Dodaj do ulubionych

Ateizm-co za przegrany światopogląd.

26.10.07, 18:07
Nienawidzą kościoła i nie potrafią bez niego żyć. Stworzyli
zbankrutowane ideologie jak oświecenie, komunizm, idee promowania
homoseksualizmu, braku poszanowania dla rodziny, tradycji, religii.

Ateiści przygotowują pornograficzną wystawę w kościele
ulast, KAI2007-10-26, ostatnia aktualizacja 2007-10-26 15:24
Międzynarodowa Federacja Ateistów (FIDA) zapowiedziała, że swe
pierwsze zgromadzenie odbędzie w hiszpańskim Toledo. Obradom
towarzyszyć ma prezentacja skandalicznej i prowokacyjnej
wystawy "Sanctorum" złożonej ze zdjęć pornograficznych,
przedstawiających Jezusa, Maryję i świętych.
Organizatorzy zapowiadają, że ekspozycja odbywać się będzie w
zabytkowym kościele św. Wincentego. Decyzję w tej sprawie podjęto
pod koniec ub. tygodnia podczas rozmów członków FIDA z
przedstawicielami miejscowych związków zawodowych, miejscowej Rady
Młodzieży, stowarzyszenia Świecka Alternatywa i innych instytucji
miejskich.

Do wykorzystania wnętrza świątyni na wystawę namówił Federację
Fernando Barredo, szef miejscowego Koła Artystycznego. Zaznaczył on,
że jego organizacja od 15 lat zarządza budynkiem bazyliki i jest
upoważniona do urządzania różnych imprez i wystaw bez możliwości
interwencji władz publicznych.

Ateiści mają obradować w mieście, będącym siedzibą prymasów
Hiszpanii, w dniach 7-9 grudnia.

Zdjęcia, składające się na przyszłą wystawę, wydano już wcześniej w
albumie. Ich autorem jest fotograf J.A.M. Montoya. Zdaniem
duchowieństwa i wielu organizacji kościelnych godzą one w uczucia
ludzi wierzących. Przedstawiają Chrystusa, Maryję i świętych w
prowokacyjnych i obscenicznych pozach.

Oprócz biskupów przeciwko publikacji protestowały m.in. Hiszpańskie
Forum Rodziny, prawnicza organizacja Stowarzyszenie Tomasza Morusa i
wiele osób prywatnych.
Obserwuj wątek
    • cs137 Cóz za irona! Bywalec burdeli pierwszym obrońcą... 26.10.07, 19:07
      ...Świetej Wiary Katolickiej.

      Ja sie nie obnoszę z moją wiara na tym forum.
      Ale jestem katolikiem i rzadko mi sie zdarza opuscic niedzielną Mszę Swietą.

      I rzygac mi sie chce, kiedy takie osobniki biorą sie do obrony Świetej Wiary
      Katolickiej. Czy Ty nie rozumiesz, Quardian, ze cos moze byc "niesmaczne"?
      • qwardian Re: Cóz za irona! Bywalec burdeli pierwszym obroń 26.10.07, 19:17
        Co??? Wasza loża masońska organizuje w kościele rytuały na wzór ten,
        która jest zaplanowana w Toledo? Jeżeli można wiedzieć, to czy razem
        z Krzysiem wybierasz się na niedzielną mszę w Portland? Pięknie.
        Po drugie Ces, właśnie się obniosłeś ze swoją wiarą.
        • rycho7 powazne oskarzenie 26.10.07, 19:39
          qwardian napisał:

          > Po drugie Ces, właśnie się obniosłeś ze swoją wiarą.

          Ekskomunika? Cesiu ewentualnie jak Ci zabraknie na zycie to napisz.
          Heretykow chetnie wspomoge.
    • rycho7 kradziez nie podlega uswieceniu 26.10.07, 19:16
      qwardian napisał:

      > Nienawidzą kościoła i nie potrafią bez niego żyć.

      Jestem ateista. To znaczy w wieku 12 lat uznalem, ze ksieza sa za
      glupi jak na moj wiek.

      Nienawidze przestepcow, takze tych po swieceniach. Kosciol w ramach
      papistowskich manipulacji to takze ogol wiernych. Ogol mnie nie
      okrada wiec jest mi w gruncie rzeczy obojetny, ze wskazaniem na
      milosc blizniego.

      > Ateiści przygotowują pornograficzną

      Ateizm nie jest tozsamy z pornografia. W kazdym razie w mojej
      glowie. Ateista byc moze nie ma psuchotycznych reakcji w stosunku do
      nagosci, ktora ponoc stworzyl Bog. Ja nie jestem przeciw stworzeniu.

      > zabytkowym kościele

      Jako ateista pasjami bywam w zabytkowych kosciolach. Jestem nawet za
      wydawaniem publicznych/podatkowych pieniedzy na odnawianie zabytkow.
      Poniewaz wiekszosc zabytkow to koscioly wiec popieram konserwatorow.
      Przyjmuje do wiadomosci, ze historycznie najwiecej kradl kler. Ale
      pieniadze te wypracowal lud.

      > godzą one w uczucia ludzi wierzących.

      Zwalczanie bandytyzmu godzi w uczucia bandytow. Zgodnie z PiS logika
      popieram bandytow poniewaz jestem bandyta. No dobrze, ale gdzie jest
      moja kasa zamieniona na "swieta wlasnosc" papistow?
      • splitme Re: kradziez nie podlega uswieceniu 30.10.07, 03:55
        Sprawdz czy ci "korki" nie wysiadly smile)) ,...
        ===================================================================
        Jestem ateista. To znaczy w wieku 12 lat uznalem ,...


        Hard-wired for God?
        ===================
        by John P. Pratt

        Brain scans taken during certain religious experiences indicate a
        detachment from the physical world. What are the implications?

        A new flurry of books, magazine articles and television
        documentaries announces the discovery that the human brain is
        apparently ready-made for spiritual experiences. One article on the
        subject was in Reader's Digest last December entitled "Searching for
        the Divine." It claimed boldly, "There is new evidence that humans
        are hard-wired to believe in God." Let's take a brief look at that
        new evidence, and then consider what it means in light of what the
        Lord has revealed.

        The Evidence

        The evidence cited in that article includes the results of research
        done by Professor Andrew Newberg, a radiologist at the University of
        Pennsylvania who teamed up with psychiatrist and anthropologist
        Eugene d'Aquili. The latter proposed a theory that brain function
        could produce a wide range of experiences, including the religious
        experiences reported by those having what they believed to be
        communion with the infinite, or being "one with the universe." They
        came up with the idea of doing brain scans of Tibetan monks
        meditating and Franciscan nuns engaged in deep prayer. And sure
        enough, they got the pictures they wanted.

        There is part of the brain's left parietal lobe which they call
        the "orientation association area." It is apparently the region
        which helps recognize where the line is between the physical self
        and the rest of the universe. It requires a constant stream of
        neural information flowing from the senses to maintain that
        distinction. The scans showed that during the peak moments of prayer
        and meditation the neural information flow was dramatically reduced.
        They reasoned that with the brain deprived of information about
        the "real world", the person would experience the sense of the
        limitless feeling of unity with the universe, reported by those
        having the religious experience.

        The Implications

        What are the implications of their discovery that physical changes
        occur in the brain during spiritual experiences? As might be
        expected, a wide range of conclusions have been drawn both by them
        as well as other researchers and authors.

        Preparing to do research for this article, I checked the Internet
        for articles and books on this topic and found that there is no
        shortage. The book which led to the above-cited article is entitled
        Why God Won't Go Away. Other popular-level books have titles like
        The "God" Part of the Brain, and Where God Lives in the Human Brain.
        There are also several higher-level presentations with titles that
        include words like "neuropsychology." So I drove to my local
        bookstore to look these books over, thinking to buy the best one as
        further source for this article. After perusing several, there was
        no way I would spend money for any of them. Why? Because they not
        only did not contain many more real results than I have already
        reported, they all suffered serious drawbacks.

        Results drawn from these brain scans present two problems. One
        sentence from The "God" Part of the Brain illustrates the first
        problem: "God is a concept created by our brain, and therefore has
        no external reality." Indeed, that sounds similar to what the
        original researchers postulated, that changes in the brain function
        would actually cause the perceptions of oneness with all things. In
        other words, this is a rehash of the time-honored "religious
        hallucinations" theory, cloaked in pseudo-scientific garb.

        The second problem is the other extreme. It appears equally
        unfounded to claim this is a proof that God created the brain in
        such a way as be able to experience the infinite. It may well be
        true that God did indeed do such a thing, but this is certainly not
        a scientific proof of that hypothesis. It is only a proof that
        physical body changes can be photographed during a spiritual
        experience. Researchers could also have monitored heart beat rates,
        or brain waves shifting from beta to alpha to theta to delta waves.
        But human physical changes don't prove God exists. I personally
        don't expect a truly solid proof of God's existence to emerge before
        the Second Coming, because at present we are here to have our faith
        tested. We probably shouldn't expect a conclusive scientific proof
        of God just yet.
        So what do these results prove? To me, they indicate that something
        physical is associated with an experience which may have been
        thought to be entirely spiritual or mental. For an atheist who
        assumed that one professing spiritual experiences must be lying,
        these results provide a rational explanation of why a person would
        indeed feel detached from the physical world during meditation. So
        they provide evidence for the mini-step in the spiritual
        enlightenment of the non-believer that at least the religious zealot
        is not necessarily lying. But this small step could be negated by a
        giant step backward if one then concluded that therefore God has
        been discovered to be nothing more than a temporary shortage
        of "reality" data arriving at the needed place in the cranium! To
        me, the experiment proves nothing about God at all.

        On the other hand, to the believer, these results could be
        encouraging. It may mean that is not only great prophets who can
        have spiritual experiences. Apparently all of us are "wired" in a
        way that, given the right environment, such as a formal meditation
        or prayer setting, God has provided a mechanism to block out the
        physical world long enough for us to glimpse the eternal. That is an
        encouraging thought which is what I believe I have learned from
        researching this article.

        Brain or Mind?

        To me, what appears to be at the heart of this and similar questions
        has to do with a gross confusion of the two words "brain"
        and "mind." What is the difference in meaning between these two
        words? In principle, they have clearly distinct meanings. The brain
        is, according to one dictionary, "the anterior part of the central
        nervous system enclosed in the cranium of vertebrates, consisting of
        a mass of nerve tissue organized for the perception of sensory
        impulses, the regulation of motor impulses," etc. It clearly has an
        important function in running our body and being a central routing
        station for all the impulses coming in through the nerves.

        On the other hand, the word "mind" is defined to be the "conscious
        element, part, or process in a human or other being that reasons,
        thinks, feels, wills, perceives, judges, etc." That is, it is the
        part of us we think with. The distinction between it and the brain
        is emphasized in one of the lesser definitions in one
        dictionary: "the psychic or spiritual being, as opposed to physical
        matter." The point here is that we have two distinct words which
        need not be confused: the mind is what we think with and the brain
        is the gray matter found in our skull. The confusion arises when we
        assume that all thinking occurs in the brain. For materialistic
        atheists, the equality of those two words is a "no-brainer" because
        most don't believe in spiritual matter. But there is a mounting
        corpus of evidence which implies that the mind and brain are not the
        same at all. The many out-of-body and so-called "near death"
        experiences indicate that the "mind" with which people think and
        remember is not in the brain after all, which may be part of a body
        lying lifeless on the operating table, but rather is in the spirit
        which can be separated from the body.

        I personally try always to make a clear distinction between the
        concepts of "mind" and "brain", and it is
        • splitme Re: kradziez nie podlega uswieceniu 30.10.07, 03:57
          I personally try always to make a clear distinction between the
          concepts of "mind" and "brain", and it is amazing to see how much
          the two concepts are confused in everyday speech. We have been
          conditioned to believe that we think with our brain and that thought
          is only some sort of chemical reaction. Clearly chemicals and drugs
          can influence our thought processes, and electric probes into our
          brain can stimulate certain memories or actions, but there is still
          much to be learned in the complicated interaction between mind and
          brain. The two are clearly closely related; my only point is to
          attempt to maintain a distinction between the two words, yet not be
          surprised that atheist scientists tend to equate them.

          What has God told us about the brain and the mind? It turns out that
          the word "brain" is not found anywhere in the scriptures, so we
          won't learn much about the brain there. The Lord tends to use the
          word "mind" when referring to the part of us which thinks. The
          word "heart" is also used, but that seems to refer more to
          the "feeling" part of us, which is also a kind of thought. Sometimes
          he uses both together, apparently to emphasize two witnesses or
          aspects of the same truth. For example, the Lord told Oliver
          Cowdery , "I will tell you in your mind and in your heart, by the
          Holy Ghost, which shall come upon you and which shall dwell in your
          heart." (D&C 8:2).

          In conclusion, it is wonderful that scientists are performing
          experiments which provide clues to what occurs physically during
          spiritual experiences. But surely any explanation will fall short
          which does not take into account both our physical and spiritual
          aspects.

    • babariba-babariba pierdołaś bracie furtianie... 26.10.07, 19:26
      ...zanim zacznie się coś pisać, warto przeczytać, co się komentuje...
      Były kościół św. Wincentego od lat nie jest miejscem kultu, a zarządzany jest i
      utrzymywany przez całkiem świecką instytucję. A taka instytucja na swoim terenie
      ma prawo zorganizować każdą imprezę, jaka by nie była z punktu widzenia
      kruchtialnych obsesji gwardiana.
    • an.der.division Ateizm - co za 27.10.07, 02:29
      Ateizm (czyli zupełna niewiara w przeróżne bóstwa, jak również
      ironiczny stosunek do posapujących do tych bóstw czarowników) to
      najwyższa forma człowieczeństwa jest.
      • mistrz_ognia Mówisz tak jakby ateizm był 27.10.07, 10:14
        formą wiary w człowieka.
        Człowiek równy Bogu...
        Człowiek Bogiem...
        ========================
        Historia wskazuje wyraźnie że jest to prosta droga do totalitaryzmu
        połączonego z kultem jednostki.
        • an.der.division Re: Mówisz tak jakby ateizm był 27.10.07, 13:57
          > formą wiary w człowieka.
          > Człowiek równy Bogu...
          > Człowiek Bogiem...
          > ========================
          > Historia wskazuje wyraźnie że jest to prosta droga do
          totalitaryzmu
          > połączonego z kultem jednostki.


          Wcale nie jestem wyznawcą humanizmu: człowiek z człowiekiem
          prześciga się często w erupcjach głupoty i podłości.

          Ludzie są marni i stąd ich zapotrzebowanie na totalitaryzm (na
          ucieczkę od wolności). Jest to ściśle związane z chęcią oddania się
          w opiekę głównego szamana/głównego kapłana i jego potężnego
          (potężnego w ramach zmyślonej narracji) mocodawcy.

          Takie są korzenie totalitaryzmu. Związek totalitaryzmu z ateizmem
          nie był, co prawda, całkiem przypadkowy, ale był dość, by tak rzec,
          powierzchowny. Komunizm od początku do końca był w swojej istocie
          archaiczny, był to powrót starego w nowych szatkach. Komunizm to
          było nowe średniowiecze. Moskwa zastępowała w tym systemie Rzym, a
          schizma między komunizmem euroradzieckim a chińskim była
          odpowiednikiem tysiąc ileś tam wcześniejszego rozdziału koscioła
          zachodniego i wschodniego.

          Głęboki totalitaryzm panował w dawnym świecie katolickim. I to razem
          z kultem jednostki - papy wraz ze stojącą rzekomo za nim osobą
          trzyosobową. Komunizm robił w temacie: reaktywacja tego świństwa.

          Człowiek nie jest równy Bogu. Człowiek, jak byśmy go tam oceniali,
          nawet bardzo skromnie, coś tam jednak stanowi. Bóg to przeciez zero.

          Mój poprzedni post miał być w zamierzeniu troche żartobliwy, a nawet
          trochę zjadliwy. W rzeczywistości ateizm nie gwarantuje żadnej
          przewagi intelektualnej ani moralnej osobie, która go uznaje za
          pogląd słuszny. Ściśle rzecz biorąc jest tak, że - nic nie
          gwarantując - on sam jest przewagą. Taką samą jak zawsze. Jaką
          zawsze jest nienaiwna prawda w stosunku do naiwnego fałszu.
          • qwardian Re: Mówisz tak jakby ateizm był 27.10.07, 15:51
            an.der.division napisał:

            > Głęboki totalitaryzm panował w dawnym świecie katolickim. I to
            razem
            > z kultem jednostki - papy wraz ze stojącą rzekomo za nim osobą
            > trzyosobową. Komunizm robił w temacie: reaktywacja tego świństwa.

            Dodajmy, z kultem jednostki i swoim bożkiem, zabalsamowanym na Placu
            Czerwonym mongolskim Żydem Ilijczem Blankiem. Nie zapomnijmy dodać
            do tego całej sterty śmieci dzieł zawierającej ideologię, która jak
            słusznie kiedyś Perła zauważył w najlepszym przypadku przynosiła
            ludzkości nędzę.
            System cywilizacji katolickiej opierał się na jednoosobowej władzy,
            która brała odpowiedzialność za wszystkie decyzje, ewentualnie część
            tej odpowiedzialności spadał na najbliższą rodzinę króla. Monarchia
            była więc systemem przejrzystym. Pojęcia takie jak walka, wojna i
            śmierć były pojęciami szlachetnymi, dotyczyły wybranej grupy ludzi
            głęboko wierzącej w Boga i podporządkowanej etyce podczas walki.
            Ateizm zmienił to wszystko. Wojny, zbrodnie, rewolucje były już
            inspirowane przez władze, które bezpośrednio nie uczestniczyły na
            polu bitwy. Pociągano za sznurki, knuto, wciągano do walki
            przypadkowo wcieloną do armii ludność cywilną. Wojna przestała być
            szlachetna, stała się rzeźnią, bezosobowym planem na mapach
            dowódców. Śmierć staniała. Życie stało się jeszcze tańsze.

            A co do totalitaryzmu. W cywilizacji katolickiej od wieku 16 po wiek
            19 czyli przez ponad trzysta lat inflacja wynosiła 0%. Tak zero,
            null, nothing. Ingerencja władcy w ekonomię ograniczała się do
            ustalania podatków, ceł. Banki wypuszczały swoje waluty, nikt nie
            ingerował w produkcję, budowy, nie było strajków, bo nie było
            podwyżek, bo nie było inflacji. Dopiero oświecenie przyprowadziło
            stos śmiecia zwanego pieniądzem.
            CZY WIESZ, ŻE W OSTATNICH PIĘCIU LATACH ZŁOTÓWKA STRACIŁA POŁOWĘ
            SWOJEJ WARTOŚCI! PODOBNIE JAK WSZYSTKIE INNE WALUTY.
            Nie tego się nie dowiesz z prasy. Jedyne co napiszą to że ropa
            zdrożała kilkakrotnie, miedź i inne surowce kolorowe kilkakrotnie,
            złoto dwukrotnie, domy kilkakrotnie, mieszkania to samo. To jest
            właśnie cywilizacja ateistyczna oświeceniowa. Papierowy śmieć,
            ideologiczny śmieć, decyzyjny śmieć, kulturowy śmieć, moralny śmieć,
            bez tradycji, wartości, poszanowania.
            • petrucchio Aż się nie chce czytać tych głupot 27.10.07, 16:50
              qwardian napisał:

              > A co do totalitaryzmu. W cywilizacji katolickiej od wieku 16
              > po wiek 19 czyli przez ponad trzysta lat inflacja wynosiła 0%. Tak
              > zero, null, nothing.

              W ciągu półtora wieku (1470-1620) ceny w Europie wzrosły średnio ok.
              sześciokrotnie, co odpowiada średniej rocznej inflacji troszkę ponad 1,2%. Niby
              niedużo, ale jednak nie zero, tym bardziej, że stopa inflacji nie była stała i
              po okresach spokoju rosła nieraz gwałtownie w różnych krajach. Przyczyny były
              różne: od demograficznych (wzrost ludności -> większy popyt na żywność) i
              strukturalnych (mniejsze obszary upraw, rosnące miasta) po spadek wartości
              srebra (sprowadzanego tonami z Ameryki Południowej). Nazywa się to nawet w
              historii "rewolucją cenową". Potem ceny zaczęły się stabilizować, ale akurat w
              kilku "arcykatolickich" krajach (Austria, Hiszpania) nadal wybuchały dobrze
              znane z historii kryzysy finansowe. Np. kryzys hiszpański w 1627, spowodowany
              obniżaniem wartości pieniądza przez pierwszego ministra Olivaresa, doprowadził
              do tego, że przez kilka lat Kastylia praktycznie przeszła na handel wymienny.
              • an.der.division Qwardian-co za przegrany forumowicz. 27.10.07, 19:41
                smile
              • qwardian Re: Aż się nie chce czytać tych głupot 28.10.07, 14:38
                Mowa o inflacji real assets w real cenach na zimnym wykresie, bez
                emocjonalnych wstawek, cynicznych uwag i krzykliwych tytułów.

                www.sharelynx.com/chartsfixed/600yeargold.gif
                • petrucchio Re: Aż się nie chce czytać tych głupot 28.10.07, 23:05
                  qwardian napisał:

                  > Mowa o inflacji real assets w real cenach na zimnym wykresie, bez
                  > emocjonalnych wstawek, cynicznych uwag i krzykliwych tytułów.

                  I ten "zimny wykres" i równie zimny wykres dla srebra z tego samego website'u
                  (zob. link) pokazują dokładnie to, o czym pisałem: wielokrotny spadek wartości
                  kruszcu między końcem XV wieku a połową XVII.

                  www.sharelynx.com/chartsfixed/600yearsilvera.gif
                  • qwardian Re: Aż się nie chce czytać tych głupot 29.10.07, 16:52
                    Aż się nie chce czytać tych głupot
                    ----------------------------------------
                    • petrucchio Re: Aż się nie chce czytać tych głupot 29.10.07, 17:45
                      qwardian napisał:

                      > I jaki to ma związek z moją wypowiedzią o braku inflacji w okresie
                      > wymienionych trzystu lat. Każdy gwałtowny spadek cen kruszców
                      > szlachetnych wiąże się z deflacją, co ma dokładnie odwrotny efekt
                      > niż inflacja, którą sugerowałeś wcześniej.

                      Wykresy pokazują nie "ceny kruszcu" (tak można by powiedzieć, gdyby pieniądz był
                      papierowy), tylko *wartość kruszcu*. Jeśli pieniądz jest bity ze złota lub lub
                      srebra, to spadek wartości kruszcu powoduje *spadek siły nabywczej* pieniądza,
                      czyli właśnie inflację. Np. samo masowe bicie monet z peruwiańskiego srebra nie
                      wzbogaciło Hiszpanii, bo oznaczało nadwyżkę podaży pieniądza i prowadziło do
                      wzrostu cen. W rezultacie siła nabywcza srebrnych monet spadła o jakieś 80% i
                      wszyscy, którzy odkładali je sobie w kuferkach, znaleźli się w kłopocie.

                      > Tutaj daję kolejny link, który tyczy
                      > się końca wieku 19. Wszystko wydaje się jasne.

                      Fajnie, tylko co, za przeproszeniem, ma do tego ateizm?
                      • qwardian Re: Aż się nie chce czytać tych głupot 29.10.07, 19:52
                        petrucchio napisał:

                        >Np. samo masowe bicie monet z peruwiańskiego srebra nie wzbogaciło
                        >Hiszpanii, bo oznaczało nadwyżkę podaży pieniądza i prowadziło do
                        >wzrostu cen. W rezultacie siła nabywcza srebrnych monet spadła o
                        >jakieś 80% i wszyscy, którzy odkładali je sobie w kuferkach,
                        >znaleźli się w kłopocie.

                        Brawo Petrucchio, wskazałeś na całkiem spektakularny przykład klęski
                        urodzaju. Nędza spowodowana nadmiarem kruszcu szlachetnego,
                        nieurodzaj bogactwa i nadmiernych rezerw. Królestwo Hiszpani mogło
                        sobie pozwolić, żeby kupić całe zbiory upraw, zbudować statki do
                        kolejnych zdobyczy terytorialnych, zbudować monumentalne twierdze,
                        które turyści będą podziwiać przez tysiąclecia i to wszystko
                        importując z Niderlandów, lub wszystkich miast Hanzy razem do kupy
                        wziętych włącznie z robotnikami i ich kobietami, którzy z pewnością
                        nie pogardziliby srebrem z hiszpańskich kuferków. Co za katastrofa.
                        Nie dziwię się zatem, że całkiem słusznie przygotowywano stosy pod
                        tymi, który ówczesny system i dobrobyt poddawali w wątpliwość.
                        Historia uczy, że inkwizycja miała w tym względzie absolutną rację.
                        • petrucchio Re: Aż się nie chce czytać tych głupot 29.10.07, 21:42
                          qwardian napisał:

                          > Brawo Petrucchio, wskazałeś na całkiem spektakularny przykład
                          > klęski urodzaju. Nędza spowodowana nadmiarem kruszcu szlachetnego,
                          > nieurodzaj bogactwa i nadmiernych rezerw.

                          Nie ironizuj. Widziałeś wykres. Siła nabywcza srebra zjeżdżała po równi
                          pochyłej. Gdybyś się zastanowił, zauważyłbyś może, że nie ma wielkiej różnicy
                          między tym, co robił (poprzez swoich ministrów) monarcha hiszpański, a
                          dodrukowywaniem banknotów, "żeby ludziom żyło się lepiej". Srebro było potrzebne
                          nie tyle na towary luksusowe z zagranicy, co np. na finansowanie nieustannie
                          toczonych przez Hiszpanię wojen. Żołd dużo kosztował państwo i pokusa zamiany
                          srebra w pieniądz zamiast tworzenia rezerw była zbyt silna, żeby zdesperowany
                          minister mógł się jej oprzeć.
            • rycho7 katolskie odmozdzenie 28.10.07, 10:08
              qwardian napisał:

              > A co do totalitaryzmu. W cywilizacji katolickiej od wieku 16 po
              wiek
              > 19 czyli przez ponad trzysta lat inflacja wynosiła 0%. Tak zero,

              1. Zaskakuje mnie w powyzszym zestawienie totalitaryzmu z inflacja.
              Moze jednak podyskutujemy o pedofilnosci inflacji. Bedzie weselej.
              2. Niedawno interpolowalem wartosc transakcji w 1635 roku,
              uwzgledniajac faktyczna ilosc kruszcu w monecie. Inflacja jak
              najbardziej byla. Trudniejsza niz obecnie przy
              papierowym/plastikowym/elektronicznym pieniadzu. Katolik to jednak
              ma dziwy w pustej czaszce.

              > System cywilizacji katolickiej opierał się na jednoosobowej
              władzy,
              > która brała odpowiedzialność za wszystkie decyzje

              Byl to w rzeczywistosci jednak calkowity brak odpowiedzialnosci.
              Jedyne co bylo istotne to zachowanie zycia przez wladce. No i
              posiascie potomka meskiego.

              > śmierć były pojęciami szlachetnymi, dotyczyły wybranej grupy ludzi
              > głęboko wierzącej w Boga i podporządkowanej etyce podczas walki.

              Starcia pomiedzy nazywajacych Boga jedynego "W Trojcy" i Allahem
              dowodzily czegos zupelnie przeciwnego. Papisci brali wciry do czasu
              herezji technologicznych Europejczykow. Karmisz nas ewidentnymi
              bredniami.

              > To jest
              > właśnie cywilizacja ateistyczna oświeceniowa. Papierowy śmieć,
              > ideologiczny śmieć, decyzyjny śmieć, kulturowy śmieć, moralny
              śmieć,
              > bez tradycji, wartości, poszanowania.

              Zapewnie nie pojmiesz jak dobrze opisales katolicyzm. Czy Ty nie
              obrazasz czasem "uczuc religijnych".
              • petrucchio Re: katolskie odmozdzenie 29.10.07, 00:38
                rycho7 napisał:

                > qwardian napisał:

                > > śmierć były pojęciami szlachetnymi, dotyczyły wybranej grupy ludzi
                > > głęboko wierzącej w Boga i podporządkowanej etyce podczas walki.
                >
                > Starcia pomiedzy nazywajacych Boga jedynego "W Trojcy" i Allahem
                > dowodzily czegos zupelnie przeciwnego. Papisci brali wciry do czasu
                > herezji technologicznych Europejczykow. Karmisz nas ewidentnymi
                > bredniami.

                Ciekawe, czy Quardian słyszał coś np. o tym, jak wyglądały działania wojenne we
                Francji podczas wojny stuletniej (ze szczególnym uwzględnieniem udziału
                chłopstwa i in. ludności cywilnej). Albo weźmy np. równie makabryczną jak
                bezsensowną z militarnego punktu widzenia rzeź ludności Aleksandrii podczas
                wyprawy Piotra de Lusignan (króla Cypru, tego od uczty u Wierzynka) w 1365. Po
                łatwym zdobyciu słabo bronionego miasta, zamiast naprawić wyrwy w murach,
                zburzyć mosty i z pozycji siły negocjować z ministrami sułtana (np. w sprawie
                wymiany: Jerozolima za Aleksandrię), szlachetni rycerze wyrżnęli jak leci
                muzułmanów, Żydów i egipskich chrześcijan, nabrali tyle łupów, że kapitanowie
                statków kazali część tego wyrzucić za burtę, i po czterech dniach zmusili Piotra
                do odpłynięcia na Cypr w obawie przed zbliżającymi się posiłkami Saracenów.
                Nawet kupcy weneccy, sponsorzy Lusignana, byli wściekli, bo splądrowano także
                ich własne składy. Taki to był duch rycerski.
                • europitek Re: katolskie odmozdzenie 29.10.07, 03:19
                  Dołożyć można do tego pewną wycieczkę krzyżową do Ziemi Świętej, któa była zabłądziła i desantowała koło pewnego dużego miasta na Bosforem. Myślę jednak, że to pewnikiem jacyś pradawni ateiści użyli swoich czarów, by otumanić prawowiernych i szlachetnych żelaźniaków.
                  • qwardian Re: katolskie odmozdzenie 29.10.07, 20:20
                    Zniszczenie Konstantynopola było bezmyślnym aktem, podobnie jak
                    zniszczenie biblioteki aleksandryjskiej. Wojna stuletnia, nic nie
                    wiem o udziale ludności cywilnej, raczej o buntach chłopskich na
                    południu Francji, które tą wojnę przerwały i doprowadziły do
                    zawieszenia broni, potem buntach w Anglii. Nie można zapominać, że w
                    czasie tej wojny epidemia dżumy zabiła jedną trzecią ludności
                    kontynentu i tyczyło się to Europy Zachodniej.
                    Ale tutaj chodzi o metodyczność w niszczeniu kultury. Jak to można
                    przyrównać do rewolucji kulturalnej w Chinach i 40 mln. ofiar
                    chybionej ideologii, niszczenia kościołów w Związku Radzieckim i
                    całych warstw społecznych z milionami zamordowanych, aresztowanych i
                    zesłanych w imię nowej ideologii. Masowe ludobójstwo na Ukrainie, w
                    Kambodży, rewolucje w Ameryce Południowej, Afryce. Wszystko w imię
                    przegranej ideologii ateistycznej. Jak to porównać z plądrowaną
                    biblioteką aleksandryjską kiedy cywilizacja chrześcijańska tyle
                    przejęła z kultury antycznej w okresie odrodzenia. Wolę być
                    omóżdżonym katolikiem niż zakłamanym ateistą, bez dorobku i
                    osiągnięć. O, tutaj pewien ateistyczno-oświeceniowy wkład do naszej
                    architektury, właśnie wyczytałem w Wilkipedii:

                    Modernizm - ogólne określenie prądów w architekturze światowej
                    rozwijających się w latach ok. 1918-1975, zakładających całkowite
                    odejście nie tylko od stylów historycznych, ale również od wszelkiej
                    stylizacji. Architektura modernistyczna opierała się w założeniu na
                    nowej metodzie twórczej, wywodzącej formę, funkcję i konstrukcję
                    budynku niemal wyłącznie z istniejących uwarunkowań materialnych.
                    • petrucchio Re: katolskie odmozdzenie 29.10.07, 21:44
                      qwardian napisał:

                      > Ale tutaj chodzi o metodyczność w niszczeniu kultury.

                      To może konkwistadorzy w Ameryce?
                      • qwardian Lektura warta zapoznania się: 29.10.07, 22:00
                        Tadeusz Cegielski Instytut Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego
                        Konkwistadorzy, misjonarze, kosmopolici. Europejczycy doby
                        nowożytnej wobec „reszty świata” Wykład inauguracyjny na kierunku
                        Europeistyka Stary BUW 29 września 2005 r. Zachwyt i żądza. Eldorado
                        Pod datą 1522 roku, w liście do króla Hiszpanii i cesarza rzymsko-
                        niemieckiego Karola V, Hérnan Cortéz (1485-1547), hiszpański
                        szlachcic dowodzący wyprawą do Meksyku, odnotował: „Miasto
                        [Tlaxcala] jest tak duże i wspaniałe, że choć wiele z tego, o
                        czymmógłbym opowiedzieć, pomijam, mam wrażenie, że nawet to, co
                        powiem,będzie prawie nie do uwierzenia. Jest ono dużo większe od
                        Grenady i bardziej potężne, ma równie wspaniałe budowle, a
                        mieszkańców o wiele więcej niżmiała Grenada przed jej zdobyciem
                        [...] W mieście tym znajduje się jeden duży rynek (nie licząc wielu
                        małych targowisk...), gdzie każdego dnia kupuje coś lub sprzedaje
                        ponad trzydzieści tys. ludzi. [Są tu] zarówno żywność, jak odzież i
                        obuwie, a nadto klejnoty ze złota, srebra i drogich kamieni oraz
                        kosztowne ozdoby z piór. [...] Są tu również domy, jakby balwiernie,
                        gdzie myję się i goli głowy. Są też łaźnie [...] „ W innym miejscu
                        Cortéz dodaje, że władca Meksyku, Montezuma II posiada „nową
                        siedzibę, jeszcze nie ukończoną, nie gorszą od najlepszych pałaców w
                        Hiszpanii, jeśli chodzi o jakość wykonania robót murarskich i
                        stolarskich, a także posadzek oraz pomieszczeń służbowych i
                        gospodarczych”. Nie tylko świątynie i pałace władców budziły swoim
                        rozmachem i precyzjąwykonania podziw zdobywcy. Odnotowuje on, że
                        miasta azteckie posiadały infrastrukturę na najwyższym poziomie:
                        miasto Tenochtitlan, na przykład, zaopatrywane było w bieżącą wodę
                        poprzez sieć akweduktów. Indianie mieli w ogóle – zdaniem autora -
                        dobrze sobie radzić z robotami inżynieryjnymi. Zważywszy fakt
                        szerokiej publikacji listów Cortéza, nie tylko król Hiszpanii, lecz
                        w ślad za nim także cała Europa mogła dowiedzieć się, że państwo
                        zdobyte przez Cortéza swym rozmiarem i ludnością, zarówno „z tego,
                        co udało się ustalić, [jak i z tego], co wywnioskowano z rozmów z
                        Montezumą” było tak duże, jak Hiszpania. Władcy azteccy stworzyli
                        doskonale funkcjonujący system przepływu informacji: od licznych
                        prowincji, podporządkowanych niedługo przed przybyciem Hiszpanów, do
                        centrum w
                        ---------------------------------------------------------------------
                        -----------
                        Page 2
                        2Tenochtitlan. Stąd każdy krok Cortéza i jego ludzi, od dnia w
                        którym postawili stopę w Meksyku, znany był w stolicy. Konkwistador
                        miał w niedługim czasiezapoznać się z tym fenomenem; wszakże
                        szczęśliwy dlań los sprawił, że wiadomość o przybyciu białych
                        wojowników, rzekomo wysłanników bogaQuetzcoatla., na wiele tygodni
                        sparaliżowała działania Indian. Cortéz konsekwentnie nazywa i
                        opisuje władztwo Mentezumy jako imperium, przy czym – zdaniem
                        historyków – akurat ta nazwa wydaje sięuzasadniona w przypadku
                        luźnej struktury plemion i prowincjipodporządkowanych przez Azteków.
                        Przywodziła ona na myśl imperium Aleksandra Wielkiego lub
                        średniowieczne władztwa Arabów, Mogołów czy Osmanów: „Jednym słowem,
                        istnieje wśród tych ludzi każdy rodzaj publicznego porządku i
                        dobrego ułożenia, gdyż są oni rozumni i dobrze zorganizowani. Nawet
                        to, co najlepsze w Afryce, nie może się z nimi równać. Zważywszy, że
                        ludzie ci są barbarzyńcami, tak bardzo oddalonymi od wiedzy o Bogu i
                        od kontaktów z innymi rozumnymi narodami, jest rzeczą zdumiewającą,
                        jakipoziom mają we wszystkim” Ostatnia z przytoczonych opinii
                        Cortéza stanowii syntezę wszystkich jego relacji o Indianach i jako
                        taka zasługuje na szczególną uwagę. Po pierwsze,zdobywca Meksyku
                        wykazał się znaczną znajomością geograficznych i kulturowych
                        realiów. Porównał on indiańską stolicę nie tylko z dobrze znanymi
                        sobie Madrytem i Kadyksem, lecz właśnie ze zdobytą na Arabach
                        Grenadą, która swoimi skarbami po stokroć przyćmiewała stolice
                        hiszpańskie. Dodał przy tym, że w całej muzułmańskiej Afryce nie ma
                        cywilizacji równej tej, którą zastałw Meksyku. Po drugie, Cortéz
                        zauważył, iż cywilizacja Indian rozwijała się w separacji od innych,
                        na przykład europejskiej czy afrykańskiej – a mimo to osiągnęła
                        wysoki poziom. Tak więc pogromca meksykańskich Indian doskonale
                        rozumiał wagę zjawiska, które określamy dziś jako stosunki
                        międzykulturowe: osiągnięcia ludzkie powstają głównie w toku wymiany
                        z innymi kręgamikulturowymi. Trzecia z zasygnalizowanych kwestii
                        dotyczy pogaństwa, czy – posługując się określeniem samego Cortéza, -
                        „barbarzyństwa” Indian. Jak tojest możliwe, aby wszystkie te
                        osiągnięcia miały miejsce w tak wielkimoddaleniu od „wiedzy o Bogu”?
                        Pozwoliłem sobie zaprezentować poglądy zdobywcy Meksyku, człowieka
                        który wraz ze swym rodakiem, Franciskiem Pizarro (1471-1541) zapisał
                        się w pamięci potomnych jako zuchwały do szaleństwa zdobywca
                        wielkiego państwa Ameryki przedkolumbijskiej. Pamiętamy go również
                        jako człowieka, który zapoczątkował nie mającą precedensu
                        eksterminację społeczeństw Meksyku – tak jak Pizarro uczynił to w
                        stosunku do Indian andyjskich. Jak więc pogodzić te dwie sfery
                        faktów, dwie wykluczające się – zdawało by się - role
                        konkwistadorów?
                        ---------------------------------------------------------------------
                        -----------
                        Page 3
                        3Paradoksów i zagadek będzie przecież znacznie więcej. Nasuwa
                        siękolejne pytanie: skoro władztwa Indian były tak potężne i
                        wspaniale zorganizowane – jak pisali Cortéz, Pizarro i dziesiątki
                        innych - to dlaczego tak łatwo przyszło im ich zdobycie i
                        podporządkowanie? Co jeszcze ważniejsze – dlaczego niemal całkowicie
                        je zniszczyli, dlaczego wymordowali lub dopuścili, aby wymordowano
                        ludzi, a miasta, świątyni i pałace niemal doszczętnie zburzono?
                        Przyjrzyjmy się więc postaciom zdobywców. Kim byli, jakimi kierowali
                        się zasadami, co popychało ich do zuchwałych przedsięwzięć?
                        Pamiętajmy, że podbój Mezoameryki stanowiłrezultat prywatnych
                        przedsięwzięćkonkwistadorów. Za akcjami Hiszpanów i Portugalczyków
                        nie kryły się ani kolonialne plany monarchów, ani misyjne ambicje
                        Kościoła katolickiego. Te ostatnie pojawiły się dopiero w momencie,
                        kiedy podbój obu Ameryk zostałpraktycznie dokonany. Wróćmy do
                        relacji Cortéza. Jak zauważyliśmy, w swych Listach o zdobyciu
                        Meksyku dawał niejednokrotnie wyraz szczeremu zachwytowi - tym samym
                        konkwistador wyraźnie subiektywizował swoją relację. Jego zachowanie
                        tłumaczy szok kulturowy, jakiego musiał doznać obcując ze światem, o
                        którego istnieniu nie miał pojęcia żaden z Europejczyków. Właśnie
                        dlatego Cortéz musiał oswoić zastaną w Meksyku rzeczywistość:
                        nakładał znaną sobie, europejską siatkę pojęć, wartości i
                        doświadczeń na zjawiska tyczące się kultury Indian i państwa
                        Montezumy. Siatka taka stanowiła dlań swoisty drogowskaz, punkt
                        odniesienia, dzięki któremu był w stanie rzeczywistość Ameryki
                        ocenić – a w konsekwencji podporządkować sobie. Umożliwiała ona
                        również zrozumiałe dla królewskiego odbiorcy i jego otoczenia, a
                        korzystne dla konkwistadora, naświetlenie sytuacji w Meksyki.
                        Zdobywcy nie dostrzegli, bo nie byli w stanie dostrzec, że
                        wyrafinowanie kultury duchowej i artystycznej Indian, bogactwo
                        mierzone przez nich ilościązłota i szlachetnych kamieni, nie szły w
                        parze z proporcjonalnym postępemtechnicznym i organizacyjnym. Twórcy
                        monumentalnej architektury, figuralnej rzeźby i precyzyjnego
                        złotnictwa nie znali koła i nie posługiwali się narzędziamiz żelaza
                        i stali. Stosunkowo nieliczne wyroby z miedzi i brązu miały w
                        tymkręgu jedynie kultowe lub estetyczne – a nie techniczne
                        zastosowanie. Gdyby mierzyć kultury Azteków, Majów i Inków
                        dzisiejszą, naukową miarą, to znajdowały się one na poziomie późnego
                        neolitu lub epoki brązu. W zetknięciu ze zdet
                        • qwardian Re: Lektura warta zapoznania się: 29.10.07, 22:03
                          W zetknięciu ze zdeterminowanymi, dysponującymi znaczną przewagą
                          technicznąkonkwistadorami cywilizacja Indian rozsypała się, mimo
                          liczebnej przewagi nad najeźdźcami. Z pięćsetletniej dziś
                          perspektywy wynik konfrontacji tak różnych cywilizacji wydaje się z
                          góry przesądzony; wszakże zdobywcy Meksyku i Peru nie zdawali sobie
                          sprawy z własnej przewagi. Siłę przeciwnika oceniali wedlejego
                          liczebności, poziom kultury ilością złota, srebra lub skalą budowli -
                          nie zaśszczebla cywilizacyjnego rozwoju. Tego ostatniego pojęcia
                          nie znali. Świat
                          ---------------------------------------------------------------------
                          -----------
                          Page 4
                          4ludzi był w ich oczach bytem jednorodnym – jako że danym od Boga w
                          jednymakcje kreacji. Błyskawiczne zwycięstwa nad państwami Azteków i
                          Inków były przedmiotem ich dumy. Dla obserwującej je Europy źródłem
                          zdumienia, podziwu, rzadziej oburzenia z powodu niesłychanych
                          gwałtów, jakich siękonkwistadorzy dopuścili. Nie koniec wszak na
                          tym. Ambicje poznawcze Cortéza (a także zdobywców Peru: Pizarra i
                          Diego de Almagro) w dużej mierze motywowanebyły świadomością
                          potencjalnych korzyści, jakie przynosi obiektywna, profesjonalna
                          wiedza o przeciwniku. Konkwistadorzy starali się jak najlepiej
                          poznać polityczną i militarną organizację państw Montezumy i Inki,
                          tak aby móc wykorzystać ich słabości. Dziś wiemy, że nie było to
                          zbyt trudne,zważywszy napięcia i podskórne konflikty w organizacji
                          obu imperiów, meksykańskiego i andyjskiego. Hiszpanie szybko też
                          rozpoznali podstawy religii, wierzenia i przesądy Indian i
                          bezwzględnie wiedzę tę wykorzystali, uderzając w newralgiczne punkty
                          systemu – osoby władców posiadających nie tylko autorytarną władzę,
                          ale też – co szło w parze z taką władzą – otoczonych religijną
                          czcią, uważanych za osoby boskie. Lektura Listów o zdobyciu Meksyku
                          Hérnana Cortéza nie pozwalaprzypuszczać, by ich autor czuł się jako
                          człowiek kimś lepszym od Indian.Wielokrotnie pisał o mieszkańcach
                          Meksyku jako o ludziach rozumnych izdolnych. Umiał również docenić
                          ich męstwo i determinację na polu bitwy.Sprzymierzonych ze sobą
                          Indian nazywał wprost przyjaciółmi. Wierzył lub przynajmniej
                          deklarował wiarę w to, że po nawróceniu na chrześcijaństwo stanąsię
                          jego braćmi. Trudno jednak nie zauważyć, że bez skrupułów
                          wykorzystywałtak swoją techniczną przewagę, jak i naiwną wiarę w to,
                          że konkwistadorzy sąwysłannikami boga Quetzcoatla. Wydaje się, że
                          najbardziej charakterystycznym rysem osobowości Cortéza było jego
                          wyrachowanie. Postrzegania świata przez konkwistadora określała
                          twarda kalkulacja. Widział i oceniał tylko te aspekty i dziedziny
                          życia Indian, które miały znaczenie z czysto utylitarnego, a więc
                          militarnego czy politycznego punktu widzenia. Pomimo zachwytu nad
                          osiągnięciami Indian, twórcy tych osiągnięć byli mu w zupełności
                          obojętni. Gdy nie musiał, nie byłwobec nich brutalny; zdawał sobie
                          sprawę, że taka strategia mogłaby w dłuższej perspektywie przynieść
                          wyłącznie straty. W stanach wyższej koniecznościzabijał jednak
                          Indian bez pardonu, a ich miasta systematycznie niszczył, z czego
                          następnie zdawał sumiennie relacje. Ostatecznie też przystał, jak
                          stwierdza w listach, na niewolniczą pracę Indian na rzecz zdobywców,
                          mając głównie na względzie interesy Karola V. Sam należał bowiem do
                          szybko rosnącej w liczbę, tym samym agresywnej, ekspansywnej grupy
                          społecznej – niezamożnej szlachtyhiszpańskiej. Do doby odkryć
                          geograficznych środków do życia hidalgos szukali głównie w służbie
                          królewskiej, tak wojskowej jak i cywilnej; dopiero odkrycie Kolumba
                          otworzyło przed nimi oszałamiające perspektywy podboju ibajkowych,
                          jak się wydało z początku, łupów.
                          ---------------------------------------------------------------------
                          -----------
                          Page 5
                          5Fakt zdobycia wielkich skarbów w Meksyku i Peru umocnił jeszcze
                          panujące wśród kolonistów przekonanie, że Eldorado (hiszp. pozłacany
                          kraj), kraina złota, o której opowiadali Indianie nie tylko w
                          rejonie Przesmyku Panamskiego, ale i na wschodnim wybrzeżu Ameryki
                          Płd., znalazła się w zasięgu ich działania. Według utrzymującej się
                          do dziś tradycji, to hiszpański konkwistador Vasco Núñez Balboa (ok.
                          1475-1517), który w 1513 r.przekroczył Przesmyk Panamski i dostał
                          się do brzegów Pacyfiku (który nazwałMorzem Południowym), pierwszy
                          uzyskał dokładniejsze informacje otajemniczym kraju. Mityczne
                          królestwo stało się również celem poszukiwańpodjętych przez
                          Portugalczyków, którzy dzięki przypadkowemu odkryciu dzisiejszej
                          Brazylii przez Pedro Alvareza Cabrala (ok.1460-ok.1526) w 1500 r.
                          stali się władcami tego kraju. Chimerę Eldorado zamierzała ścigać w
                          1535 r.wielka flota hiszpańska Pedro de Mendozy (ok.1487-1637), a
                          więc w chwili, gdy Peru znalazło się już w ręku Pizzara. Zdobycie
                          państwa Inków, którego skarby szybko zostały rozgrabione, nie
                          położyły kresu mitowi. Przeciwnie,podsycały nadzieje na
                          odkrycie "prawdziwego Eldorado" przynajmniej przez sto następnych
                          lat. Kolejne wyprawy Hiszpanów ginęły w dżunglach Paragwaju i
                          Boliwii. Tereny te rozpoznane zostały i opisane dopiero dzięki
                          misjom jezuitów i utworzonym przez nich "redukcjom" na przełomie XVI
                          i XVII w. Mit Eldorado pozostawił trwały ślad w kulturze
                          europejskiej. Do Eldorado dotrzeć mieli Kandyd i jego służący
                          Kakambo z powiastki filozoficznej Woltera Kandyd (1759);
                          bezskutecznie natomiast poszukiwali bohaterowie filmów Wernera
                          Herzoga (właściwie Werner Stipetić, ur. 1942),wybitnego reżysera
                          niemieckiego. Dwie drogi do zbawienia Nowożytne podboje
                          Europejczyków nie ograniczyły się – jak wiadomo – do kontynentu
                          amerykańskiego, ale pozostańmy jeszcze w krajach podbitych przez
                          Hiszpanów. Zobaczmy, jak wykorzystali oni swoje zwycięstwo, a
                          zwłaszcza jak odnieśli się do zasadniczego problemu duchowego swojej
                          epoki – kwestii zbawienia duszy. „Trzeba pamiętać, że nawet w
                          uważanej za laickąepoce Oświecenia, świadomość europejska nadal była
                          silnie związana z chrześcijaństwem. Widać to choćby na przykładzie
                          dzieł Woltera”, a później Chateaubrianda, „w których
                          pojęcia „Europa” i chrześcijaństwo” używane sązamiennie. Jak pisał
                          [...] Leszek Kołakowski, konkwistadorzy „byli okrutni,chciwi i
                          bezlitośni, zapewne zarazem pobożni, szczerze przywiązani do swojej
                          wiary i przekonani o swojej duchowej wyższości”. Uzasadnieniem dla
                          brutalnego podboju była – jak wiadomo - misja nawracania Indian.
                          Mniej znane są jednak ich dwojakie aspekty i skutki: praktyczne z
                          jednej, teologiczne zdrugiej strony. Misje chrześcijańskie,
                          organizowane nie tylko w regionach mezoamerykańskim i andyjskim,
                          lecz także w Chinach, Indiach, Japonii i Filipinach, na wyspach
                          Polinezji i Oceanii, prowadziły do poznania lokalnych
                          ---------------------------------------------------------------------
                          -----------
                          Page 6
                          6wierzeń, praktyk i obyczajów religijnych, a co za tym idzie języków
                          i kultur. Wznacznym stopniu przyczyniły się, identycznie jak sam
                          proces podbojów, do radykalnej zmiany w sferze świadomości, a
                          zwłaszcza do pogłębienia procesu europejskiej samoidentyfikacji.
                          Gorliwość ewangelizacyjna otrzymała w XVI wieku, stuleciu pierwszych
                          podbojów, solidne podstawy prawne, przy czym w okresie wypraw do
                          Ameryki Środkowej, istniała pewna sprzeczność pomiędzy prawem
                          hiszpańskim (także podobnym doń prawem portugalskim) a dekretami
                          papieskimi. Zgodnie z tym pierwszym, ludność świeżo odkrytych dla
                          monarchii terytoriów winna nie tylko przyjąć zasady Ewangelii, ale i
                          uznać wraz z nimi zwierzchnictwo chrześcijańskiego władcy. Polegało
                          to na odczytaniu tzw. requerimento, w obecności królewskiego
                          notariusza. Oświadczenie to miało formę ultimatum; w razie nie
                          podporządkowania się pogan – w naszym przypadku Indian –
                          władzyHiszpanów można było przeprowadzić ich pacyfikację. Tymcz
                          • qwardian Re: Lektura warta zapoznania się: 29.10.07, 22:06
                            Tymczasem przepisy kościelne nie przyznawały Indianom statusu ludzi –
                            tym samym uniemożliwiały formalną ich ewangelizację. Dopiero 15 lat
                            po podbojach Cortéza, 2 czerwca 1537 roku papież Paweł III ogłosił
                            bullę, w której uznawał Indian za byty racjonalne, wolne i jako
                            takie zdolne do przyjęcia chrześcijaństwa. Dokument niezwykle ważny,
                            bo otwierający drogę do stopniowej rehabilitacji Indian w oczach
                            Europejczyków. Pięciotomowy zapis Bernala Diaz (ur. ok. 1490 r.)
                            zat. Pamiętnik żołnierza Korteza (wyd. 1632) przynosi obraz
                            społeczeństw Majów, Tolteków i Azteków różny pod wielu względami od
                            tego, jaki utrwalił Cortéz. Niezwykle utalentowani jako
                            budowniczowie, artyści czy rolnicy, dzielni żołnierze, wyznają kult,
                            który budzi najwyższą odrazę i sprzeciw Diaza. Poświęcanie ofiar
                            bożkom i rytualny kanibalizm, obserwowany podczas niektórych
                            uroczystości, kronikarz traktował jako zwykłe spożywanie mięsa
                            ludzkiego – dlazaspokojenia głodu:„Jedli mięso ludzkie – donosił -
                            jak my pożywamy wołowinę, i we wszystkich miejscowościach mieli
                            domy, jakby klatki z grubych żerdzi, w których zamykali na utuczenie
                            licznych Indian [...], aby następnie, gdy utyją, zjadać ich. Kiedy
                            prowadzili wojny, jedna prowincja za drugą, wziętych do niewoli
                            zabijali na ofiarę i zjadali”. Diaz piętnował – podobnie jak inni
                            kronikarze – rozwiązłość seksualnąIndian; wytykał im grzechy sodomii
                            i kazirodztwa; przytaczał wreszcie krążącąpo Mezoameryce plotkę,
                            jakoby Indianie byli potomkami wygnanych z Europy Żydów. Wszystkie
                            te połprawdy i konfabulacje miały służyć zdeprecjonowaniu podbitych
                            ludów i raz na zawsze zamknąć im drogę do duchowej – jeśli nie
                            prawnospołecznej – podmiotowości. Indianie nawracali się chętnie i
                            szybko; rozczarowani brakiem skutecznej opieki ze strony własnych
                            bogów, oddawali się w opiekę białego boga,
                            ---------------------------------------------------------------------
                            -----------
                            Page 7
                            7przybyłego zza oceanu. Nową wiarę znakomicie godzili z tradycyjnymi
                            obrzędami i zachowaniami, zwłaszcza śpiewem i tańcem; dopiero
                            walczący i surowy Kościół XVII wieku zaczął tępić te „diabelskie
                            praktyki”. Właśnie w XVII stuleciu stanęło przed Kościołem rzymsko-
                            katolickim (w pewnej mierze także luterańskim, który również
                            wykazywał ambicje misyjne) nowe wyzwanie, związane z
                            zainteresowaniem Europejczyków krajami Azji: Indiami, Chinami,
                            Japonią i Koreą. Mimo atrakcyjności, jaką w dziedzinie gospodarczej
                            miały dla Europejczyków wielkie monarchie Dalekiego Wschodu,
                            kontakty z nimi utrudniał tradycyjny już w kulturach tych krajów
                            izolacjonizm. Miał różnorakie przyczyny, inne w Chinach – Państwie
                            Środka, które długo utrzymywały cywilizacyjną przewagę nad
                            ościennymi ludami, inną z kolei w Japonii, aż do pojawienia się u
                            jej wybrzeży Europejczyków otwartej na obce, głównie chińskie i
                            koreańskie wpływy kulturowe. W drugim wypadku zapoczątkowany w XVI
                            w. izolacjonizm wynikał z poczucia zagrożenia, jakie nieśli
                            przybysze z Europy i towarzyszące im wynalazki w dziedzinie techniki
                            wojennej (brońpalna). Pewnym sukcesem mogli poszczycić się Francuzi
                            pod koniec XVII w., kiedy ich oficjalna misja do Chin, złożona z
                            jezuitów, została dopuszczona nadwór cesarski. Rząd zezwolił na to
                            jezuitom licząc na wykorzystanie ich wiedzy z dziedziny astronomii i
                            innych nauk ścisłych. Politykę przyjmowania europejskich uczonych i
                            specjalistów kontynuowali Chińczycy w następnymstuleciu, w ślad za
                            nią nie szło przecież otwarcie się na stosunki dyplomatyczne i
                            handlowe. W dziedzinie stosunków zewnętrznych obowiązywała
                            niezmiennie zasada ścisłego izolacjonizu. Dwór cesarski uważał
                            władców wszystkich pozostałych krajów za swych wasali. Trzymał się
                            starochińskich koncepcji, według których cesarz – Syn Nieba – panuje
                            nad narodami wszechświata, Chinystanowią środek świata, zaś
                            pozostałe narody są barbarzyńskie. Chińskie misje nauczyły
                            Europejczyków nie tylko pokory wobec cywilizacji, która sama siebie
                            uważała za wyższą od wszystkich innych. Zrodziły także nadzieję, że
                            chrześcijanie nie są na świecie osamotnieni, że gdzieś – w odległym
                            Państwie Środka - ludzie wykształceni, mandaryni, wyznają religię,
                            która stanowi być może odbicie jakiejś dawnej, wspólnejwszystkim
                            religii. Nadzieje, powiedzmy od razu, bezpodstawne, ale
                            doświadczenia wyniesione z azjatyckich, nie tylko chińskich misji,
                            pozostawiły trwały ślad w europejskiej mentalności. Raporty
                            nadsyłane przez uczonych jezuitów brzmiały początkowo
                            zachęcająco: „Konfucjusz, który ukształtowałduszę swojego narodu,
                            głosił doktrynę, w której wszędzie wyczuwało się boskąinspirację.
                            Uważał on, że ludzka natura wyszła z niebios całkowicie czysta
                            idoskonała, że uległa później skażeniu, i że należy jej przywrócić
                            pierwotne piękno”. Jak zauważa Paul Hazard, za którym referuję tę
                            sprawę, w oczachjezuickich misjonarzy filozof urodzony ok. 478 r.
                            przed Chrystusem, jawił sięniemal jako „święty Piotr avant la
                            lettre, chiński święty Paweł” . Zbierając
                            ---------------------------------------------------------------------
                            -----------
                            Page 8
                            8żniwo swych misji, wydali w 1697 roku dzieło zat. Confucius,
                            Sinarum Philosohus („Konfucjusz, filozof Chińczyków), książkę która -
                            jak ocenia Hazrad - „dotyczyła nie tyle faktów, co raczej
                            interpretacji faktów”. Przeznaczona była dla młodych
                            misjonarzy, „rybaków dusz ludzkich, którzy wiedząc, jakie analogie
                            można znaleźć między konfucjanizmem a chrześcijaństwem, będą umieli
                            lepiej chwytać dusze swoje sieci”. Postępy chińskich misji
                            obserwował z nadzieją również luteranin, Gottfried Wilhelm Leibniz
                            (1646-1717), który od dawna marzył o zjednoczeniuwszystkich
                            chrześcijan. Trzeba nawrócić Chiny – dowodził – tak jak robią
                            tojezuici: „nie przez dowodzenie Chińczykom, że tkwią w błędzie,
                            lecz przez wydobywanie analogii między ich i naszą religią, przez
                            podkreślanie substancjalnej jedności umysłu ludzkiego...”
                            Rzeczywistość zawiodła przecieżniemieckiego filozofa. Konkurencyjne
                            wobec jezuitów zakony zarzucały impobłażliwość, stronniczość,
                            skłonność do przystosowania się. Jezuici godzą sięw Chinach na cześć
                            oddawana idolom, nie udzielają ostatniego namaszczenia, zaniedbują
                            nawet obrzęd chrztu! – oskarżali. Rzym, w którym jezuitom nigdy nie
                            zabrakło przeciwników, zdecydował się wysłać do Chin legata dla
                            gruntownego zbadania sprawy, ale strażniczka katolickiej ortodoksji,
                            paryska Sorbona już wydała wyrok potępiający ojców Le Comte i Le
                            Gobien. Niewiele przy tym wiedziano w Europie o paragwajskim
                            eksperymencie jezuitów, o tzw. republice Guaranów w amerykańskiej
                            dżungli, w której w przeciągu dwóch stuleciu znalazło schronienie,
                            pracę i godne życie ok. 150 tys. Indian. Jezuiccy misjonarze w
                            Chinach zdobyli za to dwuznaczną, ale wielkąsławę wśród libertynów.
                            Vossius (Gerhard Johannes Voss) pisał, że dzięki nim wiemy, że
                            Chińczycy są ateistami, ale nie jest to ateizm negatywny, jak u
                            dzikich w Ameryce, ale ateizm pozytywny, rozmyślnie obrany,
                            nieumniejszający w niczym ich mądrości i cnoty. Są na swój sposób
                            nabożni, a ichmądrość zbliżona jest do mądrości Spinozy!
                            Konfucjanizm, filozofia Spinozy – czyż nie wskazywały ludziom
                            zupełnie nowej drogi do zbawienia, zbawienia za życia, które niosą
                            mądrość i wiedza? Marzenie o Raju. Nowi Achajowie W naszych
                            rozważaniach o konfrontacjach kultur i cywilizacji oraz stosunku
                            Europejczyków do – nazwijmy to „resztą świata” - nie może
                            zabraknąćpostawy, która święcić miała triumfy w XVIII, „oświeconym”
                            wieku oraz przez znaczną część XIX stulecia - dopóki kształtująca
                            się od czasów Josepha Arthura de Gobineau (1816-1882) doktryna
                            rasizmu nie przekreśliła ważności zarysowanych tu postaw. Znana dziś
                            • petrucchio Stój, szalony człowieku! 29.10.07, 22:11
                              Kto to widział, wklejać całe artykuły w odcinkach? Wystarczy dać odsyłacz
                            • qwardian Re: Lektura warta zapoznania się: 29.10.07, 22:15
                              Znana dziś jako mit Dobrego Dzikusa, kształtowała sięod czasu
                              pierwszej wyprawy Kolumba w 1492 roku, który nigdy nie
                              straciłnadziei, że odkrył nie tylko nową, krótszą drogę do Indii,
                              ale i prawdziwy raj ziemski, miejsce w którym ludzie cieszą się
                              pierwotną niewinnością. Zdobywcy szybko zamienili ten raj w piekło;
                              tym bardziej mit „raju odzyskanego” nabrał
                              ---------------------------------------------------------------------
                              -----------
                              Page 9
                              9żywotności. Przekonanie o pierwotnej czystości rasy ludzkiej nie
                              opuszczało filozofów rangi Johna Locke’a (1632-1704), ale w XVIII
                              stuleciu nikt nie nadałmu takiego znaczenia i popularności, jak Jan
                              Jakub Rousseau (1712-1778). Mit Dobrego Dzikusa nabrał też
                              cielesności. Stało się tak dzięki wyprawom zorganizowanym po
                              Pacyfiku przez dwóch największych żeglarzyXVIII wieku: Anglika
                              Jamesa Cooka (1728-1779) i jego francuskiego konkurenta, Louisa
                              Antoine’a de Bougainville’a (1729-1811). Trzy wyprawy Cooka dookoła
                              świata oraz ekspedycja de Bougainville’a miały – po raz pierwszy –
                              podwójny charakter: eksploracji nieznanych dotąd mórz i lądów przez
                              Anglię i Francję oraz w równym stopniu naukowego ich poznania i
                              opisu. Drugiemu celowi służyła obecność na statkach wielu uczonych:
                              biologów, astronomów, kartografów i jakbyśmy dziś powiedzieli –
                              etnografów. W czasie pierwszej podróży Cooka, odbytej w latach 1768-
                              1769 na żaglowcu „Endeavour” funkcję naukowego opiekuna odkrytych
                              okazów minerałów, flory i fauny pełnił Joseph Banks (1743-1820),
                              uczony-amator jakich wielu było w jego epoce. Uczestnictwo w
                              wyprawie Banks zapewniłsobie niebagatelną sumą 10 tys. funtów
                              szterlingów, wpłaconych na jej koszty.Banks, pięknoduch i bywalec
                              salonów, prawdziwy „obywatel świata”, ze swejroli wywiązał się
                              nadspodziewanie dobrze. Pozostawił szczegółowy opis i setki rysunków
                              prezentujących, jeśli idzie o Polinezję, obraz prawdziwie rajskiej
                              szczęśliwości. Banks pełen podziwu dla urody polinezyjskich kobiet,
                              korzystał też w pełni ze wszystkich uciech, jakie wyspy mu
                              zaoferowały. Nie tylko zresztą on: kapitan Cook miał ogromny problem
                              z utrzymaniem dyscypliny wśród swoichmarynarzy, oszołomionych wręcz
                              zainteresowaniem, jaki okazywały immiejscowe kobiety. Joseph Banks
                              przez długie lata po zakończeniu pierwszejwyprawy był ośrodkiem
                              powszechnego zainteresowania w Anglii, a jego ustne i pisemne
                              relacje z podróży po Pacyfiku rozpalały wyobraźnię budowniczych
                              brytyjskiego imperium. Na długie też lata zaważyły na recepcji
                              oceanicznychkultur. Innymi jeszcze kryteriami kierował się Johann
                              Reinhold Forster (1729-1798), osiadły w Gdańsku niemiecki geograf i
                              podróżnik szkockiego pochodzenia. Wraz ze swym synem Georgiem (1754-
                              1794), wybitnymprzyrodnikiem i pisarzem (przez pewien czas
                              profesorem Szkoły Głównej Litewskiej w Wilnie), wziął udział w
                              drugiej podróży Jamesa Cooka dookoła świata (1772-1775). Pozostawił
                              po sobie szczegółowy dziennik podróży, który opracował i podał do
                              druku jego syn. W mieszkańcach wyspy Tahiti, inaczej niż jego
                              uczony, ale i frywolny poprzednik z pierwszej wyprawy Cooka, Joseph
                              Banks, upatrywał nie tylko pierwotną swobodę oraz piękne ciała,
                              wodzące Europejczyków na pokuszenie. Skłonny był zwłaszcza widzieć
                              Greków epoki Homera: walecznych Achajówoblegających Troję oraz
                              podejmujących ryzykowne wyprawy żeglarskie wzdłużbrzegów Morza
                              Śródziemnego:
                              ---------------------------------------------------------------------
                              -----------
                              Page 10
                              10„Wydaje się, że ich [Tahitańczyków] okręty wojenne są tego samego
                              rodzaju, co mille carinae [okręty wojenne], które wyruszyły walczyć
                              ze słynnym miastem Troją. Być może również charakter ich wojen
                              pozostaje w pełni ten sam, aczkolwiek Grecy byli lepiej uzbrojeni,
                              jeśli idzie o wykorzystanie żelaza i brązu, które w tego rodzaju
                              wojnach w wielkim stopniu decydowały o zwycięstwie [...] Ich żegluga
                              od wyspy do wyspy Archipelagu [tj. Morza Egejskiego] była bardzo
                              podobna do ekspedycji podejmowanych przez tych ludzi [Tahitańczyków]
                              pomiędzy wyspami Morza Południowego [tj. Pacyfiku]; potrafią oni,
                              tak jak starożytni Grecy, prowadzić nawigację nocą, kierując się
                              gwiazdami, o których wiedzą wystarczająco wiele i którym nadali
                              własne imiona. Ich dowódcy, jak greccy herosi, idą na wojnę i
                              zdobywają sławędzięki bohaterskim czynom.” (tłum moje, T.C.)
                              Zatrzymajmy się, na koniec tych rozważań, przy
                              błyskotliwymporównaniu budowanym przez niemieckiego geografa. 250
                              lat po tym, jak Hérnan Cortéz opiewał potęgę imperium równego
                              hiszpańskiemu, nie zdając sobie sprawy, że wyprawa do Mezoameryki
                              stanowiła w gruncie rzeczy podróżw przeszłość, w pobliże epoki
                              brązu, Forster pojmował doskonale istotęmiędzykulturowego kontaktu.
                              Zauważył, że tubylcom brakuje broni nie tylko z żelaza, ale i brązu –
                              i z tego powodu, a także z racji niezwykłej zręczności w budowaniu
                              łodzi i śmiałości w sztuce nawigowania przypominają Greków doby
                              Homera i wypraw na Troję. To porównanie, wraz z
                              metaforą „ArgonauciZachodniego Pacyfiku” spopularyzowaną dzięki
                              pracy Argonauts of the Western Pacific (1922) Bronisława
                              Malinowskiego (1884-1942), utrzymało się do dnia dzisiejszego na
                              określenie żeglarskich dokonań ludów Polinezji. Konstatacja, jaką
                              poczynił Johann Reinhold Forster, świadomość że odkrywając nowe lądy
                              Europejczycy konfrontują się sami ze sobą – tyle, ze sprzed kilku
                              tysięcy lat, była udziałem także dowódcy tej wyprawy. James Cook,
                              surowy w ocenie ludzi i ich obyczajów, wymagający wiele od siebie
                              iinnych wykazywał niezwykłą pobłażliwość dla obyczajów
                              Tahitiańczyków iinnych mieszkańców oceanicznych wysp. Martwił się,
                              że żądni bogactwa i cielesnych uciech Brytyjczycy zdemoralizują
                              niewinnych jak dzieci wyspiarzy. Ubolewał z powodu chorób,
                              zaciągniętych na wyspy przez marynarzy: jego własnych i Francuza
                              Bougainville’a. Podobnie rozumował ten ostatni; Bougainville
                              zasłynął nie tylko z podróży odbytej po Pacyfiku w latach 1766-1769,
                              ale i znakomitej relacji zat. Podróż dookoła świata (wyd. 1771-72,
                              przekł. Polski 1962), dzięki której poznano w Europie Polinezję.
                              Zrozumienie fenomenu Wysp Południowych i dobre chęci odkrywców nie
                              na wiele się zdały. Nawet postawa niezłomnego w swych zasadach
                              Jamesa Cooka nie wolna była od sprzeczności. Tolerancyjny – nawet
                              jeśli chodziło o zachowania Tahitańczyków, które traktował jako
                              rozwiązłe – nie był w stanie zaaprobować licznych kradzieży broni,
                              narzędzi metalowych, a nawet gwoździ przez tubylców. Ci nie tylko że
                              spragnieni byli deficytowych na Wyspach
                              ---------------------------------------------------------------------
                              -----------
                              Page 11
                              11metali, ale żyjąc w plemiennej wspólnocie nie znali pojęcia
                              własności, stanowiącej prawdziwą świętość dla Brytyjczyków. Cook nie
                              dostrzegł też i nie zrozumiał, że za objawami niezwykłej
                              gościnności, z jaką Tahitańczycyprzyjmowali żeglarzy stoi, poważny
                              wysiłek ekonomiczny, i że po kilku miesiącach pobytu jego okrętów na
                              archipelagu został on w znacznym stopniu ogołocony z żywności. Nagły
                              powrót na Tahiti w lutym 1779 roku okazał siępoważnym błędem ze
                              strony Cooka. Przypłacili go życiem on sam i kilku jegoludzi.
                              Bezpośrednią przyczyną konfliktu, który miał doprowadzić do
                              regularnejbitwy z tubylcami, była kradzież łodzi przez Tahitańczyków
                              i podjęta przez Anglików próba zorganizowania karnej ekspedycji.
                              Ciało zabitego grotami dzid kapitana zostało przez tubylców zabrane,
                              następnie rytualnie – jak siędomyślamy – podzielone na fragmenty, z
                              których niektóre zostały spożyte na znak czci i szacunku dla
                              wojownika, reszta zaś pochowana w niedostępnym miejscu. Tylko rękę i
                              goleń Tahitańczycy odesłali na brytyjski okręt. Znamienne, że ten
                              makabryczny upominek nie wywołał ani oburzenia, anistrachu wśród
                              z
                              • qwardian Re: Lektura warta zapoznania się: 29.10.07, 22:18
                                Znamienne, że ten makabryczny upominek nie wywołał ani oburzenia,
                                anistrachu wśród załogi. Dominował raczej żal, a nawet rozpacz po
                                utracie człowieka, który posiadał najwyższy tu autorytet.
                                Na „dzikich” oburzano się dopiero w Europie, po ukazaniu się relacji
                                z ostatniej podróży Cooka. Weterani oceanicznych wypraw domyślali
                                się, że za działaniem tubylców nie stała ani krwiożerczość, ani tym
                                bardziej kanibalizm.Czy to w dziewiczym – wydawałoby się – Nowym
                                Świecie w Ameryce, czy w starożytnych cywilizacjach Środkowego i
                                Dalekiego Wschodu, czy to wreszcie wśród niewinnych i szczęśliwych –
                                do przybycia białych – mieszkańców Polinezji, wszędzie gdzie stanęła
                                stopa Europejczyka, tam przeglądał się on w zwierciadle, które
                                odbijało się przede wszystkim jegowłasną twarz. Co znajduje się „pod
                                drugiej stronie lustra”, jaki jest naprawdę świat, do którego
                                przybył, dowiedzieć się miał z wielkim opóźnieniem,zazwyczaj wtedy,
                                gdy świat ten – jak kultury prekolumbijskie – przestał już istnieć.
                                Konfrontacja z „resztą świata” dała więc Europie i wiele, i
                                niewielezarazem; dała przecież rozumienie siebie samej.Źródła i
                                opracowania cytowane w tekscie: 1. Cortéz, Hérnan, Listy Hérnana
                                Cortéza do króla i cesarza Karola V o wydarzeniach w Meksyku w
                                latach 1519-1521, Przełożyli M. Mróz i R. Tomocki, Gdańsk 1997; 2.
                                Diaz del Castello, Bernal, Pamiętnik żołnierza Korteza
                                czyliprawdziwa historia podboju Nowej Hiszpanii, Warszawa 1962; 3.
                                Pizarro, Francisco, Relacja o odkryciu i podboju królestwa Peru,
                                przełożyła M. Mróz, Gdańsk 1995,
                                • qwardian Stój, szalony człowieku! 29.10.07, 22:29
                                  Celowo wkleiłem cały artykuł, nie w celu zatopienia w nim rozmówcy,
                                  ale dlatego, że ze wszystkich źródeł tyczących się katolicyzmu,
                                  podbojów kolonialnych i monarchii, ten zrobił na mnie największe
                                  wrażenie. Ile trzeba było mądrości, rozsądku, waleczności i męstwa,
                                  żeby w obliczu przeciwności wykazać tyle zrozumienia dla spraw
                                  ludzkich i społecznych.
                                  Niech mi ktoś odpowie, jak to się porówuje do krwawej jatki wieku
                                  20.
                    • kuba.peerelski qwardian,wiesz skad sie wzial miliard Chinczykow? 29.10.07, 23:36
                      Stad ze w Chinach nie bylo nigdy chrzescijanstwa, ktore przez 1500
                      lat dziesiatkowalo ludnosc Europy.
        • andrzejg Re: Mówisz tak jakby ateizm był 27.10.07, 17:11
          mistrz_ognia napisał:

          > ========================
          > Historia wskazuje wyraźnie że jest to prosta droga do
          totalitaryzmu połączonego z kultem jednostki.
          >

          ale tylko wtedy , gdy ideologia jest wprzęgnięta w struktury państwa
          Widać lud potrzebuje przewodnika, autorytetu i gdy braknie
          wymyslonego Boga, to kieruje sie ku czemu innemu. Popatrz na
          fanatycznych radisuchaczy RM. Czym różnią sie od czcicieli jednostki.
          Toz ojczulko często jest u nich na pierwszym miejscu

          A.
          • szar.nyblask Tobie to dobrze 28.10.07, 01:04
            jesteś z Wrocławia, możesz osobiście chodzić na jej mecze, zawsze
            gdy grają u siebie
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=71177520
    • sz0k Kolejny znakomity przykład 27.10.07, 12:11
      na "nieistniejący" wojujący ateizm, do którego nie istnienia tak mnie
      przekonywali tutejsi ateiści swego czasu:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=65221869&a=65221869
      Nie ma to jak prawdziwy, rasowy ateista z krwi i kości co to nie uznaje żadnej
      religii, nie wierzy w żadnego boga, a jednocześnie pluje, obraża, bezcześci i
      plugawi wiarę... no zgadnijcie jaką???
      I jak tu nie wierzyć, że wiara katolicka jest tą jedyną, prawdziwą?
      • stan.borys Różni się polski katolicyzm od chrześcijaństwa ? 27.10.07, 15:54
        Tak. Wszystkim.
        • a000000 Re: Różni się polski katolicyzm od chrześcijaństw 27.10.07, 16:14
          nagadałeś się, nie powiem....

          to może w punktach ujmij te WSZYSTKIE różnice, co?

    • kuba.peerelski Re: Ateizm-co za przegrany światopogląd. 28.10.07, 23:39
      >>Nienawidzą kościoła i nie potrafią bez niego żyć. Stworzyli
      zbankrutowane ideologie jak oświecenie, komunizm, idee promowania
      homoseksualizmu, braku poszanowania dla rodziny, tradycji, religii.<<

      Troche pomieszales, przeciez chrzescijanie stworzyli 10 wiekow
      ciemnosci, w czasie ktorych torturowali i palili na stosach
      myslicieli oraz niewinne kobiety, a nawet spalili bibliotekarke wraz
      z cala biblioteka aleksandryjska

      • petrucchio Biblioteka Aleksandryjska 29.10.07, 02:09
        Bibliotekę palili kolejno:

        (1) W 48 p.n.e. Rzymianie Juliusza Cezara, ale to było niechcący: Cezar spalił
        swoje statki, od których zajęły się zabudowania portowe, potem pałac królewski i
        wreszcie część Biblioteki).

        (2) Wojska Aureliana w 70. latach III w., trochę paląc, a trochę szabrując.

        (3) Teofil, chrześcijański patriarcha Aleksandrii w 391 n.e., realizując
        wytyczne cesarza Teodozjusza I w sprawie niszczenia świątyń pogańskich (spalił
        Serapeum z większą częścią wcześniej ocalałych zbiorów).

        I ostatecznie:

        (4) Być może, ale nie na pewno, dokończyli dzieła muzułmanie w 645.

        Możliwe, że zanotowana wieleset lat później historia o kalife Umarze i jego
        znanym powiedzeniu ("Jeśli te książki zawierają to samo, co Koran, są zbędne, a
        jeśli zawierają coś innego, są szkodliwe") jest tylko legendą i że w czasie
        najazdu muzułmanów nie było już co niszczyć. Wówczas głównym winowajcą byłby
        jednak biskup Teofil.
    • kuba.peerelski ateizm a idee promowania homoseksualizmu 29.10.07, 02:59
      zgadza sie, qwardian, ateistyczni papieze epoki renesansu, dzieki
      ktorym rozwinelo sie malarstwo, a zwlaszcza rzezba, promowali
      homoseksualizm jak nikt przedtem
      www.glbtq.com/social-sciences/julius_III.html


      • qwardian Ponieważ na AQ nic się nie dzieje 04.11.07, 18:21
        za wyjątkiem może wzajemnego wbijania szpilek, co jest już
        tradycyjnym obrządkiem rytualnym przeciwników kościoła katolickiego.
        Ale nic nie przeszkadza, żeby odpowiedzieć na poniższe, biorąc pod
        uwagę, że epoka renesansu, była najbardziej twórczym okresem
        cywilizacji katolickiej:

        > zgadza sie, qwardian, ateistyczni papieze epoki renesansu, dzieki
        > ktorym rozwinelo sie malarstwo, a zwlaszcza rzezba, promowali
        > homoseksualizm jak nikt przedtem


        Teologia chrześcijańska przyswoiła sobie filozofię Platona i
        Arystotelesa - dwóch najwybitniejszych myślicieli greckich.
        Największe zainteresowanie antykiem przypada na czasy odrodzenia,
        kiedy z dorobku tej starożytnej kultury i literatury zaczęto czerpać
        wiedzę o człowieku i kształtować ideał człowieczeństwa oparty na
        antycznych wzorach. Poznawanie kultury oraz literatury greckiej i
        rzymskiej stało się pasją wielu humanistów, także polskiego
        pochodzenia. Wyjeżdżali oni na studia do Włoch i tam w dorobku
        antyku odnajdowali wartości bliskie ludziom swej epoki. Te dążenia,
        mające na celu wszechstronny rozwój osobowości człowieka poprzez
        poznanie kultury antycznej i przejmowanie z niej wzorów postępowania
        i twórczości, określa się mianem humanizmu. Prąd umysłowy tak
        nazwany zalecał radość życia ziemskiego, kult człowieka, umiłowanie
        piękna i przyrody, patriotyzm. Humanizm wkrótce stał się głównym
        nurtem epoki. Podnosił godność człowieka i budził wiarę w potęgę
        jego rozumu, obalał dotychczasowe autorytety filozoficzne i
        teologiczne, za podstawowe zadanie nauki uznawał poznanie człowieka
        i praw rządzących przyrodą. Hasłem humanizmu stało się stwierdzenie
        greckiego poety i komediopisarza Terencjusza: "Jestem człowiekiem i
        nic, co ludzkie, nie jest mi obce."
        • rycho7 pochwala pedalstwa 05.11.07, 11:38
          qwardian napisał:

          > Terencjusza: "Jestem człowiekiem i nic, co ludzkie, nie jest mi
          obce.

          Qwardian jak zwykle posluguje sie katolska "logika" i umyslkowoscia.
    • kuba.peerelski qwardian, czy buddyzm to tez ateizm? 08.11.07, 22:17
      bo zauwazylem ze pod pojeciem wiary rozumiesz chrzescijanstwo, albo
      nawet jeszcze mniej - katolicyzm
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka