hugo_w2
16.05.07, 07:58
Mimo politycznych awantur Polska przeżywa okres prosperity, który doprowadził
do sytuacji, którą kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić. To pracodawcy
poszukują dziś pracowników, a nie odwrotnie.
Polska wciąż ma nominalnie bardzo wysoką stopę bezrobocia. Statystyki nie
mówią jednak pełnej prawdy. W związku z wysokimi kosztami pracy wiele osób
pracuje w szarej strefie, formalnie rejestrując się jako bezrobotni. Ponieważ
taka rejestracja jest warunkiem koniecznym dla posiadania ubezpieczenia
zdrowotnego, w ewidencjach znajdują się także osoby, które nigdy aktywnie nie
poszukiwały zatrudnienia. Wielu bezrobotnych pracuje dziś na Zachodzie, wciąż
figurując w rejestrze polskich urzędów. Ekonomiści oceniają, że realne
bezrobocie jest co najmniej kilka procent niższe od oficjalnych 13 procent,
co zbliża Polskę do sytuacji w krajach Europy Zachodniej.
Polacy zyskują powoli to, co utracili w wyniku reform rynkowych - względną
pewność zatrudnienia. To z kolei zwiększa poziom zaufania konsumentów i
stanowi impuls do zwiększonych zakupów. Zjawisko to dodatkowo napędza
gospodarczą koniunkturę, podobnie jak inwestycje w infrastrukturę,
finansowane w dużej mierze przez pieniądze napływające z Brukseli.
Świadomość poprawy sytuacji nie dotyczy jednak wszystkich. W wielkich i
średnich miastach oraz regionach atrakcyjnych turystycznie wzrost poziomu
życia jest widoczny gołym okiem. Istnieją jednak w Polsce obszary
strukturalnej biedy, gdzie znalezienie zatrudnienia jest ciągle zadaniem
ponad siły przeciętnego bezrobotnego. Socjologowie twierdzą, że skutkiem
ubocznym lat komunizmu i terapii szokowej jest istnienie całej klasy
społecznej ludzi nieprzystosowanych do życia w gospodarce rynkowej.
Napływ pieniędzy z Brukseli nie zasypał jeszcze - bo na to jest z pewnością
za wcześnie - podziałów na Polskę A i Polskę B. Po akcesji Bułgarii i Rumunii
do Unii Europejskiej Podlasie i Lubelszczyzna przestały być najbiedniejszymi
regionami zjednoczonej Europy, ale fakt, że inni mają gorzej, to raczej marna
pociecha. Wciąż też, mimo wzrostu płac, nad Wisłą utrzymuje się przepaść w
wysokości wynagrodzeń między Polską a krajami starej Unii. Te dysproporcje
konsumpcji owoców przemian gospodarczych tłumaczą, dlaczego 3 miliony Polaków
wciąż deklaruje chęć opuszczenia kraju i poszukiwania pracy za granicą.
Trudno winić prowincjonalnego lekarza, że zamiast wymęczonych na szpitalnych
dyżurach 2000 złotych chce zarabiać 2000 funtów w Londynie czy Glasgow.
Spadek napięcia na rynku pracy jest bez wątpienia tendencją pozytywną. Popyt
na siłę roboczą wymuszać będzie wzrost płac, a tym samym przyczyniać się do
wzrostu dobrobytu i zbliżać Polskę do zamożniejszej Europy. Aby jednak
utrzymać konkurencyjność gospodarki nad Wisłą, konieczne są reformy, które
obniżą astronomiczne dziś koszty legalnego zatrudnienia, oraz reforma
finansów publicznych. Takie zmiany powinno się wprowadzać podczas lat
tłustych, mając świadomość, że dobra koniunktura nie może trwać wiecznie.
Quelle PDN-NY(TD)