wild
29.01.02, 13:00
www.nczas.com/?a=show_article&id=193
O dalszy rozwój chmur kłębiastych
Dziennikarze "Gazety Wyborczej" i Radia Łódź podali, że pracownicy łódzkiego
Pogotowia Ratunkowego handlowali z miejscowymi przedsiębiorstwami pogrzebowymi
nieboszczykami, a nawet robili jeszcze gorsze rzeczy, tzn. celowo przyspieszali
zejście niektórych pacjentów. Te rewelacje przyćmiły nawet uroczystości
obchodów 100 dni rządu pana premiera Millera. Zapanowało powszechne oburzenie.
Pan minister zdrowia zapowiedział podjęcie stanowczych działań przywracających
kontrolę resortu nad służbą zdrowia. I słuszna jego racja, bo kto to widział,
żeby handel zwłokami odbywał się poza kontrolą resortu? Byłoby to karygodne
samo w sobie, a w dodatku dziennikarze piszą, że był to interes szalenie
dochodowy. Tymczasem bez resortowej kontroli państwo nic z tego nie ma, to
jasne. Więc do głosów oburzenia przyłączył się nawet sam pan prezydent, co
oznacza, że zapanowało oburzenie ponad podziałami. Całkiem słusznie, co
najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, nie można tolerować handlu zwłokami poza
kontrolą resortu, a po drugie, jeśli już w ogóle tolerować jakiś handel, to
ewentualnie handel żywym towarem. ŻYWYM, a nie jakimiś tam zwłokami.
Kiedy w NRD występowały napięcia w finansach publicznych, to zaraz tamtejszy
rząd nakazywał aresztowanie pewnej liczby obywateli pod zarzutami politycznymi.
Republika Federalna zaraz tych więźniów wykupywała, płacąc "od łebka" rządowi
NRD znacznie więcej niż pracownicy łódzkiego Pogotowia dostawali za swoje
zwłoki. U nas, w PRL-u, było jeszcze inaczej. Kiedy partia w latach 70.
zorientowała się ze zgrozą, że pożyczone dolary trzeba będzie oddawać,
postanowiła wypuszczać obywateli na Zachód, żeby sobie tam trochę na czarno
pozarabiali. Więc zarabiali i przywozili dolary do Polski ze względu na
korzystny kurs. I o to właśnie chodziło. Bo tymczasem w kraju partia
pozakładała gęstą sieć Peweksów, w których obywatel za dolary mógł kupić sobie
towary niedostępne w normalnym obrocie. Nadwyżki tych dolarów wędrowały podobno
na konta w bankach szwajcarskich. W swoim czasie tygodnik "Wprost" podawał
nawet szczegółowo wysokość kwot przelanych jednego tylko dnia, informując
zarazem, że w okresie dwóch lat końcówki PRL-u PZPR uzyskała aż 800 zezwoleń
dewizowych umożliwiających takie przelewy. Wynika z tego, że każdego dnia
przelewano "utarg" co najmniej dwukrotnie. Ale już chyba nigdy nie dowiemy się,
ile tego było, gdzie szmal jest schowany i który resort ma nad tym kontrolę, bo
ostatnio "Wprost" przyznał tytuł "Człowieka Roku" panu premierowi Millerowi,
więc rozumiem, że topory wojenne zostały ostatecznie zakopane, a końce poszły w
wodę. Zresztą nie o to mi chodzi; jeśli o tym wspominam, to tylko żeby wykazać,
iż handel żywym towarem jest o wiele bardziej rentowny niż handel
nieboszczykami, zwłaszcza poza kontrolą resortu. Dlatego też wśród argumentów
stręczących za integracją na pierwszy plan wysuwa się znowu możliwość wyjazdów
obywateli polskich na roboty do Niemiec. I pomyśleć, że taki Hitler już 60 lat
temu chciał dobrze, a tylko myśmy, nie wiadomo czemu, bronili się przed tym
rękami i nogami. Widać wyraźnie, że do pewnych idei naród musi po prostu
dojrzeć. Zresztą mniejsza o to, bo ważne jest, że jeśli nawet wejdziemy do Unii
Europejskiej, to żywy towar może okazać się naszym największym hitem
eksportowym, zwłaszcza gdyby się okazało, że podatki taki kulis będzie musiał
odsyłać swemu "przyrodzonemu" rządowi, bez względu na to, gdzie akurat pracuje.
Dlatego trudno nie przyłączyć się do głosów oburzenia na łodziaków, którzy nie
tylko, że handlowali nieboszczykami, ale w dodatku robili to poza kontrolą
resortu. Skandal, po prostu skandal!
Rozpisałem się o tym, a właściwie chciałem o czym innym. Akurat dostałem w
prezencie książkę pani prof. Jadwigi Staniszkis "Postkomunizm", z kolorową
okładką ze Stalinem w garniturze japiszona. Czytam ci ja tę książkę nie bez
pewnych trudności, bo jest ona baaardzo naukowa. Co rusz muszę zaglądać do
słownika wyrazów obcych, a i to nie zawsze pomaga. Widać nauka polska,
dostosowując się do standardów europejskich, najwyraźniej upodobała sobie te
niemieckie, a nie np. francuskie. Staroświeccy naukowcy francuscy uważali
bowiem, że "ce qui n`est pas claire, n`est pas francais" (co nie jest jasne,
nie jest francuskie), a niektórzy twierdzili nawet, że "ce qui n`est pas
claire, n`est pas raisonable" (co nie jest jasne, nie jest rozumne). Natomiast
Niemcy - odwrotnie. "Owa dywergencja między bytem (das Sein) i stanem
postulowanym przez jednostkę (das Sollen) jest warunkiem rozwoju". Albo
"Bezpośredniość człowieka jest tym, czym człowiek być nie powinien, tym, co
należy przezwyciężać". Tak pisał niemiecki filozof Hegel. Że należy
"przezwyciężać bezpośredniość człowieka". Stanisław Cat-Mackiewicz twierdzi, że
Heglowi rozchodziło się o to, by człowiek się udoskonalał. Wszystko to
oczywiście być może.
Z kolei pani prof. Staniszkis pisze tak: "Mechanizm orientacji na siebie
wyczerpał się w ostatniej fazie istnienia komunizmu z powodu nie tylko kryzysu
tożsamości systemu, lecz także jego fragmentacji. Rozwój sprzeczności, oznaki
implozji intensyfikowały spontaniczne poszukiwania lokalnych strategii
samoorganizacji, odcinkowo przywracających wrażenie kontroli". Cytuję fragment,
który - jak mi się wydaje - zrozumiałem w ten sposób, że widząc oznaki
demontowania imperium sowieckiego, lokalni funkcjonariusze zaczęli kraść na
własną rękę, że tak powiem, poza kontrolą resortu, wykorzystując posiadaną
jeszcze władzę do ochrony swoich monopoli. Inne fragmenty są jeszcze bardziej
skomplikowane, więc nawet nie próbuję ich zrozumieć, żeby się nie
kompromitować. Ciekawe, że śp. Janusz Szpotański wszystko to przewidział,
opisując w "Towarzyszu Szmaciaku", jak to Szmaciak, Maczuga, Buc i Rurka na
podstawie własnej "strategii samoorganizacji" opanowali cały Pcim i rozkradali,
co się tylko dało, "odcinkowo przywracając wrażenie kontroli". Opisał ten
mechanizm szalenie barwnie i nawet do rymu, ale to pewnie dlatego, że nie był
żadnym naukowcem. Ten przykład pokazuje, jakie ogromne zadania edukacyjne stają
przed nami, jeśli chcemy przynajmniej zrozumieć naukowe dzieła napisane w
języku polskim.
Główna teza książki pani prof. Staniszkis jest taka, że "postkomunizm" w Polsce
już się zakończył, bo nomenklaturowcy zostali wyrolowani przez cudzoziemskich
finansistów i biznesmenów. Naturalnie upraszczam i trywializuję, ale cóż począć
- taki już jestem. Mimo to jednak "postkomunizmu" jeszcze bym nie chował, nie
tyle nawet z powodu skandalu w Łodzi, co z powodu pewnej właściwości natury
ludzkiej. Okazuje się bowiem, że człowiek najbardziej boi się kija. Nawet ci,
co już nie boją się śmierci, kija boją się nadal. Przypominam tedy, że mamy
wojnę z terroryzmem, a nasz w niej udział, według pana prezydenta
Kwaśniewskiego, ma przede wszystkim polegać na zwalczaniu finansowego zaplecza
terroryzmu. Jakież tu otwiera się pole dla "lokalnych strategii
samoorganizacji", jakież możliwości dla "odcinkowego przywracania wrażenia
kontroli"! Więc caveant consules, tym bardziej że akurat odbyła się przy
udziale pana prezydenta narada policjantów, prokuratorów i sędziów nad
umacnianiem praworządności. Chodziło m.in. o to, że jak policja już kogoś
złapie, żeby inni go nie wypuszczali, aż się przyzna, gdzie schował forsę i ją
odda. Takie "odcinkowe przywracanie wrażenia kontroli" sprawdza się w Rosji na
panach Gusińskim i Bieriezowskim tak znakomicie, że nawet sam pan red. Michnik
chyba już się z tym pogodził. Dlaczegóż więc miałoby nie udać się u nas?