraz rybakami z obydwóch krajów kończyły się wielokrotnie
        gwałtownymi protestami, wzajemnym niszczeniem towarów. Kłócimy się czasami
        również z Włochami (...)" (tamże).

        Jednym ze znaczących powodów przejścia dotychczasowych europanegirycznych
        mediów do dużo bardziej stonowanego relacjonowania stosunków Polski z UE jest
        obawa przed groźbą przyszłej całkowitej utraty wiarygodności wśród czytelników.
        Po tylekroć zapowiadali czekające Polaków po wejściu do Unii złote góry, a
        nagle może okazać się, że wpadniemy w głębokie koleiny. Stąd zmiana tonu
        widoczna nawet w "Gazecie Wyborczej". Jej czołowy publicysta gospodarczy Witold
        Gadomski w maju 2002 roku nagle zaskoczył czytelników dużym eurorealistycznym
        tekstem, chłodno analizującym perspektywy Polski po wejściu do UE, bez
        wykluczenia najgorszego... Jak pisał Gadomski: "W skrajnym przypadku może się
        okazać, że w pierwszych latach naszego członkostwa w Unii kłopoty przeważą nad
        korzyściami, zamiast stabilności powstaną napięcia, wzrośnie bezrobocie, a
        tempo wzrostu gospodarczego będzie niższe niż przeciętne w Europie. To znaczy
        bardzo niskie. Spełnią się zatem dzisiejsze prognozy eurofobów ze wszystkimi
        tego konsekwencjami politycznymi. To jest scenariusz ostrzegawczy, a najlepszym
        sposobem na to, by się spełnił jest prowadzenie przez rząd biernej polityki i
        liczenie na to, że sukces musi przyjść tak czy inaczej. Nie musi" [podkr. -
        J.R.N.] (W. Gadomski: "Skok do krainy szczęśliwości", "Gazeta Wyborcza" z 20
        maja 2002 r.).
        Realistyczne tony pojawiły się również na łamach innej poprzednio skrajnej euro-
        entuzjastycznej codziennej gazety "Życie". W maju 2002 r. wydrukowano tam dość
        szokujący artykuł liberała z Centrum im. Adama Smitha, Marka Kaduczaka,
        sugerujący już w tytule nieuczciwe zamiary Unii Europejskiej wobec Polski. W
        tekście zatytułowanym: "Czy Unia Europejska zwodzi Polskę?" Kaduczak
        pisał: "Polityczna poprawność nie pozwala powiedzieć tego głośno, ale widać
        coraz wyraźniej, że znaczna część Unii poszerzenia nie chce". Kaduczak
        tłumaczył to głównie tym, że najważniejszą korzyścią dla UE z naszego
        przystąpienia do niej miało być "uzyskanie dostępu do dużego i atrakcyjnego
        rynku zbytu". Sęk w tym, że - jak pisze Kaduczak - "dostęp do naszego rynku już
        został dla Unii otwarty w ramach umów stowarzyszeniowych. I jest on w praktyce
        szerszy niż dostęp Polski do rynku unijnego, m.in. ze względu na wspólnotową
        politykę dotowania eksportu i wyśrubowane (czasem celowo) normy jakościowe".
        Ekspert-liberał potwierdził w ten sposób to, co mówił już kilka lat temu Jerzy
        Kropiwnicki, jeden z najbardziej realistycznych ministrów w rządzie Buzka.
        Twierdził on, że Polska niepotrzebnie skrajnie otwarła się na produkty UE,
        oddając UE wszystko, co najcenniejsze. W tej sytuacji UE, zdaniem Kaduczaka,
        nie spieszy się z przyjęciem Polski i specjalnie dyktuje jej odstraszające,
        niekorzystne warunki. Jak pisze ekspert-liberał: "(...) toczona jest gra na
        zwłokę. Negocjacje są przeciągane, Polsce zarzuca się nieprzygotowanie i brak
        gotowości do kompromisu, stawia wygórowane warunki i żądania (nieporównywalnie
        cięższe, iż te stawiane Grecji, Hiszpanii i Portugalii przed ich przyjęciem)".
        Według Kaduczaka: "dopłaty w Polsce czterokrotnie niższe niż na 'Zachodzie'
        gwałciłyby podstawową zasadę Unii - równą konkurencję - i mogłyby doprowadzić
        do bankructwa polskiej wsi. Wytwarzanie tych samych produktów w tej samej cenie
        byłoby przecież opłacalne dla 'zachodnich' rolników, a nieopłacalne dla
        polskich".
        Kaduczak pisał, że: "Taka sytuacja jest na rękę licznym politykom europejskim
        cicho sprzeciwiającym się poszerzeniu: jeżeli warunki przyjęcia do Unii okażą
        się niekorzystne dla wielkich grup społecznych w Polsce, to akces może zostać u
        nas odrzucony w referendum. Unia mogłaby wtedy twierdzić, że zaprosiła Polskę i
        była gotowa, ale skoro sami Polacy nie chcą przystąpienia, to trzeba uszanować
        ich wolę - oto idealne rozwiązanie". Kaduczak wyjaśniał też, dlaczego na tym
        tle polska klasa polityczna jednak tak spieszy się z wejściem do UE, nawet na
        bardzo niekorzystnych warunkach, pisząc: "Tysiące bardzo dobrze płatnych posad
        w Brukseli też nie są tu bez znaczenia" [podkr. - J.R.N.].
        Czołowy publicysta gospodarczy "Gazety Wyborczej" Witold Gadomski w rzadkim jak
        na gazetę Michnika trzeźwiejszym tekście o stosunkach z UE ostrzegał, że nawet
        po wejściu do Unii nie ma pewności przyspieszenia wzrostu gospodarczego, można
        nawet relatywnie stracić i cofnąć się "w poziomie bogactwa mierzonym średnią
        europejską", tak jak stało się z Grecją. Jak pisał Gadomski: "Ile 'konfitur' z
        Unii otrzyma Polska w najbliższych latach? To będzie zależeć od umiejętności
        polskich negocjatorów, ale przede wszystkim od sprawności instytucji
        państwowych, które powinny przedstawiać pomysły na wykorzystanie środków
        pomocowych oraz od zdolności budżetu państwa (i budżetów samorządowych) do
        współfinansowania projektów" (W. Gadomski: "Skok do krainy
        szczęśliwości", "Gazeta Wyborcza" z 20 maja 2002 r.). Jeśli poważnie
        potraktujemy zależność nakreśloną prz
        • Gość: +++IGNORANT Re: O ue bez mitów. IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 04.12.02, 02:38
          Czołowy publicysta gospodarczy "Gazety Wyborczej" Witold Gadomski w rzadkim jak
          na gazetę Michnika trzeźwiejszym tekście o stosunkach z UE ostrzegał, że nawet
          po wejściu do Unii nie ma pewności przyspieszenia wzrostu gospodarczego, można
          nawet relatywnie stracić i cofnąć się "w poziomie bogactwa mierzonym średnią
          europejską", tak jak stało się z Grecją. Jak pisał Gadomski: "Ile 'konfitur' z
          Unii otrzyma Polska w najbliższych latach? To będzie zależeć od umiejętności
          polskich negocjatorów, ale przede wszystkim od sprawności instytucji
          państwowych, które powinny przedstawiać pomysły na wykorzystanie środków
          pomocowych oraz od zdolności budżetu państwa (i budżetów samorządowych) do
          współfinansowania projektów" (W. Gadomski: "Skok do krainy
          szczęśliwości", "Gazeta Wyborcza" z 20 maja 2002 r.). Jeśli poważnie
          potraktujemy zależność nakreśloną przez Gadomskiego, to niestety można Polsce w
          UE wróżyć wszystko, co najgorsze. Nasi negocjatorzy wykazywali i wykazują
          chroniczny brak kompetencji, a przede wszystkim umiejętności twardego i
          uargumentowanego bicia się o niezbędne cele, zgodnie z interesami narodowymi.
          Tych ostatnich najczęściej w ogóle, tak jak D. Huebner, nawet nie rozumieją.
          Sprawność instytucji państwowych dziś jest, łagodnie mówiąc, żałosna.
          Administracja bywa tak korupcjogenna, że niektórzy obserwatorzy zagraniczni
          (tak jak Klaus Bachmann) dawno już wyrażali wątpliwości, jak sobie poradzimy z
          tego typu administracją w UE. Można przypuszczać za to z całym uzasadnieniem,
          że pracownicy tej administracji będą aż nadto usłużni wobec swych "wielkich
          braci" z biurokracji unijnej, chcąc się do niej też załapać w przyszłości, a
          przy okazji już wcześniej coś urwać dla siebie z pomocą niestroniących
          od "eurokantów" eurobiurokratów.
          Jeszcze nie jesteśmy w Unii, a już spotykamy się z tak skrajnymi przejawami
          protegowania obcych podmiotów gospodarczych, jak sławetna decyzja ministra
          finansów w sprawie nałożenia 22-procentowego VAT-u tylko na polskich
          projektantów budowlanych.

          W czerwcu tego roku niespodziewanie pojawiły się bardzo ostre tony krytyczne
          wobec Unii Europejskiej na łamach postkomunistycznej "Trybuny", związanej z SLD-
          owskim rządem L. Millera. Rząd ten, jak wiadomo, pędzi ku UE za wszelką cenę,
          gotów godzić się z najbardziej nawet krzywdzącymi dla Polaków warunkami. A tu
          nagle "Trybuna" pisze piórem Mieczysława Wodzickiego w tekście "Polandia" (nr z
          5 czerwca 2002 r.): "Jest już w kraju raport Komisji Europejskiej [faktycznego
          rządu UE - J.R.N.] o inwestowaniu w Polsce przez kapitał zagraniczny (...).
          Dziwny to raport. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jego autorzy traktują nasz
          kraj jak terytorium Buszmenów [podkr. - J.R.N.]. Raport wywołały donosy
          konsorcjum Eureko do Komisji, że polski rząd 'krzywdzi inwestorów
          zagranicznych'. Krzywdzenie miało m.in. polegać na tym, że skarb państwa nie
          chce za absurdalnie śmieszną cenę oddać duńsko-portugalsko-brytyjsko itd.
          firmie najbogatszej spółki w kraju". Kilka dni później - 10 czerwca
          w "Trybunie" ukazał się kolejny bardzo krytyczny wobec UE tekst pióra Wojciecha
          Kubickiego "Unia bez wad? Diagnozy-prognozy". Redaktor Kubicki, nawiązując do
          różnych "gorzkich doświadczeń w stosunkach polsko-unijnych", stwierdził
          m.in.: "Coraz częściej okazywało się, że kraje europejskiej wspólnoty w
          pojedynkę i razem traktują nas jak półkolonię, wyprowadzając stąd coraz więcej
          pieniędzy w postaci zysków (transferowanych często nielegalnie), a coraz mniej
          inwestując, oszukując na podatkach z działalności swoich firm w Polsce,
          przejmując za psie pieniądze często znakomite przedsiębiorstwa, a wraz z nimi
          rynki zbytu, a zwłaszcza banki itd. [podkr. - J.R.N.]. Zdumienie, a potem złość
          zaczęła budzić buta i mentorski ton brukselskich urzędników, coraz częściej
          tupiących na nasz rząd, przysyłających tu z reprymendą jakieś eurodamy lub
          listy z napomnieniami i słabo zawoalowanymi pogróżkami np. niedawne w imieniu
          niewymienianego z nazwy konsorcjum Eureko - mizernej firmy powołanej do życia
          zdaje się tylko po to, żeby (...) żeby opanować ponad dwie trzecie rynku
          ubezpieczeniowego w Polsce".
          Kubicki przypomniał również: "To przecież u krajów Unii eksportowano niosące
          BSE pasze z mączkami mięsno-kostnymi, to Unia wypchnęła naszą żywność z rynku
          rosyjskiego, to właśnie pod parasolem legendarnych 'unijnych standardów' karmi
          się kury i inny inwentarz ziarnem skażonym rakotwórczym i od 14 lat zakazanym
          nitrofenem itd., itp. A Polsce wytyka się, że np. w jakiejś mleczarni korytarz
          był słabo zamieciony, więc trzeba w ogóle obniżyć produkcję mleka i do tych
          zaniżonych ilości dopasować ewentualne przyszłe unijne limity (...) nadal nic
          się nie mówi o wadach Unii. Powtarzanie ciągle tych samych zalet przystąpienia
          do brukselskiego towarzystwa, bez prezentacji wad i strat - budzi nieufność i
          pojawiający się coraz częściej wstręt. (...) Wmawianie nam, że w gruncie rzeczy
          przystąpienie do Unii nie ma żadnej alternatywy może wywołać psychologicznie
          zrozumiały, nawet irracjonalny sprzeciw. A starszym przypomina pewne referendum
          z 30 czerwca 1946 r. znane jako '3 x TAK'".
          W kontekście ocen W. Kubickiego na temat stosowanego przez niektóre firmy
          zachodnie oszukiwania na podatkach z tytułu swej działalności w Polsce warto
          zwrócić szczególną uwagę na ustalenia raportu NIK-u na temat finansowych i
          prawnych aspektów funkcjonowania zachodnich hipermarketów w okresie od stycznia
          1998 do czerwca 2001 r. Według tego raportu - jak pisano na łamach "Przeglądu"
          z 13 maja 2002 roku: "tylko dwie z dziesięciu wielkich sieci handlowych
          działających w Polsce miały w 2000 r. nieznaczny zysk. W jednym przypadku było
          to 0,1 proc. brutto, w drugim - 2,6 proc. Pozostałe wykazały straty od 1,1
          proc. do 9,9 proc. obrotu. Hipermarkety te nie wpłaciły więc do budżetu ani
          grosza z tytułu podatku dochodowego (...)". Autor "Przeglądu" podawał w
          wątpliwość dziwny "masochizm" zagranicznych inwestorów w ich dążeniu przy tak
          złej jakoby dochodowości w Polsce do dalszego rozszerzania swych placówek w
          naszym kraju, a więc do "coraz większego rujnowania swych finansów".
          W "Przeglądzie" wskazano również na zastrzeżenia NIK-u z powodu nagminnego
          naruszania prawa przy wydawaniu zagranicznym hipermarketom zezwoleń na budowę
          tych obiektów, dowodzące groźby występowania "zjawisk korupcyjnych". Bardzo
          często zezwolenia były wydawane kosztem własnych samorządowych planów
          zagospodarowania przestrzennego, co prowadziło "do powstawania zatorów w ruchu
          drogowym lub zlikwidowania stref ekologicznych (chociażby na warszawskim
          Bemowie)". Co więcej: "Władze gminne nie egzekwowały przy tym zobowiązań
          zagranicznych inwestorów do modernizacji i poszerzenia dróg dojazdowych" (por.
          M. Ikonowocz "NIK o supermarketach", "Przegląd" z 13 maja 2002 r.).
          Autor "Przeglądu" wspomniał również: "(...) Od czasu, gdy opisaliśmy parę lat
          temu, jak kierownik Niemiec kazał kasjerkom w warszawskim Hicie kupić pampersy
          i zabronił im wychodzić do toalety, w większości hipermarketów traktowanie
          personelu właściwie nie zmieniło się na lepsze, co wykazują ostatnie kontrole
          Państwowej Inspekcji Pracy. (...)" (tamże).

          Coraz bardziej widoczna w ostatnim półroczu polityka bezwzględnego dyktatu Unii
          Europejskiej wobec krajów kandydujących zaczęła budzić zaniepokojenie nawet w
          kręgach kierowniczych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. SLD-owscy politycy zaczęli
          się obawiać, że ciągłe kapitulacje wobec nacisków Unii przyniosą całkowite
          skompromitowanie rządu Millera i dalszy lawinowy spadek już i tak gasnącego
          poparcia dla SLD. W tej sytuacji zaczęło dochodzić w SLD do zaskakujących
          stwierdzeń - na użytek publiczny. Tak kapitulancki dotąd wobec UE minister
          spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz nagle przyznał, że UE szantażuje
          Polskę, i akcentował: "Powtarzam europejskim partnerom - to nie może być tak,
          że jedna strona ogra dr
          • Gość: +++IGNORANT Re: O ue bez mitów. IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 04.12.02, 02:40
            Coraz bardziej widoczna w ostatnim półroczu polityka bezwzględnego dyktatu Unii
            Europejskiej wobec krajów kandydujących zaczęła budzić zaniepokojenie nawet w
            kręgach kierowniczych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. SLD-owscy politycy zaczęli
            się obawiać, że ciągłe kapitulacje wobec nacisków Unii przyniosą całkowite
            skompromitowanie rządu Millera i dalszy lawinowy spadek już i tak gasnącego
            poparcia dla SLD. W tej sytuacji zaczęło dochodzić w SLD do zaskakujących
            stwierdzeń - na użytek publiczny. Tak kapitulancki dotąd wobec UE minister
            spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz nagle przyznał, że UE szantażuje
            Polskę, i akcentował: "Powtarzam europejskim partnerom - to nie może być tak,
            że jedna strona ogra drugą" (cyt. za "Pociąg do Unii", "Gazeta Wyborcza" z 28
            czerwca 2002 r.). Cimoszewiczowi chodziło o to, że Unia Europejska coraz
            wyraźniej chce nam podyktować swoje ostateczne warunki dosłownie w ostatniej
            chwili, tak, że nie będzie czasu na żadne negocjacje. Zostaniemy dosłownie
            przyparci do muru. Albo przyjmiemy dyktowane pozycje, albo je odrzucimy.
            Także SLD-owski marszałek Sejmu Marek Borowski uznał, że może nie dojść do
            końca grudnia 2002 r. do zakończenia rokowań członkowskich z UE. A stanie się
            tak nie z polskiej winy. Jak powiedział Borowski: "(...) Jeżeli pewne
            podstawowe zasady w tych negocjacjach nie będą przestrzegane i na stole w
            grudniu zostanie położona propozycja, która będzie miała charakter dyktatu, to
            znajdziemy się w bardzo trudnej sytuacji zmuszającej nas w zasadzie do
            powiedzenia 'nie'. (...)" (wg "Gazety Wyborczej" z 2 lipca 2002 r.).

            Dyktat Unii Europejskiej staje się coraz bardziej nachalny i coraz bardziej
            oburzający. Jego wyrazem były szantażujące Polskę pogróżki ministra spraw
            zagranicznych Danii, która objęła przewodnictwo nad Unią Europejską na tak
            ważny okres negocjacji z państwami kandydującymi do UE w drugiej połowie 2000
            roku. Nie mógł ukryć swego oburzenia tym dyktatem nawet redaktor Zygmunt
            Słomkowski z postkomunistycznej "Trybuny", związanej z tak długo prezentującym
            UE w różowych barwach rządem Millera. W publikowanym 2 lipca 2002 roku
            tekście "Groźny cień Mamony" Słomkowski pisał m.in.: "(...) Być może nie będzie
            żadnego porozumienia - uważa minister spraw zagranicznych Danii, Per Stig
            Moeller. - Dania wymachuje wielkim kijem nad głowami nowych członków, zwłaszcza
            Polski - skomentował londyński dziennik 'Financial Times'. (...) Nie
            oczekiwaliśmy, że pójdzie łatwo. Ale też nie przypuszczaliśmy, że nasi
            partnerzy pokażą rogi, jak to uczynił min. Moeller, nie będący przecież w
            osamotnieniu, bowiem ma innych rogatych kolegów. Mówią przecież otwartym
            tekstem: albo zgodzicie się na nasze warunki, albo wasze członkostwo odwlecze
            się na długie lata. To jest właśnie szantaż, o którym wspomniał min.
            Cimoszewicz. (...) Grozi więc sytuacja, w której będziemy przyparci do muru aż
            do utraty oddechu.
            Czy o to chodzi unijnym partnerom? Niestety - przynajmniej dziś - wszystko o
            tym świadczy, gdyż najzacniejsi politycy unijni, którzy mają usta pełne
            pięknych słów o solidarności, jedności i wspólnej Europie, mówią tylko o
            pieniądzach. Naturalnie, nikt nie neguje tej troski. Tyle, że to, co stanowi
            istotę poszerzenia UE, a więc jej znaczenie polityczne, zmieniające bieg
            historii oraz długofalowe korzyści także dla obecnej Piętnastki i całego
            kontynentu, zanika w cieniu mamony.
            Nam się nieustannie wkłada do głowy, że członkostwo w UE to dobrodziejstwo,
            którego owoce mogą dojrzeć później. Natomiast autorzy tych słów rozmawiają ze
            swymi wyborcami zupełnie innym językiem, posługując się terminologią księgowego
            w czarnych zarękawkach. Tego nad Wisłą, Odrą i Bugiem po prostu nie jesteśmy w
            stanie zrozumieć. Przez ponad dziesięć lat otrzymywaliśmy ze stolicy Unii
            lekcje unijnej solidarności, wzajemnego wsparcia, poszanowania racji partnerów.
            Uczniowie okazali się pojętni i przyjęli te lekcje za dobrą monetę. Teraz można
            odnieść wrażenie, że niektórzy nauczyciele zapomnieli o tym, czego sami uczyli.
            I kto tu jest Europejczykiem?".
            Wyrazem postępującego trzeźwienia części polityków SLD, a głównie ich obaw
            przed całkowitą kompromitacją w społeczeństwie był drukowany 3 listopada 2002
            r. we "Wprost" tekst byłego SLD-owskiego premiera Józefa Oleksego na temat UE.
            Jeszcze parę miesięcy wcześniej w Linii Specjalnej w telewizji Oleksy bardzo
            optymistycznie perorował na temat przyszłych efektów negocjacji z Unią.
            Gorączkowo zapewniał na przykład telewidzów, że Polska na pewno nie będzie
            musiała od razu płacić do kasy UE całej tak katastrofalnie wysokiej rocznej
            składki członkowskiej (2,5 miliarda euro), że Unia pójdzie nam na pewno na rękę
            w tej sprawie.
            Niektórzy co gorliwsi europropagandyści zapewniali Polaków o tym, że Unia
            bardzo znacząco obniży nam w pierwszym roku po wejściu stawkę - nawet do 10
            proc. pierwotnie wyznaczonej sumy. Mrzonki te szybko prysły jak bańka mydlana.
            Zaledwie tydzień po wspomnianych uspokajających twierdzeniach Oleksego w Linii
            Specjalnej przyjechała do Polski unijna komisarz Schreyer i stanowczo odrzuciła
            wszelkie zapewnienia o możliwości obniżki wysokości polskiej składki. "Pełna
            składka, panowie Polacy" - to był jednoznaczny sens jej pouczeń.
            Po tej nauczce Oleksy zaczął uderzać w bardziej realistyczne tony. W tekście na
            łamach "Wprost" z 3 listopada przyznał, że ciągle nie do końca została usunięta
            groźba, że będziemy "płatnikiem netto", czyli będziemy dopłacać do o tyle
            bogatszych od nas krajów Unii. Jak pisał Oleksy: "(...) gdyby nie stanowcze
            podjęcie tego tematu przez kraje kandydujące groziło nam, że moglibyśmy się
            stać w Unii 'płatnikiem netto'. Oczywistość postulatu krajów kandydujących
            skłoniła Komisję Europejską do stosownych oświadczeń, ale pierwsze wyliczenia,
            jak obietnice mają być spełnione, nadal nie napawają entuzjazmem. Dziś już
            niektórzy mówią, że 'zerowe zbilansowanie' mogłoby być wystarczające. Jeśli
            dodać propozycję udziału Polski w spłacie 'rabatu brytyjskiego', to potwierdza
            się przypuszczenie, że rozpoczęła się finalna gra o pieniądze, w której
            silniejsza strona unijna jest gotowa w minimalnym stopniu korygować swoje
            wyjściowe propozycje" (por. J. Oleksy: "Przez Kopenhagę do Brukseli. Czy Unia
            Europejska przedstawi ofertę z rodzaju last minute", "Wprost" z 3 listopada
            2002 r.).
            Oleksy dodawał też coś, przed czym dawno ostrzegali niektórzy polscy prawicowi
            politycy i uczciwi zachodni komentatorzy negocjacji z UE, typu Carla
            Beddermanna: "Wątpliwość budzi też dzisiaj taktyka pozostawiania
            najtrudniejszych kwestii na koniec negocjacji przy sztywnym kalendarzu. Mam
            wrażenie, że wchodzimy w pewną pułapkę czasową - może nam zostać przedstawiona
            oferta 'last minute', która na szczycie w Kopenhadze postawiłaby nas w bardzo
            nieprzyjemnej sytuacji: albo zagryzamy wargi i wchodzimy do Unii na gorszych
            warunkach niż oczekiwaliśmy, albo decydujemy się na dalsze negocjacje i
            opóźniamy rozszerzenie. Nie chcę, by został zrealizowany taki scenariusz. Nie
            chcę, by Unia była głucha (...)".
            Oleksy ostrzegał unijnych polityków przed złym wrażeniem, "które powstałoby,
            jeśli po stronie unijnej miałyby się pojawić nieustępliwość, upór i niemożność
            zrozumienia, ile trudów i kosztów związanych z dostosowaniem się jesteśmy w
            stanie ponieść, by dołączyć do wspólnoty. (...) oczekujemy elastyczności i
            dalekowzrocznej wyobraźni. Po obu stronach!".
            Znamienny był również zawarty w tekście Oleksego wielce spóźniony apel o powrót
            polskich polityków do realizmu w stosunku Unii Europejskiej (czytaj: skończenia
            z panegirycznym idealizowaniem jej celów wobec Polski). Apel Oleksego
            najbardziej może się przydać politykom z jego własnego, SLD-owskiego obozu
            politycznego: Millerowi czy Cimoszewiczowi, i SLD-owskim negocjatorom z UE.
            Oleksy ostrzegał, że wielu polskich polityków doszło do "nieuprawnionego
            przekonania o przewadze m
            • Gość: +++IGNORANT Re: O ue bez mitów. IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 04.12.02, 02:43

              Znamienny był również zawarty w tekście Oleksego wielce spóźniony apel o powrót
              polskich polityków do realizmu w stosunku Unii Europejskiej (czytaj: skończenia
              z panegirycznym idealizowaniem jej celów wobec Polski). Apel Oleksego
              najbardziej może się przydać politykom z jego własnego, SLD-owskiego obozu
              politycznego: Millerowi czy Cimoszewiczowi, i SLD-owskim negocjatorom z UE.
              Oleksy ostrzegał, że wielu polskich polityków doszło do "nieuprawnionego
              przekonania o przewadze motywacji moralno-historycznej nad kalkulacją
              interesów. Co więcej, u niektórych można było już dawno dostrzec, iż gotowi są
              uznawać pełną zbieżność polskich interesów z interesami reszty krajów Unii
              Europejskiej. Nazbyt powierzchownie docierała do wielu w Polsce teza Winstona
              Churchilla o kalkulowaniu własnych interesów zamiast poszukiwania bliżej
              nieokreślonych uczuć między państwami. Przy takim podejściu łatwo o
              rozczarowania".

              Na tle spóźnionego budzenia się niektórych SLD-owskich polityków typu Oleksego
              tym bardziej szokuje zawzięta panegiryczna eurośpiączka u niektórych
              pseudoautorytetów "warszawki" i "krakówka". U tych, co podpisali sławetny
              prounijny "Apel wawelski", a mają tak przemyślane poglądy na gospodarkę, jak
              poetka - noblistka Wisława Szymborska czy towarzysz jej prostalinowskich
              literackich zawodzeń fantasta Stanisław Lem, znalazł się ktoś, kto
              bezapelacyjnie przebił wszystkich sygnatariuszy "apelu wawelskiego" ilością
              pracowicie nagromadzonych prounijnych banialuk. Autorem tej szczególnej perełki
              pure nonsense stał się sławetny "kurier z Waszyngtonu" Jan Nowak-Jeziorański.
              Jego ostatnie zachęty do Unii, ich poziom i stopień oderwania od realiów
              sprawiają dość komiczne wrażenie. Jakby autor wrócił do Polski nie z
              amerykańskiej "oddali", lecz prosto z Księżyca czy z dalekich sfer kosmosu.

              Unia Europejska aż nazbyt wyraziście pokazała w stosunku do Polski, że
              zaakceptuje tylko nasze całkowite poddanie się stawianym przez nią warunkom.
              Nic dziwnego, że taka postawa UE wywołuje sprzeciwy nie tylko wśród najbardziej
              antyunijnej części prawicy typu Ligi Polskich Rodzin, ale również w kręgach
              centrystycznych polityków, nie chcących się pogodzić ze stawianiem Polski "pod
              ścianą" w toku negocjacji. Typowa pod tym względem była wypowiedź Lecha
              Kaczyńskiego w polemice z byłym głównym negocjatorem w rządzie J. Buzka - Janem
              Kułakowskim podczas okrągłego stołu w "Rzeczpospolitej" w czerwcu 2002 roku.
              Kaczyński stwierdził: "(...) Pan ambasador przyjmuje, że niezależnie od
              warunków wstąpienia do UE jest dla nas dobre. Ja uważam, iż Unia jest
              wartością, ale może zdarzyć się taka sytuacja, że niewchodzenie do niej będzie
              lepszym rozwiązaniem niż wejście [podkr. - J.R.N.]. Tak byłoby, gdyby Polsce
              groziło, że będzie - ze względu na utrudniony przepływ środków unijnych i
              ograniczenia w dostępie do rynku unijnego przez długie lata - miała gorsze
              warunki niż starzy członkowie Unii. (...)" (por. "Jaka Polska, jaka Unia, jaka
              Europa", "Rzeczpospolita" z 21 czerwca 2002 r.). Z podobnymi uwagami jeszcze
              bardziej stanowczo wystąpił w listopadzie 2002 r. inny lider PiS - Jarosław
              Kaczyński.
              Znamienna była nagła krytyczna wobec UE wolta jej dotychczas jednego z
              najbardziej gorliwych zwolenników na polskiej wsi, polityka PSL Jacka Soski,
              prezesa Wiejskiego Centrum Integracji Europejskiej, byłego wiceministra
              rolnictwa. Jak opisano w reportażu Tomasza Potkaja w "Tygodniku
              Powszechnym": "(...) Eurorealizm Jacka Soski został wystawiony na ciężką próbę,
              kiedy okazało się, że proponowane przez Brukselę dopłaty bezpośrednie do
              produkcji rolnej w Polsce będą o 3/4 niższe niż w krajach Unii. - Włosi do
              swojego karłowatego rolnictwa biorą z Unii lekką ręką 5 miliardów euro rocznie -
              wylicza Soska. - A my mamy się zgodzić na ochłapy?
              - Przelewki się skończyły - podkreśla Soska. - Polski rząd nie może zgodzić się
              na pozbawienie nawet kilku procent z całości dopłat bezpośrednich, należących
              się wszystkim rolnikom polskim w ramach Wspólnej Polityki Rolnej UE. Jeśli rząd
              polski ustąpi, to nie sposób określić tego inaczej niż zdrada narodowa. To jest
              być albo nie być każdego Polaka na następne pokolenia. (...) Idziemy na wojnę z
              Unią i jest mi przykro, że rząd tego nie widzi.
              Jacek Soska, sam właściciel gospodarstwa w Jeżówce pod Wolbromiem uważa, że bez
              unijnych dotacji polskie rolnictwo wytrzyma najwyżej 5 lat. (...)" (T.
              Potkaj: "Czekając na Unię", "Tygodnik Powszechny" z 17 lutego 2002 r.).
              Dyktat UE wobec Polski prowokuje opory nawet w części "postępowych" kręgów
              lewicowych. By przypomnieć w tym kontekście choćby stanowisko byłego przywódcy
              Unii Pracy Ryszarda Bugaja.
              W tekście publikowanym w marcu 2001 r. na łamach "Rzeczpospolitej" Bugaj
              zdecydowanie wypowiadał się przeciwko poddaniu się nawet najbardziej twardym
              warunkom ze strony Unii Europejskiej "w sposób bezalternatywny". Pisał: "(...)
              Klasa polityczna przekonała społeczeństwo, że odrzucenie naszych aspiracji [do
              UE - J.R.N.] będzie narodową klęską (...) bezustannie, namolnie pytamy naszych
              partnerów: kiedy. Oni monotonnie odpowiadają: jak będziecie gotowi i
              skrupulatnie unikają sprecyzowania, co konkretnie ta gotowość miałaby oznaczać
              (...). Kwestia terminu wstąpienia Polski do Unii nie powinna być bezwzględnym
              priorytetem. Przeciwnie, powinny nim być raczej pewne niezbywalne warunki
              wstąpienia. Polska powinna jasno mówić, że chce wstąpić do Unii, która
              pozostanie organizacją suwerennych państw narodowych. Powinniśmy przyjąć, że
              nie zaakceptujemy żadnych znaczących ograniczeń w dostępie do funduszy
              strukturalnych i do szeroko rozumianych subwencji rolnych. Nie wolno nam też
              zrezygnować z postulatu długiego okresu przejściowego, jeśli chodzi o zakup
              ziemi (...) Polska z aspiracji do członkostwa w Unii rezygnować nie może, ale
              to nie oznacza, że dla jego przyspieszenia powinniśmy zaakceptować każde
              warunki (...)" (R. Bugaj "Chcieć - nie musieć", "Rzeczpospolita" z 27 marca
              2001 r.).

              Panegiryczna propaganda prounijna w Polsce stara się przedstawiać wszelkie
              zastrzeżenia wobec UE jako wyraz zacofania i ciemniactwa, całkowicie
              przemilczając różnorodne ostre krytyki obecnego kształtu UE ze strony wielu
              światłych umysłów europejskich. Najbardziej znaczącym chyba krytykiem UE jest
              była premier Wielkiej Brytanii, słynna "żelazna dama", Margaret Thatcher.
              Margaret Thatcher korzysta dosłownie z każdej okazji, by przestrzec przed
              tworzeniem ogromnego ponadnarodowego organizmu, który w jej ocenie może się
              okazać strukturą równie nieefektywną i nieruchawą, jak w swoim czasie ZSRS.
              Z równie ostrymi krytykami pod adresem UE i porównywaniem jej do Związku
              Sowieckiego występuje jeden z najsłynniejszych niegdyś dysydentów i więźniów
              sowieckiego reżimu pisarz Władimir Bukowski, autor m.in. głośnej
              książki "Moskiewski proces". W wywiadzie dla "Najwyższego Czasu!" w maju 2002
              r. Bukowski powiedział m.in., że: "Unia Europejska i Związek Sowiecki to po
              prostu dwa wcielenia polityki prowadzonej przez lewicę. Paradoksalnie jestem
              nawet skłonny uważać, że Związek Sowiecki był konstrukcją bardziej logiczną,
              choć oczywiście dużo bardziej okrutną. Różnica między ZSRS a UE jest taka, jak
              pomiędzy bolszewikami a mieńszewikami (...)" (por. "Unii grozi bałkanizacja". Z
              W. Bukowskim, sławnym rosyjskim dysydentem i gościem specjalnym II Konferencji
              Eurosceptycznej, rozmawia T. Sommer, "Najwyższy Czas!" 18 maja 2002 r.).
              We wspomnianym wywiadzie Bukowski ostrzegał Polaków: "(...) Jestem
              przeciwnikiem integracji Polski z UE. Zamiast walczyć o pozycję pariasa Europy -
              a taką politykę prowadzą obecne polskie rządy - powinniście przynajmniej
              starać się stworzyć silne państwo. Zawsze trzeba pamiętać, że
              podporządkowywanie się komuś to służalczość, a nie polityka. A polityka to
              umiejętność stawiania i niezależnego realizowania własnych celów" (tamże).
              Do najgłośniejszych krytykó
              • Gość: +++IGNORANT Re: O ue bez mitów. IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 04.12.02, 02:49
                Panegiryczna propaganda prounijna w Polsce stara się przedstawiać wszelkie
                zastrzeżenia wobec UE jako wyraz zacofania i ciemniactwa, całkowicie
                przemilczając różnorodne ostre krytyki obecnego kształtu UE ze strony wielu
                światłych umysłów europejskich. Najbardziej znaczącym chyba krytykiem UE jest
                była premier Wielkiej Brytanii, słynna "żelazna dama", Margaret Thatcher.
                Margaret Thatcher korzysta dosłownie z każdej okazji, by przestrzec przed
                tworzeniem ogromnego ponadnarodowego organizmu, który w jej ocenie może się
                okazać strukturą równie nieefektywną i nieruchawą, jak w swoim czasie ZSRS.
                Z równie ostrymi krytykami pod adresem UE i porównywaniem jej do Związku
                Sowieckiego występuje jeden z najsłynniejszych niegdyś dysydentów i więźniów
                sowieckiego reżimu pisarz Władimir Bukowski, autor m.in. głośnej
                książki "Moskiewski proces". W wywiadzie dla "Najwyższego Czasu!" w maju 2002
                r. Bukowski powiedział m.in., że: "Unia Europejska i Związek Sowiecki to po
                prostu dwa wcielenia polityki prowadzonej przez lewicę. Paradoksalnie jestem
                nawet skłonny uważać, że Związek Sowiecki był konstrukcją bardziej logiczną,
                choć oczywiście dużo bardziej okrutną. Różnica między ZSRS a UE jest taka, jak
                pomiędzy bolszewikami a mieńszewikami (...)" (por. "Unii grozi bałkanizacja". Z
                W. Bukowskim, sławnym rosyjskim dysydentem i gościem specjalnym II Konferencji
                Eurosceptycznej, rozmawia T. Sommer, "Najwyższy Czas!" 18 maja 2002 r.).
                We wspomnianym wywiadzie Bukowski ostrzegał Polaków: "(...) Jestem
                przeciwnikiem integracji Polski z UE. Zamiast walczyć o pozycję pariasa Europy -
                a taką politykę prowadzą obecne polskie rządy - powinniście przynajmniej
                starać się stworzyć silne państwo. Zawsze trzeba pamiętać, że
                podporządkowywanie się komuś to służalczość, a nie polityka. A polityka to
                umiejętność stawiania i niezależnego realizowania własnych celów" (tamże).
                Do najgłośniejszych krytyków UE należy francuski senator z Wandei,
                przewodniczący Ruchu w Obronie Wartości Philip de Villiers. W głośnym
                tekście "Wobec wartości. Siedem powodów, aby powiedzieć 'nie' wobec Maastricht"
                de Villiers pisał m.in.: "Projekt Maastricht, przygotowany przez techników w
                Brukseli, stanowi prawdziwą zdradę ideałów europejskich. Mówiąc 'nie' wobec
                Maastricht, ocalimy Europę, Europę traktatu rzymskiego, Europę, która pragnie
                zjednoczyć ludy, chroniąc jednocześnie suwerenność poszczególnych narodów -
                Europę Ojczyzn (...). Mówimy 'nie' dla Maastricht, ponieważ chcemy zachować
                niezależność narodową i zorganizować prawdziwą demokratyczną kontrolę narodów
                nad Brukselą. Ponowne rozpatrzenie układów z Maastricht powinno ustawić Europę
                znów we właściwym miejscu (...). Nie pozwólmy się manipulować przez tych,
                którzy chcą ukryć szkodliwości socjalizmu za plecami ideału europejskiego.
                Powiedzmy 'nie' wobec Maastricht" (cyt. za "Niedzielą" z 10 listopada 1996 r.).
                Inny znany polityk francuski - Bernard Debré - deputowany z partii Chiraca, tak
                ostrzegał latem 1992 r. na łamach "Le Figaro": "Traktat z Maastricht urąga
                demokracji. Jaka będzie ta Europa rządzona przez technokratów nie pochodzących
                z wyboru, za to wszechmocnych, bez wyrazu? Czy to jest możliwe, iż w wyniku
                jednego referendum społeczeństwo raz na zawsze pozbędzie się swojej
                suwerenności na rzecz anonimowych technokratów, którzy przed nikim nie będą
                odpowiadać. Po co miałoby istnieć Zgromadzenie Narodowe i Senat, jeśli 80 proc.
                decyzji zapadałoby w Brukseli bez jakiejkolwiek kontroli? Co za klęska
                demokracji!" (cyt. za "Nowy Świat" z 4 sierpnia 1992 r.).
                Do najsłynniejszych krytyków Unii Europejskiej należał autor książki "Pułapka",
                słynny brytyjski miliarder żydowskiego pochodzenia James Goldsmith. Występował
                on zarówno przeciwko wizji "Europy biurokratów", jak i przejawianych w UE
                tendencji do kosmopolityzmu, zagrożeń dla narodowej tożsamości i kulturalnej
                różnorodności.
                Z jednoznaczną ostrą krytyką koncepcji scentralizowanej integracji
                europejskiej, nadmiernie "kontrolowanej od góry", niejednokrotnie występował
                były premier Czech Vaclav Klaus. Na przykład w przemówieniu na międzynarodowej
                konferencji na temat integracji europejskiej, zorganizowanej w Pradze w maju
                1994 r., Klaus zdecydowanie odrzucił wizję "absolutnej i bezwarunkowej
                unifikacji" i podkreślał, że Republikę Czeską "obecnie czekają dwa zadania:
                odnalezienia swej tożsamości i niezagubienia jej po drodze do Europy" (por. A.
                Jagodziński "Czechy a Europa", "Gazeta Wyborcza" z 14-15 maja 1994 r.).
                Także w ostatnich latach, już jako przewodniczący parlamentu czeskiego Klaus
                niejednokrotnie dawał wyraz swemu bardzo krytycznemu stosunkowi do UE.
                Przestrzegał, aby "czeska kostka cukru nie rozpłynęła się w europejskiej
                filiżance kawy".
                prof. Jerzy Robert Nowak

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka