patience
21.12.07, 12:10
Czy ktoś z nas pochyliłby się z uśmiechem nad wspomnieniami, jakie fajne
gadżety istniały na Kołymie lub w Auschwitz? Chyba jednak nie, prawda? Chyba
poczucie grozy tamtych miejsc nie pozwalałoby na jakieś wyparcie świadomości,
że jednak tam zabijano, torturowano i poniewierano ludzi, nie były to więc
miejsca normalne, na które można patrzeć przez pryzmat, dajmy na to, pogadanek
o kulturze, które robili sobie więźniowie czy jakichś tajnych obchodów Bożego
Narodzenia lub Wielkanocy. Owszem, gdy czytamy J. Czapskiego i jego relacje
dot. wykładów o literaturze przeprowadzanych w warunkach obozowych, to
podziwiamy heroizm łagierników, ale przecież nie zapominamy, że to wszystko
działo się w rzeczywistości obozowej.
Jakimś ponurym deformowaniem historii powojenej Polski jest zatem
przedstawianie tejże historii i tego kraju wymyślonego przez sowietów na
potrzeby sowietów, z perspektywy "gadżetów popkultury". Nie jest to jakieś
pojedyncze wydawnictwo. Utrwala się u nas jakaś "świecka tradycja" opowiadania
o komunistycznej Polsce, jako o "fajnym kraju", w którym kręcono "zabawne
kroniki filmowe", w którym powstawały "kultowe seriale" oraz istniały "kultowe
przedmioty". Kolejną taką pozycję książkową z niekłamaną admiracją wita
publicysta "GW" W. Orliński:
"Wreszcie się doczekałem porządnej książki o PRL, w której nie ma nic o
polityce, a za to dużo o gramofonach Bambino i bananowych spódnicach. To "333
popkulturowe rzeczy... PRL" Bartka Koziczyńskiego
Gdy czytam wspomnienia z okresu PRL, często łapię się na tym, że zazdroszczę
ludziom żyjącym w tamtych czasach bogactwa życia kulturalnego."
(www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4781955.html)
freeyourmind.salon24.pl/53139,index.html