kiedy zydokomuna Polakow mordowala. Wywiad z patologicznym klamca Markiem
Halterem, ktory wraz z cala rodzina na turystycznej wizie do Francji w 1950
roku wyjechal

podczas gdy Polacy musieli ukrywac posiadanie rodziny na
Zachodzie, bo wiazalo sie to z utrata pracy. Ciekawe komentarze pod wywiadem
Czy to był powrót do domu?
- Trafiliśmy do Łodzi, bo Warszawa była w gruzach. W Łodzi ojciec z dawnymi
przyjaciółmi otworzył drukarnię. Wydawali pierwsze po wojnie łódzkie pismo w
jidysz.
Ale pamiętam, że panował tak straszny antysemityzm, że nie mogłem chodzić do
szkoły. Matka zabrała mnie stamtąd po kilku tygodniach, bo dzieci wymyślały mi
od wstrętnych Żydów. Zapisałem się do ruchu młodzieży syjonistycznej. Inne
wspomnienie: w 1948 roku pojechaliśmy do Warszawy na odsłonięcie Pomnika
Bohaterów Getta. Jego autorem był Natan Rappaport, znajomy rodziców. Prawie
wszyscy ocaleni przyjechali na otwarcie. Było nas kilkadziesiąt tysięcy. Gdy
szliśmy w pochodzie, niosłem ogromną czerwoną flagę, a obok mnie szedł chłopak
z biało-
-niebieskim sztandarem Izraela. Przechodnie pluli i krzyczeli za nami: "Żydzi
jak szczury. Hitler ich nie wybił do końca i znów się mnożą".
Po tym incydencie ojciec dał ogłoszenie do gazet żydowskich na całym świecie,
szukając ocalałych członków naszej rodziny. Po paru miesiącach zgłosił się mój
stryj Dawid, który w przedwojennej Polsce był prześladowany jako komunista i
wyjechał do Francji. Jak się okazało, przeżył wojnę, był we francuskim ruchu
oporu. Ożenił się z Francuzką, urządził. Wielka była radość, gdy się odezwał.
Na wyrobionych dzięki jego pomocy turystycznych wizach przyjechaliśmy do
Francji. Był rok 1950.
wyborcza.pl/1,76842,6409087,Znalazlem_zone_Arafatowi.html