Gość: Tomasz
IP: *.ibch.poznan.pl
16.12.02, 12:53
Wywiad zamieszczony w "Przeglądzie"
http://www.przeglad-tygodnik.pl/
Scenariusze dla Polski
Rozmowa z prof. Karolem Modzelewskim
Będzie rosnąć formacja partii populistycznych, bo będzie rosnąć
armia niezadowolonych
- Panie profesorze, zaskoczyły pana wyniki wyborów samorządowych? W wyborach do sejmików
wojewódzkich SLD zdobył 25% głosów, POPiS - 14%, LPR w porównaniu z wyborami sprzed roku zyskała
dwukrotnie - z 7 do 14%, a Samoobrona z 10 do 15%.
- Wszystko można powiedzieć o tych wynikach, tylko nie to, że są zaskakujące. To kierunkowskaz, ku
czemu zmierza Polska w wyborach parlamentarnych roku 2005, oczywiście, o ile nie nastąpi żaden istotny
zwrot. A wszystko wskazuje, że na ten zwrot jest już za późno.
- O czym pan myśli?
- Tym zwrotem musiałaby być zmiana polityki społecznej i gospodarczej dokonana przez obecnie rządzącą
koalicję. Ci, którzy rok temu głosowali w na SLD, UP i PSL, na taką zmianę liczyli. Nie tylko dlatego, że
dobrze pamiętali znacznie dla siebie lepsze niż obecnie lata 1993-1997, ale i dlatego, że w takim
najprostszym rozumieniu SLD kojarzy się jako spadkobierca tradycji PRL-owskiej. Zatem im więcej było
ludzi, którzy uważali, że w czasach PRL było im lepiej, tym bardziej ci, którzy tak kojarzyli SLD, byli skłonni
na to ugrupowanie głosować. Ale już w trakcie samej kampanii wyborczej nastąpiło przesunięcie. Zaistniała
Samoobrona, do pewnego stopnia także LPR ze swoim przesłaniem, adresowanym do ludzi
poszkodowanych i zdesperowanych. W ostatnich tygodniach kampanii Samoobrona odebrała SLD część
głosów. Ten proces trwa, dlatego że wciąż trwa powolne pogarszanie się i tak już dramatycznej sytuacji
społecznej milionów Polaków, wzrasta ich poczucie zagrożenia. A zapowiedzi zasadniczej zmiany polityki
gospodarczej są nierealizowane. Nawet nie została podjęta jakakolwiek próba, która pokazałaby, że ta
koalicja optuje za jakąś inną strategią niż poprzednia koalicja. Coraz wyraźniejsze jest pokazywanie
ciągłości.
Komu rośnie, a komu topnieje?
- Czy scena polityczna w Polsce dzieli się więc na partie establishmentu, czyli SLD, PO i PiS, oraz na partie
protestu?
- Co do PiS, nie byłbym taki pewien. PiS ma swojej retoryce taki element uważany za populistyczny,
odwoływanie się do zagrożenia przestępczością, do tęsknoty za muskularną władzą. Ale oprócz tego PiS w
zapowiedziach swoich przywódców dość wyraźnie dystansuje się od liberalnej ortodoksji. A niedawne
deklaracje Lecha i Jarosława Kaczyńskich w kwestii UE stwarzają wątpliwość, czy PiS należy i chce należeć
do tego towarzystwa.
- Oni to zrobili celowo. Żeby pokazać, że są spoza establishmentu.
- Oni oceniają, że wpływy tego establishmentu z lat 1989-2002 jak topnieją, tak będą topniały. I że
przyszłość należy - zwłaszcza po wejściu do Unii Europejskiej i po dość prawdopodobnym szoku
gospodarczym i społecznym samego wejścia - do ugrupowań określanych u nas dość niezręcznie jako
populistyczne.
- Czy to groźne dla Polski?
- Zapytajmy wpierw, czy groźne dla Polski są przyczyny, w wyniku których te ugrupowania rosną w siłę...
Zdolność gospodarki pokomunistycznej do sprostania konkurencji na rynku światowym jest mała.
Komunizm zbudował dużo, ale marnie. W związku z tym potencjał odziedziczony po komunizmie, a jest
on podstawą pozycji społecznej i materialnej ogromnej większości Polaków, jest jakościowo niższy niż
potencjał konkurentów. Tego nie można zmienić napinaniem mięśni, okrzykiem, że musimy uczynić
wysiłek, żeby sprostać konkurencji. Jeżeli wychodzą na ring bokser wagi ciężkiej i bokser wagi muszej. to,
owszem, można mówić bokserowi wagi muszej, żeby się starał i sprostał konkurencji. Ale jest dość
prawdopodobne, że jeżeli ten ciężki choć raz trafi, znokautuje go. Uważam, że jeśli potencjał, który dziś
mamy, a już nie tak mało go utraciliśmy, miałby ulec zagładzie z powodu niesprostania konkurencji, to
wówczas zejdziemy ponownie do punktu startowego. Staniemy się niedorozwiniętymi peryferiami Europy.
- Więc lepiej, pańskim zdaniem, do Unii Europejskiej nie wchodzić?
- Wiem, że Polska nie może być krajem autarkicznym, nie może pozostać sama, i że dla związku z UE nie
ma sensownej alternatywy. Nasze wejście do Unii uważam za przesądzone, ale to wcale nie znaczy, że jest
ono pozbawione ryzyka.
Przed wielkim szokiem
- O jakim ryzyku pan myśli?
- To ryzyko polega na szoku po wejściu. Poważnej debaty na ten temat nie było. Nikt mi nie wyjaśnił, jak
po wejściu do Unii mamy przeskoczyć nasz handicap konkurencyjny. Zastąpiono to promocją,
reklamówkami. To jest dość skandaliczne, prawdę mówiąc. Stoimy przed decyzją, która określa los Polski
na dziesiątki lat, więc debata na ten temat powinna być poważna, niezasłaniająca zagrożeń. A my mamy
reklamówki! Za przykład podaje nam się Irlandię, Portugalię czy Hiszpanię, ale tam nie było komunizmu,
tylko gospodarka rynkowa. A przecież jest przykład o wiele bardziej miarodajny - Niemieckiej Republiki
Demokratycznej. NRD weszła do Unii z dnia na dzień, przez fakt zjednoczenia Niemiec. I w wyniku szoku
konkurencyjnego zapaść tam była kolosalna. Ogromne pieniądze, które zostały władowane we wschodnie
landy, nie były w stanie jej powstrzymać. To prawda, w ostatnim dziesięcioleciu wiele barier i ograniczeń
zostało w Polsce zdemontowanych, więc nasze wejście do Unii nie będzie raptownym skokiem do pustego
basenu, jak w przypadku NRD. Ale będzie to dalszy krok w kierunku otwarcia naszego rynku na silniejszą
konkurencję. A my jesteśmy w tej konkurencji bokserem bardzo leciutkiej wagi.
- Więc?
- Trzeba w tej sytuacji było położyć nacisk na osłonę rynku, na możliwe instrumenty protekcjonistyczne.
Takim instrumentem dopuszczalnym w Unii, dopóki się nie wejdzie do strefy euro, jest polityka pieniężna.
Ale z tego Polska zrezygnowała. Politykę pieniężną prowadzi NBP, rząd odpuścił sobie wpływ na politykę
kursową, odpuścił również wpływ na politykę stóp procentowych. Są dwa czynniki ściągające kapitał
spekulacyjny do Polski: stopy procentowe w naszej bankowości oraz obligacje skarbu państwa, czyli
sposób finansowania deficytu budżetowego. Za stopy odpowiada bank narodowy, za obligacje odpowiada
rząd. Rząd nie bardzo ma wyjście w obecnej sytuacji, bo i tak budżet podlega cięciom. Pozostaje to, co
leży w kwestii banku centralnego.
- Czyli stopy procentowe.
- Tak. Wysokie stopy przyciągają kapitał spekulacyjny i windują kurs złotego, co zwiększa opłacalność
importu, zmniejsza opłacalność eksportu i sprawia, że polska gospodarka tym bardziej przegrywa w walce
konkurencyjnej. Były wyraźne zakusy ze strony ekipy Leszka Millera na początku, rok temu, żeby coś z
tym zrobić. Były zakusy, żeby rozszerzyć skład Rady Polityki Pieniężnej.
- To znaczy, ograniczyć jej niezależność.
- Dlaczego? Przecież to nie była sprawa jej niezależności, ale pozostawienia jej w rękach ortodoksyjnych
liberałów, których wybrała poprzednia koalicja. Ktoś za decyzjami RPP dotyczącymi stóp procentowych stoi.
Za tym stoją wszyscy, którzy są przekonani, że interwencjonizmu jak najmniej, ci, którzy trzymają się
pewnej ortodoksji liberalnej. Ale również stoją za tym wpływowe grupy interesów. Rząd ostatecznie odpuścił
sobie sprawę rozszerzenia RPP i jest to dla mnie bardzo symptomatyczne. Jeżeli rząd przestraszył się siły
kapitału finansowego, który już nas trzyma za gardło, gdybyśmy zabrali mu to eldorado związane z
polityką pieniężną, to by nas ścisnął za gardło, powodując w Polsce głęboki kryzys walutowy i wstrząsy
gospodarcze, to znaczy, że utraciliśmy istotną część gospodarczej niezależności. Jeżeli rząd ustąpił ze
względu na potrzebę poprawności - to jest jeszcze gorzej, bo powód jest mniej poważny. Tak czy owak to
przesądza o tym, że będzie rosnąć formacja partii populistycznych, bo będzie rosnąć a