euromir
09.08.06, 23:44
Motto:
16 października 2005 roku Bronisław Wildstein w artykule „Koniec świata
Michnika”, (Tygodnik "Wprost", Nr 1193) napisał:
(...) Afera Rywina była klęską Michnika i jego strategii. Postkomunistyczny
układ, z którym redaktor "Wyborczej" funkcjonował dotąd w symbiozie,
postanowił go sobie podporządkować. Oferta Rywina, z której zwykli odbiorcy
zapamiętali - z ich perspektywy niebotyczną - sumę 17,5 mln dolarów łapówki,
w rzeczywistości dotyczyła spraw dużo poważniejszych i wartych bez porównania
więcej. Chodziło o przejęcie przez postkomunistów rynku mediów
elektronicznych. Miała temu służyć nowelizacja ustawy o radiofonii i
telewizji, podporządkowująca je Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji,
zdominowanej przez SLD. Michnikowi zaproponowano udział w zyskach z tego
intratnego biznesu (kupno Polsatu), ale na zasadach podległości.
Redaktor "Wyborczej" i jego ekipa już kilka miesięcy wcześniej uczestniczyli
w tajnych przetargach na temat kształtu nowej ustawy. Również propozycji
Rywina Michnik pierwotnie nie ujawnił, traktując ją zapewne jako element
nacisku na stronę rządową. Zdecydował się na ogłoszenie jej po prawie pół
roku, kiedy się okazało, że to jego jedyna metoda obrony przed uchwaleniem
niekorzystnej dla Agory ustawy.(...)
*
Żadna z wielu informacyjnych bomb, które wybuchały w trakcie przesłuchań
prowadzonych przez sejmową Komisję Śledczą badającą sprawę Rywina nie
wywołała takiego między Sarmatami szoku, jak wymuszone przez zmanierowanego
na pedalską modłę posła Rokitę, suche, aczkolwiek zaprawione niemałą dozą
prowokacyjnej autoironii wyznanie Adama Michnika, iż noc poprzedzającą
przesłuchanie w Sejmie spędził na libacji w towarzystwie jednego z
najbardziej zdegenerowanych i zdeprawowanych ludzi w Polsce -
brandzlotechnika Jerzego Urbana.
Oto nagle, w porze (drugiego) śniadania, przed kamerami telewizyjnymi naiwni
mieszkańcy Judeopolonii dowiedzieli się, iż Michnik z "wzmiankowanym
wcześniej" Urbanem od dawien dawna utrzymują ścisłe, zażyłe, towarzyskie
kontakty. Przyjaźnią się, piją razem narodną wódkę, odwiedzają się nawzajem,
wymieniają ze śmiechem obrazoburcze (oczywiście w oczach prostaków)
obyczajowo poglądy - gdzie nie tylko żony dzielą, ale i szczoteczki do
zębów...
Żeby było śmieszniej okazało się, iż ich znajomość niezupełnie świeżej jest
daty. Panowie poznali się bowiem już wiele lat wcześniej. W pierwszej połowie
lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. W miłym ich sercom
środowisku “poststalinowskich rewizjonistów”.
To tam połączyła ich wspólna niechęć do chamów, ciemnogrodu, szowinistów,
czarnych i
religiantów.
W świetle zeznań Michnika prostym i zrozumiałym stało się tedy (całkiem
sprawne skojarzenie przez Kowalskich zawiłego kontekstu), że wzajemna
sympatia bohaterów telewizyjnej transmisji doskonale przetrzymała nie tylko
próbę, ale i ideową centryfugę czasu. Skoro przez ponad czterdzieści długich
lat, często w dramatycznych okolicznościach, nie afiszując się publicznie,
Michnik z Urbanem utrzymywali bardzo bliski, "naturalnie nieformalny",
osobisty kontakt.
Tłumom prostych, naiwnych widzów obserwującym sprawozdanie z posiedzenia
Wysokiej Komisji, tylko fantazja i wyobraźnia stawiały tamę w budowanych
wówczas przypuszczeniach. Co do nadzwyczaj przecie zagadkowego charakteru tej
zażyłości!
Biedni Kowalscy... Nastepnego ranka jadąc zatłoczonymi autobusami do pracy,
jeszcze zszokowani telewizyjną transmisją (nerwowo podkręcając już wówczas
anachronicznego wąsa) prostodusznie i jak zwykle od czasu rozbiorów - bez
prasłowiańskich jaj, zastanawiali się nad wynikającym z tego faktu
dalekosiężnym implikacjom. Trzeba bezstronnie przyznać - całkiem istotnych
wobec od lat noszonej przez nich w sercach teatralnie tragicznej pamięci
stanu wojennego…