Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
24.04.03, 00:22
Rosja przeżywa kaca po klęsce swojej polityki wobec wojny w Iraku
http://www1.gazeta.pl/wyborcza/1,34513,1441001.html
Wacław Radziwinowicz, Moskwa 23-04-2003, ostatnia aktualizacja 23-04-2003
20:02
Pomniki Saddama Husajna zleciały prosto na nasze głowy - powtarzają w
Moskwie, przyznając, że Rosja przegrała w Iraku "do zera", bo wciąż bardzo
się jej chce "udawać Związek Radziecki". Powodów do "postirackiego kaca" -
jak to nazwała Julia Kalinina, komentatorka "Moskowskiego Komsomolca" -
Rosjanie mają teraz bez liku
Szczególnie szydercza ironia losu sprawiła, że moskiewska organizacja
putinowskiej partii Jedna Rosja przyprowadziła tłumy demonstrantów pod
ambasadę USA akurat w momencie, kiedy mieszkańcy Bagdadu z radością witali
czołgi amerykańskie na ulicach swojego miasta i zaczynali zrzucać pomniki
dyktatora. Nie wyszłoby to tak głupio, gdyby "największa manifestacja
antywojenna" okazała się rzeczywiście spontanicznym gestem protestu
mieszkańców stolicy. Jednak ludzie mera Jurija Łużkowa, kierującego
moskiewską Jedną Rosją, zorganizowali ją według najlepszych wzorów
radzieckich. Na place w pobliżu ambasady zwieźli autobusami zwolnionych na
ten dzień z pracy i wykładów 50 tys. pracowników miejskich urzędów i firm
(szczególnie licznie reprezentowane było moskiewskie biuro pogrzebowe Rytuał)
oraz studentów. Skrupulatnie sprawdzili listy obecności. Komu trzeba -
rozdali flagi, komu trzeba - pomidory czy jajka. I karnymi kolumnami przy
dźwiękach wojennej pieśni "Powstań, wielki kraju" poprowadzili pacyfistów na
ambasadę.
Tymczasem telewizje zaczęły pokazywać z Bagdadu wiwatujące tłumy. - Na
demonstracji pod Ambasadą USA w Moskwie miały być wysokie osobistości z
merostwa i Kremla. Jednak kiedy zobaczyli, że Amerykanie są już w stolicy
Iraku i że wcale nie strzelają do nich "tysiące kałasznikowów, najlepszych
automatów na świecie", pouciekali do swoich biur, pochowali się w mysie
dziury - opowiadał potem Andriej Piontkowski, szef moskiewskiego Centrum
Studiów Strategicznych.
Najdalej uciekł sam Łużkow. Zaraz po nieudanej demonstracji wyskoczył raptem
z "wiekopomną inicjatywą", a raczej przypomniał zarzuconą jeszcze w czasach
ZSRR ideę zawrócenia rzek syberyjskich i skierowania ich wód do pustynnych
krajów Azji Centralnej. Według mera złaknieni wody południowi sąsiedzi Rosji
będą za nią płacić lepiej niż za ropę, której cena po wojennej klęsce Iraku
spadnie. 30 mld dol., które przyjdzie wydawać na zawracanie Obu z Irtyszem,
zwróci się więc już za kilka lat.
Cały pogrzeb Ameryki na nic
Nagły upadek Bagdadu był dla elit moskiewskich rzeczywiście zaskoczeniem.
Najwięksi specjaliści zapowiadali przecież "zaciętą bitwę o stolicę".
Niedługo wcześniej marszałek ZSRR Dmitrij Jazow mówił "Komsomolskiej
Prawdzie": - Irakijczycy są bardzo podobni do nas pod Stalingradem. Bardzo
wątpię w moralno-psychologiczne, a więc także i bojowe zdolności sojuszników.
Oni są tak bardzo delikatni. A proszę zwrócić uwagę na to, jak oni obwieszają
się wszelkim wojennym barachłem. Rozumiem, że nowoczesne wyposażenie, środki
ochrony to rzeczy, które mogą się okazać przydatne. Jednak nie doprowadzajmy
sprawy do absurdu! Albo walcz, albo się oszczędzaj! Kiedy my szliśmy do
ataku, porzucaliśmy i plecaki, i maski przeciwgazowe - wszystko poza bronią.
I wojowaliśmy nieźle. Półnadzy Irakijczycy walczący bez balastu przetrzepią
skórę wspaniale wyposażonym najemnikom.
- To właśnie tacy fachowcy doradzają Kremlowi, czy raczej wprowadzają go w
błąd. I nic dziwnego, że Moskwa nie tylko nie przewidziała upadku Bagdadu,
ale wyprowadziła tłumy na demonstrację, żeby zagrzewać do walki obrońców
miasta akurat wtedy, kiedy stolica Iraku już padła. Dzięki radom takich
fachowców za dwa szturmy Groznego - w 1995 i w 2000 roku zapłaciliśmy -
według danych oficjalnych - życiem 5 tys. żołnierzy - 50 razy więcej niż
Amerykanie zapłacili za cały Irak - wylicza Paweł Felgangauer, moskiewski
ekspert wojskowy.
Liderzy Rosji, sam Władimir Putin, próbują teraz robić dobrą minę do złej
gry. Prezydent w Sankt Petersburgu na "szczycie przegranych", jak moskiewska
prasa nazwała jego niedawne spotkanie z kanclerzem Niemiec Gerhardem
Schröderem i prezydentem Francji Jacques'em Chirakiem, wyraził zdziwienie, że
Amerykanie nie znaleźli jeszcze w Iraku broni chemicznej. - Ja na pewno bym
znalazł - zażartował.
- "My na pewno nie rozczarowalibyśmy ludzi niespełnionymi obietnicami -
zgadza się w prezydentem Julia Kalinina w swoim komentarzu w "Moskowskim
Komsomolcu". - Jeśli obiecalibyśmy broń masowego rażenia, to na pewno
pokazalibyśmy ją. Wszystko uczciwie. Jeszcze podrzucilibyśmy tam swoje beczki
na dowód. Przecież u nas tego miodu jak gwiazd na niebie".
Nieco koszarowym poczuciem humoru popisał się też "pierwszy cywilny minister
obrony", w przeszłości generał major KGB Siergiej Iwanow. Kiedy inni
przedstawiciele władz Rosji, jak mogli, zaprzeczali wysuwanym przez prasę
zachodnią i Departament Stanu oskarżeniom o to, że Moskwa, łamiąc sankcje ONZ-
owskie, zaopatrywała Bagdad w broń i współpracowała z wywiadem irackim,
Iwanow przeciwnie - dziękował Amerykanom za "bezpłatną reklamę" broni
rosyjskiej. - W ostatnim miesiącu coraz więcej państw proponuje naszemu
ministerstwu obrony zawarcie kontraktów na sprzedaż nowoczesnego rosyjskiego
uzbrojenia konwencjonalnego. Efekt wojny w Iraku jest dla nas paradoksalnie
niezwykle korzystny - chwalił się Iwanow w czasie swej niedawnej wizyty w
Korei Południowej.
W zajmującym się eksportem broni rosyjskiej centrali handlu
zagranicznego "Rosoboroneksport" byli zaskoczeni otwartością Iwanowa, ale
przyznali, że liczą na zwiększenie popytu na zagłuszarki sygnału
naprowadzającego na cel rakiety samosterujące, dzięki którym "tomahawki
spadały na Iran Turcję albo na głowy żołnierzy amerykańskich", na pociski
przeciwpancerne Kornet i na noktowizory, czyli na wszystko to, czego, jak
oficjalnie zapewniają w Moskwie, Rosja Irakowi nie sprzedawała.
- To paradoks, ale Rosja jeszcze przed wybuchem wojny w Iraku całkiem nieźle
dogadała się z Ameryką. Richard Perle, doradca ministra obrony USA, w
wywiadzie dla naszego dziennika "Kommiersant" przyznał, że do Waszyngtonu na
kilka dni przed rozpoczęciem operacji przeciw Saddamowi przyjechał "wysoko
postawiony przedstawiciel Moskwy" i upewnił ludzi z Białego Domu, że wojna
nie skomplikuje stosunków amerykańsko-rosyjskich. Amerykanin dodaje, że sam
był potem osobiście zaskoczony i rozczarowany reakcją naszego MSZ i Kremla na
rozpoczęcie wojny. Perle nie wymienia nazwiska "przedstawiciela Moskwy", ale
jasne jest, że chodzi o Aleksandra Wołoszyna, szefa administracji Kremla,
czyli urzędnika najbliższego Putinowi - powiedział "Gazecie" dyplomata
rosyjski proszący o zachowanie anonimowości.
Nostalgia postsowiecka
- Dlaczego Rosja, która od początku konfliktu zajmowała dosyć neutralne i
rozsądne stanowisko, kiedy wojna stała się już nieunikniona, nie wytrzymała i
zdecydowała się na zupełnie niepotrzebną konfrontację z Ameryką? Przecież
jasne było to, że trzeba się było zachować jak Chińczycy. Powiedzieć coś
przeciw wojnie, a potem stanąć z boku. I nie przepadłyby nasze irackie długi,
nasze kontrakty naftowe w tym kraju, szanse na udział w odbudowie kraju.
Jednak nie wytrzymaliśmy, bo naszym elitom wciąż strasznie się chce, żeby
Rosja była jak Związek Radziecki. Hymn Aleksandrowa i czerwona gwiazda na
sztandarze armii to mało. Tak by się chciało, żeby nas się bali, żeby się nas
o wszystko pytali. Tłumaczysz tym ludziom, że dziś cały PKB Rosji to mniej
niż Amerykanie wydają tylko na swą armię, a oni wciąż powtarzają, że
gdyby "nasze okręty atomowe znów przeorywały Atlantyk w pobliżu brzegów USA,
to my dyktowalibyśmy światu swoje warunki". I rzeczywiście wysyłamy swoje
zdezelowane okręty na Ocean Indyjski. Co to ma być? Demonstrac