Dodaj do ulubionych

Jankeskie zaułki...

01.07.05, 23:44
Jankeskie zaułki...

Zaczne moze tak, od sparafrazowania pewnego slynnego poczatku – moze nie tak
slawnego, jak „Ogary poszly w las” czy „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym
rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne
zdarzenia”, ale prawie tak slawnego:
Witajcie,
No więc, powiem szczerze a krótko - pośrednio winą (lub zasługą) za Jankeskie
Zaułki obarczyć należy Cat_sa...
W jankeskich zaułkach tematem przewodnim ma byc, generalnie, Obczyzna, i
wszystko, co z nia zwiazane.
Poniewaz aktualnie przebywam w kraju, o ktorego wolnosc bili sie miedzy
innymi Pulaski i Kosciuszko, stad tytul przewodni – jednak namawiam, by sie
nim nie sugerowac zanadto i umieszczac watki dotyczace Obczyzny we wszelkiej
postaci i dotyczace kazdego czasu.

Na mnie, jako zalozycielowi spoczywa obowiazek rozpoczecia („na kazdym
zebraniu jest taki moment...itd.). Niniejszym rozpoczynam...

Moj pierwszy (bezposredni) kontakt ze Stanami datuje sie na rok 1997.
Wiedza moja o Ameryce byla raczej standardowa – dumni, acz nieco zadzierajacy
nosa cowboye, brak obycia, zerowa wiedza ogolna, slowem: kraj pop-kultury i
Mc Donalda.
Z drugiej jednak strony – Armstrong (wlasciwie dwoch :)), Edison, Twain,
Stanford...zeby wymienic w kolejnosci alfabetycznej, wybierajac przy tym
przedstawicieli kompletnie roznych profesji...
Zawsze mnie to fascynowalo, ta dwoistosc Ameryki, czy, zeby uscislic, USA –
zaryzykowalbym nawet twierdzenie, ze jest to dwoistosc jedyna w swoim rodzaju.
Nigdzie indziej chyba to, co nazywamy kultura wyzsza, nie wspoistnieje w tak
pokojowy sposob z ta nizsza, dajac efekt jedyny w swoim rodzaju –
supermocarstwa, ktore nie moze sobie poradzic z plaga otylosci wlasnych
obywateli.
Oczywiscie trudno mnie, z perspektywy mrowki, wyciagac sady w skali makro,
ale napisze to jeszcze raz: ten slynny melting pot, ten tygiel, w ktorym
mieszaja sie ludzie roznego pochodzenia, roznych kultur, religii i
wyksztalcenia, fascynowal mnie od zawsze, i odegral jakas tam role w decyzji
przybycia na Nowy Kontynent i obejrzenia go z wlasnej perspektywy.
Jak napisalem wyzej, moj pierwszy kontakt to byly trzy miesiace na banalnym
wyjezdzie studenckim z programu Work and Travel.
Wtedy byl to pomysl na zobaczenie kawalka swiata nie wydajac na to za duzo
pieniedzy, (faktycznie, wyszedlem gdzies na zero.).
Wyjechalem i trafilem na pogranicze trzech stanow: Tennessee, Polnocnej
Karoliny i Georgii.
Zdecydowalem sie, jeszcze w Polsce, na prace w Mc Donaldzie - czyz moze byc
lepsze miejsce na spojrzenie pod podszewke USA, jak fizyczna praca w
tej „restauracji” ?
No dobrze, dorabiam troche teorii, wzialem (wraz z trojka znajomych) to, co
sie nam nawinelo...ale trafilismy wybornie...cd. w watku ponizszym...
Obserwuj wątek
    • sofanes Ameryka dzika... 01.07.05, 23:45
      McDonald polozony byl na skraju parku-rezerwatu indian Cherokee, a ten rezerwat
      i region polozony jest w pasmie Appalachow, w czesci nazywanej Great Smoky
      Mountains.
      Region jest przepiekny, a gory nazywaja sie „dymnymi”, poniewaz na skutek
      wilgotnosci caly czas zalegaja w nich mgly i chmury...tu mozecie kliknac na
      stosowny link:
      www.duke.edu/~laa2/images/october_mountains/mountainview02.jpg
      Hmm, wdaje sie w dywagacje w sposob nieprzewidziany, ale zdecydowalem wlasnie,
      ze bede pisal nie-chronologicznie, raczej przeskakujac miejsca i czasy dla
      zilustrowania mysli przewdoniej danego watku...w tym ta mysla niech
      bedzie: „Moim zdaniem USA, jako czesc kontynentu, mniej jako kraj, to wspaniale
      miejsce do zwiedzania”.
      Dlaczego ? Ano, nasza europejska miedzynarodowa grupa pracujaca w miasteczku
      Cherokee (w roznych miejscach, ale mieszkajaca wspolnie, w jednym motelu) przez
      te trzy miesiace zobaczyla i przeeksplorowala wiecej ciekawych i pieknych
      miejsc, niz wielu amerykanow mieszkajacych tam na stale od urodzenia, ktorych
      poznalismy i z ktorymi sie przyjaznilismy...fascynujace bylo to, ze ta nasza
      aktywnosc wplynela na nich w sposob niespotykany – nagle nasi rowiesnicy
      odkryli, ze mozna spedzac czas inaczej, niz w kregielni czy najblizszym domu
      campingu...nie wiem, ale byly to chyba najintensywniej przezyte trzy miesiace
      mojego zycia, przez caaaly dzien dosc ciezka praca (potem pracowalismy rankami
      w na pierwsza zmiane dodatkowo w hotelu), wieczorem szybka imprezka, a w
      weekend o swicie – wycieczka grupowa gdzies, gdzie nas jeszcze nie bylo...a tu
      trzeba dodac, ze amerykanie posluguja sie samochodem jak nogami, a
      miejsca „dzikie”, czyli takie, gdzie nie ma parkingu badz nie sa one
      zorganizowane jako np. stanowy park z udogodnieniami dla zwiedzania, sa
      naprawde DZIKIE.
      Motel, w ktorym mieszkalismy, lezal przy drodze, za ktora zaczynal sie las –
      wyobrazcie to sobie, motel, slup z publicznym telefonem przy drodze, droga, a
      po drugiej stronie las.
      Jednym slowem, od telefonu do lasu jakies 10 metrow w linii prostej – i prawie
      pewne, ze w tym lesie (nie ma tam zadnych sciezek, dzika gestwina) nie stanela
      ludzka noga np. od dwudziestu lat! Czy to nie fascynujace ?
      Parki narodowe (na razie widzialem jeden, ale moja zona kilka, a i ja zamierzam
      zwiedzic jeszcze kilka), takie duze parki narodowe obejmujace kilkaset mil
      kwadratowych, charakteryzuje np. to, ze w mniej popularnych miejsach mozna
      wedrowac i biwakowac i zywego ducha nie spotkac...za to w miejscach
      popularnych – jesli gdzies jest wyznaczony specjalny szlak do jakiegos
      szczegolnego miejsca, to prawie pewne, ze na gore o wysokosci 3 tys. metrow
      bedzie mozna wjechac rowna asfaltowa droga, na gorze bedzie czekal automat z
      coca-cola i winda dla niepelnosprawnych, zas na samiutkim szczycie -
      obowiazkowa flaga... na szczescie to, co dla Amerykanow „szczegolnie warte
      zobaczenia” nie zawsze musi pokrywac sie z naszymi gustami...
      Przypomne wiec mysl przewodnia tego watku – jesli ktos przedklada nad zdjecia
      pomnikow zwiedzanie przyrody i np. podroz pusta droga przez pustynie w strone
      zachodzacego slonca, Ameryka jest urzekajaca...wymarzone miejsce dla ludzi,
      ktorzy marza o zobaczeniu parku wielkosci dwoch czy pieciu naszych wojewodztw,
      na przyklad.
      Napisalem, ze to zwiedzanie szczgolnie fascynuje Europejczykow – i chyba cos w
      tym jest, ze miejscowi nie doceniaja az tak tego, co posiadaja...mam wrazenie,
      ze wiekszosc potrafi przezyc zycie nie ruszajac sie dalej niz 50 mil od domu,
      chociaz w zyciu zmieniaja domy kilka razy.
      Z drugiej strony, moge troche przesadzac, bo porownuje „szarego” amerykanina do
      ludzi przybylych do USA z Europy (swiezo...), a wiadomo, ze zwykle sa ta
      jednostki z zainteresowaniami i kreatywnoscia troszke powyzej przecietnej...nie
      jest wykluczone, ze miszkaniec Grojca z srednim wyksztalceniem tez nie jest
      zaintersowany zwiedzaniem okolic Grojca, czy nawet innych rejonow...nie
      obrazajac Grojca i jego mieszkancow, rzecz jasna. To tyle na razie...pytajcie,
      komentujcie, dzielcie sie wlasnymi doswiadczeniami...ja niedlugo skrobne cos o
      podrozowaniu w USA i samochodach...
    • sofanes Podrozowanie... 07.07.05, 01:10
      Jak wiadomo, Ameryka to inny kontynent, ktory od naszego oddzielony jest duzym
      zbiornikiem slonej wody.
      Przez ta wode podobno mozna przeplynac (ponoc mozna wykupic miejsca na statkach
      handlowych badz poszukac rejsow jachtowych, ta druga opcja, tez ponoc, dosyc
      droga, zas obie opcje – czasochlonne), lub przefrunac.
      Koszty przefruniecia, tu bazuje na wlasnych doswiadczeniach, sa bardzo rozne –
      na ogol najtanszy jest LOT (o dziwo), ale to tyczy sie glownie lotow poza
      sezonem. Szesc miesiecy temu, bilet zarezerwowany na dwa miesiace wczesniej z
      data odlotu 28 grudnia kosztowal mnie okolo 500 dolarow (w obie strony jakies
      600 chyba), z Warszawy do Chicago. W sezonie bywa dwa razy drozej, niestety.
      Jak poruszac sie po Stanach ?
      Bez samochodu nie da sie nic zrobic, ale to nic.
      Mozna przemieszczac sie autobusami Greyhounda, tak jak zrobilem to po swoim
      pierwszym przylocie, w porownaniu z dawnymi PKSami calkiem znosnie sie nimi
      podrozuje (jest klimatyzacja, co jakis czas staja na przerwy w przydroznych
      barach), jesli komus nie przeszkadza towarzystwo zwykle halasliwej i
      sprawiajacej wrazenie bezstresowo wychowywanej biedoty.
      Pomimo tego, ze mozna trafic na bardzo specyficzne typy osobowosci (slynny
      brudas z rowerem z kolejki WKD to mily starszy pan w porownaniu do niektorych
      tutaj), to bezpieczny i relatywnie tani srodek lokomocji.
      Aha, jesli chodzi o to, czy to kraj bezpieczny, czy nie, to poswiece temu
      pewnie jakis kolejny pod-watek, ale generalizujac, czlowiek czuje sie tu duzo
      bezpieczniej, niz w Pruszkowie.

      Kiedy juz dotrzemy do miejsca przeznaczenia, to musimy kupic samochod – inaczej
      zamiast robienia zakupow albo zwiedzania spedzac bedziemy wolny czas na
      popijaniu piwa i przesiadywania na ganku.
      Na szczescie samochody tu mozna kupic wzglednie tanio, w tej chwili np.
      najlepszym wyborem sa wszelkie produkcje koreanskie np. KIA i tanich marek
      amerykanskich, np. Saturn czy Merkury.
      Takie jezdzidlo 3-4 letnie da sie kupic za 2-3 tysiace dolarow; aha, jest
      jeszcze ford taurus, taki samochod dla mas, tez tani.
      Takie samochodziki sa chyba lepsze, niz dajmy na to Fiat Seicento, a kosztuja
      tyle samo.
      Benzyna jest prawie dwukrotnie tansza niz w Polsce (teraz bije rekordy, ale
      stosunek do ceny w Polsce jest wzglednie podobny).
      Mozna tez trafic niezle okazje – nam sie udalo kupic trzy miesiace temu, przez
      zupelny przypadek, Forda Mustanga z 98 (z manualna skrzynia – tutaj to
      rzadkosc...) roku za cztery tysiace dolarow.
      Ma na liczniku 80 tysiecy mil, ale jezdzi super, i jednak jaka to przyjemnosc
      miec pod butem 150 koni.
      Jesli zamierzamy zostac przynjamniej pol roku, warto sprobowac kupic samochod
      nowszy, lepszy i drozszy – jesli jestesmy jego posiadaczem przynajmniej pol
      roku, mozemy przywiezc go do Polski bez cla i akcyzy, jako mienie
      przesiedlencze – tyle tylko, ze nie mozna go sprzedac przez rok po powrocie.
      Uwaga – malzenstwa moga przywiezc dwa samochody na tych zasadach...jesli sa
      zarejestrowane oddzielnie.
      Mam zamiar przetestowac to osobiscie, ale to pewnie za rok-dwa...wtedy zdalbym
      dokladniejsza relacje.
      Koszt wyslania samochodu do Europy to jakies poltora tysiaca dolarow.
      Jesli chodzi o prawo jazdy, tu czesto pojawiaja sie watpliwosci, ale akurat
      jestem z tym na biezaco, wiec wyjasnie:
      Generalnie, przepisy dotyczace tego, na jakim prawie jazdy moze jezdzic
      cudzoziemiec, leza w gestii poszczegolnych stanow, ale praktycznie wszedzie
      swiezo po przyjezdzie mozna jezdzic z miedzynarodowym i narodowym (trzeba miec
      oba przy sobie) prawkiem, natomiast zmienna jest czas, czasem trzeba zrobic
      amerykanskie pol roku od przyjazdu, czasem rok, a czasem (rzadko chyba) w
      ogole, jesli nie planuje sie zostania na stale.
      Zrobienie prawka amerykanskiego nie stanowi bariery nie do przejscia; zeby stac
      sie jego szczesliwym posiadaczem, najpierw trzeba zdac teorie (otrzymuje sie
      wtedy tzw. learner’s permit) i z tymze dokumentem mozemy prowadzic samochod pod
      warunkiem, ze jedzie nim tez ktos z „prawdziwym” prawem jazdy.
      Permit pozwala jedzic tak przez rok, i w trakcie tego roku wypadaloby zdac
      praktyke.
      Na egzamin praktyczny trzeba podstawic swoj samochod, przewiezc instruktora po
      okolicy i zaparkowac rownolegle gdzies w bocznej uliczce.
      Bulka z maslem, nawet dla takich nieporadnych kierowcow jak ja.
      Amerykanskie prawo jazdy jest bardzo przydatne – to podstawowy dokument
      tozsamosci, potrzebne jak chce sie kupic alkohol (niech was nie zwiedzie mysl,
      ze skoro macie np. lat 30 nie zdarzy sie, by zazadano od was ID...zdarzy sie,
      zdarzy), czy taniej ubezpieczyc samochod.
      Problemy, ktore moga pojawic sie przy probie uzyskania prawa jazdy sa raczej
      natury biurokratycznej i zwiazanej z 9/11, ale o tym moze kiedy indziej...albo
      i nie, bo i watek raczej usycha, pomimo takiego swietnego poczatku...:))
      pisanie sobie a muzom tez jest zajmujace, ale bez przesady...
      • zerozeroseven Re: Podrozowanie... 07.07.05, 10:22
        sofanes napisał:

        bo i watek raczej usycha, pomimo takiego swietnego poczatku...:))
        > pisanie sobie a muzom tez jest zajmujace, ale bez przesady...
        • zerozeroseven Re: Podrozowanie... 07.07.05, 10:22
          zerozeroseven napisał:

          > sofanes napisał:
          >
          > bo i watek raczej usycha, pomimo takiego swietnego poczatku...:))
          > > pisanie sobie a muzom tez jest zajmujace, ale bez przesady...

          No to może ja coś dodam. Napisałeś o 2 sławnych Armstrongach ale sławnych
          amerykańskich Armstrongów jest co najmniej 3: trębacz, kosmonauta i kolarz (ten
          ostatni właśnie wygrywa swoje 7 TdF) :- )

          Ale do rzeczy. Stany są piękne i faktycznie może to być i dla wielu jest ziemia
          obiecana. Mnie osobiście zafascynowały do tego stopnia, że obiecuję sobie tam
          powrót, jak tylko moje potomstwo nieco podrośnie i będzie zdolne do dłuższych
          podróży. USA poznawałem z punktu widzenia 100% turysty. Pewnego razu kupiłem
          bilet i poleciałem do Waszyngtonu (gdzie ukończyłem instytut o rynkach
          kapitałowych), a potem już zupełnie rozrywkowo zagnało mnie do NYC i jeszcze
          dalej na drugi koniec do Kalifornii i innych południowych stanów gdzie
          zabawiłem dłużej. Trudno zebrać wszystkie wrażenia w kilku słowach. Generalnie
          uważam, że amerykanie są niezwykle uprzejmi i wrażliwi. Są 100x bardziej
          przyjacielscy niż Polacy, zawsze chętni do pomocy i do dobrej rady. Po 10
          minutach rozmowy zapraszają do domu na oglądanie zdjęć z ich ostatniej imprezy
          rodzinnej. Amerykanie mają niewspółmiernie większą w stosunku do Polaków wiedzę
          ogólną o świecie. Nie tylko mają pojęcie o Polsce i Polakach, ale o
          Azerbejdżanie, Rosji, Mali czy Kostaryce. (zapytajcie przeciętnego mieszkańca
          nadwiślańskiego kraju gdzie leży Mali, albo czym się różni Korsyka od
          Kostaryki – Amerykanin wie – Polak niekoniecznie). Przyczyną takiego stanu
          rzeczy jest jak mi się wydaje niesamowita wręcz rola telewizji w edukacji
          społeczeństwa. Ci ludzie chłoną programy jak gąbka przy czym nie tylko
          rozrywkę, ale także programy edukacyjne i informacyjne. Wystarczy obejrzeć CNN,
          żeby zdać sobie sprawę, że Amerykanin ma globalny i dość dobrej jakości pogląd
          na to co się dzieje na świecie. Odbiorca TVN24 będzie co najwyżej dobrze
          zorientowany co się dzieje na Wiejskiej i w bazie Babilon nie mając zielonego
          pojęcia o tym co się wydarzyło np. w Brazylii.
          Amerykanie bardzo dbają o zdrowie chociaż wchodząc do jakiejkolwiek
          amerykańskiej restauracji ma się odmienne wrażenie. Porcje są gigantyczne jak
          na europejskie standardy (np. mała kola to 0,5 litrowy kubek). Gigantyczne są
          parkingi i stanowiska na parkingach (po powrocie miałem trudności z
          mieszczeniem się na jakimkolwiek stanowisku na polskim parkingu), drogi również
          są szerokie zwłaszcza w miastach. Wielu amerykanów uprawia sport. Wchodząc do
          Central Parku widzi się po prostu tłum ludzi na rowerach, rolkach,
          biegających, grających w tenisa rozciągających się. Tego u nas jest bardzo
          mało, a w Pruszkowie to już w ogóle kicha. Wydaje mi się, że niesłusznie do
          amerykanów przylgnął stereotyp grubasa. Może to przypadek ale ja w większości
          spotykałem ludzi szczupłych, opalonych i w pełni sprawnych. Grubasów nie było
          więcej niż na plaży w Jastarni albo w sobotę na Bolka Prusa.

          No dobra muszę kończyć. Jak znajdę czas to będzie cdn.
      • zerozeroseven Re: Podrozowanie... 07.07.05, 16:17
        O’key, folks. Następuje ciąg dalszy.
        Skończyłem na grubasach. Więc Amerykanie wbrew różnym badaniom i utartej opinii
        nie odróżniają się pod tym względem, przynajmniej po pobieżnych oględzinach od
        przeciętnego mieszkańca Europy Środkowej. Chociaż zdarzają się wyjątki. Z
        jednym z nich, a w zasadzie z jedną leciałem ze Wschodniego na Zachodnie
        Wybrzeże. Pani zajmowała legalnie dwa miejsca w samolocie, ale ja przez kilka
        godzin byłem rozpłaszczony na szybie bo w sposób nieuprawniony zajęła też pół
        mojego. Na moje nieszczęście była też bardzo miła więc jakoś nie miałem serca
        mówić jej, żeby zabrała udo z mojego siedzenia. Zjedliśmy razem całą blachę
        piernika i opowiedzieliśmy sobie historię rodzinną aż do czasów niewolnictwa bo
        pani była Murzynką. Po przylocie zostałem przedstawiony całej rodzinie
        czekającej na lotnisku. Dostałem 5 wizytówek. Zaproszenie na weekend do domu.
        Wszyscy mnie wyściskali jak dawno nie widzianego kuzyna i jeszcze machali
        rękami jak odjeżdżał mój shuttlecik do hotelu. Pełny odlot po prostu.
        Taa…. Amerykanie są niesamowici. Szczególnie na prowincji. Może za bardzo ich
        chwalę ale szczególnie tam żyją ludzie skromni, prostolinijni, pracowici i
        religijni. Wystarczy w niedzielę zobaczyć ile samochodów stoi pod kościołami,
        ile ludzi wychodzi po nabożeństwie i z jakim przejęciem w nim uczestniczą aby
        poczuć się trochę jak w średniowieczu. Mocno zakorzeniona w społeczeństwie jest
        przyzwoitość. Porno i obscena jest totalnie nie na miejscu. Zawalające nasze
        kioski i supermarkety pisemka pornograficzne są tam absolutnie nie do
        pomyślenia i chyba mogłyby stanowić podstawę do zamknięcia takiego kioskarza w
        więzieniu. Ludzie mało przeklinają, co najwyżej niewinne „gosh” – powaga! Mocno
        zakorzenione są tradycje rodzinne. Kobiety często nie pracują i zajmują się
        domem. Przyjemnym widokiem, jak dla mnie przynajmniej, były zadbane mamy z
        zakupami w fajnym pick-upie otoczone wianuszkiem 4-5 dzieci – bo dzieci
        amerykanie też mają dużo i stawiają je niemalże na piedestale. Dla przykładu
        autentyczna scenka z pociągu podmiejskiego Silicon Valley – San Francisco: Po
        przedziale idzie wolno konduktor i sprawdza bilety. Dwa rzędy przede mną siedzi
        mama z dwójką dzieci. Konduktor podchodzi. Chyba mają jakieś zniżkowe bilety bo
        mama wyciąga legitymacje czy coś tam. Konduktor studiuje z uwagą dokument po
        czym woła na cały wagon. : „Słuchajcie mała Karolinka ma dzisiaj urodziny!”.
        Wszyscy ludzie w wagonie biją brawo i śpiewają „Happy Birthday”, machają do
        dziewczynki rękami i zapanowuje ogólna radość. Konduktor bierze dziecko na ręce
        i kończy sprawdzanie biletów razem z nim.
        Kiedy to wszystko zobaczyliśmy to mnie i mojej żonie szczęki opadły do samej
        podłogi.

        Potem się przyzwyczailiśmy.

        No i jak tu nie lubić Ameryki?

        cdn.
        • sofanes Oj, laurka... 07.07.05, 18:58
          Dzieki zerozerosevenie, zes sie odezwal w watku :)
          Przechodzisz do annalow historii jako pierwszy ktory do watku sie dolaczyl...
          Hmm, co do tego, co napisales, musze przyznac, ze w wielu przypadkach zdanie
          mam kompletnie odmienne, a najlepsze w tym to, ze tez bazuje na
          doswiadczeniach...no ale po kolei:

          > No to może ja coś dodam. Napisałeś o 2 sławnych Armstrongach ale sławnych
          > amerykańskich Armstrongów jest co najmniej 3: trębacz, kosmonauta i kolarz

          No tak, swieta racja, posypuje glowe popiolem...ale to zacmienie spowodowane
          tym, ze patrzylem w przeszlosc glebsza, a wtedy znikaja obiekty z pierwszego
          planu...

          >Są 100x bardziej
          > przyjacielscy niż Polacy, zawsze chętni do pomocy i do dobrej rady. Po 10
          > minutach rozmowy zapraszają do domu na oglądanie zdjęć z ich ostatniej
          imprezy
          > rodzinnej.

          Oj, oj, przyjacielscy i sklonni do pomocy sa, to prawda. Jednak dla mnie
          ta "nadprzyjacielskosc" czasami pobrzmiewa nieco sztucznie - fraternizowanie
          sie z czlowiekiem, ktorego znasz dzien albo parenascie godzin zawsze ma w sobie
          jakas nutke falszywa...ale, generalnie, sa pomocni. Czy jednak bardziej niz
          polacy ? Wiesz, powiem Ci, ze moje pierwsze odczucie (po 3 miesiacach) bylo
          podobne - bardzo pomocni ludzie. Ale potem troszke zrewidowalem ten poglad.
          NO ale dobra, generalnie sie zgodze. Zakladam jednak, ze to nie tyle wyzszosc
          kultury, ile poczucie wiekszego bezpieczenstwa niz w Polsce powoduje ta
          otwartosc - innymi slowy, mysle ze polak tez ma w sobie duzo empatii, ale jest
          po prostu duzo bardziej ostrozniejszy w kontaktach z obcymi, czemu trudno sie
          dziwic.

          >Amerykanie mają niewspółmiernie większą w stosunku do Polaków wiedzę
          > ogólną o świecie. Nie tylko mają pojęcie o Polsce i Polakach, ale o
          > Azerbejdżanie, Rosji, Mali czy Kostaryce.

          Och rany, tu mnie zastrzeliles zupelnie, ale to zupelnie. Naprawde nie znosze
          stereotypow typu "przecietny amerykanin nic nie wie o swiecie, za to
          europejczyk to krynica madrosci i wiedzy ogolnej" ale po wielu weryfikacjach
          osobiscie z cala stanowczoscia twierdze: ten stereotyp jest prawdziwy, albo
          czesto bywa prawdziwy.
          Prawdopodobnie wynika to z systemu edukacji (u nas kazdy, lubil czy nie,
          geografii musial sie uczyc), w ktorym kazdy wybiera sobie, co chce - ale wiedza
          ogolna amerykanow mnie dobila.
          Ludzie bez szkol, tylko po collegu, wiedzieli, ze Polska jest w Europie, ale
          zwykle nie wiedzieli, czy graniczymy z Niemcami, ze Minsk lezy na Bialorusi i
          co to wlasciwie sa post-sowieckie republiki.
          Kadra wyzsza (Ph.D., profesorowie akademiccy) wiedza, gdzie lezy Polska, ale to
          najwyzej tyle...studenci niektorzy nie slyszeli, co to za miasto, taka Warszawa.
          Ja tu znowu wroce do pewnej dwoistosci - ludzie po kierunkach humanistycznych,
          czy majacych zwiazek np. z geogrfia wykazuja naprawde imponujacy zasob wiedzy -
          ale dajmy na to ekspert-fizyk, czy ekspert-biolog nie jest zupelnie
          zainteresowany wzbogacaniem swojej wiedzy na innych polach.
          Pisze o swoich doswiadczeniach, ale duzo rozmawialem z polakami i innymi
          cudzoziemcami o ich doswiadczeniach z innych miejsc w USA, akademickich i nie,
          i wszyscy powtarzali jednym glosem to, co wlasnie napisalem...
          Co do roli telewizji w edukacji, to masz racje - ale ja wyciagam zupelnie inne
          wnioski...jesli juz ktos wykazuje nieprzecietne zainteresowanie czyms wiecej,
          niz wlasna specjalizacja, to rzeczywiscie edukuje sie na tv.
          Problem w tym, ze wiedza uzyskana w ten sposob jest kompletnie fragmentarczyna
          i czasami nierzetelna; w efekcie ide o zaklad, ze wielu odrozni Korsyke od
          Kostaryki, ale bedzie jednoczesnie przekonanych, ze Estonia jest wieksza niz
          Polska...

          Mam wrazenie, zerozerosevenie, zes trafil na jakis elitarnych obywateli swiata,
          czego Ci zazdroszcze - ja obcuje z ludzmi duzego formatu jesli chodzi np. o
          biologie (publikacje w Nature, Science), ze studentami, post-docami etc. i
          zupelnie nie podzielam zdania o ich orientacji w sprawach swiatowych itd.itp.

          > Amerykanie bardzo dbają o zdrowie chociaż wchodząc do jakiejkolwiek
          > amerykańskiej restauracji ma się odmienne wrażenie.

          Systemowi opieki zdrowotnej poswiece pewnie osobny watek (mialem bezposrednia
          stycznosc, i to nawet wypadkowa). Dbaja o zdrowie, ale czasami mam wrazenie, ze
          ciagle mowisz o klasie wyzszej-sredniej. Ta troche nizsza czasami moze miec
          przerabane...bardziej niz w Europie.

          >Porcje są gigantyczne jak
          > na europejskie standardy (np. mała kola to 0,5 litrowy kubek). Gigantyczne są
          > parkingi i stanowiska na parkingach (po powrocie miałem trudności z
          > mieszczeniem się na jakimkolwiek stanowisku na polskim parkingu), drogi równe

          Tu sie zgadzam w 100 %. Sa np. sieci kawiarni, gdzie nie moge chodzic, bo cafe
          latte najmniejszy rozmiar to jest taki pollitrowy nocnik...a jest to
          najmniejszy rozmiar kawy...

          > Wielu amerykanów uprawia sport. Wchodząc do
          > Central Parku widzi się po prostu tłum ludzi na rowerach, rolkach,
          > biegających, grających w tenisa rozciągających się.

          Tu znowu poglad mam troche odmienny - w Central Parku i innych parkach tak jest.
          W miasteczku akdemickim w ktorym mieszkam mnostwo jest ludzi uprawiajacych
          jogging i jezdzacych na rolkach. Ale to raczej wynika z tego, ze musza spalac
          jakos puste kalorie - tu sie nie chodzi, tu sie jezdzi samochodami...u nas
          zawsze czsem gdzies przejdziesz, czy ja wiem, od WKD czy gdzies tam.
          Ale ludzie, zeby sie tak spotkac i zagrac w pilke albo siatke - to 90%
          obcokrajowcy.

          > Może to przypadek ale ja w większości
          > spotykałem ludzi szczupłych, opalonych i w pełni sprawnych. Grubasów nie było
          > więcej niż na plaży w Jastarni albo w sobotę na Bolka Prusa.

          Mysle, ze to naprawde przypadek...czy zauwazyles np. specjalne elektryczne
          wozki dla grubasow w kazdym wiekszym hipermarkecie ? A nie zauwazyles, kto
          dosyc czesto jezdzi tymi poteznymi krazownikami szos ? A w restauracjach nie
          spotykales takich ? O nie, nie, tutaj w akademickim miasteczku jest ich mniej,
          ale tez jest ich bardzo wielu.
          Mnie fascynuje inna rzecz - tu jest bardzo duzo BAARDZO otylych, i stosunkowo
          malo tak "srednio" otylych. Nie bardzo sobie moge to wytlumaczyc...
          Ale jesli nawet moje spostrzezenia sa nietrafne, to jednak raporty i statystyki
          sa bezlitosne...zreszta sam co jakis czas natykam sie na raporty "bijace na
          alarm" w NY Timesie, czy Newsweeku itp.itd.
          Nie sa to chyba tylko fakty prasowe.
          Pamietam, ze po powrocie do Polski pierwszym uderzajcym spostrzezeniem
          bylo "jacy tu sa ladni ludzie"...no tak, po pierwsze szczuplejsi, po drugie
          jakos bardziej dbajacy o ubior - tu panuje kompletny luz i wolnosc, i czasami
          to az niesmaczne spotykac na ulicy sliczna panienke w brudnym i rozhcelstanym
          odzieniu...wszechobecne klapki i dresy, no nie, zerosevenie, my chyba bylismy w
          roznych Amerykach :)))

          Co do twej historii z samolotu, mialem dosyc podobna - jak wracalem z 3
          miesiecznego pobytu gadalem cala droge z jakims przedstawicielem firmy na cale
          zachodnie wybrzeze (jakis tam maszyn) i na koniec tez dal mi wizytowke i
          obiecal znalezc praktyke u swojego brata co sie zajmowal jakims ogrodnictwem
          (bylem wtedy na studiach, wciaz), ale nie zadzwonilem w koncu...wizytowka
          pewnie lezy wciaz w moich papierach w Pruszkowie...

          > chwalę ale szczególnie tam żyją ludzie skromni, prostolinijni, pracowici i
          > religijni. Wystarczy w niedzielę zobaczyć ile samochodów stoi pod kościołami,
          > ile ludzi wychodzi po nabożeństwie i z jakim przejęciem w nim uczestniczą aby
          > poczuć się trochę jak w średniowieczu. Mocno zakorzeniona w społeczeństwie

          Ha, to tez prawda. Chodza tez np. sprzatac Kosciol czy udzielaja sie w
          wolontariacie dla biednych. To bardzo imponujace, takie spolecznosci lokalne.
          Ale czasem znowu mam nieprzyjemne wrazenie, ze to troche jak w opowiadaniach
          Marka Twaina - ci l
          • sofanes Re: Oj, laurka... 07.07.05, 19:02
            Aha, tak sie rozpisalem, ze mnie obcielo...tu dokonczenie...

            Ha, to tez prawda. Chodza tez np. sprzatac Kosciol czy udzielaja sie w
            wolontariacie dla biednych. To bardzo imponujace, takie spolecznosci lokalne.
            Ale czasem znowu mam nieprzyjemne wrazenie, ze to troche jak w opowiadaniach
            Marka Twaina - ci ludzie wlasnie nieciekawi szerokiego swiata, w pewien sposob
            fundamentalistyczni, konserwatywni i...jakby, ja wiem, znudzeni ?
            Jednoczesnie istnieje drugi nurt, ukryty - to nieprawda, ze porno i obscena
            jest tu obca...tu wiele rzeczy jest takich, cholera, na pokaz - typu: zadamy
            dwoch id przy zakupie alkoholu, nie sprzedajemy porno w naszym miasteczku, w
            niedziele zakaz sprzedazy alkoholu, a jednoczesnie szanowani obywatele chleja
            na umor w zaciszu domowym i jezdza po brzydkie kasety do wielkiego magazynu
            obscenicznych rzeczy przy austostradzie. Tak samo eleganccy obywatele sa
            wszyscy co do jednego przeciwni rasizmowi, ale w miastach i miasteczkach caly
            czas istnieja dzielnice oddzielne - nie, nie getta, ale zaden bialy nie
            zamieszka wsrod sasiadow murzynow, i na odwrot. Biali mieszkancy nawet wykupia
            dzialke na osiedlu, jesli okaze sie, ze jednym z powaznych kupcow jest murzyn -
            wszystko legalnie, po to, by powstal tam park zabaw - oczywiscie dla wszystkich
            dzieci, a to, ze akurat w okolicy nie mieszkaja dzieci murzynskie (o nie, kazdy
            z dobrych obywateli uzyje slowa afroamerykanskie), to zupelny przypadek...
            Niestety, jest i taka dwoistosc Ameryki...

            > zakorzenione są tradycje rodzinne. Kobiety często nie pracują i zajmują się
            > domem. Przyjemnym widokiem, jak dla mnie przynajmniej, były zadbane mamy z
            > zakupami w fajnym pick-upie otoczone wianuszkiem 4-5 dzieci – bo dzieci
            > amerykanie też mają dużo i stawiają je niemalże na piedestale. Dla przykładu

            Tak jest, konserwatywny model rodziny...poza tym pensja meza zwykle wystarczy
            na utrzymaie domu. Ale to juz realia ekonomiczne bardziej o tym chyba decyduja,
            niz spoleczne...
            Hmm, jakos ustawilem sie w teraz w pozycji krytycznej, ale odnioslem wrazenie,
            zes troche laurkowy portret USA przedstwail...moze ktos jeszcze na forum
            podzieli sie swoimi spostrzezeniami i nas "pogodzi" ?

            • zerozeroseven Re: Oj, laurka... 08.07.05, 13:27
              Hi ;-)
              Bardzo, bardzo ciekawy komentarz. Dzięki. Chyba będę musiał znowu pojechać do
              USA bo mi się chyba jakiś wyidealizowany obraz amerykańców wytworzył. Poniżej
              mała replika.


              > Och rany, tu mnie zastrzeliles zupelnie, ale to zupelnie. Naprawde nie znosze
              > stereotypow typu "przecietny amerykanin nic nie wie o swiecie, za to
              > europejczyk to krynica madrosci i wiedzy ogolnej" ale po wielu weryfikacjach
              > osobiscie z cala stanowczoscia twierdze: ten stereotyp jest prawdziwy, albo
              > czesto bywa prawdziwy.

              Może Twoje oczekiwania w stosunku do Amerykanów są zbyt wygórowane? Ja starałem
              się porównywać wiedzę przeciętnego Amerykanina o Polsce do wiedzy Polaka o, no
              może nie o Hondurasie, ale powiedzmy o Boliwii – dużym jakby nie było kraju.
              Zapytaj przeciętnego, wykształconego Polaka czy Boliwia ma dostęp do morza, nie
              mówiąc już o tym z kim sąsiaduje….
              Myślę, że na naszą ocenę innych nacji często ma wpływ polonocentryzm. Nam się
              Polska (i słusznie) wydaje nieporównywalnie dużo ważniejsza od Boliwii czy
              Filipin niż przeciętnemu Amerykaninowi. Stąd czasem rozczarowanie. Gdyby
              jednak poprosić Polaka i Amerykanina aby porozmawiali na temat tej
              nieszczęsnej Boliwii to MOGŁOBY się okazać, że nieoczekiwanie Amerykanin
              miałby więcej do powiedzenia. Tak więc zdania nie zmieniam ;-P

              > Mam wrazenie, zerozerosevenie, zes trafil na jakis elitarnych obywateli
              swiata,
              > czego Ci zazdroszcze - ja obcuje z ludzmi duzego formatu jesli chodzi np. o
              > biologie (publikacje w Nature, Science), ze studentami, post-docami etc. i
              > zupelnie nie podzielam zdania o ich orientacji w sprawach swiatowych itd.itp.

              He. Może oni za bardzo wyspecjalizowani są i pozapominali wszystko inne? :- )
              Ja będąc w Stanach raczej rzadko kontaktowałem się z ludźmi „dużego formatu”. W
              Nowym Jorku i Waszyngtonie byłem zupełnie sam więc wieczory spędzałem
              dekadencko (shame on you zerozeroseven) w różnych barach, prowadząc przy piwie
              ględy-gawędy z najróżniejszymi ludźmi od profesorów, poprzez pielęgniarki,
              fotografików, informatyków, hydraulików, po podróżników, którzy w dużej części
              byli rodowitymi Amerykanami czarnymi i białymi. Potem przyjechała moja żona i
              już nie miałem takich możliwości, ale z tego okresu wyniosłem jak najlepsze
              wrażenie co do orientacji ogólnej Amerykanów w świecie. Być może wynika to z
              moich wąskich horyzontów. Jedna rzecz mi się natomiast nie podobała, a
              mianowicie przewijająca się w co którejś rozmowie znana chyba dobrze wszystkim
              teoria spiskowa dziejów mówiąca, że „wszystkiemu winni są Żydzi”. To było
              szokujące i nieprzyjemne gdy całkiem sensownie do tej pory mówiący człowiek
              zaczynał wyłuszczać z głębokim przekonaniem szczegóły międzynarodowego spisku
              z Żydami, faszystami, Arabami albo kosmitami w roli głównej. Nie wiem skąd im
              się biorą takie oryginalne pomysły – chyba z telewizji. Wtedy byłem bliski
              nabrania o Amerykanach złej opinii. Na szczęście to były wyjątki i duża część
              przysłuchujących się wynurzeniom pukała się jednak w głowę.

              >Mnie fascynuje inna rzecz - tu jest bardzo duzo BAARDZO otylych, i stosunkowo
              >malo tak "srednio" otylych. Nie bardzo sobie moge to wytlumaczyc...
              >Ale jesli nawet moje spostrzezenia sa nietrafne, to jednak raporty i
              statystyki
              >sa bezlitosne...zreszta sam co jakis czas natykam sie na raporty "bijace na
              >alarm" w NY Timesie, czy Newsweeku itp.itd.
              > Nie sa to chyba tylko fakty prasowe.

              Masz rację po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że tak monstrualnie grubych
              ludzi jak w USA to nie widziałem nigdzie.
              Ale mimo wszystko nie ma ich AŻ tak wielu. Sądzę, że w dużej mierze zależy to
              od nastawienia. Jak jesteś zaprogramowany na wyławianie z tłumu grubasów to ich
              wszędzie widzisz (i odwrotnie)

              >Pamietam, ze po powrocie do Polski pierwszym uderzajcym spostrzezeniem
              >bylo "jacy tu sa ladni ludzie"...no tak, po pierwsze szczuplejsi, po drugie
              >jakos bardziej dbajacy o ubior - tu panuje kompletny luz i wolnosc, i czasami
              >to az niesmaczne spotykac na ulicy sliczna panienke w brudnym i rozhcelstanym
              >odzieniu...wszechobecne klapki i dresy, no nie, zerosevenie, my chyba bylismy
              w
              >roznych Amerykach :)))

              Akurat tutaj się zgadzam w 100%. Jedyne urocze istoty na ulicach okazywały się
              być zwykle studentkami z Polski. :-D
              Ale mnie osobiście ten luz pasuje: trampki do garnituru jak Forrest Gump to
              jest to!
              Najbardziej rozśmieszał mnie zaprzyjaźniony w USA Rosjanin, mówił że chodzę
              ubrany „jak te amerykańskie łajzy” i że nie może na mnie patrzeć. Sam już się
              trochę zasymilował, ale co do ubioru był konserwatystą i zawsze nosił ciemne
              spodnie w kancik z paskiem, do tego koszulę z kołnierzykiem. Raz mnie nawet
              zaciągnął do sklepu i pokazał co sobie powinienem kupić. Jak mu powiedziałem,
              że od razu poznałem po ubiorze, że jest Rosjaninem (trochę przesadziłem) i nie
              chcę żeby mnie też brali za Rosjanina to się obraził. :- )
              A w ogóle to po kilku latach mieszkania w Memphis, Sergiej miał generalnie
              niezbyt wygórowane zdanie o mieszkańcach USA. Wyrażał je chętnie i dosadnie,
              zwykle w krótkich, bardzo żołnierskich słowach. ;- ) Próbowałem z nim
              polemizować ale dałem spokój. Doszedłem do wniosku, że każdy może znaleźć w USA
              to co chce znaleźć i zobaczyć to co chce zobaczyć i na to nie ma rady….
              Ja miałem to szczęście bardzo mile i bezstresowo spędzić swój czas w Ameryce.
              Nigdy tam nie pracowałem, trochę się uczyłem, ale głównie podróżowałem dokąd
              mnie oczy i chęć poniosła. To na pewno stwarza warunki do innego odbioru i może
              stąd takie moje pozytywne wrażenia. Nie oznacza, to jednak że postrzegam ten
              kraj bezkrytycznie – minusy chciałem jednak zostawić na koniec.

              Pozdrawiam gorąco!
              • sofanes Re: Oj, laurka... 08.07.05, 17:34
                Hi;)

                Jesli chodzi o wiedze ogolna, no to w sumie nie wiem...nie zartuj sobie z
                tego "towarzystwa wysokiego formatu", to okreslenie wyniklo raczej z mojego
                szacunku dla nich, niz checi przechwalania sie, z kim to ja nie obcuje...
                No ale nie jest tak zle, tez troche czasu w pubach etc. sie spedzilo, chociaz
                zona od poczatku ze mna...(wlasciwie to ja z nia, ona jest wyzsza ranga ;))
                Anyway;), wszystko jedno, nie uwazam, bym byl specjalnym polo-centrysta, ale
                jednak nasz kraj wszedl do Unii, poparl ich w Iraku i jednak jest bogatszy niz
                taka Boliwia...no ale co ja pisze, kto tu slyszal o Boliwii ;)
                Hmm, mowisz, ze jestm polocentrysta, a moze jednak ludzie z klubow w NY to
                jednak tez proba niezbyt reprezentatywna ? Co innego w koncu ludzie z malych
                miasteczek i niekonczacych sie przedmiesci...
                A co do teorii, ze wszystkiemu winni sa zydzi, czesciej ja spotykalem podczas
                nocnych roadkow rozmow w Polsce...
                Co do tych ubran i luzu, to wiesz, wszystko zgoda, moze garnitur w paseczki to
                przesada, ale jednak oni naprawde czesto ubieraja sie jak lajzy...no jest
                roznica miedzy "casual" a lajzowatoscia, nie...?
                Pozdrawiam, i namawiam wytrwale rowniez innych uczestnikow forum do dopisywania
                sie...
    • sofanes Bezpieczenstwo i zasada 5 minut 14.07.05, 19:06
      Bezpieczenstwo

      Pierwsza i zdecydowanie narzucajaca sie odpowiedzia na pytanie – czy w USA
      czujesz sie bezpiecznie ? – jest krotkie i zdecydowane „tak”.
      Z drugiej strony to kraj charakteryzujacy sie jednym z najwyzszych wskaznikow
      osadzonych w wiezieniu do uczciwych obywateli. (Jesli sie nie myle, tylko
      Chinczycy i jakies dykatatury zblizaja sie do tego poziomu...).
      Mrozace krew w zylach historie o znudzonych nastolatkach zabierajacych bron
      automatyczna do szkoly zeby postrzelac do kolegow i nauczycieli czy
      zwyrodnialych mordercach tez przydarzaja sie w Stanach dosyc czesto, w
      porownaniu z reszta swiata (chociaz to akurat moje subiektywne spojrzenie).
      Jednoczesnie na parkingu pod hipermarketem co dziesiaty samochod jest
      zostawiany otwarty, a pod domami - chyba co drugi...mowie tu o prowincji, w
      miastach ludzie sa bardziej nieufni.
      Nie odkryje Ameryki, jesli stwierdze, ze to, jak postrzegamy swiat (czy jest on
      bezpieczny, czy nie) zalezy od bezpieczenstwa naszego podworka.
      Pewnosci, ze jak zadzwonimy na 911 (czy 997...) policja przyjedzie po najwyzej
      5 minutach i potraktuje nasze wezwanie powaznie.
      Ufnosci, ze facet w sklepie czy sasiad nie chce Cie wyccyckac dla paru centow.
      Tak, jesli chodzi o bezpieczenstwo wlasnego podworka, trudno tu czuc sie zle –
      w dwoch miejscach, w ktorych w USA mieszkalem dluzej niz kilka tygodni, czulem
      sie zupelnie spokojny.
      Ale zeby zepsuc troche ten obraz, wyprawa do dzielnicy murzynskiej powoduje
      pewny dreszczyk niepokoju...u nas nie ma porownywalnych miejsc, w ktorych
      mozesz poczuc sie tak dojmujaco obco i jak intruz – wszyscy przechodnie lypia
      na Ciebie, i nie jest to wytwor Twojej imaginacji...zeby byc bardziej
      precyzyjnym – nie chodzi mi o to, ze u nas, czyli w Pruszkowie czy Warszawie
      nie ma miejsc niebezpiecznych – sa oczywiscie, ale nie sa to miejsca, w ktorych
      jestes tak ORGANICZNIE obcy...
      To nie jest tylko kolor skory, ale cos wiecej, nie potrafie tego chyba dobrze
      opisac.
      Ale zwykle nie ma potrzeby udawac sie do dzielnic (nie lubie slowa „getto”)
      murzynskich.
      Oczywiscie taka wizyta nie jest jednoznaczna z zagrozeniem, ale generalnie: nie
      polecam.
      Wracajac do zasady 5 minut, czyli szybkosci przyjazdu do wezwania policji,
      strazy i pogotowia, to rzeczywiscie tutaj dziala.
      Podczas mojego pierwszego pobytu w USA mielismy wypadek samochodowy.
      Pewnego razu wracalismy w pare osob z wycieczki, starym, wielkim i ciezkim
      krazownikiem szos.
      Dalismy poprowadzic koledze, ktory mial niebezpieczne inklinacje do popisywania
      sie – i pomimo naszych uwag o tym, ze to nie maluch, tylko samochod bardzo
      ciezki, za to na mieciutkim zawieszeniu, koniecznie chcial pokazac, jaki to
      swietny z niego kierowca...
      No i na zjezdzie z autostrady nie zdolal sie odhamowac, i na zakrecie 90 stopni
      pojechalismy prosto, lup w barierke.
      Pech byl z nami – w srodku troche sie zakotlowalo, wiekszosc miala potluczenia
      czy krew z nosa, ale jedna dziewczyna spala z tylu, i uderzenie spowodowalo
      zlamanie nogi w kostce i przesuniecie kregu (jak sie okazalo, na szczescie
      niegrozne).
      Dzialo sie to wszystko poznym wieczorem, na autostradzie w gorach, z dala od
      najblizszego miasta...szczesliwie jechal za nami ktos, kto mogl wezwac pomoc (w
      1997 roku komorki nie byly jeszcze nadzwyczaj popularne).
      Od chwili wezwania, po 5 minutach pojawila sie straz pozarna (z czlowiekiem
      przeskolonym w ratowaniu ludzi i wyposazeniem), po kolejnej minucie policja, a
      po kolejnej – pogotowie. Tym razem pogotowie bylo ostatnie, ale czas i tak
      mialo niezly, prawda ?
      Po dwudziestu minutach bylo okolo 15 roznych samochodow roznych sluzb,
      oswietlajacych zjazd, kierujacych ruchem, etc.
      Szpitalik w gorach, do ktorego trafilismy, byl wyposazony tak, ze szczeka mi
      opadla – nam opatrzono otarcia etc., nasza kolezanka miala wszystkie badania
      wykonane natychmiast (lacznie z tomografia), szczesliwa diagnoze – zlamanie
      kostki bylo proste, co rzadko ponoc sie zdarza, i szybka operacje.
      Miala tez oczywiscie wlasny pokoj z lazienka, lozkiem sterowanym pilotem i tv
      kablowa.
      Pisze o tym wszystkim, poniewaz od tamtego czasu nie mam zadnych, ale to
      zadnych watpliwosci, jak sluzba zdrowia powinna wygladac – cholera, moze
      ubezpieczenia w USA sa dosc drogie, moze trzeba byc odpowiedzialnym, zeby je
      sobie wykupic, moze w Polsce jest wiecej biednych ludzi, ale „bezplatna sluzba
      zdrowia dla wszystkich” to po prostu utopia...nie ma darmowych obiadow, i
      lepiej o tym nie zapominac.
      Jesli chodzi o ubezpiecznie, pare dni po tych wydarzeniach, do motelu w ktorym
      mieszkalismy, przyjechalo dwoch gentlemanow, porozmawiac z nasza poszkodowana
      kolezanka (spedzila w szpitalu tylko 3 dni, z gipsem i kolnierzem mozna lezec w
      domu...).
      Gentlemani mieli dyktafon, porozmawiali z nami, nagrali nasze zeznania, zajelo
      im to wszystko jakies 4 godziny, a na koniec wypisali czek na 2 tysiace dolarow
      dla naszej kolezanki, jako odszkodowanie niezalezne od zwrotu kosztow za
      szpital...
      Ja wiem, ze dla kazdego, kto mial kontakt z PZU np., to brzmi jak bajka o
      zelaznym wilku – ale coz, „solidarnosc spoleczna” ma usprawiedliwiac w naszym
      kraju brak porzadnej liberalizacji ubezpieczen zdrowotnych i wypadkowych.
      Podsumowujac, jak czytam dzis, ze numer alarmowy w Polsce znowu sie opoznia,
      sanitariusze handluja skorami, zas najwazniejszym tematem dla politykow jest
      to, czy powinna sie odbyc parada gejow, czy nie, to cos mnie trafia.
      Kurcze, rygorystycznie przestrzegana zasada 5 minut duzo bardziej by zmienila
      zycie obywatela RP i jego poczucie bezpieczenstwa, niz podniesienie placy
      minimalnej o iles tam ! Ech, ale niepostrzezenie zaczynam wdawac sie w
      polityke, oj, stop...

      • zerozeroseven Re: Bezpieczenstwo i zasada 5 minut 03.08.05, 17:22
        Gdzie mi tam do jankesologa sofanesa, ale potwierdzam. W Stanach, szczególnie w
        większych miastach czułem się dość bezpiecznie. Dlaczego akurat w większych? A
        to ze względu na rzucającą się w oczy wszechobecność policji. Prym pod tym
        względem (z oczywistych względów) wiedzie Waszyngton. Byłem tam wprawdzie zaraz
        po ataku na WTC, ale myślę że i obecnie jest to reguła: na każdym skrzyżowaniu
        (prawie dosłownie) stał policjant. Ale nie taki zwykły dobroduszny polski
        policjant tylko amerykańska bestia krawężnikowa: zwalista góra mięsa z ponurą
        miną, z ręką na kaburze, z kajdankami dyndającymi u paska, obserwująca cię z
        obrzydzeniem jakby za chwilę miała zdeptać niczym pluskwę. No, może trochę
        przesadzam, ale naprawdę czasami wyglądali tak jakby mieli ochotę zakuć cię za
        chwilę i wrzucić jak paczkę do radiowozu. Jakby nie było to naprawdę buduje
        poczucie bezpieczeństwa u prawowitych obywateli i zagrożenie wśród rozrabiaków.
        Uświadomił mi to jeden z amerykańskich przyjaciół kiedy zapytałem go dlaczego w
        Waszyngtonie nie ma na murach graffiti… Osobiście chyba za krótko przebywałem w
        USA, żeby mieć kontakt bezpośredni z policją, ale raz w małej dziurze zwanej
        Moro Bay nad Pacyfikiem byłem świadkiem zatrzymania pijanego kierowcy. Akcja
        wyglądała trochę jak z filmu gangsterskiego. Środkiem ulicy telepał się typowy
        amerykański krążownik, z okna którego w pewnym momencie wyleciała pusta butelka
        po piwie. W tym samym niemal momencie zza rogu z piskiem opon wyjechał radiowóz
        zajechał gościowi drogę, tak że ten aż zatrzymał się na chodniku (uwaga jest
        to ewenement w USA bo tam chodniki w przeciwieństwie do Polski to strefa
        zakazana dla samochodów i za samo zatrzymanie się jednym kołem na chodniku
        można dostać mandat). Z radiowozu z rewolwerem w ręku wyskoczył policjant,
        podczas gdy drugi, też z bronią, już klęczał za otwartymi drzwiczkami i
        ubezpieczał tego pierwszego. Następnie kierowca wyfrunął niemal ze swojego
        siedzenia wyciągnięty sprawnym chwytem za kołnierz, rozłożony na masce,
        zrewidowany, skuty i wsadzony na tylne siedzenie radiowozu. Radiowóz odjechał.
        Po minucie na miejscu akcji został tylko 1 policjant który poczekał na samochód
        autoholowania. Po trzech minutach na ulicy już było spokojnie. O ile się nie
        mylę to chyba nawet ktoś szkło po stłuczonej butelce posprzątał. Po tej akcji
        nabrałem do amerykańskich policjantów jeszcze większego respektu.
        Ale żeby zepsuć trochę ten obraz jak mawia sofanes to powiem, że nawet milion
        policjantów nie dałoby mi poczucia bezpieczeństwa w nowojorskim metrze. Brr… co
        za dojmujący syf … niech nasze podmiejskie się schowają. Ale to już całkiem
        inna historia….
      • zerozeroseven Re: Bezpieczenstwo i zasada 5 minut 05.08.05, 16:28
        Na czym to ja skończyłem? Aha, na dojmującym syfie w nowojorskim metrze.
        Sofanes zarzucał mi laurki na rzecz USA, to teraz trochę błota na ten
        wypolerowany chrom. A więc metro w NYC to najgorsza makabra jaką widziałem w
        życiu. Wchodząc na stację w samym sercu Manhattanu, no powiedzmy takim Wall
        Street, ma się wrażenie jakby się wchodziło do jaskini człowieka z paleolitu.
        Brudne ściany i podłoga. Braki w suficie odsłaniają zwisające kłaki wełny
        mineralnej i zardzewiałe, wilgotne rury. Przy automatach biletowych obsmarkany,
        brudny typek żebrze o jednego dolara. Białe kołnierzyki z pobliskich giełd
        gapią się niewidzącym wzrokiem w zapleśniały sufit jakimś szóstym zmysłem
        lawirując pomiędzy tłumem im podobnych. W panującym mroku łypią tylko taksujące
        cię od góry do dołu białka czarnych właścicieli gatek z krokiem zwisającym do
        kostek. Wchodzisz do wagonu - brudne siedzenia. Raz nawet widziałem jakiś
        obrzydliwy krwawy skrzep leżący na jednym. Ludzie wokół, jakby tego nie widzą –
        patrzą w sufit. Ohyda. Gdy metro wyjeżdża poza Manhattan robi się nieco
        jaśniej. Jedzie po powierzchni, ale okolica wcale nie zachęca do podziwiania.
        Obdrapane podwórka, warsztaty samochodowe, góry śmieci. Jakimś dziwnym sposobem
        w wagonie zmienia się dominujący kolor skóry – ciemnieje. W końcu może się
        okazać, że jedynym białym w wagonie jesteś Ty. Wtedy robi się naprawdę
        nieswojo, ale o tym już pisał sofanes…
        Jednak, żeby nie było tak mrocznie, dodam że NYC to ewenement. W Waszyngtonie,
        Los Angeles, San Francisco i innych dużych miastach metro czy np. autobusy są
        czyste, a na przykład wspomniany już kiedyś przeze mnie pociąg podmiejski w San
        Francisco wręcz wzorcowo estetyczne. Jeśli chodzi o metro w NYC to jeszcze
        dodam, że tam i tylko tam widziałem sprytne ruchome reklamy. Polegało to na
        rozlepieniu na ścianie za oknem kolejnych klatek „filmu” reklamowego. Kiedy się
        patrzyło wprost w okno to, przy odpowiedniej prędkości pociągu, reklama
        ożywała. Fascynujące wrażenie.

        Inną rzeczą, raczej niespotykaną w Polsce i czasami denerwującą jest system
        napiwków. Amerykanie są naprawdę niezwykle mili i chętni do pomocy ale milsi,
        chętniejsi i bardziej wypoczęci są gdy dostaną napiwek, a na napiwek liczą
        zawsze. Czasami aż do przesady. Przypomina mi się dziadek parkingowy, który
        niby to napatoczył się przypadkowo ale usilnie chciał zawieść moją żonę i mnie
        swoim melexem, w którym sam się ledwie mieścił, do hotelu (parking był duży, a
        my mieliśmy bagaż). Moja żona była dopiero od paru dni w Ameryce więc ochoczo
        wskoczyła do samochodziku ja natomiast się ociągałem i mówiłem żeby zeszła bo
        wiedziałem czym to się skończy. Ostatecznie dałem za wygraną co oczywiście
        stało się powodem tego, że na końcu przejażdżki dziadkowi oczy po prostu
        zamieniły się w dwie dolarówki. Ponieważ dziadek sam się namolnie narzucał
        postanowiłem nie dawać napiwku za to uprzejme podwiezienie. Niestety starowinka
        rzucił się wtedy do bagaży. Skapitulowałem, wolałem zapłacić 2 dolce niż 5.
        Oczywiście mogłem nie zapłacić. Nikt by słowa nawet nie powiedział. Dokuczałyby
        mi natomiast drobne niedogodności. Gorszy pokój, nazwisko uparcie pisane
        fonetycznie, problemy z czytnikiem karty kredytowej, pomyłki w godzinie
        budzenia itp. Z tym systemem haraczu spotykałem się niemal wszędzie.

        Co mi się jeszcze nie podoba w USA? Hmm, no chyba muszle klozetowe. Ich
        konstrukcja odbiega znacznie od tego, do czego przyzwyczajeni jesteśmy w całej
        Europie. Ogólnie rzecz ujmując przypominają one duże, wypełnione do połowy
        wodą, wazy. Podczas załatwiania potrzeby należy liczyć się z poważnym za
        przeproszeniem pluskiem i ochlapaniem co delikatniejszych części ciała. Tego
        rodzaju konstrukcja ma jednak tę zaletę, że nie trzeba praktycznie używać
        stosowanej u nas szczotki klozetowej. Więc może to i ma swój sens?
        Pozdrawiam,
        Bye, bye
        • sofanes Re: Bezpieczenstwo i zasada 5 minut 05.08.05, 19:37
          Zerozerosevenie, wlasnie zabieralem sie do dopisania kilku slow na temat metra
          (jechalem tylko w NY i w Waszyngtonie, i chyba w Atlancie, ale zupelnie nie
          pamietam...), ale akurat dopisales i opisales wyczerpujaco wyglad metra w
          NY...ja ze swojej jednej przejadzki pamietam akurat jedno sympatyczne
          wydarzenie - na ktorejs stacji wsiadl jakis magik z pudelkami i robil pokazy
          sztuczek w wagonie...nawet smieszne to bylo...ale co do brudu i nieprzyjemnych
          odczuc w metrze NY zupelnie sie zgadzam...i prawda jest takze, ze metro w
          Waszyngtonie jest duzo przyjemniejsze.
          W ogole, Waszyngton podobal mi sie duzo bardziej, niz NY. Konfrontujac wielkie
          jablko z Chicago, tez NY przegrywa...w moim odczuciu...
          Wkrotce napisze pare slow o Michigan, jednoczesnie pilnie przestudiowalem post
          burzy nt. galeryjki w necie, i porywam sie z motyka na slonce, by umiescic
          kilka zdjec na stronie...ale jako kompletny analfabeta programistyczny moze mi
          to zajac jeszcze duuuuzo czasu...a efekt pewnie bedzie pokraczny...ale coz,
          jakby to cat_s powiedzial: pierwsze koty za ploty...
    • sofanes Michigan 31-State (1) 06.08.05, 04:13
      Michigan, State-31

      Bylismy wreszcie na wakacjach ! Trwaly tylko tydzien, ale pozwolily jednak na
      pewna psychiczno-fizyczna regeneracje...
      Wybralismy kierunek polnocny, glownie dlatego, ze panujace w Indianie i na
      poludniu kraju upaly potrafia, jak mi sie wydaje, wykonczyc nawet wlochow i
      hiszpanow, o srodkowo-wschodnich europejczykach nie mowiac.
      Sypiac postanowilismy na campingach, a trase wyznaczylismy mniej wiecej wzdluz
      stanowej autostrady 31, idacej (pryznajmniej na mapie) wzdluz wybrzeza Lake
      Michigan.
      Pierwszym przystankiem w drodze byl rezerwat przyrody Indiana Dunes National
      Lakeshore.
      Jako ciekawostke mozna sprawdzic, jaki to park na swiecie jest jego parkiem
      siostrzanym... www.nps.gov/indu/

      Trzeba przyznac, ze mielismy sporo szczescia – wyjechalismy z pracy gdzies kolo
      pierwszej, przelot na wybrzeze zajal nam jakies 4 godziny...i udalo nam sie
      dostac przedostatnie miejsce na nocleg...
      Potem z St. Louis dojechala jeszcze nasza polska kolezanka.
      Park Indiana Dunes ma strategiczne polozenie – na samym koniuszku Lake
      Michigan, blisko granic trzech stanow, Indiany, Illinois i Michigan.
      (Dojezdza do niego taka WKDka z Chicago...).
      Diuny Indiany kompletnie nas zaskoczyly – ano, jak zobaczycie na zdjeciach
      (albo na stronach parku), przypomina to kropka w kropke nasz Baltyk – z trzema
      wyjatkami...woda jest slodka, mniej ludzi na plazy i brak smazalni ryb.
      Tak wiec z zona moja ukochana stwierdzilismy, ze durnie jestesmy, zesmy dopiero
      odkryli takie fajne miejsce w zasiegu wypadu weekendowego...na pewno jeszcze
      tam wrocimy.

      W poniedzialek nasza wyprawa ruszyla dalej na polnoc, wlasnie stanowa 31 (na
      tym odcinku tozsama z miedzystanowa 94).
      Jak ktos chce sobie zaladowac mape Michigan, podaje dobry adres:

      www.michigan.gov/mdot/0,1607,7-151-9622_11033_11151---,00.html
      Naszym pierwotnym celem byl camping w Grand Haven, ale na skutek zakrecenia
      kierowcy i organizacji ruchu w miasteczku, wyladowalismy kapke dalej, na
      campingu w Muskegoon.
      Po drodze do tych miasteczek mija sie miescine Holland – w ktorej zlokalizowany
      jest skansen – holenderska wioska...nie mielismy czasu, by przyjrzec sie jej z
      bliska, ale w przelocie pierwszy raz w USA widzialem domy kryte dachowka –
      chocby z tego wzgledu zasluguje Holland na wzmianke.
      Grand Haven okazalo sie ladnym miasteczkiem z sliczna marina i ciekawymi
      sklepami – nam najbardziej podobalo sie okno wystawowe sklepu z pamiatkami, w
      ktorym na honorowym miejscu umieszczony byl porcelanowy talerz z
      napisem „Manufaktura w Boleslawcu”.

      Poza tym, w Grand Haven znajduje sie duza baza ratownictwa przybrzeznego – i tu
      kolejna ciekawostka – Lake Michigan nalezy do jednych z najbardziej burzliwych
      i zdradzieckich „wod” swiata.
      Porownuje sie go do Polnocnego Atlantyku, a ilosc wrakow jest imponujaca i
      idzie w setki (przez ostatnie 150 lat).
      Sa w Michigan nawet muzea poswiecone wrakom.
      Grand Haven, pomimo swego uroku, nie zrobilo na nas nadzwyczajnego wrazenia –
      coz, glowna jego atrakcja byly plaze, znowu piekne i piaszczyste, ale nie bylo
      dla nas juz to takim zaskoczeniem po zobaczeniu Indiana Dunes.
    • sofanes Michigan 31-State (2) 06.08.05, 04:14
      Ruszylismy dalej, na polnoc – kolejny camping wybralismy w zasiegu pol godziny
      jazdy samochodem od miasteczka Leland (karta numer 4 na powyzszej mapie...).
      Leland zaciekawilo nas o tyle, ze odchodzi stamtad mozna zabrac sie promem na
      wysepke South Mannitou (i North rowniez, zreszta).
      South Manitou zainteresowala nas o tyle, ze odchodzi tam tylko jeden prom
      dziennie (i jeden powraca po poludniu), a poza siedziba latarnika i kilkoma
      domami wyspa jest dzika...nie wiedzielismy zupelnie, czego sie spodziewac, ale
      planujac wakacje zalozylismy, ze koszt 20 dolarow za promowa wycieczke morska
      na dzika wysepke (wlasciwie jeziora...ale jak mowilem, kto raz widzial Baltyk,
      o Lake Michigan bedzie automatycznie zaczynal tak myslec) to nie za duzo.
      Niestety, nie udalo mi sie namowic zony na camping jednodniowy (camping moze
      byc, ale musi byc prysznic...co za zycie z tymi kobietami...), bo mozna tez
      przyplynac promem i na wyspie pozostac, ile sie chce (albo na ile zapasow i
      wody starczy, bo sklepu tam nie ma).
      Wycieczka okazala sie pomyslem rewelacyjnym...piekne, dzikie plaze, weze
      zwiewajace spod stop, olbrzymie wydmy, miliony muszli na brzegu (takich
      drobnych, na kawalku wybrzeza wlasciwie to wybrzeze tworzyly...niesamowite
      uczucie, stapac po metrowej warstwie milionow muszelek...chrup...chrup...),
      kolonia kormoranow i krajobrazy typy wrecz greckiego czy wloskiego – urocze,
      zielone zatoczki i lazurowy kolor wody przy brzegu.
      Po drodze jakies 100 metrow od brzegu spoczywa jeszcze posepny wrak, z ktorego
      ptaszory uczynily sobie kolonie.
      Tak, jesli komus kiedys zdarzy sie przebywac w Michigan, bardzo polecam wizyte
      na South Mannitou.

      Po wycieczce na wyspe podjelismy decyzje o przemieszczeniu sie, jeszcze na
      jeden dzien, na sama polnoc stanu – na tzw. northern pennisula, czyli czesc
      Michigan polozona pomiedzy Lake Michigan, Huron i Superior, a pokryta juz
      glownie lasami.
      Ostatnim przystankiem przed powrotem mial byc camping nieopodal tyciutkiego
      miasteczka Paradise, zas droga do raju prowadzic miala przez trzeci (pod
      wzgledem dlugosci) most wiszacy na swiecie. (Karta numer 3 mapy...).
      Most byl fajny, ale nie zrobil na mnie jakiegos wstrzasajacego
      wrazenia...najfajniejszy byl widok z gory na wielkie jeziora...
      Michigan w czesci „za mostem”, czyli blisko juz granicy z Kanada, to juz
      zupelnie inny stan...wszedzie przy drogach w schludnych straganach farmerzy
      sprzedaja wisnie i slodka kukurydze oraz domowe ciasta z wisniami, nie ma juz
      sklepikow typu Wal-Mart i gina (ja tam nie tesknilem) jadlodajnie typu fast-
      food...ot, taki obraz amerykanskiej prowincji z filmow braci Coen.
      Moze takze pewna nutka surowosci sie wkradala w ten sielankowy krajobraz, kiedy
      napotykalismy skrzynki na listy umieszczone na wysokosci dwoch metrow i multum
      znakow „uwazaj na skutery sniezne”.
      Jesli poludniowa czesc Michigan, a szczegolnie wybrzeze zachodnie kojarzylo nam
      sie z klimatami baltyckimi, to znowu czesc polnocna – z mazurskimi czy nawet
      suwalskimi.
      Miasteczko Paradise jest miasteczkiem malutkim, z kilkoma malutkimi sklepikami
      i jedna czy dwiema knajpkami (w jednej podjeto nas kawa ktora kazdy otrzymal w
      innego rodzaju porcelanowym kubku...co za odmiana po plastykach ze
      Starbucks...okupiona niestety faktem, ze byla to wstretna amerykanska
      przelewajka).
      Najciekawszym sklepem w Paradise jest bez watpienia sklep z futerkami – jakby
      przeniosl sie czlowiek do XIX wieku, gdzie od starego trapera mozna kupic skory
      wszystkiego, co smie zyc w okolicy...z pewnoscia jednak nie polecam tego sklepu
      ekologicznym wrazliwcom.
    • sofanes Michigan 31-State (3) 06.08.05, 04:17
      Tak w ogole, to Michigan jest jednym z najzasobniejszych w zwierzeta stanow –
      chyba tylko Minnesota go przewyzsza.
      Tu posilkuje sie danymi (lasow panstwowych, czy jak to tlumaczyc): w Michigan
      aktualnie zyje ponad 400 wilkow i 19000 niedzwiedzi czarnych, co jesli chodzi o
      niedzwiedzie, daje jednego misia na mile kwadratowa...to nie pomylka; ponoc do
      interakcji czlowiek-mis dochodzi pomimo tego bardzo rzadko, gdyz misie ludzi
      nie lubia i unikaja.
      Niestety, misia nie udalo nam sie spotkac...

      Glowna atrakcja okolic Paradise sa wodospady tahquamenon (dalej bede pisal
      fonetycznie, „takumenon”).
      Nizszy wodospad byl tuz przy campingu (lub raczej camping byl tuz przy
      wodospadzie...), zas do wyzszego (ponoc drugi co do wielkosci po Niagarze, ale
      cos mi sie nie chce wierzyc, zreszta jak zmierzyc wielkosc wodospadu...?
      wysokosc ? szerokosc ? ilosc przeplywajacej wody...?) prowadzil 4 milowy lesny
      szlak wzdluz rzeki – slicznej, cihcej, jakby wyjetej ilustracji ksiazki o
      indianach.
      Po drodze w pelni utwierdzilismy sie co do tego, ze Michigan jest pelne
      zwierzyny – spotkalismy wielkiego dzieciola (jak sprawdzilismy, drugi co
      wielkosci na swiecie...bydle rozmiarow latajacej kury...), wiewiorek i
      chipmunkow widzielismy na kopy, w blocie widzielismy slady racic czegos duzego
      (moze losi, bo losi tez tam wyjatkowa obfitosc), ale wszystko pobil pewien
      gosc, ktory pojawil sie na sciezce przed nami, najwidoczniej podazajac w
      odwrotnym kierunku.
      Lypnal na nas swymi czarnymi oczkami, z niesmakiem ocenil, ze chyba nie
      zejdziemy mu z drogi (stal tak z metr od nas), po czym szeleszczac w chaszczach
      obok ominal nas...i powrocil, niezmieszany, na sciezke...
      Gosc okazal sie norka amerykanska, i jak przed chwila odkrylem, pelno tych
      gosci jest takze w polskich lasach...podaje link do artykulu A. Wajraka...
      serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,52323,949426.html
      Gosciowi zrobilem swietne zdjecie, ale na razie go nie mam, bo uzylem aparatu
      kolezanki...zdjecie goscia na stronie zrobila moja zona naszym aparatem, ale
      niestety sie norek nie ustwil odpowiednio...jak tylko dostane zdjecie od
      kolezanki, wstawie na strone...

      I na tym na razie zakoncze...te kilka zdjec mozecie obejrzec pod adresem:
      sofanes.w.interia.pl
      • cat_s Jeszcze, jeszcze! 14.08.05, 00:53
        Witajcie,
        Tak zbieram się na odwagę, żeby w Sofanesowych Zaułkach się wyprodukować...

        Zacznę tak (tak a propos, że tylko Ty i OO7 w Jankeskich Zaułkach pisujecie):
        Widzisz Sofanesie, to nie jest takie proste ;-)

        No bo tak:
        Wyobraź sobie, że nagle na Twoim ulubionym forum pojawia się taki (na przykład)
        wątek: "Tajemnice metalurgii XI-wiecznych Inków w aspekcie etno-geograficznym"
        (no, tak sobie zaimprowizowałem;-) )
        I wyobraź sobie, że przez przypadek, z jakiegoś względu, temat jest w sposób
        oczywisty interesujący dla sporej (czy też bardzo wręcz dużej) liczby osób.
        No ale - na litość boską - no jak myslisz, ile osób będzie się w stanie
        wypowiedzieć jakos inteligentnie na taki temat?
        No niewiele zapewne ;-)
        A kto się lubi (potencjalnie nawet) brakiem swej inteligencji chwalić? No, ja
        na ten przykład nie znoszę ;-) ;-)
        Ale nie znaczy to oczywiście, że takie mało oświecone co do meritum osoby nie
        czytaja z zapartym tchem kolejnych rewelacji metalurgicznych!

        No, z tą metalurgią to może troche przesadziłem;-) Ale podobnie jest na
        przykład z wątkami historycznymi na naszym forum: pojęcie mam mizerne, to się
        nie wypowiadam, ale czytam (i oglądam) z przyjemnością!

        No więc sam widzisz... sytuacja jest nieco niezręczna (choć psychologicznie
        zrozumiała) - ale przejmować się nie powinieneś a wręcz przeciwnie - dołóż
        proszę wszelkich starań, by odrobinę 'jankeskiej' wiedzy wlać w nasze
        zaściankowe umysły! I wtedy zobaczysz niechybnie, żeś sobie 'wychował' godnych
        siebie rozmówców! ;-)

        No, ale żeby nie było, że się wykręcam... ;-)

        O Stanach wiem tylko tyle, że istnieją (no, prawie).
        Zatem - mogę co najwyżej (ryzykując utratę image'u inteligentnego rozmówcy) -
        zadawać głupie (z punktu widzenia 'tubylca') pytania.

        I jesli taki mój udział w Jankeskich Zaułkach Cię satysfakcjonuje - to ja
        bardzo chętnie 'się naprostuję' ;-) I to nawet od ręki :-)

        Ale - niech Cię ręka boska broni - żebys miał przestać dbac o swój jankeski
        Zaułek!

        Howgh!

        Pozdrawiam :-)
        cat_s
        • sofanes Re: Jeszcze, jeszcze! 16.08.05, 18:01
          No i jednak jeszcze dysza Zaulki...ciekawy tekst ponizej skrobnal
          zerozeroseven, a i cat_s sie odezwal...ja akurat troche czasu nie mam, zeby cos
          dopisac, bo praca mnie troche przywalila, ale widze swiatelko w tunelu (mam
          nadzieje, ze to nie pociag wiozacy nowe probki dla mnie) i wkrotce znajde czas,
          by cos dopisac...ale wracajac do tego, co cat_s napisal...

          >Wyobraź sobie, że nagle na Twoim ulubionym forum pojawia się taki (na przykład)
          >
          > wątek: "Tajemnice metalurgii XI-wiecznych Inków w aspekcie etno-
          geograficznym"
          > (no, tak sobie zaimprowizowałem;-) )
          > I wyobraź sobie, że przez przypadek, z jakiegoś względu, temat jest w sposób
          > oczywisty interesujący dla sporej (czy też bardzo wręcz dużej) liczby osób.
          > No ale - na litość boską - no jak myslisz, ile osób będzie się w stanie
          > wypowiedzieć jakos inteligentnie na taki temat?
          > No niewiele zapewne ;-)

          Czy ja wiem, czy tak niewiele ? Ja tam bym sie zywo zainteresowal taka
          metalurgia inkaska...no ale argumentacje przyjmuje. Z drugiej strony, Stany
          generalnie to inny temat niz zwyczaje ptakow spiewajacych na Borneo, w koncu
          prawie kazdy jakis kontakt z tym wielkim krajem mial, czy to spotkal
          amerykanina, czy chociaz cole pil...dlatego namawiam po raz kolejny - jankeskie
          nie sa tylko i wylacznie dla tych, co ameryke po Kolumbie znowu odkrywaja i
          wlasna stopa deptali, ale dla tych, co i marza o wyjezdzie do niej, czy tez jej
          z jakis powodow nie znosza...wiecej powiem, forum szerokie jest i nie tylko
          ameryke musi obejmowac...

          > O Stanach wiem tylko tyle, że istnieją (no, prawie).
          > Zatem - mogę co najwyżej (ryzykując utratę image'u inteligentnego rozmówcy) -
          > zadawać głupie (z punktu widzenia 'tubylca') pytania.
          > I jesli taki mój udział w Jankeskich Zaułkach Cię satysfakcjonuje - to ja
          > bardzo chętnie 'się naprostuję' ;-) I to nawet od ręki :-)

          Rzecz jasna, ze pytania czy watpliwosci sa nawet szczegolnie mile widziane w
          zaulkach...moze dzieki nim wywiaze sie jakas ciekawa dyskusja, wszak ani ja,
          ani zerozeroseven z pewnoscia nie pretendujemy do roli ekspertow czy znawcow
          Stanow, a dzielimy sie doswiadczeniami, by wiedze swa wzbogacic...otoz prosze,
          bardzo zaciekawil mnie opis L.A...planujemy z zona, kiedy nasz pobyt tutaj
          bedzie dobiegal konca, udac sie na duza petle z Indiany, przez stany polnocne,
          do wybrzeza Pacyfiku; stamtad na poludnie, przez Nevade i Californie, i z
          powrotem, tym razem poludniowa czescia...ale czy dojdzie to do skutku, i kiedy,
          nie wiem; w Zaulkach z pewnoscia sprawozdania sie znajda...
          A na razie, na jesien chce znowu pojechac na pogranicze Tennesee i Polnocnej
          Karoliny, w Appalachy i Great Smoky Mountains, o ktorych pisalem w poprzednich
          watkach...im dluzej tu wertuje rozne przewodniki etc., tym bardziej przekonuje
          sie, ze miejsce w ktore kiedys trafilem przez przypadek, jest jednym z
          najpiekniejszych w calych Stanach...ale o tym pewnie pozniej.
          Wkrotce dodam jakis nowy watek tutaj, ale na razie musze o swe roslinki w labie
          dbac, i licze na zerozerosevena, by o Las Vegas cos wkrotce napisal...
      • zerozeroseven Viva Las Vegas! - part two 17.08.05, 13:22
        Na czym to ja skończyłem? Aha. Na wyjeździe z LA. No więc, wyjeżdżałem z tego
        miasta z ulgą i naprawdę pełen entuzjazmu. Mieliśmy wprawdzie zamiar
        przeskoczyć w jeden dzień całą pustynię Mojave (a wcześniej nasłuchałem się
        różnych historii o zepsutych autach, odwodnionych turystach i ich marnym końcu)
        ale nasz samochód miał na liczniku zaledwie 5 tysięcy mil (prawie nówka :) a
        pustynia była względnie mała więc nie martwiłem się tym zbytnio. Czekała na
        mnie Przygoda i to było najważniejsze. Zatankowaliśmy do pełna i w drogę!
        Opsss, przepraszam popełniłem nieścisłość. Zatankowanie do pełna w USA nie było
        dla mnie takie proste. Stacje benzynowe działają tam na zupełnie innych
        zasadach niż u nas. Płaci się z góry. Wygląda to tak, że aby odblokować
        dystrybutor trzeba przeciągnąć kartę kredytową przez czytnik albo pójść do
        budki obsługi i wyłożyć gotówkę. Pech chciał, że moja polska karta albo
        działała w tych dystrybutorach albo nie trzeba więc było zwykle pójść do bossa
        i zapłacić z góry. Wtedy on odblokowywał dystrybutor, z którego wylatywała
        określona ilość paliwa. Niewygodne to było diabelnie, bo albo nie wiedziałem
        ile benzyny mam kupić, albo miałem za mało gotówki i kupowałem np. tylko 2
        galony, żeby resztę dotankować na następnej stacji. Wściekałem się strasznie i
        nigdy nie omieszkałem wyrazić swojej dezaprobaty dla istniejących zwyczajów.
        Niestety bez należnego zrozumienia. Mieszkańcy USA twierdzili, że nasz system
        jest głupi, bo przecież w takiej sytuacji można napełnić bak i odjechać
        tłumacząc, że się było roztargnionym, albo że się chciało zapłacić później.
        Hmm… Może i racja, ale i tak u nas jest lepiej :- )
        Tak więc, z PRAWIE pełnym bakiem wyjeżdżaliśmy z LA. Oczywiście samo wyjechanie
        z zajęło coś ze 2 godziny. Miasto z przyległościami wysuwa swoje szpony głęboko
        w ląd. Na szczęście autostrady są bardzo dobrze oznakowane i łatwo trafiliśmy
        na międzystanową piętnastkę, która nas miała zaprowadzić wprost do upragnionego
        (głównie jeszcze przez moją żonę) Vegas. Wybór trasy był zgniłym kompromisem,
        bo ja chciałem pojechać mocno na około bocznymi drogami zahaczając nawet o góry
        Sierra Nevada, jednak w przeddzień wyjazdu moja żona znalazła ulotkę
        zachęcającą do zakupów we wspaniałym, nowo otwartym outletcie gdzieś w połowie
        drogi do Las Vegas, więc nie było dyskusji. Ehh… Wy też macie takie problemy?
        Piętnastka jest wyjątkowo dobrą, jak na USA, autostradą i to całkowicie
        bezpłatną (zresztą wszystkie w południowo-zachodnich stanach są bezpłatne).
        Miejscami w obie strony prowadzi 6 do 4 szerokich pasów. (Jest to raczej
        ewenement bo autostradami [highway] nazywa się tam także drogi przypominające
        naszą trasę krakowską -generalnie jednak nie ma co narzekać (za wyjątkiem
        ciągnącej się nad Pacyfikiem Jedynki) - większość przelotowych dróg to
        dwupasmówki). Dobra jakość dojazdu z LA do Vegas nie dziwi. W weekend tą droga
        walą tłumy. Skąd taka opinia? Domyślam się po cenach hoteli. Jeśli chce się
        tylko pozwiedzać - tak jak my - do Vegas najlepiej jechać od poniedziałku do
        środy. Na początku tygodnia ceny hoteli są niższe nawet o 60% w stosunku do cen
        z weekendu przy czym w niektórych hotelach opłaty rosną już od czwartku. Tak
        więc w poniedziałek za 40-60 $ można zamieszkać w naprawdę luksusowych
        warunkach, podczas gdy za te same pieniądze w sobotę co najwyżej pójść do
        wesołego miasteczka. Na szczęście jechaliśmy właśnie w poniedziałek i zarówno
        wynegocjowana cena hotelu jak i ruch na drodze nie przyprawiały nas o zawroty
        głowy….
        Wreszcie wyjechaliśmy na pustynię. Jej szaro-brązowa, monotonna barwa nie
        zapowiadała tych wszystkich kolorów piasku i skał jakie jeszcze przyszło nam
        widzieć w Nevadzie i Arizonie. Usypiała. Z lewej i z prawej mijały nas
        gigantyczne, szesnastokołowe ciężarówki, jakich trudno szukać w Europie i jakie
        do tej pory znałem tylko z filmów. W 40 stopniowym upale, lśniące chromem
        lusterka, zderzaki, rury wydechowe i wypolerowane do żywego żelaza cysterny
        lśniły białym blaskiem. Oślepiały jak światła Vegas do którego mieliśmy jeszcze
        wiele, wiele mil…

        cd nastąpi. Mam nadzieję ;-D
    • zerozeroseven Viva Las Vegas! 16.08.05, 16:27
      Las Vegas znalazło się dwukrotnie na trasie mojej podróży przez południowe
      stany USA. Za pierwszym razem za namową żony, drugim razem już sam chciałem tam
      koniecznie pojechać. Włóczyliśmy się wtedy z żoną wypożyczonym w San Francisco
      suzuki z zamiarem objechania najciekawszych miejsc i miast Południa. Dużo tego
      było co niemiara i naprawdę toczyliśmy ciężkie boje wieczorami przy planowaniu
      dalszej podróży. W sumie udało nam się prawie wykonać plan, chociaż nie daruję
      sobie, że w końcu uległem i nie pojechaliśmy do San Diego. (Może następnym
      razem?) Kierunek na Las Vegas obraliśmy spędzając kilka dni w Los Angeles. Może
      to zabrzmi dziwnie i niezgodnie z przyjętymi stereotypami, ale dla mnie wtedy
      LA jawiło się jako najbardziej beznadziejne miasto jakie kiedykolwiek
      widziałem. Napisałem „miasto”? Zapomnijcie. To nie jest miasto. To ciągnące się
      dziesiątkami kilometrów przedmieścia domków poprzecinane we wszystkich
      możliwych kierunkach autostradami. Wyobrażacie sobie powierzchnię równą byłemu
      województwu warszawskiemu pełną nudy i kurzu? To właśnie L.A. Miasto Aniołów
      niby. Pamiętam jak pewnego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę słynnym
      Mulholland Drive. Dziiiz. Kilkadziesiąt kilometrów pagórków zwanych Beverly. Z
      poboczami porośniętymi gęstymi krzaczorami. Chodnika brak. Wille słynnych
      postaci świata filmu pochowane gdzieś tak, że ich zupełnie nie widać. A na
      jednej z wyleniałych od słońca gór jakiś kretyn postawił zardzewiałe
      rusztowania z 10 metrowym napisem „Hollywood”. Żenada jakaś. Po prostu płakać
      się chciało, zwłaszcza, że żadnego baru ani nawet stacji benzynowej w promieniu
      50 mil nie było. Po całodziennej wycieczce mieliśmy dosyć LA chyba do końca
      życia. Wieczorem pojechaliśmy jeszcze na Bulwar Zachodzącego Słońca, ale nie
      chciało nam się patrzeć na zachodzące słońce tylko myśleliśmy o tym żeby
      znaleźć coś do zjedzenia. W końcu trafiliśmy na jakąś nędzną pizzerię…. Aha
      któregoś dnia oglądaliśmy też te odciśnięte ręce i nogi aktorów w betonie.
      Naprawdę szkoda czasu, chyba że ktoś jest fanem czarno-białych filmów. Tylko
      nieliczni współcześni aktorzy są tam odciśnięci. Kręciły się tam wprawdzie
      tłumy podekscytowanych turystów, ale mam wrażenie, że ekscytowali się na siłę.
      W sumie najlepiej wspominam wizytę w Universal Studios. Gwoli wyjaśnienia.
      Każda licząca się wytwórnia filmowa ma w LA własny park rozrywki. Taki
      Disneyland tyle że filmowy. Wycieczka do takiego parku nie jest tania (bilet
      ok. 50 $ na głowę) ale moim zdaniem warto raz się wybrać jak ktoś nie był. W
      studiach Universalu można np. obejrzeć sobie z bliska oryginalny kultowy
      samochód (ha!, mam w nim zdjęcie) z kultowego filmu Back to the Future równie
      kultowego Zemeckisa, posłuchać sobie koncertu Blues Brothers na żywo (prawie
      jak prawdziwi), przytulić się do świnki Bebe razem z ET, przeżyć przygodę w
      Parku Jurajskim, stoczyć pojedynek z Mumią zobaczyć jak się robi efekty
      specjalne i wziąć udział w ich robieniu i wiele, wiele innych rzeczy. Wszystko
      w cenie wejściówki. Tylko jedzenie kosztuje i to dużo dlatego warto wziąć ze
      sobą wałówkę. Jest tam też pełno sklepów z hollywoodzką szmirą ale czasem coś
      fajnego można wypatrzyć np. piękny kowbojski kapelusz jakby żywcem wyjęty
      z „Jak zdobywano Dziki Zachód”. Dynamit po prostu! Tak więc jeśli ktoś się nie
      wstydzi zbytnio siedzącego w nim dziecka może się tam naprawdę dobrze zabawić.
      Niestety reszta LA jest tak beznadziejnie bezpłciowa, że przytłacza nawet
      największe atrakcje. Uciekaliśmy stamtąd z ulgą. Kierunek - jak już napisałem -
      Las Vegas!

      Hmm. i to by było na tyle. Znów się rozpisałem nie na temat i było o LA zamiast
      o Vegas.
      Na razie! Reszta opowiadania mam nadzieję za jakiś czas, jak mi wena przyjdzie.
      • cat_s No to w koncu... 25.08.05, 22:36
        ... jak to jest z tym amerykanskim piwem? ;-)

        Bo ja syszaem niejednokrotnie i to wrecz z ust autorytetow tego watku, ze piwo
        amerykanskie to jakies takie nieciekawe jest a jego jedyna zaleta - to taka, ze
        w dzbankach sprzedaja ;-)

        A tu prosze - szok!
        "Jeden z amerykańskich browarów rozpoczął produkcję najmocniejszego piwa na
        świecie. Nowy trunek zawierający 25 proc. alkoholu jest sześć razy mocniejszy
        niż zwykłe piwo i dwukrotnie mocniejszy, niż wino. Browar Boston Beer Company
        wyprodukował limitowaną edycję 8 tysięcy specjalnych miedzianych czajniczków z
        oryginalnym napojem w cenie około 115 dolarów za sztukę."
        www.ciekawostki.up.pl/

        No z jednej strony sie nie zdziwilem, bo pamietam z pewnego filmu, ze "w
        Ameryce wszystko jest najwieksze" ;-)
        No ale zeby piwo niewinne do 25 procent tuningowac??

        Coz... wiem Sofanesie, ze cena jest zaporowa, a i 8.000 czajniczkow piwnych to
        smieszna ilosc jak na cale Stany... to sie chyba i na specjal ten nie zalapales?

        Swoja droga, ciekawe, w jaki sposob sprytni Amerykanie takiego potwora
        wyprodukowali?
        Bo na przyklad drozdze winne to chyba jakis pulap stezenia alkoholu osiagaja,
        po czym same siebie tym stezeniem 'sie zalatwiaja'; stad winopochodne trunki
        mocniejszego kalibru specjalnej obrobki destylacyjnej wymagaja.
        A z piwem tak mocnym jak jest? Tez sie slabsze frakcje destyluje? ;-)
        Czy moze prosciej - okreslone stezenia 'uszlachetnia sie' metoda mniej subtelna
        za to skuteczniejsza - spirytus dolewajac?

        Pozdrawiam Sofanesie i do wszczecia piwnego sledztwa zachecam:-)
        cat_s
        • zwierz.alpuhary Re: No to w koncu... 25.08.05, 23:24
          biorąc pod uwagę, że wino ma jakieś 8 do 14 procent, ja bym takie piwo nazwał
          raczej "nalewką piwną" albo "chmielówką"
        • zerozeroseven Re: No to w koncu... 26.08.05, 09:57
          > ... jak to jest z tym amerykanskim piwem? ;-)
          > Bo ja syszaem niejednokrotnie i to wrecz z ust autorytetow tego watku, ze
          > piwo
          > amerykanskie to jakies takie nieciekawe jest a jego jedyna zaleta - to taka,
          > ze

          W USA z piwem jest tak samo jak u nas. W supermarketach królują standardowe
          marki. Najtańsze i najpowszechniejsze to Budweisser, Lite, Miller, Lowerbrau. W
          miarę najszlachetniejszy jest Lowerbrau, reszta to okropne sikacze w rodzaju,
          powiedzmy naszej Tatry. Oprócz piw krajowych dostępne są oczywiście importowane
          począwszy od japońskich a skończywszy na polskich. W rozsądnych cenach jest np.
          taki Heineken czy Stella Artois więc specjalnie nie buszowałem po innych
          markach.
          Inaczej sytuacja wygląda w pubach. Niektóre mają własne mini warzelnie a
          niektóre podają piwo z nieco większych lokalnych browarów - np w Kaliforni za
          taki ekstra lokalny browar uchodzi Sierra Nevada z Chico ja piłem tylko Pale
          Ale, nawet dobry - jakośc piwa jest wtedy trochę lepsza, chociaż nie opuszczało
          mnie wrażenie, że piwo jest zawsze nieco rozwodnione. Nie badałem tego zbytnio,
          ale może jest tak samo jak w Londynie, czyli istnieje limit mocy piwa jakie
          może być podawane w pubie (może Sofanes będzie wiedział?).

          >Czy moze prosciej - okreslone stezenia 'uszlachetnia sie' metoda mniej subtelna
          > za to skuteczniejsza - spirytus dolewajac?

          Stawiałbym na to drugie. W przypadku klasycznych piw proces fermentacji jest
          przerywany bardzo szybko, a ostateczna moc zależy od stężenia ekstraktu i
          wynosi max 6-7%. Wszelkie piwa o wyższej zawartości alkoholu to moim zdananiem
          mieszanki ze spirytusem. Ale może się mylę.
          • zwierz.alpuhary Re: No to w koncu... 26.08.05, 11:40
            konsumowałem wszystkie z tych okropnych sikaczy (może z wyjątkiem Lite'a, choć
            nie pamiętam) i protestuję przeciwko stawianiu ich w jednym rzędzie z Tatrą,
            która to jednak stoi od nich o klasę wyżej
            • zerozeroseven Re: No to w koncu... 26.08.05, 12:10
              Z piw Heineken, Żywiec, Warka Jasne Pełne, Strong, Tatra, Królewskie, Brackie,
              Leżajsk, Freeq - produkowanych przez grupę Żywiec - tylko Żywiec i Heineken w
              miarę ujdą IMHO. Reszta jest taka sobie. Ale chyba faktycznie masz rację i
              stoją wyżej od amerykańskich.
              • zerozeroseven [OT] obcy kapitał 26.08.05, 12:41
                Zupełnie nie na temat ale tak mi się jakoś skojarzyło jak uświadomiłem sobie,
                że od co trzeciego piwa wypijanego w naszym kraju firma Heineken ma swoją
                działkę. Otóż, czy zwróciliście uwagę na to kto jest producentem zwykłej wody
                mineralnej którą pijecie? Niedawno uparłem się, że kupię wodę, która jest
                produkowana przez rdzennie polskiego producenta i co? Okazało się, że wodę w
                naszym kraju sprzedaje albo coca-cola, albo pepsi albo nestle albo inny cudak.
                Nawet poczciwą Mazowszankę wykupili. Po długich poszukiwaniach znalazłem raptem
                dwie, które chyba są "nasze": Wodę Maksymiliana i Jurajską. Do czego to doszło?
                • zwierz.alpuhary Re: [OT] obcy kapitał 26.08.05, 12:44
                  ja piję Kroplę Beskidu najczęściej (Multivita vel Coca-Cola) ale w takich małych
                  a w dużych to jakieś żywieckie kryształy firmy Kent-Pol i inne takie i one są
                  przeważnie polskie. Polskich wód jest jednak sporo, tylko czasem nie zwraca się
                  na nie uwagi.
                  • zerozeroseven Re: [OT] obcy kapitał 26.08.05, 13:25
                    > Polskich wód jest jednak sporo, tylko czasem nie zwraca się
                    > na nie uwagi.

                    W większych sklepach typu TESCO, "Twoje", niepodzielnie królują "niepolskie"
                    takie jak właśnie Kropla.., Żywiec, Nałęczowianka, Mazowszanka itp.
                    W mniejszych można czasem wyszperać coś innego.
                    • cat_s niesmiałe pytanie 01.09.05, 15:34
                      Witam,
                      Sofanesie, z pewnym skrępowaniem poniższe pytanie zadaję, by - Boże broń -
                      hieną żądną sensacji sie nie okazać.
                      Ale niepokoi mnie i ciekawi (niestety) sytuacja pohuraganowa w wiadomych Ci
                      niewątpliwie okolicach Stanów...
                      Oczywiscie, oficjalne wiadomości i informacje czytuję w miare regularnie.
                      Ale ciekaw jestem, jak cała sytuacja z punktu widzenia 'tuziemca' wygląda, z
                      jakimi nastrojami i komentarzami na codzień być może masz do czynienia?

                      Przyznam, że kwestia interesuje mnie również w pewnym sensie zawodowo, gdyż
                      czasami meandry mojej pracy wiodą mnie w okolice naszej rodzimej 'powodzi
                      stulecia'. Bazuję na kilku skąpych a mało profesjonalnych tekstach i
                      komentarzach, które opisują, jak to dzielny rząd polski z ówczesnym ministrem a
                      obecnym Kandydatem sobie z powodziowymi problemami radzili - i chciałbym mieć
                      jakiś pogląd, jak w analogicznej sytuacji radzą sobie (z punktu widzenia
                      Amerykanina) tamtejsze władze i przede wszystkim - ludzie kataklizmem dotknięci.

                      Ale jeśli uznasz, że czas jest jeszcze zbyt wczesny, by na tak bolesne tematy
                      rozprawiać - potraktuj oczywiście moją prosbę jako niebyłą...

                      Pozdrawiam
                      cat_s
                      • sofanes Re: niesmiałe pytanie 01.09.05, 17:05
                        ...ach, cat_sie, wprowadzasz mnie absolutnie w stan przygenbienia i permamentne
                        poczucie winy (nie, zartuje, nie przejmuj sie..;) z tegoz to powodu, iz
                        poruszasz bardzo ciekawe tematy na ktore z pewnoscia odpowiem, ale czas moj w
                        ostatnim czasie (:)) to sie chyba nazywa pleonazm...) bardzo jest
                        limitowany...ale w koncu bede mial luzniej i sie porzadnie rozpisze...bo na
                        razie ledwo nadazam posty czytac...co do piwa, sledztwo wdrazam (jutro jade do
                        St. Louis, czyli siedziby browaru warzacego Budweisera, fuj) a mam takze
                        koneksje do Bostonu (pewne panie w nauce pracujace, znajome ze wspolnego
                        przybytku naukowego z Warszawy tam siedza, trza mi bedzie o te czajniczki
                        podpytac...).
                        Co do Katriny, to jej resztki przedwczoraj byly u mnie, w postaci wielkiego
                        lania z nieba nieprzerwanie przez 12 godzin...ale jesli chodzi o komentarze
                        amerykanskie, to ciekawe, ale te same newsy ida prawie o tym samym czasie w
                        polskich serwisach i tutaj, ot, globalna wioska...
                        Pozdrawiam i obiecuje poprawe...
                        • kubek ale mam czytania - okrutnie się, cieszę :-) 01.09.05, 21:29
                        • kubek Jeszcze nie przeczytałem wszystkiego, 01.09.05, 22:48
                          ale czy nie jesteś gdzieś w Duk'u or NIEHS
                          • sofanes Re: Jeszcze nie przeczytałem wszystkiego, 02.09.05, 00:01
                            > ale czy nie jesteś gdzieś w Duk'u or NIEHS

                            No wlasnie widze, zes nie doczytala ;)) Nie, aktualnie nie przebywam w NC, bo
                            spedzilem tam tylko 3 miesiace pare lat temu, w studenckich czasach...a teraz
                            jestem bardziej na polnoc, w krainie kukurydzy :) (Podpowiem, ze nie jest to
                            Perdue, ale ich najwiekszy lokalny rywal)...
                            • sofanes Re: Jeszcze nie przeczytałem wszystkiego, 02.09.05, 00:02
                              Znaczy sie, przeczytales, a nie "przeczytalas"...ale to wasze forum takie
                              sfeminizowane, ze sie pomylic mozna...:)
                    • zwierz.alpuhary Re: [OT] obcy kapitał 01.09.05, 21:41
                      a propos wód to producent takiej sobie wody Aqua Grin wpadł na świetny pomysł z
                      dnem butli, które jest dość mocno "elastyczne" i takie jakieś giętkie. Nie wiem
                      z czego to wynika, ale butlę wody można ustawiać w różnych ciekawych
                      konfiguracjach,np. z przechyłem jak krzywa wieża w Pizie, tak jakby to była
                      5-litrowa torebka a nie butla z wodą:-)
    • sofanes Katrina, a niech ja szlag... 02.09.05, 18:44
      Tym razem nie bedzie retrospektywy i napisze pare slow o wlasnych
      spostrzezniach o najnowszych, katastrofalnych wydarzeniach...
      Nie jest co prawda do konca tak, jak Cat_s pisze, ze bedac na terenie USA
      wiecej moge dowiedziec sie o tym, co dzieje sie w Nowym O., czy tez, ze przez
      swoja obecnosc tutaj zyskuje jakis niezwykle oryginalny punkt obserwacyjny; ale
      z drugiej strony - mam mozliwosc porozumienia sie z miejscowymi amerykanami i
      pozniania ich reakcji na doniesienia z miasta, ktorego najslynniejsza ulice i
      ksiezyc nad nia opiewal Sting...ulica, byc moze, uniknie zniszczenia, bo
      polozona jest powyzej poziomu jeziora i rzeki, ale wiekszosc historycznej
      dzielnicy pewnie diabli wezma.
      Zeby reporterskim obowiazkom stalo sie zadosc, specjalnie wypytalem kolezanke i
      kolege z pracy, co sadza o tym, co sie dzieje w N.O. i jak oceniaja dzialania
      wladz...ich konkluzje w pelni pokrywaja sie z moimi odczuciami, tak wiec
      specjalnych roznic w "odczuwaniu" katastrofy nie odnotowalem.
      Ujmujac rzecz krotko: rzad federalny, do spolki z lokalnym, kompletnie s...li
      sprawe.
      Juz mozna zaobserwowac poczatki zrzucania winy jednych na drugich, a u ludzi
      ogladajacyh CNN czy sluchajacyh doniesien w radiu narasta niedowierzanie i
      gniew.
      Trudno zrozumiec, jak to mozliwe, ze poza deklaracjami typu „nie oddamy ani
      guzika”, kompletnie nie liczono sie z mozliwoscia, ze sprawy pojda w zlym
      kierunku ?
      Jak to jest, ze huragan prawie ominal miasto, a katastrofa i tak przybiera
      gigantyczne rozmiary ? Dlaczego nie bylo zadnego „Planu B”, na wypadek
      najgorszego scenariusza ?
      Poczatkowo, wszystko wygladalo, wybaczcie mi to okreslenie, „jak zawsze” w
      przypadku katastrof, czy moze „katastrof” w cudzyslowie, np. wtedy jak w
      polowie Stanow wysiadl prad.
      Czyli – zagrzewajace do boju przemowienia oficjeli, breaking news we wszystkich
      programach informacyjnych, z obowiazkowa flaga w kazdym ujeciu, peanami na
      rzecz zwyklych amerykanow, bohaterskich i dzielnie znoszacych niedogodnosci.
      Przed nadejsciem Katriny bylo kropka w kropke to samo – wypowiedzi ekspertow,
      pietnascie kolorowych obrazow z radaru Dopplera pokazujacych nadchodzacy
      huragan, reporterzy w deszczowych kurtkach raportujacy z pierwszej linii frontu.
      Powiedzialbym, ze tuz po nadejsciu Katriny wyczuwalo sie wrecz pewna nutke
      zawodu w programach informacyjnych – jak to, oslabla ze stopnia 5 do 3 ?
      Przeszla bokiem nad Nowym Orleanem ? Juz po sprawie ?
      Niestety, wkrotce okazalo sie, ze jeszcze nie jest po sprawie. Gorzej, z kazda
      godzina robi sie coraz bardziej tragicznie.
      Brakuje policji i gwardii narodowej. Jesli sie nie myle, koordynacja miedzy
      sluzbami tez nie jest taka, jaka powinna byc w kraju bedacym „pierwsza
      technologiczna potega na swiecie”.
      Ci, ktorzy sa, sa rozpaczliwie niewyposazeni. Mowiono o mozliwej powodzi, ale
      chyba niewielu naprawde w nia wierzylo. Dlaczego, skoro wszystko wskazywalo na
      to, ze ona nastapi ? Srodki Strazy Przybrzeznej i Gwardii Narodowej sa zupelnie
      nieadekwatne do skali katastrofy – jest tylko kilka smiglowcow i ekip zdolnych
      ratowac ludzi z powietrza, a tysiace oczekujacych.
      Nie ma przygotowanych srodkow ewakuacji dla wielu szpitali i centrow, w ktorych
      ludzie mieli przeczekac huragan.
      Niewyobrazalne, ale prawdziwe – po dwoch dniach zaczyna brakowac zapasow
      jedzenia i wody, nawet dla ratownikow !
      Prawo stanu wyjatkowego pozwala im uzywac praktycznie wszystkich dosptepnych
      srodkow, w tym prywatnych, ale sluzby, ktore musza sie troszczyc o wlasna
      aprowizacje to sluzby dzialajace mniej efektywnie niz pozbawione takich
      obowiazkow.
      Oczywiscie, nikt nie umrze z glodu, ale logistyka szwankuje.
      Ulice opanowane sa przez hordy z bronia, od paru dni kroluje prawo piesci,
      policja, z tego co mi sie wydaje na podstawie doniesien, w wiekszosci nie jest
      zupelnie przygotowana do warunkow prawie wojennych, nie ma, przynajmniej z
      poczatku, oddzialow doswiadczonych w kontrolowaniu tlumow czy jednostek
      potrafiacych zabezpieczyc rejon, np. ewakuacji...
      Sporo mozna wyczytac miedzy wierszami – ewakuacja szpitala jest wstrzymana
      przez wiele godzin, bo jakis szalaniec zaczal ich ostrzeliwac ? Na milosc
      boska, wytrenowany oddzial wojska czy policji potrafi chyba poradzic sobie z
      jednym paranoikiem ? Przeciez to nie Bagdad czy Kabul i nie jakis przemyslny
      atak partyzantow !
      Podsumowujac – ktos bedzie musial odpowiedziec na pare niewygodnych
      pytan...takich jak:

      - skoro powodz byla prawie pewna (CNN podawal jakies 30 godzin przed nadejsciem
      huraganu, ze jest to prawie pewne jak w banku, a sluzby nie wiedziely jeszcze
      wczesniej?), dlaczego wladze traktowaly ja jako malo prawdopodobna
      ewentualnosc ?
      Zakladano, ze powieje troche, wyleje troszeczke, a potem wszyscy wroca w
      punktow zbiorczo-ewakuacyjnych do domkow ? No chyba tak, skoro nie bylo
      wystarczajacych zapasow dla ewakuowanych, awaryjnych zrodel pradu dla
      podtrzymania chociaz klimatyzacji i higieny w tych lokacjach, a przede
      wszystkim srodkow transportu i planu ewakuacji „punktow” gdzies poza
      miasto...po 48 godzinach wszystko sie zaczelo konczyc, a dzialania wladz mialy
      znamiona rozpaczliwej prowizorki...

      - gdzie byly plany awaryjnego wprowadzenia do akcji dodatkowych, rezerwowych
      jednostek policji, Gwardii narodowej i wojska ? Ktos bardzo sie pomylil w
      okreslaniu potencjalnie potrzebnych sil, i potencjalnej rezerwy – naprawde
      powazne sily posilkowe dotra do Nowego Orleanu prawie tydzien od katastrofy !!!

      - jakich to analitykow zatrudniaja wladze Luizjany i federalne, skoro nikt nie
      wpadl na to, ze bron ze sklepow trafi na ulice ? Jak to mozliwe, zeby wladze w
      miescie na pare dni przejely gangi ? Rozumiem, ze skala katastrofy przekroczyla
      oczekiwania (a nie powinna), ale wyslanie pare grup bojowych do ewakuacji broni
      ze sklepow nie zajeloby chyba az tyle czasu i srodkow ? Nie mowie, ze to jedyna
      przyczyna wzrostu przestepczosci, ale zdaje sie, dosc powazna, skoro w koncu
      wyslano zolnierzy i policje, by zabraly ze sklepow amunicje...szkoda tylko, ze
      na dlugie godziny wstrzymano wszelkie ewakuacje i ratowanie ludzi z zatopionych
      terenow, bo w miescie praktycznie wywiazala sie wojna...nie wierze, ze nie
      byloby mozliwe utrzymanie przestepcow w ryzach na tyle, by nie przeszkadzali w
      ratowaniu ludzi, jesli ktos przewidzialby, ze moze byc konieczne wprowadzenie
      do akcji zolnierzy, a nie posterunkowych...to zakrawa na zart, ale dopiero
      wczoraj i (a przez najblizsze ma dotrzec ich wiecej) sprowadzono pierwsze
      przeszkolone jednostki, potrafiace dzialac w warunkach miejskich, w tym swiezo
      przerzuconych zolnierzy z Iraku.

      Mysle, ze gniew spoleczenstwa obserwujacego, co sie dzieje w N. O., te
      odpowedzi wymusi...wiele osob w miescie zginelo i ginie caly czas, poniewaz
      ktos „scewed up”.
      Tyle tylko, ze znalezienie winnych nikomu zycia nie przywroci.


      • cat_s Re: Katrina, a niech ja szlag... 12.09.05, 23:42
        Ach, Sofanesie,
        Czasami jest tak, że nadmiar czegoś bywa równie bolesny, jak deficyt czegoś
        innego.
        Muszę wyznać, że w Twoim przypadku nie może być mowy o przypadku pierwszym. Na
        myśli mam fakt cokolwiek oczywisty, że zaniedbujesz nieco pewne forum
        regionalne, którego namiary mam nadzieję nie zostały wykasowane nieodwołalnie z
        Twojego komputera...

        Mówiąc wprost - dopominam się nieco o ciąg dalszy Twoich ewentualnych dalszych
        obserwacji poczynionych w poprzednim poście. Ale jeśli z jakiegoś powodu temat
        uznałeś za wyczerpany, dopraszam się przynajmniej o jakiś znak, że żyjesz i do
        internetu czasami zaglądasz... ;-)
        Gdybyś, Sofanesie, z innego miejsca klikał, w milczeniu Twoim upatrywałbym jak
        najbardziej przyczyn zewnętrznych, bo jak wiadomo w niektórych częściach globu
        internet bywa kapryśny... Ale przebywasz raczej w jednym z
        bardziej 'zinternetowanych' rejonów świata, więc milczenie Twoje tłumaczę sobie
        Twoim wyjątkowym zapracowaniem.
        Co oczywiście całkowicie Cię tłumaczy - ale miej świadomość, żeś 'Jankeskimi
        Zaułkami' rzesze wiernych czytelników sobie 'wyrobił' - tak i teraz
        odpowiedzialność moralną za nich ponosisz. Tak i pisz - zaklinam - dalej,
        ewentualną skąpość komentarzy niechęcią do zakłócania doskonałego toku narracji
        sobie tłumacząc a nie - Boże broń - innymi jakowymiś domniemanymi przyczynami!

        Toteż zapowiadam, że jako cat_s wyjątkowo uparty w dalszym ciągu codziennie na
        Jankeskie Zaułki zerkam w nadziei, że łaskawie jakieś nowiny, albo chociaż
        jakikolwiek znak życia z Twojej strony oceanu się objawią.

        Pozdrawiam :-)
        cat_s
    • sofanes Re: Jankeskie zaułki... 21.09.05, 21:19
      Ha, zaniedbalem ostatni zaulki, ale spiesze juz cos nowego dopisac...
      Coz, juz kilka dobrych weekendow temu odwidzilem St. Louis.
      Pojechalismy tam (ja i moja polowica) na weekend plus dzien, gdyz w ten
      poniedzialek wyapadalo Swieto Pracy (Labor Day), co pozwolilo nam od pracy
      troche odpoczac...(swoja droga, Labor Day bywa czasem przez znajomych polakow
      nazywany Dniem Robala, prosze, zgadnijcie, dlaczego ?).
      Do browaru Busha, niestety, nie udalo mi sie dostac...chociaz z drugiej strony,
      przyznam sie szczerze, specjalnie tej mozliwosci nie sprawdzalem, priorytetowo
      traktujac wycieczke rowerowa szlakiem wzdluz Missouri.
      Szlak jest baaaardzo dlugi, a my zas tylko sprobowalismy przejechac nim kawalek
      jednego dnia, w dodatku za glowny punkt wycieczki ustalajac wizyte w winiarni
      po drodze.
      No i co wlasciwie ja moglbym o szlaku napisac ? Troszke nas zawiodl (zawiodl
      nas do winiarni, ale przede wszystkim zawiodl nasze oczekiwania).
      Ot, prosta droga, przez pole i kawalek lasu, zas Missouri to ze szlaku bylo
      widac raz, i to przez chwile. Tez mi...
      Co tyczy sie alkoholi...cat_s pytal mnie o to czas jakis temu...
      Kwestia nie jest az tak skomplikowana...amerykanskie piwo jest do bani, w
      Polsce mozna by pewnie go uzyc jako plynu do mycia szyb, bo lepszych zastosowan
      nie widze...mnie ono przypomina oranzade, i kompletnie nie wyczuwam roznic,
      jesli chodzi o piwo Millers czy Budweiser, czy Milwaukee Best, czy
      jakiekolwiek...
      Co najwyzej roznice miedzy roznymi typami plynu.
      Pisze, rzecz jasna, ogolnie, bo rodzajow piwa w supermarkecie dostatek, ale ja
      koncentruje sie na „standardowym” i najbardziej popularnym malym jasnym...
      Jest jednak swiatelko w tunelu – mianowicie, jest tu sporo mikrobrowarow
      (Ciekawe, czy ktos jeszcze kojarzy niezapomniana Some na Foksal...?), ktorych
      produkty sa calkiem przyjazne dla podniebienia...ja preferuje Pale Ale (taki
      typ) i bardzo ciemy, pszeniczny Stout.
      Oczywiscie, w zaleznosci od browaru, piwa te moga sie znacznie roznic – no ale
      w tym wlasnie urok zwiedzania takich przybytkow...
      Zupelnym nieporozumieniem (przynajmniej dla mnie) sa natomiast, oferowane
      zawsze w tych mikrobrowarkach, piwa kwiatowe i owocowe – no jesli Budweiser to
      plyn do mycia szyb, to te przypominaja wode po goleniu „Wars”...
      Tyle na razie na temat piwa.
      Drugim alkoholem, ktoremu poswiecam sporo uwagi (hmm, ciekawe okreslenie mi sie
      sformulowalo...), to wino.
      Smakosze ulubionego trunku Dionizosa moga sie w tym kraju poczuc dopieszczeni.
      Pierwsze, i najwazniejsze – wina sa tu tansze, i to czesto sporo bardziej, niz
      w Polsce.
      (Dla bardziej zainteresowanych: np. apelacje St. Emilion, czy Pomerol kosztuja
      zwykle kolo 20 dolarow...nie mowiac juz o swietnych co niektorych winach z
      Kalifornii...).
      Jesli chodzi o srednia polke, to juz w ogole swietnie – dobre winko do obiadu
      przestaje byc bardzo liczacym sie wydatkiem, bo jak kosztuje 6-8 dolarow, to
      naprawde mozna sobie pozwolic...(ostatnio kupilem wyborne Chianti za 8 dolarow,
      z domu Ruffino...).
      Uwazam, ze tutaj stosunek jakosc do ceny, jesli chodzi o wina, jest naprawde
      uczciwy.
      Konczac juz temat, i nawiazujac do opisow mikrobrowarow, to kolejnym jasnym
      punktem sa winiarnie – jest ich calkiem sporo, np. kolo miasteczka w ktorym
      mieszkam, dwie. Wina moze nie gwarantuja nieslychanych i odlotowych przezyc
      smakowych, ale prawie zawsze mozna cos przyzwoitego znalezc – a mozna swobodnie
      szukac, testowanie jest za darmo...
      Kazda taka winiarnia z reguly oferuje tez sklep z serkami, owocami czy
      krakersami (a ceny wcale nie sa takie zdziercze), oraz obszerne pole, czesto z
      jeziorkiem, gdzie zaopatrzywszy sie w poprawiajace humor wiktualy, zalec mozna
      w rozkosznym nierobstwie pod niebem, po ktorym z wolna plyna biale
      chmurki...ach, rozrzewnilem sie, ale tak wlasnie spedzalismy czas z zona i
      znajomymi na wiosne, a teraz moze juz czas sprobowac jesiennych odwiedzin...?
      Chyba juz wiem, jak spedzimy przyszly weekend...ohohoho, a wlasnie dotarla do
      nas wiadomosc, ze zona moja najzdolniejsza dostala nagrode Prezesa Rady
      Ministrow za doktorat...o hoho, to bedzie okazja poswietowac...
      • kubek Gratulacje dla żony !!! 25.09.05, 22:49
        • sofanes Re: Gratulacje dla żony !!! 26.09.05, 18:31
          ...a dziekuje, dziekuje w jej imieniu...i w swoim rowniez...
    • sofanes Re: Jankeskie zaułki... 01.11.05, 19:01
      Ha, kurz pokryl Jankeskie na dwa palce, czas napisac chocby trzy slowa...

      Halloween za oknem i wszedzie, gdzie sie spojrzy, wisza jakies kosciotrupy i
      inne nietoperze.
      Musze przyznac, ze zadne z amerykanskich swiat, ani zadna z tradycji, nie sa mi
      tak obce, jak wlasnie Halloween.
      Jednak pamietanie o zmarlych i chwila zadumy, czy jesienny spacer po cmentarzu
      to zupelnie co innego, niz glupkowate trick or treat, i choc inne zwyczaje czy
      swieta wypada szanowac i respektowac, to jednak leciutkie rozdraznienie
      odczuwam, kiedy w telewizji leca jedynie filmy grozy, kazdy sklep obwieszony
      jest dyniami, w ogrodkach domow pozakopywane sa kosciotrupy z plastyku, zas o
      zmarlych w tym calym cyrku zdaje sie nie pamietac chyba nikt.
      Pare dni temu przeczytalem informacje, ze gdzies w kraju jakiemus mlodzianowi
      znudzilo sie zycie i postanowil je zakonczyc wieszajac sie w miejscu publicznym.
      Coz, jak zaplanowal, tak zrobil, po czym spedzil wiszac czas jakis, raczej
      dluzszy, niz mozna bylo sie spodziewac, gdyz zostal uznany za jedna ze
      stosownych dekoracji...
      Oprocz tego, rowniez gdzies wyczytalem (jakos tak zrodel nie cytuje, ale to nie
      praca naukowa, a nie pomne jakos...), ze Halloween to drugie po Bozym
      Narodzeniu swieto generujace w sklepach najwiekszy obrot.
      Jesli zas chodzi o swieta Bozego Narodzenia, to pierwsze sklepy zaczynaja juz
      przygotowywac dekoracje, zas w tv pojawily sie pierwsze reklamy ("juz teraz
      zarezerwuj rejs na Karaiby i gdzies tam w te swieta").
      Rozumiem, ze reklama dzwignia handlu, nie widze nic zlego w oddzieleniu
      aspektow religijnych od handlowych (kazdy w koncu moze wierzyc albo nie, a
      wszechobecna komercja akurat nie powinna wplywac na jego podejscie), ale to, co
      tu sie dzieje, to juz lekkie przegiecie...
      Jak pomysle, ze jeszcze niedlugo Swieto Dziekczynienia, i wszedzie pojawia sie
      poprzebierane indyki, to, wybaczcie to okreslenie, wymiekam.

      Hmm, jakis taki ponury wyszedl ten odcinek Jankeskich...obiecuje, ze nastepny
      bedzie o czyms pozytywnym...
    • sofanes O integracji i imigracji... 15.11.05, 05:45
      Nastepny odcinek mial przedstawiac bardziej optymistyczny obraz Ameryki...no to
      sprobuje...
      Dopiero co na forum odbywala sie ciekawa dyskusja na temat integracji
      imigrantow; zainspirowalo mnie to do podzielenia sie swoimi spostrzezeniami w
      tej kwestii.
      Jak pokazuja ostatnie (ale i nie tylko ostatnie, to stary problem) wydarzenia
      we Francji, francuski model nie do konca sie sprawdza.
      Ktorys z forumowiczow napisal madrze, ze jestemy w tej komfortowej sytuacji
      (jako kraj), ze w wielu kwestiach mozemy uczyc sie na bledach innych.
      Przywyklismy np. smiac sie z "glupich" amerykanskich zwyczajow wieszania
      wszedzie dookola flag, przylepiania ich do zderzakow samochodow, odgrywania
      hymnu przed kazdymi praktycznie rozgrywkami (chociazby miedzyszkolnym meczu
      siatkowki) sportowymi.
      Zdziwienie (w najlepszym razie) budzi obsesyjne umieszczanie w umowach o
      prace czy roznych wewnetrznych regulaminach setek "anty-przesladowczych"
      punktow, majacych chronic murzynow, mniejszosci seksualne, etc.etc.
      Jednoczesnie kazdy, kto spedzi tu wiecej niz ze dwa miesiace, zauwaza calkiem
      sporo istniejacej i dobrze sie majacej hipokryzji - coz, dulszczyzna jest,
      rzeklbym, internacjonalna.
      Smiechem okresla sie "amerykanski mit" - czyli mozliwosc dojscia od zera do
      milionera; ponoc te czasy juz minely; czy jednak na pewno ?
      Czy aby mieszczanska Francja, ktora "dala Swiatu prawa czlowieka", nie zyje
      zludzeniami, podobnie jak Niemcy, probujac przedstawiac Ameryke jako kraj
      machajacych szabelka kowbojow ?
      Ameryka narodzila sie jako kraj imigrantow, ktorzy chcac- nie chcac musieli
      uczyc sie poszanowania innosci, tolerancji, wypracowania praw, ktore w
      praktyce, nie tylko w teorii, wyrownywaly by szanse obywateli roznego
      pochodzenia.
      To, co nas nas tak smieszy, czyli opisana powyzej flagomania i obsesja na
      punkcie hymnu to jedne z najprostszych sposobow na podkreslenie tego, co
      obywateli tego kraju laczy - chocby i bylo tego malo.

      Jak zwykle w niedziele poszedlem sobie z zona do Starbucka na kawe; jest on
      umiejscowiony w duzej ksiegarni i mozna sobie poczytac troszke saczac kawke.
      Wpadl mi w rece ostatni numer „Economista” - i tam zawarta byla bardzo
      ciekawa analiza ostatnich zamieszek we Francji i problemu imigracji,
      powiedzmy, „po calosci”.
      Konkluzje i niektore spostrzezenia dosyc mnie zaskoczyly – podsumowac je mozna
      mniej wiecej w ten sposob: tak naprawde wcale nie najwazniejszy jest „model”
      integracji przyjety w danym kraju, a raczej...praca i samochod.
      Tak wlasnie; praca i samochod.
      Juz uzasadniam, bo przyznaje, argumentacja mnie przekonala, ze tak jest w
      istocie.
      Otoz, ten nieszczesny „model” integracji bardzo rozni sie w roznych krajach –
      np. we Francji dosyc latwo uzyskac jest obywtaelstwo; zupelnie inaczej, niz w
      Niemczech, gdzie jest to bardzo trudno, posrednio jest w USA.
      Modelem „wspoilstniejacych” kultur ciesza sie w Holandii.
      I co ? I nic, we wszystkich tych krajach problemy z imigrantami byly, sa, i
      prawdopodobnie beda.
      Podalem przyklad obywatelstwa, ale np. pomoc socjalna, sport, etc. tez roznie
      rozwiazane sa w roznych krajach.
      Zaden z tych modeli, jak widac, nie gwarantuje jednak sukcesu.
      W USA, kraju naturalnie zainteresowanym badaniami naukowym imigracji prowadzi
      sie np. bardzo wiele statystyk, ktorych nie prowadzi sie w Europie.
      Nie wnikajac juz w szczegoly, jest jedna rzecz, ktora znaczaco rozni imigrantow
      w USA i tych w Europie – w USA duzo rzadszym zjawiskiem jest wielopokoleniowe
      dziedziczenie biedy i zamykanie sie w naturalnych gettach (co nie znaczy, ze
      getta takie nie istnieja).
      Poza tym znacznie popularniejsze jest tzw. mieszanie sie imigrantow – duzo
      wiekszy odsetek imigrantow ucieka z gett w malzenstwa mieszane.
      Amerykanie nawet odnalezli czynnik (bardzo wysoka korelacja), ktory sprawia, ze
      imigranci chetniej sie integruja – jest nim wlasnie...wlasny dom i samochod.
      W USA istnieje system tanich kredytow dla imigrantow, i efektem tego jest fakt,
      ze ponad 50 % imigrantow ma swoj dom.
      Dla kontrastu – wiekszosc francuskich blokowisk nalezy do panstwa.
      Wnioski wynikajace z tych badan, niestety, nie sa budujace – najwazniejsze
      czynniki sprzyjajace integracji imigrantow to mozliwosc znalezienia pracy i
      szanse na wlasny dom.
      Kraje „solidarne” i z duza strefa socjalna sa paradoksalnie najtrudniejszymi
      dla integracji – zwykle panuje w nich wyzsze bezrobocie, ze szczegolnie wysokim
      bezrobociem wsrod mlodziezy (we Francji jest ono jedno z najwyzszych w Europie,
      i choc trudno w to uwierzyc, chyba nawet wyzsze niz w Polsce – dane Eurostatu).
      Do opisanych wyzej czynnikow trzeba dodac wazna uwage – szczegolnie trudno
      przebiega integracja muzulmanow (bardzo niechetnie wchodza w malzenstwa
      mieszane), ze wzgledow raczej oczywistych – i nie jest to zadny rasizm; tylko
      fakt raczej zrozumialy.
      Czyli, podsumowujac – dobrze przemyslany model integracji to wazna rzecz, ale
      niskie bezrobocie i prezna gospodarka sa od niego wazniejsze.
      Miejmy nadzieje, ze w naszym pieknym kraju imigranci pojawia sie masowo, kiedy
      bezrobocie bedzie 4%...

      • zwierz.alpuhary Re: O integracji i imigracji... 15.11.05, 09:14
        Francja jest śmieszna z powodu swojego kompleksu byłego mocarstwa, wydaje im się
        że mają jeszcze coś do powiedzenia na świecie i że nawet mogą decydować, kiedy
        inni mają siedzieć cicho. Chyba tylko przez grzecznośc nikt im do tej pory nie
        uświadomił jak jest naprawdę, jak to się mówi "lekarz kazał przytakiwać":-)
        Ten amerykański zwyczaj z flagami bardzo mi się podoba (jako jeden z niewielu) i
        smutno mi, kiedy o tym myślę, patrząc na nasze sętne i nijakie Święto
        Niepodległości. Generalnie myślę ze Polska i inne nowe kraje UE, jako ci
        "barbarzyńcy stojący u bram Rzymu" (jak się nas czasem nazywa), powinna dać
        Europie lekcję właśnie takiego amerykańsko-pragmatycznego myślenia.
        • erleusortok flaga w Polsce 15.11.05, 10:34
          U nas do niedawna flagi wręcz nie wolno było wywieszać ot tak sobie, można było zostać ukaranym za wciągniecie flagi na maszt przed domem w dzień nie będący świętem państwowym..
          polskaflaga.republika.pl/
          • sofanes Re: flaga w Polsce 15.11.05, 17:27
            Rzeczywiscie, z ta flaga to w Polsce nienajlepiej...w ogole to mam wrazenie, ze
            zostala ona zawlaszczona ostatnio przez roznych ogolonych mlodziencow podczas
            marszow protestow i strajkujace zwiazki zawodowe...wtedy chyba najczesciej
            mozna dostrzec barwy narodowe...
            • zwierz.alpuhary Re: flaga w Polsce 15.11.05, 17:33
              niestety tak, to smutne dzieło poprzedniego ustroju:( Wszelka manifestacja
              przywiązania do państwa była równoznaczna z serwilizmem, bo państwo nie było
              nasze i tak już niestety zostało, choć dziś jest zupełnie inaczej.
              • erleusortok Re: flaga w Polsce 15.11.05, 19:55
                Niestety. Zgadzam się co do wpływu poprzedniego ustroju. Ale mam wrażenie, że to się jednak zmienia. I że Polska przestaje być 'niemodna'.
                • zwierz.alpuhary Re: flaga w Polsce 15.11.05, 20:44
                  Rzeczywiście coś się powolutku, powolutku w tej materii zmienia, myślę że sporo
                  dobrego zdziałała 60 rocznica Powstania Warszawskiego, ale do tego o czym pisze
                  sofanes jeszcze daleka droga
                  • cat_s How are you? 17.11.05, 00:09
                    Witajcie,
                    Dawno sobie obiecywałem, że coś do wątku dopiszę, ale jako 'niepraktykujący' ośmieszać się nie chciałem...
                    Ale teraz trafiła sie okazja! :-)
                    Na FHumorum znalazłem... pewnie znane, ale takiej okazji przecież nie zmarnuję...:-)

                    >... na temat "How're you".
                    Eutynowa odpowiedz MUSI BYC "Fine", "OK", etc. jako ze pytajacy i tak nie
                    slucha, albo raczej slyszy rutynowe "OK".
                    Teraz dowcip:
                    "How're you doing?"
                    "So bad. My wife just died"
                    "That's great!"<

                    I za to lubię Amerykanów:-)
                    • sofanes Re: How are you? 17.11.05, 02:14
                      I'm fine tez, ale czekalem i czekalem, az sie ktos odezwie w Jankeskich, i
                      prosze - cat_s ustrzelil posta 50...
                      To jeszcze nie setka, czy dwie (Zloty i Srebrny Pazur przypomne nieskromnie),
                      ale tez planowalem autora 50 - postu uhonorowac Wirtualna Odznaka
                      Internacjonalistyczna, z wirtualnej miedzi.
                      CZUWAJ!

                      PS. I prosze sobie nie pomyslec, ze my tak z cat_s'em sie wzajemnie odznaczamy,
                      jak znam zycie, to znowu byl przypadek...
                      • cat_s Re: How are you? 17.11.05, 02:30
                        >...to znowu byl przypadek...

                        Taaak... i myślisz zapewne, że ktokolwiek uwierzy...? ;-)
                        Pozdrawiam:-)
                        • cat_s Re: How are you? 17.11.05, 23:25
                          Witam,
                          Chyba się jenkesko zanadto rozkręcam ale nie sposób nie odnotować (i o komentarze poprosić;-) ) takiej oto notki:

                          "Miasto oddało nazwę za TV SAT
                          Burmistrz Dish City Bill Merritt (z lewej) z Michaelem Neumanem, prezesem Dish Network tuż po odsłonieciu tablicy z nową nazwą miasta
                          Niewielkie miasteczko w Teksasie wyrzekło się swojej nazwy w zamian za darmową telewizję satelitarną. Nowa nazwa miasta brzmi Dish co oznacza talerz lub antenę satelitarną.
                          Dish Network to druga co do wielkości sieć telewizji satelitarnej w Stanach Zjednoczonych. Za zmianę nazwy firma udostępni wszystkim mieszkańcom miasteczka Clark bezpłatny dostęp do ponad 60. kanałów przez 10 lat oraz darmowe anteny i cyfrowe nagrywarki video. Dish Network pokryje też koszty związane ze zmianą nazwy, w tym ustawienie nowych znaków drogowych. Kontrakt gwarantuje darmową telewizję wszystkim, którzy w najbliższych 10 latach osiedlą się w Dish. Wartość darmowych usług przypadających na jedno gospodarstwo domowe wynosi 4500 dolarów.
                          Miasteczko Clark, a obecnie Dish, powstało 5 lat temu. Mieszka w nim 125 mieszkańców. Władze Dish liczą, że oferta darmowej telewizji satelitarnej pomoże w szybszym rozwoju miasta. Dish nie jest jedyną miejscowością w USA noszącą imię komercyjnej firmy. W Oregon istnieje już miasto Half.com, które przyjęło nazwę internetowego sklepu działającego w ramach eBay"

                          wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,60935,3019005.html

                          Oto, za co cenię (między innymi oczywiście) Amerykanów... pragmatyzm:-)

                          Ciekawym, Sofanesie, czy jest to precedens w USA? Czy aby i wsześniej do podobnych przypadków nie dochodziło? Dyskusja pod artykułem mówi o jeszcze przynajmniej jednym przypadku:

                          Gość: Daddy
                          > Jest tez ine miasto: "truth-or-consequences" w Arizonie, ktore zmienilo swoja
                          > nazwe po pewnym teleturnieju o tym tytule.

                          Zapewne jako 'tambylec', na sprawę więcej światła możesz rzucić... jeśliś oczywiście o czymś podobnym słyszał?:-)

                          I w Polsce podobne przypadki miały miejsce, może nie literalnie analogiczne: ot, chociażby casus Stalinogrodu - no, ale motywacje były tam nieco inne...

                          Pozdrawiam
                          cat_s
                          • cat_s Beethoven 18.11.05, 01:11
                            Jak szaleć, to szaleć...;-)
                            Taką jeszcze ciekawostkę znalazłem... w pewnej sygnaturce co prawda:-)
                            Ale ciekawość, na ile umocowanie w rzeczywistości posiada... Zakładam, że nikłe ale kto wie? ;-)

                            'A lost manuscript by composer Ludwig van Beethoven has been discovered
                            • cat_s Szanuj kota swego... 18.11.05, 21:32
                              ... jak siebie samego - by się chciało powiedzieć;-)
                              Pewnie mnie Sofanes na czarnej liście spamerów umieści - ale jak tu sie powstrzymać? ;-)

                              "USA/ Wyrzuciła z domu koty, za karę sama ma pójść na noc do lasu

                              17.11.Waszyngton (PAP/dpa) - Dość nietypową karę zastosował sędzia w amerykańskim stanie Ohio wobec kobiety, która wyrzuciła z domu koty - 25-letnia Michelle Murray ma spędzić noc w lesie, samotnie, bez jedzenia, picia i światła - poinformowała w czwartek telewizja ABC

                              Sędziego Michaela Cicconettiego nie poruszyły tłumaczenia, że 33 małe kotki pani Murray wywiozła do lasu, ponieważ miała kłopoty z przeprowadzką i problemy osobiste. Uznał, że kobieta powinna doświadczyć na własnej skórze, co znaczy samotność w lesie

                              Nie jest to pierwszy niezwykły wyrok, wydany przez Cicconettiego

                              Pewnego mężczyznę, który przeszkadzał sąsiadom rozkręcaniem radia na cały regulator, sędzia też wysłał do lasu, aby nauczył się tam doceniać zalety ciszy

                              Innemu mężczyźnie, który nazwał policjanta świnią, Cicconetti kazał stać na rogu ulicy w towarzystwie prawdziwej świni."

                              Dobrze jej tak! Żeby kotki do lasu wywozić?! Szkoda, że tylko jedna noc jej się dostała...;-)

                              I sami powiedzcie - jak tu nie lubić Amerykanów? Znacie bardziej odlecianą nację?;-)
                              • cat_s Szanowny... 21.11.05, 05:04
                                ... acz najwyraźniej zajęty (lub rozleniwiony) Sofanesie!
                                Pozwolisz, że w sposób delikatny ale stanowczy poproszę Cię o dokarmienie niniejszego wątku...;-)

                                Aby zapłodnic Cię cokolwiek i zmotywować do większej aktywności - pozwolisz, że rzucę Ci swego rodzaju wyzwanie? ;-)

                                Mianowicie: otrząśnij się proszę z błogiej forumowej bezczynności i odpowiedz na jak najbardziej oczywiście niewinne pytania...

                                Owóż...
                                Jaki 'jankeski' pierwiastek łączą w sobie następujące wartości:

                                - 1903 / 3 -> podpowiedź: rok powstania / ilość (w sztukach);
                                - 12 m2 -> powierzchnia
                                - 1925 -> miara pojemności w wystandaryzownych jednostkach...


                                Hm... jeśli tak grubymi nicmi szyta prowokacja z mojej strony nie wyrwie Cię z jankeskiej bezczynności - to świadczyć to może chyba jedynie o tym, że Lola kable komputerowe załatwiła na amen...;-)

                                Pozdrawiam :-)
                                cat_s
                                • sofanes Jak to sie stalo...? 16.12.05, 18:04
                                  ...ze ja nie czytalem ostatnich postow w Jankeskich...?
                                  Tego nie wiem, wiecej, zagadka twa, Cat_sie, na razie pozostaje nierozwiazana,
                                  jak zwykle ma inteligencje przeceniasz...
                                  Ale dosc, jeszcze do niej wroce, tzn. zagadki, a nie inteligencji...a na razie
                                  ponizej machnolem nowy rozdzialik...
                                  • sofanes Happy Holidays!!! 16.12.05, 18:04
                                    Jakos tak niepostrzezenie zrobilo sie zimno zupelnie, spadl snieg i raptem
                                    kilka dni do Swiat. „A jeszcze przed miesiącem, wesolo, zielen slonce...”
                                    chcialoby sie zaspiewac.
                                    Ale sza, czas jest przedswiateczny i spiewac cos innego niz koledy (czy raczej
                                    pioesenki swiateczne) nie wypada.
                                    A wlasnie, wlasnie...
                                    Poprawnosc polityczna, swietnie; tolerancja, swietnie – ale nie mozna popadac
                                    chyba w paranoje...?
                                    Nowa, swiecka tradycja, ktora zyskuje niebywale na popularnosci w USA, jest
                                    nazywanie Swiat Bozego Narodzenia - uwaga – Wakacjami [Holidays].
                                    Rzeklbym, ze do zwolennikow LPR czy tez nawet Marka Jurka dosyc mi daleko – a
                                    nawet do poboznego katolika - ale drazni, no normalnie mnie to drazni.
                                    Jak to wyglada w praktyce? Ano, nikt nie zyczy sobie juz „Merry Christmas” –
                                    ale „Happy Holidays” – co brzmi idiotycznie, nawet dla osob wyznajacych inna
                                    religie.
                                    To zjawisko zaczyna samo sie nakrecac – w kazdej praktycznie pracy w USA
                                    pracuje sie z ludzmi z wszystkich mozliwych zakatkow globu, kilku ras i paru
                                    wyznan; powoduje to, ze chrzescijanie, czy bezwyznaniowcy wychowani w tradycji
                                    chrzescijanskiej, zeby nie wydac sie nieuprzejmymi i BOZE BRON
                                    nietolerancyjnymi – zaczynaja w ciemno zyczyc sobie „milych wakacji” i wrecz
                                    krepuja pytac sie o rodzine czy jak sie spedzi swieta; zreszta – lepiej
                                    slowa „Swieta” unikac i pytac, jak sie spedzi wakacje.
                                    Skoro tak sie dzieje na uczelni, gdzie ludzie bardziej odporni sa
                                    na „dulszczyzne” i czesciej kieruja sie zdrowym rozsadkiem, co sie dzieje w
                                    obszarze tzw. szeroko pojetej kultury korporacyjnej...?
                                    Brat ojca mojej zony mieszka w Chicgao i pracuje jako dyrektor nizszego
                                    szczebla w korporacji Searsa.
                                    Jego opowiesci brzmia jak zmyslone anegdoty – ale sa prawdziwe, chociaz czasem
                                    trudno w to uwierzyc.
                                    Np. jakis czas temu kolega z ich pracy postanowil zmienic plec – coz, tak sobie
                                    zazyczyl.
                                    Nikt ze starych pracownikow za bardzo sie tym nie przejal, to w koncu kraj
                                    tolerancji, facet chcial, to niech ma, kogo to obchodzi.
                                    Ale nie ma tak prosto – kierownictwo Searsa sie przerazilo, i kazdy z tych,
                                    ktorzy mogli by miec kontakt z nowa pracownica-starym pracownikiem, musial
                                    odbyc szereg szkolen.
                                    Na szkoleniach armia psychologow, doradcow d/s rownosci, itp. itd. uczyla ich,
                                    jak sie maja zachowywac, jakich slow uzywac, jakich unikac, itp.itd.
                                    Malo tego – odbylo sie szereg narad dyrektorow roznego szczebla, na ktorych
                                    rozstrzygano rozwiazania roznych palacych problemow.
                                    Np. panie wczesniej znajace delikwenta, stanowczo zaprotestowaly przeciwko
                                    temu, by korzystal on z ich ubikacji.
                                    Korzystanie z ustepu dla mezczyzn nie wchodzilo przeciez w gre – sens zmiany
                                    plci tracilby sens ;-), a i Sears nie moze wszak ryzykowac procesu, gdyby facio
                                    wpadl na taki pomysl. Znaleziono rozwiazanie salomonowe – wybudowano
                                    kibelek „koedukacyjny”.
                                    Do tego, jak relacjonowal Wuj, po kazdym z niekonczacych sie pilnych zebran,
                                    kazdy z uczestnikow wychodzil spocony jak mysz i wykonczony psychicznie – przez
                                    caly ten czas trzeba bylo BARDZO uwaznie kontrolowac co sie mowi, wlasne miny
                                    itd., bo wszystkie te dyskusje obserwowane byly przez smutnych panow
                                    z „Ludzkich Zasobow”, pilnie notujacych, kto tu jest tolerancyjny enough, a kto
                                    mniej – wszak to trzeba brac tez pod uwage przy przyszlych awansach...
                                    No ja tego sobie nie wymyslilem.

                                    Ale wracajac do Holidays...
                                    Nie wiem tylko zupelnie, czemu to ma sluzyc – przeciez USA jest krajem
                                    tolerancji, choc nie mozna zapominac, ze wyroslym w jakiejs czesci z tradycji
                                    europejskiej.
                                    Czy nazywanie Swiat tak jak je sie nazywa, lamie zasade tolerancji...?!
                                    Obraza kogokolwiek...?
                                    Swieta Bozego Narodzenia, moim zdaniem, do tradycji europejskiej naleza i choc
                                    wiele osob bedzie twierdzic, ze moga je obchodzic tylko wierzacy katolicy, z
                                    wlasnego doswiadczenia wiem, ze sprawa czasem bywa bardziej zlozona.
                                    Mozna krytykowac komercjalizacje swiat, zagubienie prawdziwego ducha swiat,
                                    etc. etc.,
                                    ale oficjalnie udawac, ze zbliza sie okazja do spotkania z rodzina, bo nadeszly
                                    zimowe wakacje...?
                                    Jakos nie miesci mi sie w glowie, ze to objaw tolerancji.
                                    Dla mnie to jakies zwyrodnienie „poprawnosci politycznej” – gdybym pojechal do
                                    kraju arabskiego, nie obchodzilbym ramadanu, ale nie nazywal go „nocnym wolnym
                                    czasem i wyzerka” na przyklad; szabas to szabas, a nie co innego, hanuka to
                                    hanuka, a nie „wakacje” i tak dalej, i tak dalej...
                                    Wolnosc slowa i pogladow to fundament demokracji – czemu sami (pisze „my” w
                                    sensie kultury zachodniej) ograniczamy wlasna wolnosc slowa...?
                                    Nawet prezydent Bush w tym roku chcial byc bardziej swiety do papieza i wyslal
                                    kartki swiateczne wlasnie z adnotacja „Happy Holidays” – po czym posypaly sie
                                    na niego gromy z jego wlasnego obozu, wszak on jest konserwatysta!
                                    Ja konserwatysta sie nie uwazam, i tym bardziej mnie to szokuje; skoro nawet
                                    konserwatysci uwazaja, ze tak jest political correct...?!
                                    Najbardziej smieszne w tym wszystkim jest fakt, ze swiateczne piosenki, ktore
                                    przeciez sa wszechobecne, nie sa najwyrazniej zbyt poprawne, bo nikt tam nie
                                    spiewa o happy holidays, tylko o Christmasie.
                                    W TV reklamy z choinkami i Merry Christamas tez sie pojawiaja, ale sa tez dziwa
                                    nieslychane, jak chor reklamujacy Honde, spiewajacy wlasnie o Happy Holidays i
                                    Happy Honda Days...
                                    No paranoja do kwadratu.
                                    Siedze i tak sie zastanawiam – czy to mnie sie juz w glowie pomieszalo i
                                    zaczynam byc malo tolerancyjny, czy to jednak nie ze mna cos nie tak...?
                                    • zerozeroseven Re: Happy Holidays!!! 16.12.05, 23:27
                                      Mrówkowatość.
                                      Czy wspominałem o mrówkowatości?
                                      Amerykanie są mrówkowaci.
                                      Mili, rozsądni, mrówkowaci goście.

                                      PS. Stąd popularność filmów typu "Wild at Heart"
                                      ___________________________________
                                      "Mój mózg, to mój drugi ulubiony organ" - Woody Allen
                                  • sofanes Ech... 16.12.05, 20:57
                                    O matko, ale "machnolem"...po ostatnim ortograficznym watku trza sie wciaz
                                    pilnowac...:-)
                                    • cat_s Re: Ech... 04.02.06, 02:08
                                      Witam,

                                      Kubek ostatnio w innym miejscu napisał:
                                      > cos ostatnio sofanesa jest mało chyba do roboty
                                      > Genetyka niszczy ludzi?

                                      Cóż, mam nadzieję, że nie niszczy tak do końca...;-)

                                      Sofanesie! Do roboty! Jesteś - z tego co wiem - jedynym 'oficjalnym przedstawicielem' Jankeskich na FPruszków... albo jedynym 'oficjalnym...' Pruszkowiakiem w Stanach... albo też... no, krótko mówiąc - sam widzisz - czas zajrzeć do Jankeskich Zaułków, ot co!

                                      Pozdrawiam:-)
                                      cat_s
                                      • cat_s Kot amerykański 06.02.06, 01:41
                                        Witam,
                                        O Stanach wiem niewiele. O kotach też. Ale o kotach trochę więcej...;-)
                                        Tedy próbując połączyć oba tematy, chcę Was uświadomić, że istnieje cos takiego, jak 'Kot Amerykański'.

                                        Wygląda tak:
                                        strony.koty.pl/pzfkotyrasowe/amkrotko.html

                                        Fajny, nie? ;-)

                                        Jedna rzecz w tym kocie jest dla mnie niejasna...
                                        Owóż, mądrzy ludzie napisali, że kot amerykański charakteryzuje się 'nosem z nieznacznym stopem'...
                                        Na miłość boską... a co to jest ów 'stop'? Ze zdjęcia miarkuję, że chodzić może o jakieś przebarwienie sierści ale powiem szczerze, że pierwszy raz z tym pojęciem się spotykam... a może chodzi o jakiś 'amerykański' kształt nosa? ;-)

                                        Pozdrawiam
                                        cat_s
                                        • sqh Re: Kot amerykański 06.02.06, 10:53
                                          Google mówią, że ów koci "stop" to "charakterystyczne zagłębienie u nasady
                                          nosa".
                                          • sofanes Re: Kot amerykański 06.02.06, 16:50
                                            Ech...zyje, zyje, ale ledwo, jakies okropne katarzysko mnie dopadlo, a jeszcze
                                            do tego (jakzeby inaczej) akurat nawal pracy, polaczenie malo przyjemne.
                                            Swistak Phil, o ktorym dopiero co pisalem, cien zobaczyl, i z dnia na dzien
                                            powrocila nagle zima.
                                            Kubek sie za mna upomnial...? Milo mi niezmiernie...obiecuje poprawe i
                                            dopisanie czegos do Jankeskich, wlasciwie powinienem dac sprawozdanie ze
                                            styczniowego pobytu w San Diego, grzaniu sie na plazy i jedzeniu lodow,
                                            obserwacji surferow i tak dalej...fajnie bylo na chwile sie oderwac od mroznej
                                            rzeczywistosci, a wszystko w celach naukowcych ;) rzecz jasna...
                                            • kubek My tu z rządem uradziliśmy 08.02.06, 02:08
                                              gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,52981,3150796.html
                                              • sofanes Re: My tu z rządem uradziliśmy 08.02.06, 17:14
                                                Ech...to co prawda nijak sie ma do Jankeskich, a moze troche, ale coz...
                                                Nie chce mi sie nawet komentowac; bo i po co ?
                                                Rzad, zdaje sie, niezbyt chetny do dyskusji nad sensem swoich poczynan, i
                                                raczej sofanesa ani kubka, ani nikogo innego rad czy pouczen sluchac
                                                niesklonny; zreszta jak juz GW wypisuje kretynizmy w rodzaju "szczurow
                                                chorujacych na bezplodnosc", to tylko mozna miec swiadomosc pewnej porazki w
                                                walce o to, by rozmawiac sensownie, o to, by kierowac sie sensem argumentow, a
                                                nie glosnoscia wyrazania swoich pogladow.
                                                Jestesmy najmniej innowacyjnym krajem w Europie i wyglada na to, ze nie bez
                                                przyczyny, ale nie ma sie co obrazac na rzeczywistosc - niech tam sobie rzad
                                                uchwala, co mu glowy przyjdzie, faszyzm nam chyba nie grozi, najwyzej
                                                zasciankowosc (i nie chodzi mi tu tylko o GMO), a w koncu to nic zlego, gorsze
                                                rzeczy sie Polsce w historii trafialy, a i gorsze rzady.
                                                Najmniej odporni na populistyczne zagrania czy wrecz cynizm polityczny wyjada
                                                sobie za granice, co za problem dzisiaj; inni udadza sie na emigracje
                                                wewnetrzna i bardziej o rodzine dbac beda, niz sprawy publiczne, i chyba
                                                dobrze...?
                                                Coraz wiecej ludzi studiuje, wyksztalecenie spoleczenstwa rosnie, jak nic za 50
                                                lat bedziemy dojrzalym, obywatelskim spolecznestwem.
                                                Nie mamy Hi-Tech, absolwenci nowoczesnych kierunkow wyjezdzaja sobie za
                                                granice, ale tak naprawde, co za problem...? To chyba lepiej, nizby mieli
                                                zasilac bezrobocie w Polsce, nie ?
                                                A kraj sobie swietnie radzi bez nich, 5% wzrost PKB, zadna katastrofa nie
                                                grozi, wszystko jest ok, tak naprawde.
                                                Obejdziemy sie bez GMO, bez atomowych elektrowni i innych pierdol. Tak jest, z
                                                sensem lub nie, ale bez tego Polska sie nie zawali.
                                                Nie musimy wcale "gonic" UE ani USA, bezrobotni dorobia sobie w Anglii czy
                                                Szwecji i wcale nie musza tam zmywac garow, moga pracowac w zawodzie.
                                                Czy to nie jest patriotyzm, wyjechac z kraju i tym samym zmniejszyc
                                                bezrobocie...?

                                                Podsumowujac - o kant potluc przejmowanie sie "losem kraju" - mamy demokracje,
                                                wiekszosc wybrala, rzad rzadzi i realizuje postulaty wiekszosci, duza czesc nie
                                                wybrala, niech wiec nie krytykuje, autostrady powstaja, choc wolno, studentow
                                                na uczelniach coraz wiecej, bezrobocie spada - trzeba to zaraz byc
                                                malkontentem...?
                                                Praca organiczna ? A co, polskosci cos zagraza ? Zabory ? Rzeklbym,
                                                ze "polskosc" ma sie coraz i coraz lepiej, a co ja sie bede denerwowal i
                                                madrzyl na zapas, zeby mnie pewnego dnia jakis prawdziwszy patriota laga po
                                                grzbiecie nauczyl, ze taka jest nagroda za liberalnej zgnilizny sianie...?
                                                Rzad locuta, causa finita.

                                                A mnie sie marzy wycieczka rowerowa Os. Prusa - Podkowa Lesna, a nie zbawianie
                                                swiata; moze troche to gorzko brzmi, czy cynicznie, ale mam katar (wiem, ja
                                                ciagle o tym katarze, ale okropny on jest), i "lekarz mi zabronil sie
                                                denerwowac".
                                                Ech.
                                        • stary_pawian Re: Kot amerykański 08.02.06, 17:32
                                          cat_s napisał:

                                          >
                                          > Jedna rzecz w tym kocie jest dla mnie niejasna...
                                          > Owóż, mądrzy ludzie napisali, że kot amerykański charakteryzuje się 'nosem z
                                          ni
                                          > eznacznym stopem'...
                                          > Na miłość boską... a co to jest ów 'stop'? Ze zdjęcia miarkuję, że chodzić
                                          może
                                          > o jakieś przebarwienie sierści ale powiem szczerze, że pierwszy raz z tym
                                          poję
                                          > ciem się spotykam... a może chodzi o jakiś 'amerykański' kształt nosa? ;-)
                                          >
                                          > Pozdrawiam
                                          > cat_s

                                          Może ten kot ma "stop" nie na tym końcu ciała :)
                                          • cat_s Katar katarem... 16.02.06, 01:10
                                            ... ale coś by było trzeba - Sofanesie - w jankeskich czasami napisać! ;-)

                                            Otrzymujesz zatem nieformalne upomnienie za brak aktywności forumowej.
                                            Ale ponieważ katar, jak wiadomo, paskudną przypadłością jest - tym razem Cię podratuję...
                                            Zresztą, szczerze mówiąc, żadne to ratowanie; ciekawym Twojej opinii o poniższym (i ewentualnych jankeskich ploteczek na ten temat?)

                                            A oto news:
                                            wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3166309.html

                                            * qub, AP 15-02-2006, ostatnia aktualizacja 16-02-2006 00:29

                                            Firma CityWatcher.com jako pierwsza w USA zaczęła wszczepiać swoim pracownikom czipy, które służą jako identyfikatory zezwalające na dostęp do zastrzeżonych pomieszczeń. Do tej pory takie urządzenia wszczepiano psom i pracownikom prokuratury w Meksyku

                                            Elektroniczne identyfikatory, które wykorzystują fale radiowe (RFID), stosuje się coraz szerzej na świecie, aby ochronić towary przez kradzieżą. Bywają zakładane lub wszczepiane domowym zwierzętom. Ludziom po raz pierwszy oficjalnie wszczepiono je w 2004 r.

                                            Wtedy elektroniczne implanty dostali pracownicy prokuratury generalnej w Meksyku dopuszczeni do pracy w pomieszczeniach z materiałami z tajnych śledztw. Prokurator bez implantu po prostu nie mógł wejść do zastrzeżonych pomieszczeń. Teraz takie urządzenia testuje kilku pracowników niewielkiej firmy CityWatcher.com.To pierwszy taki przypadek w USA.

                                            CityWatcher ma kontrakty z sześcioma dużymi miastami w USA na obsługę kamer monitorujących obszary szczególnego zagrożenia przestępczością. Dostęp do pomieszczeń, w których firma przechowuje dla policji zapisy z kamer, mają tylko pracownicy z wszczepionymi RFID.

                                            Szef CityWatcher.com Sean Dark twierdzi, że czipy wszczepiano pracownikom, którzy dobrowolnie się na to zgodzili (Dark też ma czipa).

                                            Obecne wersje czipów są wielkości ziarnka ryżu, ale trwają prace nad coraz mniejszymi urządzeniami. Skonstruowany niedawno przez japoński koncern Hitachi RFID - na razie przeznaczony do ochrony towarów - ma kształt kwadratu o bokach długości zaledwie 0,15 mm.

                                            Pozdrawiam
                                            cat_s

                                            P.S.
                                            Króliki też czipują... psy i koty pewnie poszły na pierwszy ogień?
                                            Ot, Ameryka...;-)
                                            • sofanes Re: Katar katarem... 16.02.06, 04:11
                                              No musze powiedziec, ze te informacje sa jak zwykle kosmiczne - skad te nasze
                                              serwisy je biora...?! Coz, mnie na razie nikt czepia nie chce wszczepiac, Lola
                                              na propozycje zas tylko nosem z wzgarda poruszala. Co do tego, ze dawno nic nie
                                              napisalem, to prawda, i wymowki juz mi sie koncza...ale naprawde, naprawde jak
                                              przyjdzie czasem nawal pracy to ani skupic sie nie mozna...ale napisze,
                                              napisze...kiedys...
    • sofanes San Diego 22.02.06, 04:15
      No dobrze...z pewnym opoznieniem, ale podziele sie swoimi wrazeniami z San
      Diego...
      Nie powiem, zimowo-styczniowy termin konferencji nie byl zlym pomyslem – ktoz
      nie chcialby wyskoczyc na kilka dni do Kalifornii w styczniu...? Szczegolnie,
      gdy sledzac pogodowe doniesienia z kraju ojczystego mozna bylo zmarznac od
      samego czytania...
      Lot chwile trwal, ale nie byl baaardzo nudny – przez okna mozna bylo obserwowac
      naprwde ciekawe widoki, szczegolnie podczasc przelotu nad Gorami Skalistymi.
      Port lotniczy San Diego nie przytlacza ogromem, i w ogole praktycznie od chwili
      wyjscia z samolotu ma sie przyjemne wraznie (choc zludne), ze przyjechalo sie
      do malego kurortu. Palmy, slonce i przyzwoita temperatura kolo 15 stopni
      komfortowo oddzialywuja na psychike, szczegolnie w styczniu.
      Pierwsza rzecz, ktora mnie zaskoczyla w San Diego – to naprawde przyzwoity
      transport publiczny. Tramwaje i autobusy w cenach umiarkowanych, duzo automatow
      z biletami, no rzeklbym – Europa, nie USA.
      Jak ktos chce, to jeden z tramwajow jezdzi do granicy, do Tijuany – mozna wiec
      spokojnie skoczyc sobie na tequile albo nachosy na meksykanska strone.
      Konferencja na szczescie nie pochlaniala naszego czasu od rana do nocy,
      wszelkie wolne chwile wykorzystywalismy wiec na zwiedzanie.
      Ciekawe jest stare miasto – nazwa, ktora na mysl natychmiast przywodzi
      kamieniczki Krakowa, Pragi czy Monachium – ale rzecz jasna w niczym tamtych
      starych miast nie przypomina, bo stare miasto w San Diego – to po prostu stary
      fort z czasow Dzikiego Zachodu.
      Zbudowany na planie kwadratu, z klasyczna amerykanska zaradnoscia laczy budynki
      czesciowo zabytkowe z tymi, ktore zabytki imituja; w kazdym zas umiejscowiony
      jest sklep (czesto stylizowany na taki z poczatku wieku), albo mini-muzeum.
      Oprocz starego miasta – fortu postanowilismy rozejrzec sie takze po centrum
      bardziej wspolczesnym, ktore w San Diego znajduje sie blisko portu.
      Dzielnica gazowych latarni byla dosyc interesujaca, ale bez przesady. W
      meksykanskiej knajpce wypilismy sobie zas po Margericie – trzeba bylo ducha
      Kalifornii poczuc tez od srodka, prawda...?
      Port i deptak to chyba najciekawsze i najprzyjemniejsze miejsce w miescie.
      Duzo milych knajpek i altanek, w ktorych zawsze cos sie dzieje (nawet w
      styczniu! Ech, ten klimat...)np. graja zespoly bluesowe czy rockowe. Caly
      kompleks nadbrzezny i deptak sa raczej malo-amerykanskie w stylu, co jest
      komplementem.
      San Diego, o czym nie wspomnialem wczesniej, jest jednym z wazniejszych portow
      wojskowych USA.
      W sume nie ma sie co dziwic; stamtad najblizej w kierunku, hmm, ze uzyje
      terminologii strategiczno-operacyjnej – teatru operacji w regionie Pacyfiku...
      Dla fanow wojskowosci wizyta wskazana; przy nabrzezu stoi cos na ksztalt
      przycumowanego muzeum – mozna sobie pozwiedzac np. lotniskowiec czy sowiecka
      lodz podwodna, niestety, klasyczna, nie atomowa.
      Jednoczesnie mozna sobie, kawalek dalej, popatrzec na prawdziwy lotniskowiec -
      wieeeelki jak gora. Ciekawe, kiedy nasza MW sie dorobi lotniskowca...
      Zblizyc sie juz nie mozna, nawet od strony morskiej wszedzie plywaja takie boje-
      bariery.
      Strachliwi jacys...
      Oprocz wojskowych jednostek stoja tez inne; np. Star of India – dzielna, acz
      nieco pechowa staruszka; link w skrocie opisujace jej historie:
      www.beachcalifornia.com/starof.html***
      Ostatniego dnia konferencji zdecydowalismy sie skorzystac z okazji, ktora moze
      sie juz nie powtorzyc, a mozliwa jest wlasnie tylko w miesiacach zimowych.
      Poplynelismy mianowicie na ogladanie wielorybow.
      Wieloryby, jak wiadomo, to straszliwe bestie i w ogole – nie jakies tam byle-
      co...
      Jonasz Kofta pisal np.:

      Wieloryb był wielki
      I gębę miał wielką
      Co żarła, parskała i pluła
      Ku chwale bebechów
      Ryczała piosenki
      Na resztę zaś była totalnie nieczuła

      Póki wieloryb nie zeżarł Jonasza
      Był wesolutki i pewny siebie
      A teraz wszystko go przestrasza
      Bo co ma w środku, nie wie. Nie wie.

      Bo skąd mógł przewidzieć
      Że zagryzł prorokiem?
      (...)

      i tak dalej...poza tym, kazde dziecko slyszalo inny wierszyk, Brzechwy dla
      odmiany:

      Moje dziecko, dobrze wiesz chyba,
      Że wieloryb - choć to nie ryba -
      Śpi w oceanie,
      Je w oceanie,
      Więc złóż mu za to podziękowanie.
      Bo niech no wieloryb na ląd się wygrzebie,
      To wtedy zabraknie miejsca dla ciebie!

      Amerykanie pakowali sie na statek natomiast bez zadnych obaw, zbrojni w aparaty
      fotograficzne i inne takie. Ech, no dobra, to byla glownie zgraja emerytow.
      Nijak na potomkow kapitana Ahaba nie wygladali, co nieco burzylo moje proby
      wczucia sie w nastroj czy podspiewywanie pod nosem „i dla wieloryba
      juz...ooooostaaaatni to czaaaaaaas...bo smialy sofanes.....uderza....uderza...w
      gaz! – zakonczyla moja Najuczensza zona, ktora w tym czasie odkryla, ze wsrod
      harpunow i beczek na tran zostal ulokowany maly barek.
      No dobra, najlepiej poluje sie na wieloryby na Mazurach, w Lady Mary albo Pod
      Zlamanym Pagajem...
      W istocie, wycieczka byla powolna, zas wieloryby malo sklonne do wspolpracy;
      najfajniesze bylo jednak samo poczucie, ze mozna dojrzec fontanne pary (ja
      wiem, moze 1-1,5 metrowa) i charakterystyczny ogon, ktory ukazuje sie na moment
      przed tym, zanim bestia zanurkuje na jakies dwie-piec minut. Emeryci marudzili
      okropnie, spodziewajac sie chyba emocji jak na polowaniu na Moby Dicka, ale
      mnie sie podobalo bardzo, zonie tez. Fajnie bylo, nawet nieco Monthy-
      Ptyhonowsko, kiedy ktorys z emerytow dojrzal fontanne i trzesacym sie glosem
      (pewnie troche z emocji), zgodnie z tradycja krzyczal „there she blows!”.
      Po drodze widzilismy jeszcze delfiny i kalifornijskie lwy morskie, ktore
      upoddobaly sobie lezenie na wszystkim, co wystaje w okolicy portu San Diego.
      Smiesznie to wyglada, bojki oznaczajace tor wodny pomalowane na zielono i
      wielkie brazowe wory tluszczu spoczywajace na kazdym plaskim fragmencie
      wspomnianych bojek.
      Jak one tam sa w stanie sie wgramolic – do lustra wody to pewnie jest jakis
      metr – chyba tylko one wiedza...
      Coz, fajnie bylo...jesli uda mi sie pojechac za rok, nowe wrazenie przekaze ;-)
      • sofanes Errata do linku 22.02.06, 04:18
        Link do historii Star of India zadziala, jak sie usunie gwiazdki z paska
        adresowego...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka