___________Jak ja Was widzę?

20.03.08, 09:10
Jesteście uprzejmi, kulturalni, szarmanccy, ujmujący, powściągliwi
i niezwykle obiektywni w ocenach, altruistyczni, skorzy do pomocy
potrzebującym, rozumiejący innych ludzi, umiejący wnikliwie
wysłuchać innych punktów widzenia, dbający o dobro wspólne,
nienawidzący fałszu, zakłamania, oszustwa, ukrywania prawdziwych
celów, wykorzystywania w jakichkolwiek okolicznościach manipulacją i
półprawdą słabszych, waleczni, honorowi, uczciwi, racjonalnie
przewidujący skutki zacietrzewienia i siania niezgody w narodzie,
brzydzący się dezinformacją i wrogą propagandą, oczernianiem i
szkalowaniem oraz ubliżaniem i pomawianiem.
    • hasz0 ___________A jak Wy widzicie mnie? 20.03.08, 09:56
      Jak dzieci Puławian z obydwu stron Alei Przyjaciół, prześlicznej,
      ślepej uliczki bocznej Koszykowej, gdzie po jednej stronie stał
      gmach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznegoa poo drugiej
      mieszkiwali w luksusowych mieszkaniach najwierniejsi słudzy okupanta
      stalinowskiego w Polsce. Mieszkali tu wysocy funkcjonariusze MBP z
      ministrem Radkiewiczem włącznie bo większość lokatorów tych mieszkań
      stanowiła narodowa mniejszość przyjaciół Polski.

      Takie getto "sami swoi".

      Klub Raczkujących Rewizjonistów gromadził milusińskich i i
      wdzięczniaczków takze z innych Alei nie tylko z Alei Przyjaciół
      byłi też np. z Alei Róż:
      ________za GW www.gazetawyborcza.pl/1,75480,5024316.html:

      "Ja z pracy nie zostałem wyrzucony. O dziwo. Byłem redaktorem
      edytorem w wydawnictwie Książka i Wiedza. Przyszli do mnie pan
      Stanisław Wroński i pan Kaczmarek, naczelni redaktorzy wydawnictwa,
      i próbowali mnie przekonać, że moja przyszłość jest tutaj, w Polsce.
      Krótka rozmowa. Trwała 15, może 20 minut. Powiedziałem, że nie, że
      już zdecydowałem. Pokazowym Żydem w wydawnictwie nie będę."

      W latach 90-tych telewizja publiczna wyemitowała nawet nostalgiczny,
      liryczny, słodki jak miód, film dokumentalny, w którym byli
      mieszkańcy wspominają swoją ulicę i dramat opuszczenia jej, gdy
      paskudni antysemici "wypędzili ich" z Polski. Nie wdając się w
      szczegóły, odnotujmy fakt, iż z Klubu Raczkujących Rewizjonistów
      wywiedli swój polityczny rodowód późniejsi Komandosi, m.in. Adam
      Michnik, a w dalszym biegu wydarzeń faktyczni twórcy KOR-u. Czy już
      wówczas marzyło im się powtórzenie w innym wariancie drogi ojców do
      władzy nad Polską, trudno orzec. Gdyby tak było i tak nikt z nich
      nigdy się do tego nie przyzna. Pewne jest, że byli od dzieciństwa
      przysposabiani do wielkich zadań właśnie na miarę historycznych
      dokonań ojców. W planach działań bezpośrednich nie liczyli się. Byli
      kadrą przyszłości, nie drugim lecz trzecim pokoleniem wybrańców,
      następcami może nie tronów ale bardzo wygodnych foteli. W połowie
      lat sześćdziesiątych w pierwszej linii pretendentów do władzy było
      ciągle pokolenie CBKP, byli, bezlitośni pogromcy "AK - zaplutych
      karłów reakcji", "odchylenia prawicowo-
      nacjonalistycznego", "kułactwa" i innych ciężkich chorób toczących
      ten okropny, polski naród. Z tego źródła wywodzi się nieustający
      antypolonizm części środowisk żydowskich w Polsce i nie tylko w
      Polsce. Stąd nieustająca fala kłamstw, oszczerstw i szyderstw.
      Składa się on zarówno z judejskiej teorii narodu wybranego jak też z
      pogardy wobec innych religii, ras, narodów. Żydzi polscy a
      przynajmniej ta ich część która aspirowała do rządzenia Polską,
      oczerniali naród polski, pomniejszali lub negowali nasz niemały
      wszak wkład w kulturę europejską, naszą powszechnie znaną
      tolerancję, umiłowanie wolności, nasze "za waszą i naszą". Jeśli
      czemuś trudno było zaprzeczyć przypisywali, to... sobie. Starali się
      dowodzić, że praktycznie bez kulturotwórczej roli Żydów nie
      powstałaby kultura polska. Przypisywali Polakom najbardziej haniebne
      cechy i najbardziej nikczemne czyny. Robiąc wszystko, aby nas
      pomniejszyć uważali, że w ten sposób siebie powiększą. Już w toku
      wydarzeń marcowych jeden z Komandosów oświadczył, że na każdych
      pięciu Polaków powinien przypadać jeden Żyd, który by nimi kierował.
      Tak myśleli. Jakże wielu z nich tak myśli. W drugiej połowie lat
      sześćdziesiątych to myślenie w kręgach żydowskiej elity było dosyć
      rozpowszechnione. Nie było dziełem przypadku, że Raczkujący
      Rewizjoniści to prawie w komplecie dzieci żydowsko-stalinowskiej
      warstwy rządzącej, "nowej klasy", czerwonej burżuazji. Butny,
      żydowski szowinizm sprawił, że uważali się za uprawnionych do
      rządzenia "tym narodem".

      Pycha wyrosła z niesłychanych, niczym nie uzasadnionych karier "w
      tym kraju" sprawiła, że po raz kolejny zamierzali rozprawić się
      z "polskimi ciemniakami" i raz jeszcze stanąć za sterem. Czyż można
      się dziwić, że tę butę, pychę i żądzę władzy młodzi raczkujący,
      żyjący za żółtymi firankami (tak nazywano w tamtych czasach sklepy i
      domy dla uprzywilejowanych) przejęli po ojcach i starszych braciach?

      i cd. wynurzeń za GW:

      "Wielu nie dostawało.

      - Ale mnie status człowieka drugiej kategorii nie odpowiadał.

      W PRL-u zawsze byli, taki system.

      - System? Nie wiem, czy system.

      Ależ tak. Akowcy, ziemianie, kułacy.

      - Nie, nie. Ich nie można porównywać do mnie. Wobec mnie zastosowano
      kryterium narodowe, które nie miało nic wspólnego z przekonaniami
      politycznymi. To było coś gorszego, coś zdecydowanie gorszego. Do
      mnie przyczepiono nalepkę Żyd, rozumiesz?

      Nie byłeś?

      - Byłem Żydem polskiego pochodzenia.

      Chyba odwrotnie.

      - Nie. Zdecydowana większość Żydów, która została w Polsce po 1956
      roku, to byli Żydzi, którzy uważali Polskę za swój kraj. Ja też. Na
      tym polega różnica. Dla mnie ogromna. Czułem się Żydem związanym z
      Polską poprzez kulturę i wychowanie. Nie byłem "V kolumną", jak
      nazwał nas Gomułka. Ona zresztą w jego przemówieniu nie pojawiła się
      ani przypadkowo, ani nagle. Była efektem rozgrywki partyjnej, która
      toczyła się od 1964 roku między tzw. partyzantami Moczara a Gomułką,
      i wygrał Moczar. A że wygrał, mieliśmy dowody. Przecież słyszałaś,
      jak w Marcu cała Sala Kongresowa tupała i krzyczała: jeszcze dziś,
      jeszcze dziś. Żeby wszyscy Żydzi jeszcze dziś wyjeżdżali z Polski. W
      myśl haseł wypisywanych na transparentach: "Żydzi do Izraela"
      czy "Syjoniści do Syjonu". Dla mnie ta kampania antysemicka była
      gwoździem do trumny.

      Mój ojciec też nie był "V kolumną". Chociaż źle mówił po polsku i z
      mamą w domu rozmawiał przeważnie po żydowsku, bo było mu łatwiej. On
      polskiego zaczął się uczyć, jak zerwał z religią żydowską, a uczył
      się od mamy, bo mama znała, pochodziła z zasymilowanej rodziny.
      Jednak ten mój ojciec, prosty Żyd, był również z Polską bardzo
      związany. Do tego stopnia, że dopiero w 1975 roku dowiedzieliśmy
      się, jak naprawdę w czasie wojny zginęła jego siostra. Przyjechał do
      nas, do Ameryki, zaczęliśmy go wypytywać - jak człowiekowi mija
      czterdziestka, zaczyna pytać o dziadków, ciotki, najczęściej za
      późno - i opowiedział. Ukrywała się w Otwocku i Polacy, którzy ją
      przechowywali, kiedy zabrakło jej pieniędzy, wydali ją Niemcom. To
      było trzy dni przed wejściem Rosjan. Zapytałem ojca, dlaczego nie
      powiedział nam o tym wcześniej. A on, że nie chciał, byśmy mieli
      uraz do Polski, żebyśmy źle myśleli o Polakach."

      • hasz0 _________Jeszcze raz NAJWażniejsze zdanie 20.03.08, 10:04
        ?????????

        "Polacy, którzy ją przechowywali, kiedy zabrakło jej pieniędzy,
        wydali ją Niemcom. To było trzy dni przed wejściem Rosjan."

        ---------

        - > ...Akowcy, ziemianie, kułacy.

        - Nie, nie. Ich nie można porównywać do mnie. Wobec mnie zastosowano
        kryterium narodowe, które nie miało nic wspólnego z przekonaniami
        politycznymi. To było coś gorszego, coś zdecydowanie gorszego. Do
        mnie przyczepiono nalepkę Żyd, rozumiesz?
        ...to byli Żydzi, którzy uważali Polskę za swój kraj. Ja też. Na
        tym polega różnica. Dla mnie ogromna.

        --------->"uważali za SWÓJ KRAJ (wraz z Polakami?)"
        • hasz0 ___Porównajcie to z Waszymi postami o #i wyjazdach 20.03.08, 10:17
          do Czechosłowacji ale ZAUWAŻCIE nie w latach 1964 ale po zwycięstwie
          Solidarności...

          po 1980 r...? Za jakąż zajadłą MŚCIWA ZAPIEKŁOSCIĄ szkalowano mnie
          oczernianiem o powiązania z....KGB!!!
          O PZPR... jeszcze wczoraj jakaś gnida pluła na mnie GWnem..
          O TW... O SB...

          Piramidalna i bezinteresowana NIENAWIŚĆ za kilka słów prawdy..
          Tak postepują jedynie słudzy propagandowego KŁAMSTWA I FAŁSZU!

          gdy na ZACHÓD wyjeżdżali licealiści Michnik, Gross, Toruńczyk itd.
          do Wiednia, do Paryża, do Rzymu na spotkania z Giedroyciem, z Janem
          Nowakiem Jeziorańskim, ze Zbigniewem Brzezińskim, z...nawiązywano
          kontakty z reprezentantami organizacji syjonistycznych i
          trockistowskich, a szczególne więzy Komandosi nawiązywali z
          działaczami IV Międzynarodówki

          B. Toruńczyk w latach 1966-1967 przebywała we Włoszech, Francji i
          Belgii. W Paryżu odwiedziła przyjaciela swego ojca - Sama
          Lannadare'a i jego kuzynkę Katherinę - członka organizacji "La
          Revolte". Katherina zapoznała B. Toruńczyk z działalnością "Jeunesse
          Communiste Revolutionaire". B. Toruńczyk spotkała się z J.
          Giedroyciem, K. Wierzyńskim i znanym jej z pobytu we Włoszech T.
          Nowakowskim. Nawiązała też kontakty z byłym Posłem RP w Wiedniu F.
          Mantelem (w 1948 roku odmówił powrotu do kraju) i Z. Zarembą, z
          którymi omawiała działalność J. Kuronia i K. Modzelewskiego (...)
          Nawiązane podczas wyjazdów za granicę kontakty z JCR były przez
          Komandosów podtrzymywane. W latach 1966-67 przyjeżdżali do Polski
          członkowie JCR - Pierre Goldman i Charles Urjewicz. Prowadzili
          rozmowy z A. Michnikiem, J. Grossem, A. Rapaczyńskim. Poza Polską
          byli również w Czechosłowacji. W 1967 roku Urjewicz mówił o swych
          misjach w Polsce, polegających na utrzymywaniu kontaktów miedzy JCR
          a grupą Komandosów. Wyjazdy za granicę Komandosi wykorzystywali do
          zaopatrywania się w literaturę antykomunistyczną i syjonistyczną,
          którą następnie kolportowali w swym środowisku (...) "

          Czytelnikom nie pamiętających tamtych czasów wypada przypomnieć, że
          otrzymanie paszportu nie było prawem Polaka, lecz rzadko udzielaną
          łaską władzy, że najmniejsze chociażby podejrzenie o
          nieprawomyślność wystarczało, aby granice Polski stały się dla
          Polaka murem nie do przebycia. Ileż to rozłączonych rodzin polskich
          nie mogło wyprosić, wypłakać prawa już nie do połączenia, ale choćby
          do krótkiego spotkania po wielu latach wojennej rozłąki. Jak to się
          więc działo, że Adam Michnik, Barbara Toruńczykówna, Włodzimierz
          Kofman, Irena Grudzińska, Henryk Rubinsztajn, Julia Juryś i wielu
          innych Komandosów w tym właśnie czasie, mimo swej opozycyjnej
          działalności, otrzymywało bez żadnych problemów paszporty ?

          WTEDY ROZUMIECIE WYTEDY gdy na Zamku w Lublinie gdy w UB-ojniach...
          traktowano Polaków jak..
          ech szkoda gadac...
          • hasz0 ______wybiórcza pamięć za GW 20.03.08, 10:20
            Urodziłem się w Rosji. I wiesz, na czym łapię się często? Że nic z
            pobytu tam nie pamiętam. Choć moi rówieśnicy z Polski sporo z
            dzieciństwa pamiętają. Jak uciekali z getta, jak ukrywali się przed
            Niemcami w lasach. Oni mają pamięć o wiele lepszą od dzieci, które
            żyły - jak ja - w miarę normalnie, bawiły się. Nawet w tej Rosji, w
            głodzie.

            Powiedziałem Niemcami? To źle. Nie powinienem mówić "Niemcami".
            Tylko hitlerowcami lub nazistami. Jestem z wykształcenia
            historykiem, pisałem pracę magisterską na temat hitleryzmu w
            Niemczech przed 1939 rokiem, nie wolno mi generalizować. To, co
            zrobiłem, po angielsku nazywa się "slip of the tongue".
            • hasz0 Re: ______wybiórcza pamięć za GW 20.03.08, 10:24
              "Fundacja Carnegiego dla Pokoju Międzynarodowego" (Carnegie
              Endowment for International Peace) , została powołana w 1908 roku w
              czasie prac nad Federalnym Bankiem Rezerw.

              Jej pierwszym prezesem był Daniel Gilman, absolwent uczelni w Yale,
              gdzie w 1852 roku wstąpił do elitarnego bractwa masońskiego "Skull &
              Bones" (Czaszka i Piszczele), które zostało założone na Uniwesytecie
              Yale w 1832 roku i było związane ściśle z "iluminizmem" Weishaupta.

              Jako ciekawostkę można podać, że członkami tego "zakonu"
              stanowiącego elitę polityczną, bankową i finansową Stanów
              Zjednoczonych, byli między innymi: były prezydent USA George Bush
              (senior) - inicjowany w 1947 roku i jego ojciec Prescott Bush -
              inicjowany w 1917 roku ([4] str. 212).

              Jak ujawniono dopiero po wielu latach , członkowie Fundacji
              Carnegiego, jakby na przekór swej nazwie, przez pierwszy rok
              zastanawiali się nad tym "czy jest jakakolwiek znana człowiekowi
              skuteczniejsza od wojny droga , która zmieniłaby w takim samym
              stopniu życie całej ludzkości".

              Według wspomnianego już Normana Dodda , w latach 1950-tych
              przewodniczącego jednej z komisji amerykańskiej Izby Reprezentantów,
              członkowie Fundacji dyskutowali nad włączeniem USA do wojny poprzez
              kontrolę nad Departamentem Stanu. Dodd poświadczył także, iż po
              przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej, prezydent
              Wilson otrzymał od owej Fundacji telegram z radą ,żeby "nie
              spodziewał się że wojna skończy się zbyt prędko ." Z pomocą Fundacji
              Rockefellera miała ona także przejąć kontrolę nad systemem edukacji
              i zmienić nauczanie historii USA ([3] str. 8). Negatywny wpływ owych
              fundacji na obecną sytuację w USA tak podsumowuje Robert
              Goldsborough ([3] str. 40):

              Po szczegółowym badaniu i długich przesłuchaniach Komisja Reece'a
              doszła do wniosku ,że fundacje Rockefellera , Gugenheima i
              Carnegiego włożyły mnóstwo wysiłku w zmianę orientacji Ameryki z
              chrześcijańskiej i wolnorynkowej na świecką , humanistyczną,
              internacjonalistyczną i socjalistyczną. Raport głosi , że poprzez
              nauczycieli i studia nauczycielskie, poprzez wprowadzenie liberalnej
              filozofii (...) oraz oraz poprzez publikowanie historycznych prac
              rewizjonistycznych dokonano indoktrynacji młodzieży amerykańskiej,
              wywołując w niej pragnienie zmian kolektywistycznych, świecko -
              humanistycznych, popieranych przez wyżej wymienione fundacje...
              • hasz0 ______Fundacja w Polsce 20.03.08, 10:27
                walka z chrześcijaństwem i państwami narodowymi poprzez
                dekonstrukcję kulturową, polityczną i gospodarczą.

                Czyżby więc zadaniem pisarstwa Grossa miało być także dokonanie
                pewnej indoktrynacji i "moralnej destrukcji" oraz było jednym z
                etapów zmiany sposobu myślenia Polaków poprzez "nowe spojrzenie na
                własną historię"?

                O tym, że Gross jest zaufanym człowiekiem masonerii świadczy jego
                długoletni udział w Radzie "Fundacji Batorego" w Polsce. Fundacja
                ta , założona w 1988 roku, przez amerykańskiego spekulanta
                giełdowego, żydowskiego pochodzenia - George Sorosa, jest jedną z
                wielu struktur firmujących różne wrogie działania przeciwko Polsce i
                to zarówno w sferze gospodarczej , jak i cywilizacyjnej i moralnej.
                Pod przykrywką filantropii próbuje ona rozbić jedność narodową, oraz
                siać destrukcję w umysłach i postawach, szczególnie młodego
                pokolenia. Fundacja finansuje różnorakie organizacje, programy i
                wydawnictwa, działające w tym duchu , jak też wręcz agenturalnie
                hołubi mniejszości narodowe w Polsce. Niestety do instytucji
                dotowanych przez nią należą także niektóre organizacje katolickie
                lub starające się za takie uchodzić. Biuletyn "Fundacji Batorego"
                wśród członków Rady wymienia miedzy innymi: J.K.Bieleckiego,
                B.Geremka, A.Olechowskiego, H.Suchocką , J.T.Grossa i co szokuje
                biskupa katolickiego T.Pieronka.

                Pełny skład Zarządu i Rady Fundacji im. Stefana Batorego
                (za wydawanym przez nią "Biuletynem" z marca 2001 r.)
                Zarząd Fundacji:
                Prezes:
                Aleksander Smolar,

                Wiceprezesi:
                Nathalie Bolgert,
                Jakub Wygnański,

                Członkowie Zarządu:
                Klaus Bachmann,
                Teresa Bogucka,
                Grzegorz Lindenberg,
                Michał Nawrocki,
                Andrzej Ziabicki

                Rada Fundacji:
                Przewodnicząca:
                Anna Radziwiłł,

                Członek Honorowy:
                George Soros,

                Członkowie:
                Jan Krzysztof Bielecki,
                Bogdan Borusewicz,
                Wojciech Fibak,
                Bronisław Geremek,
                Jan Tomasz Gross,
                Leszek Kołakowski,
                Marcin Król,
                Olga Krzyżanowska,
                Krzysztof Michalski,
                Andrzej Olechowski,
                Zbigniew Pełczyński,
                bp. Tadeusz Pieronek,
                Andrzej Rapaczyński,
                Hanna Suchocka,
                Stanisław Wellisz

                • hasz0 _____ spotk Michnika 1964 Wiedeń efekty w mediach 20.03.08, 10:40
                  Policzcie sobie sami KIEDY Adama Michnik był m.in. w Wiedniu i w
                  Paryżu. Odjąc od daty w linku - 42 = 1964 i lu....
                  ________Dawaj napieprzać w Michnika GORSZYMI OBELGAMI...
                  Nie?

                  To jego wyznanie:
                  www.gazetawyborcza.pl/1,75515,3354389.html
                  42 lata temu, jesienią 1964 r. 18-letni maturzysta z Polski spotkał
                  w Monachium dzięki pomocy szefa polskiej sekcji Radia Wolna Europa
                  Jana Nowaka-Jeziorańskiego wybitnego amerykańskiego eksperta w
                  dziedzinie nauk politycznych, autora głośnej pracy o totalitaryzmie
                  Zbigniewa Brzezińskiego. Dzięki temu spotkaniu maturzysta został
                  obdarowany prezentem - książką Zbigniewa Brzezińskiego zatytułowaną
                  w polskiej edycji "Jedność czy konflikty".


                  ########## A tu efekty po latach: ---->
                  tatarstan1.salon24.pl/28525,index.html
                  Wystarczy więc poczytać, co proponowali w latach 70. Michnik i Jacek
                  Kuroń, a co Leszek Moczulski i Wojciech Ziembiński, aby przekonać
                  się o zupełnie różnych celach, jakie sobie stawiali. Jedni byli
                  kontynuatorami niepodległościowej tradycji, drudzy wierzyli w
                  socjalizm z ludzką twarzą. To, co dla pierwszych stanowiło sens
                  wszelkich poczynań, drudzy wyśmiewali jako nierealne mrzonki.

                  Jestem pewny, że Michnik szczerze cieszy się dzisiaj z odzyskania
                  przez Polskę niepodległości, chociaż nie bardzo podobają mu się
                  projekt i metoda budowy IV Rzeczypospolitej (szczególnie zaś jej
                  architekci oraz inżynierowie), gdyż jemu w zupełności wystarcza III.
                  Powinien mieć jednak odwagę przyznania w publicznej dyskusji, że
                  jeszcze w 1989 roku chodziło mu li tylko o głęboką przebudowę PRL, a
                  nie o zbudowanie na jej gruzach w pełni suwerennego państwa.

                  Jest coś nie tylko historycznie fałszywego, ale również moralnie
                  niestosownego w strojeniu się obecnie wszystkich byłych
                  opozycjonistów w szaty nieustraszonych bojowników o niepodległość
                  Polski. Prawdopodobnie chcą oni w ten sposób pokryć wstyd z powodu
                  zbytniego minimalizmu celów, jakim wykazali się w ostatnich dekadach
                  PRL. Taka już jest ludzka natura, że niechętnie przyznajemy się do
                  błędów, choćby w postaci grzechu zaniechania. Po to są jednak
                  historycy, aby przedstawiać obiektywny obraz naszych najnowszych
                  dziejów, w których różni ludzie odgrywali całkiem odmienne role i
                  byli wówczas pewni, że tylko ich wybór był słuszny.
                  www.silentdeathclan.com/strona,25,1488,0.html
                  • hasz0 _____ JNJ ZB nie wiedział gdzie i u kogo mieszka? 20.03.08, 10:43
                    Nie wiedzieli z kim rozmawiają?

                    Śwoatło im tego nie przekazał?
                    Nie wiecie kto to taki płk. UB Swiatło?
                    • hasz0 A gdzie Wy mieszkaliście? czyich Przyjaciół? 20.03.08, 10:52
                      Po Mmimice ma w Interenecie poznawać? :----(
                      • hasz0 __________________________A teraz oni sami o sobie 20.03.08, 14:14
                        Ja pamiętam , Jerzyk, do was do AFP, dzwoniłam prawie codziennie
                        albo dwa razy dziennie oczywiście nasz telefony były na podsłuchu
                        ale to wszystko jedno oni mogli wiedzieć ubecja co my wiemy.
                        Wiedzieli dokładnie. Bardzo ważne źródło oczywiście Radio Wolna
                        Europa. Trzeba było też bardzo uważać. Ktoś nam mówił jakąś
                        wiadomość jak on by sam to widział, ale on to miał z Wolnej Europy
                        to znaczy że to było takie kółko i faktycznie żeby sprawdzić te
                        wiadomości było trudno. Od momentu KOR-u myśmy mieli do kogo się
                        zwrócić i bardzo często Kuroń dzwonił prawie codziennie. Wołał
                        konferencje prasowe. Oczywiście jak była konferencja prasowa u Jacka
                        to myśmy wiedzieli, że bardzo prawdopodobnie będzie ubecja to bardzo
                        często te tzw. konferencje prasowe były przerwane, ale o to
                        chodziło, że tutaj byli ludzie, którzy się nie bali i to chyba było
                        najważniejsze. Nie tylko korowcy, ale też społeczeństwo w Polsce
                        było więcej odważne jak w innych krajach. Moja przyjaciółka Angela …
                        z Frakfurter Allgemeine Zeitung pojechała z Polski w sześćdziesiątym
                        dziewiątym roku do Czechosłowacji. I tam było tak, że ludzie się tak
                        bali, bo jak ktoś był w opozycji, to siedział w więzieniu, to też
                        był ostracyzm społeczny. Ale tutaj w Polsce było ja bym powiedziała
                        bohaterstwo ja bym powiedziała ancien kombatant jak ktoś nie
                        siedział, to się prawie stwierdziło, że siedział przynajmniej ci z
                        opozycji. W ten sposób była bardzo ciekawa współpraca. Było bardzo
                        ciekawie w Polsce pracować. Oczywiście korespondenci zagraniczni nic
                        nie ryzykowali, najwyżej mogli nas wyrzucić z kraju. Prawdziwymi
                        bohaterami byliście wy, nasi polscy współpracownicy, bo oni byli
                        obywatelami polskimi, oni coś ryzykowali, my w zasadzie
                        ryzykowaliśmy tylko dobre imię i z tego powodu trzeba było by ć
                        szybko i być prawdziwe. To były bardzo, bardzo ciekawe czasy.
                        (oklaski)



                        Jerzy Kisielewski
                        Zanim oddam glos Krzysztofowi Bobińskiemu, który wahał się wtedy
                        między karierą naukową historyka i studiami doktoranckimi jeśli
                        dobrze pamiętam, a pracą dziennikarską, bo właśnie w tymże 1976 roku
                        rozpoczął współpracę z Financial Times i można było się domyśleć, że
                        to była wielka zagwozdka dla i MSZ-tu mówiąc eufemistycznie i dla
                        służb. Bo nie było nic gorszego jak akredytowany korespondent prasy
                        zachodniej, który nie dość, że zna wszystkich w Polsce to jeszcze do
                        tego może porozumiewać się bez tłumacza. I to był pewien problem
                        jakby poprowadzić ten aspekt odbioru informacji, które do nas
                        docierały przez „Biuletyn” KOR-u. Przypadek pewien jeszcze
                        współpracując z AFP, miałem do czynienia z korespondentem, który
                        przyjechał, przedtem był korespondentem na Kubie, żyło mu się
                        dobrze, nie bardzo chciał zadrażniać. Renata Marsch już się śmieje,
                        bo jak witał się z kolegami korespondentami powiedział: Ja byłem na
                        Kubie, przyjaźniłem się tam z ministrem spraw wewnętrznych, radziłem
                        mu w pewnych sprawach jak postępować i tu zamierzam się też
                        przyjaźnić z ministrem spraw wewnętrznych. Więc oczywiście wywołało
                        to salwę śmiechu, bardzo mu było niewygodne rozpoczynać karierę od
                        relacjonowania „Biuletynów” KOR-owskich i informacji od Jacka
                        Kuronia, od Adama Michnika i od dziesiątek współpracowników KOR-u.
                        Więc kiedy dostawał informację tzw. kolbeka czyli informację typu:
                        DPA podaje albo Reuters podaje albo AFP podaje i prosimy
                        poinformować polemizował z dyrekcją, ale któregoś dnia kiedy
                        przyszedłem rano do biura zobaczyłem, że już jest gotowa depesza i
                        to taka trzyodcinkowa zrobiona na podstawie najnowszego „Biuletynu”
                        KOR-owskiego, ucieszyłem się, że uległ, że zrozumiał, ale kiedy
                        zobaczyłem, że głównym wątkiem tej depeszy jest narastający
                        konflikt między Jackiem Kuroniem a Adamem Michnikiem i to było dość
                        rozbudowane no to zrozumiałem, że to nie jest właściwy „Biuletyn”.
                        Kiedy go zapytałem, że wprawdzie dziennikarz nie zdradza źródeł, ale
                        między sobą możemy sobie coś powiedzieć jak dostałeś to? Pocztą
                        mówi. Dokąd? Do domu. (śmiech) Od tego momentu korzystał już
                        z „Biuletynów”, które przynosiliśmy i już nie polemizował z Paryżem
                        czyli jeśli służby posunęły się do tego żeby fałszować we wczesnym
                        stadium, korzystając z naiwności korespondenta, fałszować „Biuletyn”
                        i wkładać mu do domu na jego prywatny adres, bo wiadomo, że w
                        redakcji by się szybko wydało, że to jest fałszywka, no to znaczy
                        jaka była siła rażenia „Biuletynu” już wtedy, a Krzysztof Bobiński,
                        który cierpiał na niedosyt informacji ekonomicznych na pewno pamięta
                        skup dziennikarski Józefa Kuśmierka, jak się później okazało Józefa
                        Kuśmierka, który na pierwszej stronie „Biuletynu” opisał z detalami
                        negocjacje polsko-radzieckie dotyczące dostaw gazu. Słynny
                        wicepremier Bajbakow, który przyjeżdżał tam było opisane dokładnie
                        jaka kłótnia idzie o gaz ze Związku Radzieckiego do Polski. Była
                        duża chryja. Kuśmierka chcieli zamykać, mimo jego lewicowej
                        przeszłości. Krzysztof Bobiński.



                        Krzysztof Bobiński
                        Dziękuję bardzo. Urodziłem się i wychowałem w Anglii. Przyjechałem
                        do Polski na początku lat siedemdziesiątych. Jak wyjeżdżałem z
                        Londynu powiedziała mi moja ciotka: ty się tylko do niczego nie
                        mieszaj, w ogóle nie spotykaj się z nikim ‘trefnym’ politycznie i
                        dała mi paczuszkę do przekazania do jednej pani na Mokotowie. Ta
                        pani nazywała się Wanda Ferens i od razu jak przyjechałem do
                        Warszawy to pojechałem do Wandy Ferens. Wszedłem do niej do
                        mieszkania a tam siedział Wiesław Kęcik z żoną. Był on nie dawno
                        zwolniony z więzienia awięc pierwsze moje kroki w Warszawie
                        skierowałem do faceta, który właśnie odsiedział wyrok za „RUCH”. I
                        taki był mój początek w Polsce. Wtedy trochę studiowałem
                        rzeczywiście, lepiej o tym nie mówmy. W 1975 roku zadzwoniłem do
                        wszystkich redakcji brytyjskich czy by nie chciały żeby ktoś dla
                        nich pisał o Polsce z Warszawy. Jedyna gazeta, która wykazala
                        zainteresowanie to był Financial Times. FT był zainteresowany
                        dlatego, że Polska wtedy bardzo dużo pieniędzy pożyczała na
                        Zachodzie i już w 1975 było widać, że trudno będzie te pieniędze
                        odzyskać. FT chciał wiedzieć co się z tymi pożyczkami dzieje.
                        Powiedzieli dobra, jak chcesz coś pisać to proszę bardzo i zacząłem
                        na początku 1976 roku. W tym czasie, na przełomie 1975/1976 już
                        czulo się, że będzie sie w Polsce coś działo. Może Państwo,
                        pamiętajacie, taką wystawę „Polaków obraz własny” w Zachęcie, na,
                        ktorą chodziły ogromne tłumy. Była też sprawa zmiany Konstytucji i
                        listy protestacyjne inteligencji w tej sprawie. Mowię to wszystko
                        aby przypomnieć, że powstanie KOR- u i zajeciem się przez KOR
                        sprawą robotniczą nie było przypadkiem. Tu dwie rzeczy się zbiegły -
                        ferment wśród inteligencji i rosnące poczucie wśrod zwyklych
                        ludzi, że kończą sie nadzieję na poprawę ich sytuacji rozbudzone
                        przez Edwarda Gierka na początku dekady. No i w czerwcu 1976
                        przyszła nieudana próba podniesienia niektórych cen. I właśnie
                        chciałem powiedzieć o problemach z podwyżkami. Ówczas ukazywały się
                        teksty w Financial Times, kolegów z Londynu, żałujące że podwyżki,
                        ich zdaniem konieczne, nie przeszły. W tych tekstach dziwiono się,
                        że Jaroszewicz nie zrobił tego etapami po trzy razy po 5% na
                        przykład. Dlaczego on za jednym razem to zrobił pytali oni. A moi
                        znajomi w Warszawie dzwili się, że FT w tej sprawie może władzę
                        wspierać. 1976 pokazał rosnącą siłę robotników. Znalazłem w moich
                        tekstach z tamtego czasu taki cytat robotnika z Ursusa, który
                        powiedział „No teraz wiemy jak ich cofnąć”. Wtedy okazalo się, że
                        władza nie ma siły politycznej aby zrownoważyć wzrastający popyt,
                        przez podwyżki cen. Był to objaw, politycznej niemożnośći a moj
                        Financial Times oczekiwał obniżki siły nabywczej ludności,
                        spolecznej stabilizacji, efektywnych inwestycji i dochodów
                        • hasz0 Re: __________________________A teraz oni sami o 20.03.08, 14:26
                          www.kor30.sws.org.pl/Panel_2.htmfragmenty
                          Bardzo ważni byli korespondenci w Polsce. Oni uwiarygodniali, przy
                          pewnym sceptycyzmie szefów ich redakcji, wiadomości o Polsce
                          pochodzące od opozycji. O tym mówili uczestnicy panelu na
                          konferencji ubiegłorocznej w „25-lecie Solidarności”, gdzie
                          dziennikarze z różnych redakcji europejskich i amerykańskich
                          opowiadali, z jakimi trudnościami umieszczali wiadomości o Polsce w
                          swoich gazetach. Panowała atmosfera detènte…

                          Trzeba się też było liczyć z różnicami w mentalności. Uwielbiam
                          historyjkę, której Krzysztof nie znosi, nie wiem dlaczego, bo jest
                          śliczna… Otóż na początku 1977 roku, gdy Adam Michnik wrócił do
                          Polski z pobytu na Zachodzie, dzwoni do nas i pyta: co wyście tu nam
                          jakiegoś agenta przysłali? Pytam się, o co chodzi? On opowiada, że
                          ten Bobiński na konferencji prasowej KOR-u się pyta, skąd wy macie
                          pieniądze na pomoc dla robotników? (śmiech) Otóż Krzysztof Bobiński,
                          chociaż się zaangażował i, jak to się mówi po angielsku went native,
                          bardziej niż to wynikało z jego dziennikarskiej roli, zachował
                          zdrowy anglosaski sceptycyzm i zadał pytanie, które dla dziennikarza
                          zachodniego jest oczywiste. Kto? co? po co? za jakie pieniądze? jaka
                          skuteczność? – ale w uszach Adama, to brzmiało jak donos dla policji.



                          Jerzy Kisielewski
                          A jaka była odpowiedź Adama?



                          Eugeniusz Smolar
                          Coś się tam tłumaczyłem za Krzysztofa Bobińskiego (śmiech).

                          Ukazuję Państwu element oddalenia emocjonalnego i politycznego
                          dziennikarzy za granicą od tego, co się działo w Polsce. Nie tych
                          dziennikarzy, którzy pracowali na miejscu, którzy poznali osobiście
                          Jacka, Adama czy innych działaczy, spotykali się z robotnikami, bo
                          takie spotkania też były organizowane, a więc otarli się i o
                          polityczny, policyjny i społeczny konkret, przekonali się – jako
                          ludzie – do siły przekonań demokratycznych i determinacji np.
                          Kuronia. Był to proces przekroczenia pewnej poważnej bariery
                          mentalnej, związanej z atmosferą deklarowanego odprężenia między
                          Wschodem a Zachodem, panującej wówczas w Europie zachodniej.

                          Ażeby Państwu uświadomić skalę problemów w działalności
                          informacyjnej, zwłaszcza tym młodszym: ostatnio rozmawiałem o tych
                          sprawach z Andrzejem Friszke, który przyznał, że nie bierze się
                          dzisiaj pod uwagę ograniczeń technicznych: uzmysłowić sobie trzeba,
                          że wówczas nie było Internetu, nie było emailów i nie było faksów.
                          To znaczy, że każdy skrawek informacji, nie mówiąc już o długich
                          oświadczeniach KOR-u, każdy ważny artykuł, były przekazywane
                          telefonicznie – głównie albo do Paryża, do mojego brata i jego żony,
                          albo do nas do Londynu, niekiedy również i do innych stolic.
                          Następnie, nagrane na magnetofon kasetowy, były spisywane i jak
                          najszybciej my z kolei dzwoniliśmy do „Wolnej Europy”, że jest coś
                          nowego. Już dla oszczędności oni do nas oddzwaniali i w Monachium
                          tekst spisywali z własnego nagrania. Gdy dzwoniliśmy do „Głosu
                          Ameryki”, jak było coś szczególnie ważnego, to oni z kolei
                          spisywali. Bardzo ważne informacje były przekazywane telefonicznie
                          do Szwecji, do Elżbiety i Jakuba Święcickich, do Włoch do Nelki
                          Norton, w Stanach Zjednoczonych do Irki i Janka Grossów oraz do Irki
                          Lasoty, w Holandii – do Aleksandra Malko. Niemcy, Austria, Belgia,
                          pisma polskie w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych,
                          Australii także – wszyscy oni otrzymywali teksty po kilku dniach
                          pocztą.

                          Internet by oszczędził miesiące czy lata życia… Najważniejsze były
                          informacje o represjach i o inicjatywach KOR-u, które płynęły
                          codziennie do setek tysięcy słuchaczy w Polsce przez RWE i BBC,
                          dzięki temu, że przekazywane były od was do nas. Z tych informacji
                          codziennych korzystało błyskawicznie grono kilkudziesięciu
                          przyjaciół rozsianych po całym świecie, którzy mieli dostęp w swoich
                          krajach do dziennikarzy, polityków, działaczy związkowych bądź
                          broniących praw człowieka i obywatela.

                          Zarówno autorzy krajowi jak i zagraniczni zwracają uwagę, że to
                          nieszczęście emigracji marcowej sprawiło, że na Zachodzie znalazło
                          się grono ludzi bezpośrednio i osobiście związanych z Polską i z
                          działającymi w opozycji przyjaciółmi. Lojalność osobista, troska o
                          ich los i również pragnienie pomocy sprawiły, że powstanie KOR-u
                          zogniskowało około 100-osobowe środowisko na Zachodzie. Staliśmy się
                          skutecznym narzędziem oddziaływania polskiej opozycji. Dbaliśmy o
                          to, aby w swoich krajach osiedlenia te informacje docierały do
                          związków zawodowych, do partii politycznych, z czasem i do rządów.

                          Informacje, które płynęły głównie do Paryża i do Londynu, w Londynie
                          były zbierane, systematyzowane i przekazywane dalej. Po polsku – na
                          ręce na przykład wówczas księdza Stanisława Dziwisza w Watykanie, na
                          ręce Prezydenta i Premiera na Obczyźnie, do Alojzego Mazewskiego,
                          wówczas prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, bardzo odległego
                          ideowo od swojego następcy – Moskala, do pism polskich na świecie,
                          do poszczególnych wpływowych osobistości, takich jak Zbigniew
                          Brzeziński czy Richard Pipes.

                          Na język angielski tłumaczone były informacje najważniejsze, również
                          oświadczenia czy analizy. Globalny język angielski, ułatwiał
                          dotarcie do całego świata. W uporządkowanej formie, pod nagłówkiem
                          Apelu na Rzecz Polskich Robotników, materiały docierały do Białego
                          Domu i Departamentu Stanu, do Foreign Office oraz ministerstw spraw
                          zagranicznych czy indywidualnych polityków w wielu krajach,
                          oczywiście do związków zawodowych i organizacji broniących praw
                          człowieka na całym świecie. Istotnym było, że te materiały po
                          angielsku docierały do Amnesty International, do US Helsinki Watch,
                          (Joanna Stasińska odgrywała tam rosnącą rolę), do międzynarodowego
                          Pen Clubu (Writers in Prison), i tak dalej i tak dalej. Chiny Ludowe
                          np. płaciły za 3 egzemplarze, podobnie jak prenumerowały biuletyny
                          liczne uniwersytety na świecie.

                          Muszę tu wspomnieć rzecz mało znaną a czynię to z nieukrywaną dumą,
                          tym bardziej, że dobrze znana jest praca zespołu RWE: cała ta praca
                          informacyjna była wykonywana przez niewielkie grono ludzi skupionych
                          w i wokół Sekcji Polskiej BBC. Moim najbliższym i nieocenionym
                          współorganizatorem, redaktorem i tłumaczem wielu tekstów był
                          Krzysztof Pszenicki – od 1976 do 1989 roku: dziennikarz, zastępca,
                          później dyrektor Sekcji Polskiej, a następnie szef jednego z
                          serwisów europejskich BBC. Pracował równie skutecznie, co
                          dyskretnie. Pomagali stale Antoni Pospieszalski, też
                          publicysta „Kultury”, oraz Jan Radomyski, inni dziennikarze i
                          sekretarki, jak Krystyna Śliwińska. Jest to nieznany aspekt
                          funkcjonowania Sekcji Polskiej BBC w tym czasie. Naszą działalnością
                          przyczyniliśmy się też do rozbicia informacyjnej dotąd centralizacji
                          Serwisu Światowego BBC. W czasach „Solidarności” doszło nawet do
                          utworzenia naszego własnego newsroomu w Sekcji Polskiej a po 1989
                          roku własnej, 20-osobowej redakcji w Warszawie. To była prawdziwa
                          rewolucja w BBC. Naszą drogą poszły inne redakcje. Mogę powiedzieć,
                          że byłoby to niemożliwe bez bezpośredniego dostępu do wiarygodnych
                          informacji KOR-u.

                          BBC w jeszcze jeden sposób pomogło KOR-owi. Chyba wiosną 1977 roku
                          SB uniemożliwiało przez wiele miesięcy zebranie się KOR-u na
                          zebraniu plenarnym – sytuacja robiła się trudna, pojawiły się
                          rozdźwięki. Działalność pomocowa i wydawnicza była prowadzona, ale
                          Jacek mi tłumaczył, że chodzi o to, by tzw. „starsi państwo” byli o
                          wszystkim formalnie poinformowani. Trzeba też było podjąć jakieś
                          decyzje. Namówiłem więc Davida Sellsa, znanego dziennikarza radiowo-
                          telewizyjnego BBC, do pojechania do Polski na serię reportaży.
                          Chodziło też o sfilmowanie zebrania KOR-u i przeprowadzenie wywi
                          • hasz0 ______Dlaczego Zachod lubi Tuska a nie patriotów ? 20.03.08, 14:46
                            Jedyna gazeta, która wykazala zainteresowanie to był Financial
                            Times. FT był zainteresowany
                            dlatego, że Polska wtedy bardzo dużo pieniędzy pożyczała na
                            Zachodzie i już w 1975 było widać, że trudno będzie te pieniędze
                            odzyskać.
                            FT chciał wiedzieć co się z tymi pożyczkami dzieje
                            #############################################################
                            moj Financial Times oczekiwał obniżki siły nabywczej ludności,
                            spolecznej stabilizacji, efektywnych inwestycji i dochodów z,
                            ktorych można by spłacać pozyczki. Tego oczekiwali czytelnicy FT.
                            Było to sprzeczne z aspiracjami Polakow a bardziej zgodne z
                            interesami banków zachodnich.
                            ##############################################################
                            To wszystko jednak umożliwialo moją działalność bo władzom też
                            zależało na tym, żeby Financial Times był obecny w Polsce bo to w
                            jakimś sensie ich uwiarygadniało.
Pełna wersja