grek.grek
04.12.08, 11:31
Co natychło TVp, że w ten piątek zamiast jakiegoś łubudubu z
Arnim albo innym specem od rozbijania ścian z tektury alboteż
strzelania z plastikowego karabinu dla dzieci kulkami z chleba,
zdecydowali się na "Między słowami" ? Chwilowe zaćmienie chyba...
Będzie trochę pisania, zawijasów w stylu LUCa, więc zabierzcie ze sobą kanapki i herbatę :)
Jeśli w obcym mieście, w barze spotykają się facet z przeszłością
i kobieta właśnie w trakcie przechodzenia kryzysu, to jest z tego
romans, w którym następuje seria komplikacji, są płomienne wyznania,
szamotanina, potem płaczliwe wyznania, trochę patosu, potem dość kiczowate barłożenie, pocałunki brzmiące jak, że zacytuję, "łatanie opony" i proszę bardzo - dramat wypisany wielkimi literami, żeby każdy ślepiec mógł zobaczyć i zrozumieć bez potrzeby fatygowania własnych szarych komórek.
W "MIędzy słowami" wiele wszystko by pasowało, gdyby nie fakt, że zupełnie nic nie pasuje do stereotypowego melodramatu, lub też romansiku.
Są "płomienne wyznania", jest gdzieś ciągle odgłos "łatania opon" i nawet zaryzykowałbym, że pojawia się "barłożenie", jest para właściwa, tyle że... wszystko to jest niezwykle subtelne psychologicznie, w pastelowych (emocji) barwach ukazane, się rozgrywa nie na poziomie łózka, wymiany płynów organicznych i słownictwa górnolotnego, a właśnie (po)między (zwykłymi) słowami, w grze sugestii, niedopowiedzeń, gestów, spojrzeń, o których jakiś inny klasyk powiedział, ze "są takie, ktorych wymiana jest równoznaczna z odbyciem niezwykle wyrafinowanego stosunku seksualnego", zwykłych zdawałoby się rzeczy, które on i ona robią wspólnie i odkrywają w ich trakcie, że - tak naprawdę - są, lub byli, sobie pisani. Nie muszą tego mówić, oboje to czują. I jedno wie, że drugie wie, że to pierwsze wie.
Chodzi o niezwykłe, naturalne porozumienie emocjonalne, jakie zawiązuje się między młodą żoną fotografa-pracocholika i podstarzałym ex-gwiazdorem kina, ktoremu zostało na stare lata kręcenie tanich reklamówek, czyli takim Stockingero-Fronczewskim, tylko, że fajniejszym, sympatyczniejszym i bardziej zdystansowanym do siebie i świata. Ona jest żoną swojego męża, który nonstop cyka fotki, robi sesje i tak dalej, zostawiając ją na pastwę rozchechłanego Tokio pełnego małego żółtego luda, niby ona ma tam jakichś znajomych, ale to nie jest to. On się kończy jako aktor, a także jako człowiek - ma tam jakąś zonę, ale słychać ją tylko przez telefon, jak mu zawraca gitarę pierdołami a'la "jaki wybrać chodnik do przedpokoju" - nic dziwnego,że chłop wysiada :) Oboje wysiadają, oboje są na swój sposób nieszczęśliwi. Muszą się spotkać. I muszą sie rozstać. I nie może z tego wyjść to, co w konwencjonalnym meloromansie wyjść musi bankowo : żyli długo i szczęśliwie. Ale i to nie jest w ogóle jednoznaczne, a w dodatku kompletnie wieloznaczne :)), przez to, co się dzieje w ostatniej scenie, w ciągu kilku sekund, które urastają do puenty, jakiej najwięksi mistrzowie zaskoczek, bez podziału na kategorie filmowe, by się nie powstydzili. Kto widział, to wie, kto nie widział - ten będzie zachodził w głowę. Mistrzowski manewr. Jeden z Top 10-20 momentów w kinie światowym, przynajmniej w ostatnich kilkunastu latach.
Kto oglądał, to teraz zachodzi w głowę - po co ja to piszę, a ci co nie widzieli, a by chcieli - po co on nam tu całą treść wystawia i po grzyba ja to czytam ? Pierwsi pytają z ironią, bo wiedzą, że tego filmu nie da się opowiedzieć, bo tylko jego zobaczenie ma sens, a ci, co się irytują spoilerowaniem dowiedzą się o tej głębokiej prawdzie, gdzieś w połowie projekcji i też zaczną ironizować :)
Rzecz cała rozgrywa się w Tokio. Świetnie sfotografowanym, trzeba przyznać; nie wiem, kto kręcił zdjęcia, ale zapracował na swoje dineros uczciwie. O ile pamiętam jest tam kilka scen przypominających o tradycyjnej kulturze japońskiej kojarzącej się z kimono, samurajami, chatami ze starych grafik, ale dominuje Tokio XXI wieku, zwłaszcza wieczorową porą : kolorowe, stechnicyzowane do bólu, rozpędzone, pełne krzykliwego bractwa, domów gier, reklam, wieżowców, klubów, Tokio zhamburgeryzowane dokumentnie. Pełne zhamburgeryzowanych skośnookich obywateli, także tych z mediów, z którymi aktor, grany przez Billa Murraya, musi się ciągle spotykać, odstawiać szopki, znosić cyrki w tokszołach, prośby o udawanie Rogera Moore'a i inne takie. Czy w takim hałaśliwym mieście może się zrodzić coś tak niezwykłego, co połączy tę parę ? O tak, być może właśnie tylko w takim mieście, tak nieprzyjaznym wrażliwym ludziom, mogą się oni odnaleźć :)
Bill Murray - wielkość. PO prostu. Najpierw są Pacino,De Niro,Day-Lewis i teraz Hoffman. Zaraz za nimi Bill Murray, który moze zagrać co mu się podsunie, poza rolami Seagala i Macieja Zakościelnego. I zawsze będzie wspaniale wielobarwny, grając facjatą, którą powinien świecić, co najwyżej w reklamach Monaru i która wyraża tylko "zastrzelcie mnie, mam dość wszystkiego". Wielkość. Sama tylko rola w "Między słowami" i, powiedzmy, jeszcze w Broken Flowers dają mu miejsce w historii kina.
Scarlett JOhansson. Wspaniała jest w swojej roli, bezpretensjonalna, wielkooka, mądra, wrażliwa, dziewczęco-kobieca. Wspaniała. Nie ma słów, mogę się o rok pomylić, ale chyba miała 19 lat, kiedy zagrała tę rolę. 19 lat. Niesamowiete, że w wieku, w którym 99 % jej koleżanek grywa w "Klanie" wyrośnięte koleżanki Paschalskiej, ona zagrała tak niezwykłą, skomplikowaną psychologicznie, wymagającą naprawdę kolosalnego talentu rolę. Az trudno uwierzyć. Moze posługuje się sfałszowaną metryką ? :) W każdym razie - znakomitość. A to dopiero początek jej drogi, tak naprawdę. Dziewczyna z perłą, Kochanice króla, role u Woody'ego... Co ona zagra jak będzie miała 35 lat ? Nie chcę o tym myśleć, bo się zaczynam wtedy bać nie na żarty. Dzewczyna od Edith Piaf, Marion Cotillard, Hilary Swank, to jedyne jej poważne konkurentki na rynku, w kategorii "młode dzikie, za 10 lat panujące bezapelacyjnie" ;) Katie Holmes ? Keira Knightley ? Hehe :)).
Szefowa zamieszania, Coopola Juniorka - zrobiła wielkie kino, prosty, a zarazem studziennie głęboki film. Cóz więcej jeszcze trzeba... Talent z cyklu sky is the limit. Sama go napisała, sama nasyciła barwami, sama wyreżyserowała bez pudła i bez najmniejszej wpadki, dobrała idealną parę aktorską, perfekcyjnie ją poprowadziła. Nota 10. Koniec tematu.
Ktoś dotarł do tego miejsca ? (pół)Żywy ? :)
Udanej projekcji, niech wam nikt nie odbierze pilota :)
PIątek, TVP 1, 23:00.