hasz0
07.12.07, 13:09
www.medianet.pl/~naszapol/0748/0748siei.php
Na początku listopada, kilkanaście dni po zwycięskich dla PO
wyborach na ekranach telewizorów mignęła postać Andrzeja
Olechowskiego wychodzącego z sejmowego gabinetu Donalda Tuska. Za
nim podążała dawno nie widziana sylwetka generała Gromosława
Czempińskiego. Obecność Olechowskiego w tym miejscu można by jakoś
wytłumaczyć - bądź co bądź był on jednym z twórców Platformy, a
ostatnio wymienia się go jako kandydata na nowego prezesa Orlenu.
Natomiast pojawienie się Czempińskiego to pewna nowość, bo dotąd
starał się on raczej sytuować z dala od partyjnej polityki.
Nie znaczy to oczywiście, że taka polityka go nie interesowała. Ten
były oficer PRL-owskiego wywiadu, w latach 70. rezydent w Genewie
(gdzie pracował także Olechowski, który równocześnie był agentem
tegoż wywiadu o pseudonimie "Must"), a w latach 1993-1996 szef
Urzędu Ochrony Państwa, według nieoficjalnych doniesień miał być
jednym z zakulisowych twórców Platformy. Krótko po jej powstaniu
znany postkomunistyczny dziennikarz Marek Barański zamieścił na
łamach tygodnika "Nie" (z 8 lutego 2001 r.) notkę na temat spotkania
kilku oficerów wywiadu z Czempińskim, jakie odbyło się w warszawskim
gmachu Intraco. Generał miał tam powiedzieć: - To nie jest Platforma
trzech, tylko czterech. Tym czwartym jestem ja.
Człowiek Olechowskiego
Nie wiemy oczywiście, jaki był powód wizyty byłego szefa UOP u
kandydata na premiera. Wiemy jednak, jakie decyzje Donald Tusk
podjął już po objęciu urzędu. A dotyczą one właśnie sfery służb
specjalnych. Zaraz po zaprzysiężeniu rządu lider PO powołał
pierwszego spośród sekretarzy stanu w swojej Kancelarii. Został nim
krakowski poseł Paweł Graś, który ma pełnić funkcję nieformalnego
koordynatora służb, a w ostatnich miesiącach poprzedniego Sejmu
kierował Komisją ds. Służb Specjalnych. Warto pamiętać, że 12 lat
temu Graś znajdował się w gronie założycieli Ruchu Stu -
konserwatywno-liberalnej partii, którą utworzył Olechowski. Partia
ta stała się dla Grasia drabiną do wielkiej kariery: jako szef Rady
Politycznej Ruchu Stu został doradcą premiera Buzka ds. obronności i
bezpieczeństwa państwa, a następnie posłem AWS, specjalizującym się
w tych zagadnieniach.
Warto przypomnieć, że w październiku 1999 r. poseł Graś wygłosił z
trybuny sejmowej tyradę w obronie żołnierzy i oficerów jednostki
GROM, których z tego miejsca przeprosił za to, czego doznali w ciągu
ostatnich kilku tygodni od klasy politycznej. Było to niedługo po
tym, jak ówczesny koordynator służb specjalnych Janusz Pałubicki
zdymisjonował dowódcę GROM, gen. Sławomira Petelickiego, z powodu
rzekomych nieprawidłowości finansowych. W obronę generała
zaangażowało się wówczas wiele znanych osób, m.in. Lech Falandysz i
Daniel Olbrychski, a także Andrzej Olechowski. Ten ostatni fakt
akurat nie dziwi, bowiem Petelicki to kolejny oficer PRL-owskiego
wywiadu, z którym współtwórca Platformy jest zaprzyjaźniony. Zresztą
nazwa elitarnego oddziału, którym dowodził Petelicki, pochodzi
podobno od imienia Gromosława Czempińskiego, z którym łączy go
przyjaźń i wspólne przygody z przeszłości. Petelicki szybko zresztą
odwdzięczył się Olechowskiemu za poparcie, bo już w 2000 r. aktywnie
poparł jego kandydaturę w wyborach prezydenckich.
Swoim wystąpieniem w obronie GROM Paweł Graś chwali się do dziś na
swojej stronie internetowej, informując jednocześnie z dumą, że
pomaga Fundacji GROM. Dodajmy dla ścisłości, że założycielami tej
Fundacji są generałowie Czempiński i Petelicki. To pokazuje, jak
ścisłe są związki Grasia z ludźmi dawnego wywiadu, którzy dominowali
w służbach specjalnych III RP. Można wręcz powiedzieć, że
powierzając temu politykowi kontrolę nad służbami, Donald Tusk
przywraca w tej sferze układ personalny z pierwszej połowy lat 90.
Układ, którego niesławnym symbolem stał się pułkownik Jan Lesiak,
bezpośredni realizator tzw. inwigilacji prawicy, czyli wykorzystania
UOP do walki politycznej w interesie środowisk skupionych wokół
prezydenta Lecha Wałęsy.
Dwa pokolenia
Charakterystyczne dla tego układu było to, że połączył dwa pokolenia
ludzi służb: starsze, wywodzące się głównie z I Departamentu MSW
(obok Czempińskiego i Petelickiego także generałowie Henryk Jasik,
Bogdan Libera, Marian Zacharski), i młodsze, rekrutowane wśród
działaczy NZS i Ruchu "Wolność i Pokój", głównie z Krakowa, skąd
pochodzili Krzysztof Kozłowski i Jan Maria Rokita - politycy OKP,
którzy w 1990 r. mieli największy wpływ na obsadę kadrową resortu.
Niewątpliwie najzdolniejszym przedstawicielem tej grupy był
Konstanty Miodowicz, który w ciągu 5 lat pracy w UOP dosłużył się
stopnia pułkownika i funkcji szefa Zarządu Kontrwywiadu. W 1997 r.
rozpoczął karierę parlamentarną (najpierw jako przedstawiciel AWS,
potem PO) i aż do 2005 r. zasiadał w sejmowej Komisji ds. Służb. W
ostatniej kadencji zastąpił go w tym gremium poseł Graś, ale dziś
znów mamy triumfalny powrót Miodowicza do Komisji. Drugim
przedstawicielem Platformy w tym okrojonym do minimum organie
kontroli nad służbami został Marek Biernacki, były szef MSWiA w
rządzie Buzka.
Kto stoi za Bondarykiem
W kontekście tych roszad nie dziwi osoba nowego szefa (na razie
pełniącego obowiązki) Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Już w
pierwszych godzinach urzędowania premier Tusk powierzył tę funkcję
Krzysztofowi Bondarykowi. Co prawda pochodzi on nie z Krakowa, lecz
z Białegostoku, ale w czasie studiów był działaczem NZS, a w 1990 r.
został pierwszym szefem delegatury UOP w rodzinnym mieście. Na tym
stanowisku dosłużył się stopnia majora, po czym w 1996 r. pozbyło
się go SLD-owskie kierownictwo służb. Kulisy jego odwołania
przypomniał ostatnio Marek Barański, pisząc, iż Bondaryk wpadł w
pułapkę zastawioną przez Zbigniewa Siemiątkowskiego. Otóż
Siemiątkowski, żeby skończyć z przeciekami, które już wtedy były w
użytku, wystosował do wszystkich szefów delegatur pisma, ale każde z
nich było skrycie i odmiennie oznakowane. Pismo wysłane do
Bondaryka, do Białegostoku, odnalazło się na konferencji prasowej
Unii Pracy w Poznaniu. Bondaryk z hukiem wyleciał, o czym dziś się
wspomina, ale kompletnie zapominając o przyczynach jego upadku
("Trybuna", 16.11.br.).
Po zwycięstwie AWS major Bondaryk został dyrektorem Departamentu
Nadzoru i Kontroli w MSWiA - resorcie, którego szefem był Janusz
Tomaszewski, a jednym z wiceszefów pułkownik Wojciech Brochwicz,
kolejny były oficer UOP ze stajni Rokity i Kozłowskiego. To właśnie
Brochwicz był promotorem kariery Bondaryka w służbach i to dzięki
niemu ten ostatni także został w 1998 r. wiceministrem. Tomaszewski
powierzył Bondarykowi m.in. odpowiedzialność za wprowadzenie ustawy
o ochronie informacji niejawnych i Krajowego Centrum Informacji
Kryminalnej, które miało gromadzić pochodzące z różnych służb
informacje związane z koordynacją walki z przestępczością. Nowy
wiceminister stanął też na czele zespołu ds. współpracy z
Rzecznikiem Interesu Publicznego, który miał dostarczać dokumenty
lustracyjne będące w dyspozycji MSWiA. Latem 1999 r. "Gazeta
Wyborcza" zarzuciła Bondarykowi zbieranie przy tej okazji dokumentów
pochodzących z archiwów PRL-owskiej milicji, mogących skompromitować
niektórych polityków na tle obyczajowym. Unia Wolności zażądała
dymisji wiceministra, a premier Buzek ostatecznie jej uległ,
zwłaszcza że w tym samym czasie z powodu kłopotów lustracyjnych
odwołany został Tomaszewski.
Po odejściu z rządu Bondaryk pracował w sektorze telekomunikacyjnym
i bankowym, a równocześnie zaangażował się w działalność PO, będąc
nawet członkiem Rady Krajowej tej partii. Było to o tyle naturalne,
że od momentu powstania Platformy pojawiło się w jej szeregach wielu
kolegów Bondaryka, jak wspomniani już pułkownicy Miodowicz i
Brochw