Gość: Digan
IP: *.pl / 217.117.129.*
21.12.02, 13:47
Właśnie skończyłem pisać, więc przeczytajcie to i ocencie. W końcu już dawno
nieczego takiego nie było.
Robiło się coraz jaśniej. Czerwony, niezdrowy blask pocisku oświetlał
Gwiezdną Wyspę. Jedna z starszych kobiet stanęła przed progiem swojej chaty,
pacząc w rozgwierzdżone niebo. Dawno już nie widziała słońca, jako jedyna z
ludzi zamieszkujących Wyspę InviCto wychowała się na planecie. Dawno temu
rodzina przeniosła się na Giezdną Wyspę. Na ten skrawek ziemii z własną
atmosferą, z ciepłem i grawitacją wytwarzaną przez procesy magiczne.
Najczęściej na takich planetach rosły bardzo dziwne owoce, z których
utrzymywali się mieszkańce Wyspy.
Odkąd wybuchła wojna, zwana Wojną Ostateczną, każdy był zagrożony. Dobrym
przykładem może być właśnie babuleńka i czerwony pocisk magiczny lecący na
jej wyspę. Zostało im kilka godzin, jeśli nie pojawi się Podróżnik ich śmierć
jest prawie pewna.
Staruszke owiał ciepły wietrzyk.
Przed nią pojawił się magik, wysoki, chudy, ciemnooki. Jego Niebieskie włosy
opadały na szatę, na której widać było księzyce i gwiazdy.
Obrucił się do babci i rzucił tylko:
- Zbierz ludzi w jednym miejscu. Powiedz, że Podróżnik już jest.
Babuleńka podreptała w drugą stronę. Czarodziej został sam, patrząc na
zbliżający się pocisk. CZerwona kula ciągła za sobą sznur materii.
Magik podniósł ręce i zmęczonym, drżącym głosem zaintonował czar. Była to
stara pieśń o czystość Wyspy.
Potem przyszła na czar Igły, który musiał odśpiewać. W jego rękach pojawił
się błyszczący kij, który wystartował w stronę kuli. Juz po sprawie. Prawie.
Obrócił się na pięcie i odbił od ziemi. Wpadł prosto na polane, gdzie
siedzieli skuelni ludzi patrzyli jak malutki, srebrny pocisk leci w stronę
ogromnej kuli. Czarodziej rozbił nad nimi osłonę, która zatrzyma efekty
wybuchu. Był wyczerpany.
Igła weszła z precyzją w wielką czerwoną bańkę. Ta pękła i eksplodowała.
Atmosfera Wyspy zabarwiła się i rozświetliła twarze ludzkie zorzą. Osłona
zadrżała niepewnie, odchyliła się od epicentrum wybuchu.
Magik zatoczył się niepewnie, zdjął osłone w kształcie półkuli z polany.
Zatoczył się spojrzał jednak uradowany po twarzach wystraszonych ludzi.
- Już po wszystkim. - Kilku na te słowa uśmiechnęło się niepewnie.
Nagle w powierzchnie wyspy wpadł przedmiot wielkości małej szkatułki.
Podróżmik poleciał natychmiast w tamtym kierunku.
Była to skrzynka, wykonana z metalu, świecąca słabym światłem. Czarodziej
westchnął i otworzył ją.
Westchnął raz drugi: była tam różdżka, z misternie zdobioną rączką. Część,
która żucała czar, była pokryta pozłacanymi runami. Magik jęknął po raz
wtóry, tym razem z zachwytu.
*
- taak - Jego szef siedział spokojnie, jakny różdżka była znaleziskiem tak
pospolitym, jak nieprzymierzając kamienie w kopalni - Jak myślisz, skąd to
mogło się wziąść? Hę, Alminnu?
Alminn siedział po drugiej stronie biurka, rozwalony tak jak szef.
- Najczęściej takie duże pociski magiczne są budowane wokół meteorów. Ktoś
musiał ukryć tą skrzynkę na jednym z takich ciał niebieskich.
- taa... - jego przełożony uśmiechnął się paskudnie - skoro taki już zdolny
jesteś, to ci załatwie ucznia. I to prosto z domu przechowawczego...
Alminn jeknął. Uczeń z domu przechowawczego? To będzie straszliwa udręka.
Albowiem w domach przechowawczych przeczymywano dzieci, sieroty które
straciły rodziców podczas wojny. Tyle, że te dzieci mogą urzywać magii.
Najczęściej w takich domach jest niezła jatka, bowiem dzieciaki wymyślają
własne czary, no a pozatym jest tak jak chociażby w domach poprawczych.
- no co jest? - zaszydził szef - niepodoba ci się?!
- Ty głupi wariacie! - krzyknął Podróżnik - ja jestem Podróżnikeim, wiesz?
Właśnie rozgrywa się najkoszmarniejsza wojna w dziejach tego świata, a ty mi
dajesz ucznia?! Wiesz ile ludzi z Gwiezdnych wysp może przez to zginąć?!
- Zamknij się - szef nie dał sięzbić z tropu - po pierwsze, mamy mase innych
podróżników, którzy są, jak dawniej mówiono, na ławce rezerwowych. Po drugie
nie jesteś już Podróżnikiem. Jesteś teraz śledczym, a jako że każdy śledczy
ma mieć partnera ty właśnie będziesz miał. A po trzecie:
za bardzo przejmujesz się swoją misją, może ten dzieciak ci to zmieni?
Alminn bezsilnie opadł na krzesło. Jego świat zmienił swój kierunek w którym
podążał o sto osiemdziesiąt stopni. Takie zmiany są jednak męczące.
- Dobra, ale różdżkę biorę ja.
Szef przytaknąl, po czym dodał:
- Choć, synu, mam coś dla ciebie.
Wyciągnąl z Wymiaru Ukrytego mały sejfik, który otworzył szybko, a z niego w
końcu wydobył butelkę wiśniówki. Podróżnik chętnie wypił swoje. Co prawda nie
wypadało pić magikowi, ogólnie było dość wstydliwe. No, ale od czasu do czasu
mogło się zdarzyć.
*
Łeb go bolał, jakby któs walił mu w czaszkę młotem. Ogolnie szumiało mu w
uszach, wszystko było przeraźliwie jasne i głośne, a wogóle to chciał zostać
w łóżku.
Siedział, a właściwie pływał między snem a jawą. Był gdzieś w jakiejś
ogromnej hali, wyglądająca jak coś co kiedyś widział w skansenie: dworzec
pociągowy, a ściślej rzecz biorąc chodziło o poczekalnie. Oj, kiedyś to
musiało się żyć bez magii...
Postacie, które widział, przelatywały z hukiem i prędkościom zarezerwowanym
dotychczas tylko dla Latających Oddziałów Szturmowych. Wszelkie głosy
mieszały się w jeden, wspólny i owile za głośnyt szum...
Dopiero po chwili ujrzał nad sobą postać: była to dziewczyna, w wieku około
piętnastu lat, niebiekimi dużymi oczami i szarymi włosami. Patrzyła na niego
dziwnie.
- Ee... C-co chseszsz, z-zuotko?! - spytał jak najtrzeźwiejszym głosem.
- co popiło się wczoraj dziadku, hę? Jejku, ale łajza! Mogłabym tutaj
zostać... ale podobno mam być młodszym śledczym..
Alminn odmówił po cichu zaklęcie otrzeźwiające, przez mu się chwilę pokręciło
w głowie. Potem jednak wytrzeźwiał, przynajmiej na tyle, by móc spokojnie
rozmawiać...
- Po pierwsze, nie jestem dziadkiem. Po drugie, gdybyś ty miała tyle roboty,
też byś tak wyglądała...
- dobra, dobra, nie ględź... - zaczęła dziewczyna, ale po chwili przerwała -
właściwie, to jak ci na imie?
- AlminnVinck Flaiere - odpowiedział jednym tchem AlminnVick Flaiere - ale
dla znajomych Alminn.
- dla mnie będziesz Vick. Ja jestem Juventyna, ale dla przyjaciół jestem
Juva. To czym się zajmujemy dziadku?
- Jeszcze raz powiesz do mnie dziadku - zagroził Alminn - to cię spiorę. I
wbrew pozorom nie użyje do tego magii a sprzedam ci po prostu takiego buta,
że się nie pozbierasz.
- Oj, dobra, wyhamuj... - dziewczyna nieco pobladła - kiedy zaczynamy
śledztwo.
- Dokładnie rzecz biorąc teraz.
*
- Opowiedz mi o czymś.
Latający dywan owinięty kulą mocy, trzymającą powietrze, przemierzał z
ogromną szybkością przestrzeń kosmiczną. Było cicho, nie licząc ziewnięć
pilota, jego przekleństw i chyba specjalnie głośnych bąków.
- taak? - "Vick" spojrzał na rozgadaną małolatę.
- Jak to jest. Wogóle, skąd te Wyspy Gwiezdne? No i skąd te wojna?
Mag wziął głęboki wdech. Pozbierał myśli i zaczął:
- Na pewnej planecie, której obecnie nie ma, ludzie używali tylko dziesieć
procent swego mózgu. Terrańczycy, bo tak się nazywali, poprzez naukę
wykorzystali w końcu pełnie swego organu. Nic się specjalnego nie stało,
oprócz tego, że pewna grupa zaczęła władać magią. Tak się zaczęło.
System planety Terra miał ogromny pierścień między palnetami, który złożony
był z asteroid... Wiadomo, duże złoża minerlane, których brakowało na
planecie. Magowie przerobili takie planetki, dorobili im grawitacje,
atmosfere. No i tak się zaczęło.
- Rany.
Milczeli chwile. Mag wyczarował szklankę wody i wypił ją jednym chałstem. Po
chwili mówił dalej.
- Wybuchła wojna, zwana przez źródła nuhlaarną ale przeciwni jej byli od
początku magowie, którzy byli dość juz ważną grupą. Oni uciekli w kosmos,
reszta zginęła razem z planetą...
Dziewczyna milczała, co zdarzało się jej dość rzadko. Po chwili zauważyła:
- aa... to dlate