yoanna
18.01.06, 14:56
Depresja - bagatelizowany problem społeczny...
W Polsce, kraju błyskotliwych karier i milionów bezrobotnych, blisko 50 proc.
nastolatków za dorosłość płaci To efekt marnej szkoły i straconych szans.
Mgła, szarość, ciężka kołdra, spod której nie sposób się wydobyć. Najchętniej
wcale nie wstawałoby się z łóżka. Na samą myśl o szkole boli brzuch. Poranny
prysznic jest wysiłkiem niczym wejście na wysoką górę. Strach. I myśli: jestem
do niczego, nic mi nie wychodzi, boję się, nie chcę nikogo widzieć, nic mi się
nie chce. Tak wyglądały poranki 18-letniej Ewy i Tomka, nim zaczęli leczyć się
w ośrodku neuropsychiatrii w podwarszawskim Zagórzu.
Pokolenie wchodzących teraz w dorosłość nastolatków częściej niż wcześniejsze
płaci depresją za dojrzewanie. Prof. Jacek Bomba, psychiatra i znawca
problemów depresji u młodzieży, przeprowadził w latach 1981-1985 badania, z
których wynika, że na depresję cierpiało blisko 20 proc. siedemnastolatków.
Gdy dwa lata temu prof. Hanna Jaklewicz, psychiatra, wraz ze studentami
Uniwersytetu Gdańskiego zbadała w Gdańsku i Koszalinie uczniów trzech klas
szkół ponadpodstawowych, stwierdziła zaburzenia depresyjne u blisko 50 proc.
szesnasto- i siedemnastolatków z liceów oraz u 65 proc. ich rówieśników z
zawodówek. Aż 25 proc. z nich wymagało leczenia. Jak wytłumaczyć ten wzrost?
W zeszłym roku, gdy Fundacja ITAKA ruszyła z akcją "Lecz depresję", trudno się
było dodzwonić pod specjalny numer telefonu. Dyżurni lekarze przeprowadzali
40-60 rozmów dziennie. - Depresja to choroba krajów bogatych. Cierpi na nią 10
proc. ludzi. W Polsce zaczyna być podobnie - mówi Krystyna Napiórkowska z ITAKI.
Depresja to zwykle długie miesiące samotnej męczarni. To wieczne rodzinne
nieporozumienia. Wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy, że paraliż woli, który
dotyka ich dzieci, nie jest objawem lenistwa, ale znakiem poważnej choroby:
depresji. Coraz częściej dopada ona tych nastolatków, które "nie nadążają".
Widząc, a może słysząc o pięknych i bogatych, boją się, że sami skazani są na
życie szare, biedne, bez perspektyw. Są to przede wszystkim uczniowie
zawodówek. Ale też uczniowie liceów, którzy w tym wyścigu do karier odpadają.
- Czuję się, jakby mnie ktoś wepchnął do ciasnego słoika i zakręcił mocno
przykrywkę - mówi 16-letnia Matylda z warszawskiego liceum.
- Każdy między 13. a 16. rokiem życia przechodzi przez depresję młodzieńczą -
tłumaczy prof. Jacek Bomba. W tym wieku trzeba zmienić swoje stosunki z
rodzicami, uniezależnić się, zdecydować o przyszłości zawodowej. Jeśli młody
człowiek znajdzie oparcie w rodzinie lub bliskich mu osobach, poradzi sobie w
naturalny sposób. Jeśli wsparcia nie dostanie, niepokoje mogą przerodzić się w
głębokie lęki, zaburzenia i odebrać ochotę do życia.
Dzieciństwo współczesnych nastolatków przypadło na okres najgorętszych zmian w
Polsce. Są pierwszym pokoleniem polskiego kapitalizmu, wychowanym przez ludzi
przełomu. Na depresję narażone są najbardziej te dzieci, których rodzice albo
zagubili się w nowych warunkach i powiększyli grono bezrobotnych, albo zrobili
kariery. W jednym i drugim wypadku cierpiały dzieci. Rodziców trudno za to
obarczać winą. - Sami byli wówczas zagubieni - tłumaczy prof. Hanna Jaklewicz.
Jednak bez poczucia bezpieczeństwa, jakie rodzi się we wczesnym dzieciństwie,
trudno potem radzić sobie z tempem współczesnego świata. Zwłaszcza że jego
reguły są jednoznaczne: bądź przebojowy, ścigaj się, zarabiaj pieniądze, rób
karierę. I wyglądaj jak Brad Pitt albo Jennifer Lopez.
Do tego dochodzą często ogromne ambicje rodziców. Chcą, by ich dziecko było
najlepsze, lepsze od rówieśników, by spełniło ich nadzieje na wielką karierę.
- Mama cały czas porównywała mnie do kogoś: "Czemu Ania ma piątkę, a ty pięć
mniej?". Gdy złapała mnie na paleniu, usłyszałam: "Jak możesz, Justyna nie
pali!" - opowiada Ewa, 18-letnia licealistka, która od października leczy się
w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii i Rehabilitacji dla Dzieci i Młodzieży
w Zagórzu koło Warszawy. Kiedy Ewa nie zdała do następnej klasy, stwierdziła,
że do niczego się nie nadaje. Nie dostanie się na studia, zawiodła rodziców.
Cały czas myślała: "Jak ja się pokażę na osiedlu?".
Nastolatki, od których oczekuje się zbyt wiele, nie radzą sobie z presją
otoczenia. Pozostawione same sobie, czują się jak w matni. Piotrka Górskiego
(21 lat) nie dziwi, że w badaniach prof. Jaklewicz aż 65 proc. uczniów
zawodówek walczy z depresją. Zanim trafił do technikum wieczorowego, uczył się
w szkole samochodowej. Czego bał się on i jego koledzy? Tego, że już przez
całe życie będą najgorsi, naznaczeni piętnem marnej szkoły. - Masz poczucie,
że w najlepszym wypadku wylądujesz w kanale pod samochodem i utkniesz tam na
kilka lat z marną pensją - mówi Piotrek. - Dwa razy w tygodniu mieliśmy
praktyki w warsztatach, więc napatrzyliśmy się. Ci na myjni byli non stop
nawaleni. Całe życie żałoba pod paznokciami. Nieciekawa perspektywa -
podsumowuje Piotrek, który nie zamierza skończyć swojej edukacji na technikum.
Zdaniem prof. Hanny Jaklewicz dzisiejsze siedemnastolatki w niczym nie
przypominają młodych wilków kapitalizmu. Z jednej strony widzą błyskotliwe
kariery, z drugiej - miliony bezrobotnych. Boją się, że utkną na zawsze wśród
tych gorszych.
Pomocy szukają u dr Anny Kleinwechter, ordynatora oddziału psychiatrii dzieci
i młodzieży szpitala w Opolu. Są nie tylko płaczliwe, nie tylko mają
charakterystyczne dla ich wieku zmienne nastroje i samobójcze myśli. Przede
wszystkim się boją.
- Nie umieją powiedzieć czego - dodaje dr Kleinwechter. - Czasem nawet nic
dramatycznego nie zdarzyło się w ich życiu, nie mieli problemów szkolnych ani
rodzinnych. Lęk spadł na nich z dnia na dzień.
Rodzice Ewy poważnie wystraszyli się, kiedy córka poprosiła, żeby zawieźli ją
do szkoły. - Powiedziała, że boi się chodzić po ulicy. Boi się autobusu,
ludzi, kolegów - mówi matka Ewy. Dopiero wtedy usłyszała, że córka od
dłuższego czasu nie może znaleźć swojego miejsca, że boi się szkoły, a
zwłaszcza lekcji matematyki, przed którymi mdleje albo wymiotuje ze strachu.
Ewa już od jakiegoś czasu wpadała w histerię na myśl o pójściu do szkoły.
- Płakałam i prosiłam mamę, żeby zadzwoniła do nauczycielki. Mama dzwoniła.
Zostawałam w domu pod kołdrą. A strach zostawał razem ze mną - opowiada Ewa.
Wspólnie zdecydowali, że pójdą do psychologa. Interweniowali już wtedy, gdy
Ewie oceny zjechały z piątek na jedynki, ale jeszcze zanim nie zdała do
czwartej klasy.
Nie wszyscy rodzice wykazują taką czujność i nie wszystkie dzieci decydują się
w końcu opowiedzieć o swoich cierpieniach. Najczęściej idą do lekarza dopiero
wtedy, gdy problem widać na świadectwie. Wcześniej rodzice bezskutecznie
starają się zmusić dziecko do nauki. Narzekają, krzyczą. Nie rozumieją,
dlaczego oceny jadą w dół.
Szkoły nie sygnalizują rodzicom, że z ich dziećmi dzieje się coś złego. Nic
dziwnego: uczniowie z depresją nie rzucają się w oczy, nie przeszkadzają, nie
są agresywni. Nie mają siły, żeby wchodzić w konflikty. - A potem jest wielkie
zdziwienie: taki miły, cichy uczeń, a skoczył z dziesiątego piętra - mówi dr
Hanna Witkowska-Ulatowska, specjalista psychiatrii dzieci i młodzieży.
Kiedy dziecko zaczyna leczyć się psychiatrycznie, szkoły nie chcą go mieć u
siebie. - Takie dzieci uważane są za nieprzewidywalne. Nie wiadomo, jak z nimi
postępować - opowiada Katarzyna Okulicz-Kozaryn, dyrektor Poradni
Psychologiczno-Pedagogicznej w Warszawie. - Najlepiej więc się ich pozbyć.
Osiemnastoletni Tomek, który od roku leczy się w tym samym ośrodku co Ewa,
usłyszał od dyrektorki szkoły, że jest ćpunem, bo ma rozszerzone źrenice, i
powinien zmienić liceum na zawodówkę. - Mój syn nie sprawiał kłopotów.
Wychowawczyni i pedagog szkolny doskonale wiedzieli, że przyjmuje silne leki.
Po prostu chciano, by odszedł - twierdzi rozgoryczona mama Tomka.
U chłopca rozpoznano tzw. depresję dwubiegunową. Po okresa