Dodaj do ulubionych

Na ratunek Żydom

IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 17.02.03, 03:43

www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20030217&id=my12.txt
Fragment książki "Godni synowie naszej Ojczyzny", Wydawnictwo Sióstr
Loretanek 2002

Za te dzieci Niemcy powieszą was
W roku 1942 władze zakonne przydzieliły mnie do pracy wychowawczej w Domu
Dziecka w Aninie. Było tam czterdzieścioro ośmioro dzieci. Wśród nich połowę
stanowiły dzieci żydowskie. Od pewnego czasu przybywało ich coraz więcej.
Dostarczycielką ich była Matka prowincjalna - Matylda Getter w porozumieniu z
księdzem Marcelim Godlewskim, proboszczem parafii Wszystkich Świętych w
Warszawie. Mieszkał on też w Aninie w Domu Dziecka, który był jego prywatną
własnością. Pamiętam, jak pewnego dnia Matka prowincjalna przywiozła
dziewięcioletniego chłopca, który wcześniej był przechowywany w szafie u
pewnej kobiety w Warszawie. Dzieci te wizytował dwa razy w tygodniu
dr Dąbrowski. Nieraz mówił siostrze przełożonej: "Za te dzieci Niemcy
powieszą was na rynku warszawskim".
Kiedyś odwiedzili nas Niemcy. A miałam w grupie chłopca Żydka, o bardzo
charakterystycznych rysach. Żeby Niemcy go nie rozpoznali, szybko owinęłam mu
głowę bandażem i położyłam go do łóżka. Z drugą grupą dzieci bawiłam się. Gdy
Niemcy rozmawiali z siostrą przełożoną, wyskoczyłam na chwilę do sypialni
zobaczyć, co robi Marek (tak miał na imię ten chłopiec). Gdy podeszłam do
niego, zobaczyłam, że kołdra aż na nim fruwa, bo cały się trząsł, tak się
bał. Kazałam mu wstać, poszliśmy do dzieci i dalej tańczyliśmy krakowiaka w
bardzo szybkim tempie.
Później do owego Marka często przychodziła Żydówka. Mówiła, że jest jego
ciotką. Siostra przełożona prosiła ją, by nie przychodziła i nas nie narażała.
A ona na to: "Wezmę go i będę szła ulicą Warszawy i powiem, że tego chłopca
dały mi siostry".
Takie wizyty podejrzanych osób w naszym Domu Dziecka były dość częste. Jednak
dzięki modlitwom dzieci, sióstr, a szczególnie siostry przełożonej, którą
często zastawałam w kaplicy modlącą się z rękoma podniesionymi do góry, udało
nam się przeżyć i uchronić dzieci żydowskie. W czasie Powstania Warszawskiego
przemieszczono te dzieci z Anina do Marek koło Warszawy i tam
przesiedzieliśmy w piwnicach całe powstanie. Zaraz po upadku powstania
zgłaszali się Żydzi i wszystkie te dzieci zostały zabrane. W warszawskich
domach zakonnych wśród polskich dzieci było dużo dzieci żydowskich, które
przeżyły dzięki wspaniałym siostrom.
S. Anna z Częstochowy

Była jak ktoś z rodziny
W latach 1942-44 w naszym domu mieszkała kobieta ze Lwowa. Miała wyższe
wykształcenie. My, dzieci i reszta otoczenia uważaliśmy ją za dalszą krewną
mojego ojca, który już w tym czasie nie żył. Pewnego wieczoru, kiedy dzieci
już spały, podsłuchałem rozmowę mojej mamy z sąsiadką. Wtedy dowiedziałem
się, że pani mieszkająca u nas jest Żydówką, znajomą taty z czasu, gdy
pracował we Lwowie i okolicy (Borysław, Drohobycz). To było dla mnie
straszne, bo zacząłem się bać o moją kochaną mamę i resztę rodziny.
Wiedziałem o tym, co Niemcy robią z tymi, którzy pomagają Żydom. Zaczęły się
dni grozy, Niemcy byli u nas co dzień, bo mieszkaliśmy przy trasie E4.
Rewizje, łapanki były codziennością. Nie mogłem swoją tajemnicą podzielić się
z braćmi i siostrą, a nawet przyznać się mamie, że wiem o wszystkim. Z
problemem tym jako kilkuletni chłopak musiałem radzić sobie sam. Tak żyliśmy
do początku 1944 r. Wtedy zaczęły nadchodzić wiadomości o klęsce Niemców pod
Stalingradem. Kiedy Armia Czerwona była w okolicy Lwowa, "nasza pani" - tak
ją nazywaliśmy - wpadła w euforię, wołając: "Już idą nasi". Wtedy pokazała
koleżance mamy listę Polaków ze Lwowa, którą miała wręczyć NKWD. Na liście
tej znajdowało się około stu nazwisk. Tak oto pani, którą moja rodzina z
narażeniem życia swego i sąsiadów ukrywała całą okupację, wyraziła swoją
wdzięczność nam i pośrednio wszystkim Polakom.
Franciszek z Rzeszowa
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka