Dodaj do ulubionych

Do poczytania: "Gra"

IP: *.pl / 217.117.129.* 21.12.02, 13:47
Właśnie skończyłem pisać, więc przeczytajcie to i ocencie. W końcu już dawno
nieczego takiego nie było.

Robiło się coraz jaśniej. Czerwony, niezdrowy blask pocisku oświetlał
Gwiezdną Wyspę. Jedna z starszych kobiet stanęła przed progiem swojej chaty,
pacząc w rozgwierzdżone niebo. Dawno już nie widziała słońca, jako jedyna z
ludzi zamieszkujących Wyspę InviCto wychowała się na planecie. Dawno temu
rodzina przeniosła się na Giezdną Wyspę. Na ten skrawek ziemii z własną
atmosferą, z ciepłem i grawitacją wytwarzaną przez procesy magiczne.
Najczęściej na takich planetach rosły bardzo dziwne owoce, z których
utrzymywali się mieszkańce Wyspy.
Odkąd wybuchła wojna, zwana Wojną Ostateczną, każdy był zagrożony. Dobrym
przykładem może być właśnie babuleńka i czerwony pocisk magiczny lecący na
jej wyspę. Zostało im kilka godzin, jeśli nie pojawi się Podróżnik ich śmierć
jest prawie pewna.
Staruszke owiał ciepły wietrzyk.
Przed nią pojawił się magik, wysoki, chudy, ciemnooki. Jego Niebieskie włosy
opadały na szatę, na której widać było księzyce i gwiazdy.
Obrucił się do babci i rzucił tylko:
- Zbierz ludzi w jednym miejscu. Powiedz, że Podróżnik już jest.
Babuleńka podreptała w drugą stronę. Czarodziej został sam, patrząc na
zbliżający się pocisk. CZerwona kula ciągła za sobą sznur materii.
Magik podniósł ręce i zmęczonym, drżącym głosem zaintonował czar. Była to
stara pieśń o czystość Wyspy.
Potem przyszła na czar Igły, który musiał odśpiewać. W jego rękach pojawił
się błyszczący kij, który wystartował w stronę kuli. Juz po sprawie. Prawie.
Obrócił się na pięcie i odbił od ziemi. Wpadł prosto na polane, gdzie
siedzieli skuelni ludzi patrzyli jak malutki, srebrny pocisk leci w stronę
ogromnej kuli. Czarodziej rozbił nad nimi osłonę, która zatrzyma efekty
wybuchu. Był wyczerpany.
Igła weszła z precyzją w wielką czerwoną bańkę. Ta pękła i eksplodowała.
Atmosfera Wyspy zabarwiła się i rozświetliła twarze ludzkie zorzą. Osłona
zadrżała niepewnie, odchyliła się od epicentrum wybuchu.
Magik zatoczył się niepewnie, zdjął osłone w kształcie półkuli z polany.
Zatoczył się spojrzał jednak uradowany po twarzach wystraszonych ludzi.
- Już po wszystkim. - Kilku na te słowa uśmiechnęło się niepewnie.
Nagle w powierzchnie wyspy wpadł przedmiot wielkości małej szkatułki.
Podróżmik poleciał natychmiast w tamtym kierunku.
Była to skrzynka, wykonana z metalu, świecąca słabym światłem. Czarodziej
westchnął i otworzył ją.
Westchnął raz drugi: była tam różdżka, z misternie zdobioną rączką. Część,
która żucała czar, była pokryta pozłacanymi runami. Magik jęknął po raz
wtóry, tym razem z zachwytu.

*

- taak - Jego szef siedział spokojnie, jakny różdżka była znaleziskiem tak
pospolitym, jak nieprzymierzając kamienie w kopalni - Jak myślisz, skąd to
mogło się wziąść? Hę, Alminnu?
Alminn siedział po drugiej stronie biurka, rozwalony tak jak szef.
- Najczęściej takie duże pociski magiczne są budowane wokół meteorów. Ktoś
musiał ukryć tą skrzynkę na jednym z takich ciał niebieskich.
- taa... - jego przełożony uśmiechnął się paskudnie - skoro taki już zdolny
jesteś, to ci załatwie ucznia. I to prosto z domu przechowawczego...
Alminn jeknął. Uczeń z domu przechowawczego? To będzie straszliwa udręka.
Albowiem w domach przechowawczych przeczymywano dzieci, sieroty które
straciły rodziców podczas wojny. Tyle, że te dzieci mogą urzywać magii.
Najczęściej w takich domach jest niezła jatka, bowiem dzieciaki wymyślają
własne czary, no a pozatym jest tak jak chociażby w domach poprawczych.
- no co jest? - zaszydził szef - niepodoba ci się?!
- Ty głupi wariacie! - krzyknął Podróżnik - ja jestem Podróżnikeim, wiesz?
Właśnie rozgrywa się najkoszmarniejsza wojna w dziejach tego świata, a ty mi
dajesz ucznia?! Wiesz ile ludzi z Gwiezdnych wysp może przez to zginąć?!
- Zamknij się - szef nie dał sięzbić z tropu - po pierwsze, mamy mase innych
podróżników, którzy są, jak dawniej mówiono, na ławce rezerwowych. Po drugie
nie jesteś już Podróżnikiem. Jesteś teraz śledczym, a jako że każdy śledczy
ma mieć partnera ty właśnie będziesz miał. A po trzecie:
za bardzo przejmujesz się swoją misją, może ten dzieciak ci to zmieni?
Alminn bezsilnie opadł na krzesło. Jego świat zmienił swój kierunek w którym
podążał o sto osiemdziesiąt stopni. Takie zmiany są jednak męczące.
- Dobra, ale różdżkę biorę ja.
Szef przytaknąl, po czym dodał:
- Choć, synu, mam coś dla ciebie.
Wyciągnąl z Wymiaru Ukrytego mały sejfik, który otworzył szybko, a z niego w
końcu wydobył butelkę wiśniówki. Podróżnik chętnie wypił swoje. Co prawda nie
wypadało pić magikowi, ogólnie było dość wstydliwe. No, ale od czasu do czasu
mogło się zdarzyć.

*

Łeb go bolał, jakby któs walił mu w czaszkę młotem. Ogolnie szumiało mu w
uszach, wszystko było przeraźliwie jasne i głośne, a wogóle to chciał zostać
w łóżku.
Siedział, a właściwie pływał między snem a jawą. Był gdzieś w jakiejś
ogromnej hali, wyglądająca jak coś co kiedyś widział w skansenie: dworzec
pociągowy, a ściślej rzecz biorąc chodziło o poczekalnie. Oj, kiedyś to
musiało się żyć bez magii...
Postacie, które widział, przelatywały z hukiem i prędkościom zarezerwowanym
dotychczas tylko dla Latających Oddziałów Szturmowych. Wszelkie głosy
mieszały się w jeden, wspólny i owile za głośnyt szum...
Dopiero po chwili ujrzał nad sobą postać: była to dziewczyna, w wieku około
piętnastu lat, niebiekimi dużymi oczami i szarymi włosami. Patrzyła na niego
dziwnie.
- Ee... C-co chseszsz, z-zuotko?! - spytał jak najtrzeźwiejszym głosem.
- co popiło się wczoraj dziadku, hę? Jejku, ale łajza! Mogłabym tutaj
zostać... ale podobno mam być młodszym śledczym..
Alminn odmówił po cichu zaklęcie otrzeźwiające, przez mu się chwilę pokręciło
w głowie. Potem jednak wytrzeźwiał, przynajmiej na tyle, by móc spokojnie
rozmawiać...
- Po pierwsze, nie jestem dziadkiem. Po drugie, gdybyś ty miała tyle roboty,
też byś tak wyglądała...
- dobra, dobra, nie ględź... - zaczęła dziewczyna, ale po chwili przerwała -
właściwie, to jak ci na imie?
- AlminnVinck Flaiere - odpowiedział jednym tchem AlminnVick Flaiere - ale
dla znajomych Alminn.
- dla mnie będziesz Vick. Ja jestem Juventyna, ale dla przyjaciół jestem
Juva. To czym się zajmujemy dziadku?
- Jeszcze raz powiesz do mnie dziadku - zagroził Alminn - to cię spiorę. I
wbrew pozorom nie użyje do tego magii a sprzedam ci po prostu takiego buta,
że się nie pozbierasz.
- Oj, dobra, wyhamuj... - dziewczyna nieco pobladła - kiedy zaczynamy
śledztwo.
- Dokładnie rzecz biorąc teraz.

*

- Opowiedz mi o czymś.
Latający dywan owinięty kulą mocy, trzymającą powietrze, przemierzał z
ogromną szybkością przestrzeń kosmiczną. Było cicho, nie licząc ziewnięć
pilota, jego przekleństw i chyba specjalnie głośnych bąków.
- taak? - "Vick" spojrzał na rozgadaną małolatę.
- Jak to jest. Wogóle, skąd te Wyspy Gwiezdne? No i skąd te wojna?
Mag wziął głęboki wdech. Pozbierał myśli i zaczął:
- Na pewnej planecie, której obecnie nie ma, ludzie używali tylko dziesieć
procent swego mózgu. Terrańczycy, bo tak się nazywali, poprzez naukę
wykorzystali w końcu pełnie swego organu. Nic się specjalnego nie stało,
oprócz tego, że pewna grupa zaczęła władać magią. Tak się zaczęło.
System planety Terra miał ogromny pierścień między palnetami, który złożony
był z asteroid... Wiadomo, duże złoża minerlane, których brakowało na
planecie. Magowie przerobili takie planetki, dorobili im grawitacje,
atmosfere. No i tak się zaczęło.
- Rany.
Milczeli chwile. Mag wyczarował szklankę wody i wypił ją jednym chałstem. Po
chwili mówił dalej.
- Wybuchła wojna, zwana przez źródła nuhlaarną ale przeciwni jej byli od
początku magowie, którzy byli dość juz ważną grupą. Oni uciekli w kosmos,
reszta zginęła razem z planetą...
Dziewczyna milczała, co zdarzało się jej dość rzadko. Po chwili zauważyła:
- aa... to dlate
Obserwuj wątek
    • Gość: digan Re: Do poczytania: 'Gra' IP: *.pl / 217.117.129.* 21.12.02, 13:49
      - aa... to dlatego mówi się "my lud z niebieskiej planety"...
      - tak - Czarodziej uśmiechnął się. Lubił Juvę - a wojna to inna historia.
      Sprawa była prosta. Trzy ambasadorki dopiero co odkrytej cywilizacji postawiły
      przez dośc znacznym wyborem księcia Trevi, Apryssa. Sporem była władza. Spytały
      się go, która z nich ma większą władzę. W koncu zaczęły go przekupywać. Jedna z
      nich obiecała mu każdą kobietę, którą on zapragnął. On akurat kochał Elnehę,
      królewnę naszego królestwa. Wziął ją pod nieobecnośc naszego Miłościwego Pana i
      uciekł nią do swego kraju. Król wpieprzył się, jak ty to mówisz, z deka i
      wysłał tam wojsko.
      - a to chyba nawet pamiętam...
      - niemożliwe. to było dwadzieścia lat temu - Alminn uśmiechnął się -
      kontynuując...
      Pewien cwaniak, zawsze czekający na swą okazję, wpadł na pomysł by zrobić
      Treviańczyków w... w...
      - w ciula - dokończyła Juventyna.
      - taak.
      Zrobił magią wielkiego konia, którego mieli w domyśle Treviańczycy wprowadić
      do miasta. Podobno na znak zwycięzstwa, a kiedy się uwalą jak świnie, żołnierze
      wyskoczą z niego i zdobędą miasto. Ozcywiście nic z tego nie było. Poukrywane
      statki zostały ostrzelane, a głowa tego cwaniaka do dzisiaj zdobi rynek tamtego
      miasta... Podobno juz kiedyś coś takiego wydarzyło się na Terze. I dlatego
      Treviańczycy zwyciężyli naszych. Obydwie strony wyciągnęły najcięższy sprzęt i
      tak się zaczęło...
      Ale to tylko legenda. jak było naprawdę, nie wie nikt..

      *

      - Czemu tu jesteśmy?
      Młodszy detektyw rozglądał się niepewnie po wypalonej gwiezdnej wyspie, szarej
      ciemnej i zimnej. Nawet gwiazdy świeciły tutaj niesamowicie słabo. Nie było
      nigdzie żadnej rośliny. Ciepła z wyglądu przystań świeciła w wieczną noc
      blaskiem kominka. Dywan lekko zatoczył łuk nad wyspą i zaparkował przed
      przystanią.
      - Na skrzynce znajdowała się sygnatura pewnej starej kuźni. Ta kuźnia jest
      właśnie na tej wyspie... tyle, że po jej drugiej stronie... - Alminn zasępił
      się.
      - no to nie mogliśmy wylądować właśnie przed nią? - Juventyna niecierpliwiła
      się. Zeskoczyli z dywanu i ruszyli powoli w stronę drewnianego budynku
      - Nie. Kuźnia ta jest jedną z najlepszych w kosmosie. Jest otoczoną bardzo
      silną osłoną magiczną. Owszem, kiedyś tak było - AlimnnVick uprzedził kolejne
      pytanie Juvy - że osłone zdejmowano. Ale odkąd kilka sabotaży przeszło i przez
      nią, zdejmowania osłon zaniechano.
      - To jak mamy tam wejść? Mamy iść przez całą wyspę?
      - Zobaczysz...
      Weszli do budynku. był to duży, piętrowy przystanek i jak się później okazało,
      port przerzutowy.
      Był bardzo ciepły i przytulny, w samej głównej sali było kilka kominków.
      Wszystko wykonane z drewna i ewentualne ozdoby były także drewniane.
      O dziwo nawet nie zaczymali się w wielkiej sali, tylko odrazu weszli na piętro.
      Tam droge im zastąpił szeroki, gruby gość, tylko z pozoru groźny, bo jego
      spojrzenie było jednak bardzo ciepłe.
      - Flaiere, przyjacielu! - zakrzyknął, gdy przyjrzał im się bliżej - co cię
      sprowadza? Znowu stara różdżka nawala? Może myli wyspy? - Roześmiał się
      jowalnie, według Juventyny stanowczo za głośno
      - Nie, Azyards, tym razem sprawy słóżbowe. Już nie jestem podróżnikiem tylko
      detektywem. Im mam młodzież na karku - Młodzież uśmiechnęła się szeroko.
      - Jak się domyślam, dwa osobowe?
      - oczywiście.
      Wyszli na jeden z balkonów. Tam ich obszukano. Pierwsze, co dziewczyna
      zobaczyła to ogromna pustynia i małe światło po drugiej stronie. Potem jakieś
      dziwne urządzenie.
      Były to właściwie pola siły ustawione w odpowiednim kierunku i siłą.
      - No to kto pierwszy? - Spytał Azyards.
      - może ja - wyskoczyła piętnastolatka.
      - Stań o tu.
      Jak zauważyła, były dokładnie rzecz biorąc dwa pola: jeden dla towarów, jeden
      dla ludzi. Dopiero po chwili zauważyła, jak działa to urządzenie. Towar był
      dźwigany przy pomocy pól na odpowiednią wysokość, potem puszczane, a siła
      ustawiona pod katem czterdziestu pięciu stopni udeżała w nie i wysyłała na
      drugi koniec wyspy.
      - Pamiętaj dziecko, nie rzucaj żadnych czarów, rozumiesz? Żadnych!
      Stanęła na odpowiednim miejscu. Poczuła, jak coś ją lekko naciska i unosi w
      górę. Po chwili wisiała nad drugim polem. Siła ją puściła i rzuciła w powietrze.
      Lot był niesamowity. Cała panorama wyspy zmieniała się jak w kalejdoskopie.
      Gdzieś w oddali dostrzegła jakąś ruinę zamku. Gwiazdy świeciły, nad jej głową,
      a ona sama leciała kilkadziesiąt metrów ponad ziemią. Wreszcie zaczęła opadać,
      kuźnia po drugiej stronie była coraz wyraźniejsza.
      Wreszcie wpadła na wielki materac, spowalniana dodatkowo polami energii.
      Pozbierała się z niego i czekała obok na Alminna. Znajdowała się w wielkiej
      hali, bez jednej z ścian, w którą powinien uderzyć czarodziej, jeśliby tylko
      była.

      *

      - Oto kartoteka kuźni.
      Juventyna mimo wszystko parsknęła. Kuźnia i kartoteka były dla niej
      zestawieniem mimo wszystko absurdalnym.
      - Co cię tak bawi? - Spytał nieco zaszkodzony Vick.
      - no bo tak jakoś nie pasuje mi biurokracja do kuźni...
      - nie śmiej się. - Weszli dalej w ciemny loszek, z ścianami oblepionymi półkami
      z księgami. - Widzisz, nie raz tak było, że wyprudokowano coś naprawdę
      ciekawego, a potem to zaginęło. Więc z czasem zaczęto robić wpisy, w któych
      widnieje każdy zrobiony przedmiot.
      Zabrali kilka ksiąg. Rozłorzyli się z nimi w komnacie powyżej, która była
      znacznie wyższa, no i miała krzesła i stół.
      Szukali cały dzień.
      I nic.
      Wrócili spowrotem do przystani, gdzie wynajęli pokój.

      *

      Gwiazdy były jedynym oświetleniem, ich światło wpadało przez szyby prosto na
      twarze Vicka i Juventyny. Było noc, a oni już od trzech dni wynajmowali pokój w
      przystani. W kuźni narazie nie znaleźli opisu takiej skrzynki, jaką Alminn miał
      w plecaku.
      - Alminn? - Piętnastolatka podniosła się niepewnie, po chwili siadła na łóżku,
      wpatrując się w rozświetlone światłami gwiazd oczy maga. - Co się stało z tą
      Wyspą?
      - Dostała potężnym pociskiem. Podobno z zemsty. Czemu, nie wiem. To stąd ten
      wielki kanion, to ślad po torze pocisku.
      - Nikt jej nie próbował uratować?
      - Taak... Próbował. Tu był jeden z największych ośrodków handlowych, punkt
      odpoczynku dla kupców... wszystko zginęło. - Oczy czarodzieja zaszkliły się.
      - A kuźnia?
      - Kuźnie ochronił jej czary. Potem odbudowano przystań i wsadzno te przeżutnie,
      ktore zresztą pochodzą z tamtego zamku.
      Gwiazdy świeciły tak jak dawniej. Wszystko było tak jak dawniej. Z pozoru.
      Świat Juventyny Ervihaire zmienił się diametrialnie.

      *

      Ruszyli w drogę. Byli jeszcze zaspani, ale chłodny wiatr orzeźwił ich znacznie
      podczas lotu. Juventyna leciała jak zwykle oglądając widoki. Nagle usłyszała
      głos w swojej głowie: "spójrz tam w dół" to był Alminn "znasz czar lewitacji?"
      Spojrzała posłusznie w dół. Biegło tam dwóch ludzi. Alimnn już wcześniej użył
      czaru lunety, by móc sprawdzić, że jeden z nich niesie w rękach księge z kuźni.
      "tak, znam" rzuciła szybko Juva.
      "to uważaj, na trzy startujemyw ich stronę..." Skóra na karku Juventyny
      ścierpła.
      "Raz"... DZiewczyna zaczęła się skupiać, zbierać w sobie moc. "Dwa" Była
      całkowicie gotowa
      "Trzy"
      Wyleciała z pola siłowego, które ją niosło. SZarpnęlo ją mocno, krew uderzyła
      jej do mózgu, omało nie zemdlała. Zobaczyła AlminnVicka jak pędzi jak strzała w
      stronę postaci, które zresztą zaczęły uciekać. Ona także ruszyła, po chwili
      mknęła już jak strzała. Vick wysunął się przed nią, ale nadal lecieli w równym
      tepie. Postacie odbiły się w jednym momencie i zawróciły w stronę zamku.
      Śledczy wyhamowali zaraz nad ziemią i puścili się pędem za tajemniczymi
      osobnikami. Te leciały prosto na jedną z baszt zamku. Wpadły przez okno, szkło
      prysło na wszystkie strony. Juventyna poleciała prosto za nimi, ale gdzieś
      zgubiła drugiego Maga.
      Baszta była pusta w środku. Przy ścianach widać było ślimaczo zwinięte schody.
      Co jakiś czas w ścianach widniały okna. Postacie poleciały przez środek baszty
      w jej dół. dziewczyna widziała, jak lecą, aż nagle szara smuga żu
      • Gość: Digan Re: Do poczytania: 'Gra' IP: *.pl / 217.117.129.* 21.12.02, 13:54
        dziewczyna widziała, jak lecą, aż nagle szara smuga żuciła nimi o ścianę.
        Był to AlminnVick Flaiere, ale dla piętnastolatki zupełnie inny. nie był już
        miesznym statusiałym magiem, mimo swego młodego wyglądu. Był to wysoki
        mężczyzna, stojący twardo przed rozbitymi o ścianę osobami. W jego rękach
        świeciła się złota różdżka.
        - O żesz ty, o jasna pała - jedna z postaci rozpaplała się, ale głównie na tle
        nerwowym - ja piernicze - Juva wylądowała koło Maga - Ja pier...
        - Zamknij się - Rzekł ostro AlminnVick - po co wam ta księga?
        - A co cię to obchodzi...? - spytała jedna z postaci
        - Nie wnikaj - rzuciła dziewczyna. Jednym machnięciem ręki przywołała księge do
        swoich dłoni.
        Zaczęła ją przeglądać. Po chwili krzykła.
        - O coś takiego nam chodziło! Widzisz Alminn!
        - Alminn?! - Zauważył ten nerwowy - Ten dzięki któremu ta wyspa jest teraz
        strzępem skały?!
        - Co ty pieprzysz? - krzykła dziewczyna
        - Ten sam. - głos tego samego Alminna był spokojny.
        - heh, ale spieprzyłeś! - rozgadał się nerwowy - Najlepszy podróżnik, a zrąbał
        największą gwiezdną wyspę! - gadał coraz głośniej.
        Śledczy milczeli.
        - A co może nie? - Paplał - To przez niego ta wyspa wygląda jak wielka plaża...
        Słynne Firegate...
        - CO?! - Juventyna dopadła nerwusa, chyciła za fraki i odrazu podniosła go na
        wysokość twarzy - to przez niego... ta wyspa... moja rodzina... nie ma ich?
        - Tak.
        Juventyna już wcześniej kontem oka widziała zbliżające się dwie kolejne
        postacie. Widziała także różdżki, które zostały już naładowane. Lata praktyki,
        wychowania w przechowalni, uciekania przed najróżniejszymi łosiami same nią
        pokierowały.
        W jednej chwili odskoczyła w bok, unikając cudem silnego czaru. Zaczęła spadać
        wzdłuż wierzy, głową w dół. Skupiła się i wywołała czar lewitacji. Pędziła cały
        czas, ale po chwili zaczęła wytracać prędkość. Jakimś cudem zakręciła przed
        ziemią i leciała ciemnym i ponurym korytarzem.
        Dwie postacie leciały za nią. Zaczęła wytwarzać czar pajęczyny, co było nieco
        utrudnione przez skupienie się na czarze lewitacji. Wreszcie obruciła się,
        pędząc niejako "na plecach" czar wystrzelił z różdżki. błyszcząca pajęczyna,
        złożona z Materia Magica oblepiła cały korytarz. Postacie wpadły w nią i
        zaplątały się jak muchy.
        Jedną z postaci był Azyards. Juventyna drgnęła, gdy go zobaczyła. Mamrotał coś
        niewyraźnie, drgając co chwile. Juva wylądowała, obruciła się na pięcie i
        poszła korytarzem w drugą stronę.

        *

        Bądź co bądź jego położenie było dość głupie i to bardzo delikatnie rzecz
        ujmując. Przywiązany był do jakiejś rury cieplnej. Jego oprawcy zagrozili mu,
        że w ramach zachęty do sypania zaczną ogrzewać zamek... A rury przeciekała
        właśnie nad nim, i to gorącą wodą. Jego różdżka została skonfiskowana.
        A w dodatku Juventyna zapewne obraziła się na niego. W końcu jej rodzice
        zginęli przez niego...
        Drzwi zgrzytnęły. Weszły przez nie trzy postacie, odziane w fioletowe szaty,
        kaptury całkowicie zasłaniały twarze.
        - Za trzy minuty zaczynamy ogrzewać - rzekł wysokim tonem ta w środku. Poczym
        złożyła ręce na krzyż. Z Różdżek trzymanych przez nią trysły iskry, dwoma
        pozostałymi postaciami zakręciło i cisnęło o sufit. Zostały na nim,
        przyciśnięte do niego mocą.
        Postać zrzuciła kaptur, a była to Juventyna.
        - Rozwiązuj mnie, szybko! - krzyknął Alminn.
        - Powiedz mi coś na usprawiedliwienie. - Juvy głos był zupełnie bez wyrazu.
        - Każdy podróżnik dostaje czasami kilka informacji o zagrożonych wyspach. Mi
        wystarczyło mocy w różdżce na jedną podróż. Stwierdziłem, że skoro ta druga,
        mniejsza wyspa wysyłała mocniejsze sygnały, to była bardziej zagrożona. Kiedy
        tam doleciałem, wyspa już była w strzępach. Ta druga także zniknęła... -
        Milczał przez chwilę.
        Nastała cisza. Tylko woda szumiała coraz głośniej...
        - Szybko... Cholera..! - krzyczał.
        Złota różdżka trysnęła światłem, a łańcuchy zaczęły się rozgrzewać.
        - Agrrrh! - zaryczał znowu AlminnVick - nie mogłaś czegoś lepszego wymyśleć?!
        - Czego?!
        Różdżka znowu zaświeciła. Tym razem łańcuchy zostały zmrorzone.
        Zaczęły pękać.
        Ręka Flaiere`a wyskoczyła z łańcuchów. Juva żuciła mu szybko jego złotą broń.
        Światło wzebrało pod łancuchami, których koluszka po chwili rozsypały się po
        całej sali.
        Vick wstał szybko. Woda swobodnie płynęła w dół, zalewając już jednak posadzkę.
        - Uf..
        - Szybko, nie ma czasu do stracenia! Zaraz tu będą strażnicy!
        Alminn szybko wrzucił na ich dwóch iluzyjne szaty.
        - hmm. to ciekawe.. - mruknął Śledczy
        Wyszli spokojnie przez drzwi. Poszli długim korytarzem, minęli po drodze dwóch
        innych strażników.
        Weszli na wielką salę, całkowicie ciemną. Przez brudne szyby sączyło się
        światło gwiazd, zalewając posadzkę bladą poświatą. Poza posadzką, światło
        rzświetlało jeszcze trzy postacie kobiet. Były wysokie na cztery metry.
        Odprawiane było przed nimi jakieś nabożeństwo. Czarodzieje przeszli spokojnie,
        starając na siebie nie zwracać uwagi. Nagle kapłan, który prowadził to
        nabożenstwo obrucił się w ich stronę.
        - Czemuż nie czczicie trzech kapłanek, które to nam powierzyły zdobycie Złotej
        Różdżki?
        - Albowiem - Odrzekała szybko Juventyna - Modliliśmy się na porannym
        nabożeństwie.
        - aaa...
        Obrucili się na pięcie i poszli w stronę bramy.
        - Zaraz! przecież nie było dzisiaj porannego nabożeństwa!
        Różdżki obu czarodzieji wystrzeliły zlotymi smugami. Dwie pierwsze postacie
        wyleciały na jakieś trzy metry w górę.
        - Szybko, wskoczmy na posągi.
        Alminn i Juventyna Wyskoczyli, ale przedłużyli lot magią, tak że wylądowali na
        posągach. Dalej potoczyło się już szybko: strażnicy nie byli za bardzo
        wykształceni i obeznani z magią, więc po kilku minutach wszyscy byli
        unieruchomieni.
        Magicy zeskoczyli na ziemię. Podeszli do kapłana, który przygwożdżony był do
        posadzki obręczami z światła.
        - taak. - rzekł Alminn. - A teraz nam wszstko ładnie opowiesz.
        Obręcze skurzyły się nieco nadpalając ubranie.
        - D-dobrze...
        - Kim są te trzy postacie?
        - to boginie, ambasadorki boskiej cywilizacji... - Śledczy doskonale wiedzieli,
        o czym mówił Kapłan, wystarczyło tylko odrzucić religijne brednie - Oneż to
        dały Aprysowi zdrajcy to wyboru, którą z nich dać władzę. Była to złota
        różdżka, któraż to ona mogła rzucić każde zaklęcie, poznane i niepoznane. Ale
        on ukradł tą broń i uciekł z nią. A nas powołały, nasz zakon, byśmy odnleźli
        tego głupca bezmyślnego i jego różdżkę. Prawie go mieliśmy, ale tenże wysłał ją
        na jakimś z pocisków niewiadomo gdzie...
        - Prosto w moje ręce - syknął Alminn. - Czemu kradliście te księgi z kuźni?
        - Niechcieliśmy, żeby ktokolwiek prócz nas je znalazł...
        - Gdzie są te senatorki?
        - Na statkach na orbicie planety Tern-Hamekh.
        - Tej, na której ma się rozegrać ostateczna bitwa?!
        - Tej samej.
        Alminn skorzystał ze specjalnego zaklęcia podróżników, które przenosiło dane
        osoby na inne wyspy lub światy. Potrzeba do tego specjalną różdkę, ale skoro ta
        złota może wszystko...

        *

        Dowódca Trzeciej Brygady Lotniczej spojrzał w niebo.
        - Do boju!
        Grupa latających dywanów ruszyła do boju na płaszczyzną szarej, Hamekheńskiej
        pustyni, zalanej słońcem.
        Na każdym dywanie siedziały dwie osoby: Jedna kierowała, druga strzelała z
        magicznego działka.
        Ryszyli do boju.
        Junxowi wiatr zmierzwił włosy. Odrazu skierował swoim dywanem nieco niżej, pod
        głowną formację. prosto na nich leciał inny oddział, Treviański. Działo za nim,
        obsługiwane przez jego barta wystrzeliło serią kulek. dwa dywany w barwach
        Treviańskich, eksplodowały ogniem i energią magiczną. Pilot nawrócił szybko
        dywan, ruszył, atakując od tyłu oddział przeciwnika. Jego brat strzelał non-
        stop. Gdzieś z lewej coś zabłyszczało.
        Nagle zrobiło się owiele ciemniej.
        Junx nie mógł już rozróznić, czy to przez pocisk którym właśnie dostali czy
        przez coś, co zasłoniło słońce.
        Jakby żył kilkanaście sekund dłużej, zobaczyłby jak reszta trzy ogromne statki.

        *

        - Czemu?
        Juventyna, Alminn i kapłan imieniem Hyan stali przed jedną z Senatore
        • Gość: digan Re: Do poczytania: 'Gra' IP: *.pl / 217.117.129.* 21.12.02, 13:59
          Juventyna, Alminn i kapłan imieniem Hyan stali przed jedną z Senatorek.
          Była to kobieta, naprawdę piękna. siedziała na krześle, w sali rozświetlonej
          przez leampy wystajace z sufitu.
          - Nie czemu, tylko jak. - Poprawiła ich spokojnie kapłanka.
          - Jak?!
          - To było proste...
          Postawiliśmy królewicza jednego z imperiów przed wyborem. Miał którejś z nas
          wręczyć różdżkę. zresztą, same ja ykonałyśmy. Oczywiście wiedział, że jeśli da
          to jednej, reszta go zabije.
          Uciekł wiec, ale na tym nie koniec. Opętałyśmy go, a on porwał waszą
          księżniczkę. No i wy rzuciliście się w wir wojny.
          - Po co sprowokowaliście tę wojnę?
          - Wiadomo, państwa uwikłane w wojnę łatwiej podbić. A my chcieliśmy podbić was
          wszystkich. Resztę już znasz...
          Różdżka Alminna pluła magią. Potężne pociski poleciały w stronę Senatorki.
          Przeszły przez nią jak przez zjawę.
          - Co jest?
          - Nie jestem stąd... Nie z tej płaszczyzny. Można powiedzieć, że jestem
          projekcją tego, co naprawdę znajduje się w innej płaszczyźnie.
          - A co tam się znajduje?
          - Zobacz...

          *

          Plansza była z tektury. Pionki z plastiku. Planety to kulki metalu. Trzy
          dziewczyny stały przed nimi.
          - Rany, nie myślałam, że kontakt z tą grą jest aż tak szeroki. - rzuciła jedna.
          - Jak widać jest.
          - No, ale w końcu wygrałyśmy. Udało nam się to. Podbiłyśmy Grę. Jako nieliczne
          w znanym nam świecie.
          Plansza płonęła tekturowym ogniem.

          Koniec.
    • artur.dent Re: Do poczytania: 'Gra' 24.12.02, 03:54
      buhahahahahahahahahahaha!
      • Gość: digan Re: Do poczytania: 'Gra' IP: *.pl / 217.117.129.* 24.12.02, 10:32
        artur.dent napisał:

        > buhahahahahahahahahahaha!

        Oh dzięki. Rzeczywiście, mogłem wcześniej zwrócić uwagę na te błędy, które
        tutaj przedstawiłeś. Z drugiej strony, masz racje twierdząc, że "haha!". To
        napewno mnie zmobilizowało do pracy.

        Albo piszesz co ci sie nie podoba, albo sie udzielaj z takimi odpowiedziami, bo
        to nie jest sitcom.

        Digan ;[

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka