hugo_w2
08.01.09, 10:08
"Chronicle of Philantropy" podała, że w minionym roku przynajmniej
16 Amerykanów podarowało 100 mln dolarów, albo więcej, na cele
charytatywne.
Nie ma jeszcze pełnych danych za ubiegły rok, stąd ostrożne
sformułowanie pisma poświęconego dobroczynności w Stanach
Zjednoczonych. Ale nawet gdyby tak zostało, byłby to rezultat
imponujący. Rok wielkiego kryzysu finansowego w USA będzie zarazem
rokiem największych od 12 lat datków na cele charytatywne. Z owych
niepełnych danych wynika, że w 2008 r. przekazano w USA przynajmniej
8 mld dolarów, podczas gdy w roku poprzednim "zaledwie" 4,1 mld dol.
Większość na liście dziesięciu najhojniejszych ofiarodawców
przekazała dziesiątki milionów na uniwersytety i college'e;
niektórzy na fundacje własnego imienia. Jedna tylko osoba w tej
dziesiątce dała wielkie pieniądze na cele religijne. Rzecz godna
odnotowania, albowiem generalnie Amerykanie, którzy są niezmiernie
szczodrzy i chętne angażują się w filantropię, najwięcej dają
właśnie na kościoły i działalność religijną; w następnej kolejności -
na szpitale, leczenie, badania medyczne.
Charytatywna działalność Amerykanów jest specyfiką tego
społeczeństwa. Nigdzie indziej na świecie ludzie nie ofiarowują tak
chętnie na cele społeczne, jak właśnie w tym kraju. Nie byłoby w USA
wielu szpitali, uczelnie funkcjonowałyby gorzej, nie byłoby placówek
religijnych, kulturalnych i oświatowych, gdyby nie hojność
Amerykanów. I to nie tylko najbogatszych. Większość pieniędzy
gromadzonych przez organizacje i instytucje działające dla dobra
ludzi pochodzi z drobnych datków.
Kiedy tylko dojdzie gdzieś w świecie do katastrofy naturalnej,
ludzie potrzebują pomocy, Amerykanie pierwsi pośpieszą ze wsparciem
i ratunkiem.
Wiele społeczeństw zachodnich od lat już idzie śladami USA, ale
daleko im jeszcze do tego wymiaru zaangażowania, zrozumienia dla
potrzeb społecznych oraz świadomości, że od nich właśnie,
konkretnych jednostek, nie od anonimowego państwa i jego urzędników,
zależy, jak społeczność lokalna czy cała zbiorowość będzie
funkcjonować. Przekazują pieniądze, zostawiają bogate zapisy
testamentowe wiedząc, że konkretne prywatne i społeczne organizacje
i instytucje lepiej skorzystają z ich funduszy niż marnotrawna
biurokracja centralna.
Społeczność polska w Stanach Zjednoczonych nie ma jeszcze w takim
stopniu wyrobionego społecznego poczucia więzi i potrzeb. W zeszłym
roku polonijną grupę zelektryzowała informacja o darze polskiego
biznesmena Romualda Hejny 10 mln dolarów dla uniwersytetu w Chicago.
Był to jeden z największych polonijnych ofiarodawców na cel nam
bliski - rozwinięcie polskich studiów na tej uczelni.
W polskiej grupie nie ma zbyt wielu tak zamożnych osób. Ale nawet
mniejsze sumy mogą poważnie wspomóc polskie organizacje i fundacje.
Quelle PDN-NY(CK)