Gość: An-Nah
IP: *.chello.pl
11.02.02, 13:35
Wyobraźcie sobie, że rozmawiacie z jakąś dziewczyną o
muzyce i ona się deklaruje, że najchętniej słucha rocka
i wymienia kilka zespołów, które lubi. Będzie tam
trochę żelaznej, nigdy się nie starzejącej klasyki
(Beatelsi, Queen), jakaś komercja, ale miła do
słuchania (np. Him)... Pytasz się jej, co muśli o kilku
sespołach, które ty lubisz, a ona na to, że Cranberries
jej nie pasują, Manaam ma głupie teksty (pozdrowienia
dla wątku o rymach w polskim rocku) a metalu to już
napewno słuchać nie będzie i tak dalej... Poczym
dziewczyna oznajmia, że ostatnio podoba jej się
twórczość zespołu ich troje.
No dobra, ale co to ma do fantastyki? Otuż to było
tylko porównanie, mające pokazać problem, jaki mam z
moją koleżanką. Dziewczyna zna i lubi Tolkiena,
uwielbia HP, przeczytała "Fionavarski Gobelin" Kay'a,
uwielbia Pratcheta, Sapka czytała, ale uważa, że nie
jest oryginalny, za to hurtowo zaczytuje się wszelkiego
rodzaju "game related", czyli książkami powiązanymi z
np.: Forgotten Realms. Ostatnio zaś czyta... norweską
sagę (nie o ludziach lodu, ale tej samej autorki)!
No i jak ja mam takiej polecić rzeczy naprawdę dobre i
oryginalne? Jak przekonać ją do Zelaznego, LeGuin,
Gaimana, Bradley, Carda? Jak namówić ją, żeby
przeczytała "Księgę Nowego Słońca", skoro to w połowie
science fiction? Skąd to się bierze? Skąd u niektórych
zamiłowanie do rzeczy płaskich i szablonowych? A
najzabawniejsze jest to, że jej przyjaciółka pisze
powieści fantasy, małe piwo, że stylistycznie
beznadziejne, ale Beata narzeka, że ich fabuła jest...
sztampowa i mało oryginalna! No i co ja mam zrobić?