Dodaj do ulubionych

International day....

17.05.04, 09:50
Pamietacie jak pytalam, w jaki sposob ugotowac zarcie dla stu osob? Teraz juz
wiem – dzieje sie to w pocie czola i ogolnym wkurwieniu i zmywajac tysiace
przypalonych garow dokladnie 2 dni.

Krotkie sprawozdanie:
Caly piatek rano z psiapsiola Nr. 1 obieralysmy fasole i kroily mieso i
przyprawialy mieso wg. instrukcjci przy duzej pomocy Piranhii. W nagrode
uslyszalysmy, ze niedosolone, niedopieprzone itd.
Caly piatek po poludniu psiapsiola Nr. 1 pilnowala Piranhii usilujacej
wprowadzic nowy lad na terenie Interational School a ja przypiekalam mieso na
patelni wielkiej jak stol i ciezkiej jak slon i wrzucalam do duzego gara,
gdzie gotowalo sie dalej.
Caly piatek wieczor szorowalam gary mnw takie duze i ciezkie jak ja, a
pisapsiola Nr. 2 (psiapiola Nr. 1 padla i poszla do domu mowiac na odchodnym,
ze plany posiadania dzieciecia odsuwa na nasepne dziesieciolecie) z Piranha
marudzaca w samochodzie wozila w te i we wte grupe kucharzy.
Caly piatek wieczor pozny po polozeniu Piranhii spac doprowadzalam do ladu
nasze mieszkanie.

W sobote rano razem z Piranha dokonywalam reszty zakupow, drukowalam jakies
przez gl. organizatora, czyli mojego meza zapomniane kartki z cenami i inne
pierdoly. Potem oddalam Piranhe wciaz jeszcze na pol nieprzytomnej psiapsiole
Nr. 2 i zabralam sie za obieranie i krojenie na plasterki stosu plantains,
robiac krotkie przerwy na coraz bardziej wkurwione przypominanie kucharzom i
organizatorowi gl. ze czas nie jest z gumy i jedenasta nie bedzie pozniej niz
bedzie tylko dlatego, iz im wszelkiego talentu organizacyjnego brak.
Potem sie okazalo, ze frytownice to i owszem, oni zorganizowali, ale nie na
zewnatrz, gdzie beda sprzedawac, tylko w tej przemyslowej garkuchni, wiec
spedze impreze nie wsrod ludzi, tylko wrod garow, piecow i bananow.
Od jedenastej do czwartej pieklam banany, podgrzewalam czego zabraklo,
szorowalam gary i usmiechalam sie glupio do gosci, ktorzy koniecznie chcieli
poznac zone ogranizatora gl., przylazili do kuchni i zawsze zadawali to samo
kurewskie sakramenckie pytanie „ooooo, you are not wearnig african dress?
Why? They are soooo beautiful!“. Mialam tez trzy przerwy: dwie na papierosa i
lampke wina, ktore przyniosl mi jedyny litujacy sie nad moim losem Behemot
plus jedna dluzsza na zorganizowanie akcji szukania Piranhii, ktora zgubila
sie psiapsiole Nr. 2 jak ta poszla siusiu (na imprezie bylo ok. 2’000 osob i
bez szukania przez megafon sie nie obeszlo – akcent zreszta niezwykle
egzotyczny, po ktorym przylazacy do kuchni pytali nie tylko o african dress
ale rowniez “what for a funny language are you speaking with your son?”). O
17-tej psiapsiola Nr. 2 oddala mi nieoczekiwanie dziecie mowiac, ze idzie do
domu, bo juz nie moze a projekt posiadania dzieci odklada do nastepnego
wcielenia. Wtedy to przezylam atak wscieklosci i rozpaczy widzac ile jeszcze
mam garow, podlog, zarcia itd itp plus Piranhe do pilowania. Behemot widzac,
iz za chwile sie rozloze przejal Pirahne (choc mial byc tylko gosciem i Bog
niech mu wynagrodzi) a ja skoncentrowalam sie na szorowaniu. O 18-tej zjawila
sie ekipa reprezentacyjna, sciagnela “beautiful African dresses” i
powiedziala, ze moge sobie isc, oni sprzatna reszte. Tak wiec przez godzine
siedzialam gapiac sie bezmylsnie na Piranhe oblewajaca mnie woda z
nowonabytego wielkiego pistoletu az mnie maz wyrwal z tego letargu przynoszac
suchy sweterek i mowiac, ze juz posprzatane i jedziemy na drinka z wszystkimi
pomagierami.

W samochodzie do drinka udalo mi sie zasnac i trudno bylo mi sie obudzic. A
potem sluchalam jak bylo swietnie, jak sie ludziskom podobalo, ilu nowych
ludzi ekipa poznala, co i gdzie wygrala Piranha, itd. Sluchalam i sluchalam
popadajac w coraz wiekszy stupor az nagle wyrwaly mnie z niego czyjes
slowa “and next year, additionally to our food we will sell african
artwork…”. Podskoczylam jak oparzona i powiedzialam glosem najbardziej
jadowitym na jaki mnie stac “WITHOUT ME!!!!!!”.

Poznym wieczorem mezowi zebralo sie na nowego drinka, gadanie bez konca i
romantyczny wieczor. Niewiele z tego pamietam….

Niedziele mozna opisac bardzo krotko – spalam caly dzien z przerwami na
skonsumowanie i wypicie czegos tudziez zrobienie siusiu. Przy tym tak mnie
bolal kazdy miesien rak i nog, ze nawet urwanie papieru toaletowego bylo
katorga.

Teraz powoli dochodze do siebie – jak juz dojde, to moze opisze “przygody w
kuchni restauracyjnej”, bo taka kuchnia plus zachowanie w niej sie
nieznajacego jest bardzo zabawna.

Teraz sobie troche poplanuje. Jeszcze w czwartek planowanie wnerwialo mnie
totalnie i bylam zdania, iz jestem przepracowana i nie lubie tej roboty.
Dzisiaj uwazam ze planowaje do jedno z najprzyjemniejszych zajec na tej
planecie.

Xurek padniety zupelnie.
Obserwuj wątek
    • morsa Re: International day.... 17.05.04, 10:10
      Pieeeeekne.
      Czekam na odcinek drugi...
    • jutka1 Re: International day.... 17.05.04, 11:14
      Xurku, jestes gieroj. Szapoba.

      Ja ledwo zyje po wykarmieniu i napojeniu tylko 4 osob wczoraj wieczorem - Twoj
      miedzynarodowy dzien by mnie zabil...

      J.
    • basia553 Re: International day.... 17.05.04, 15:40
      hahaha, a ja przejezdzajac w sobote kolo Ciebie - a bylo wczesne popoludnie,
      pomyslalam sobie, ze trzeba bylo wziasc jednak Twöj numer telefonu :))))
    • lalka_01 Re: International day.... 17.05.04, 16:49
      Jak bede cos gotowac dla stu osob to sie zglosze. Dzieci na razie mlode, to sie
      nie martw :-).
      A powaznie - to duze brawa!
      • basia553 Re: International day.... 17.05.04, 16:58
        A swoja droga trzeba popdziwiac nie tylko Xurka, ale i jej Meza: ze chyba nawet
        nie zauwazyl, jaki to byl wyczyn!!
        • xurek zauwazyl :))))) 17.05.04, 17:09
          i reszta ekipy tez :))). Komentarze byly takie: glowna kucharka "no to teraz
          wiesz, jak wyglada dzien afrykanskiej kobiety w afryce". Komentarz kumpla
          meza "ja to nawet chcialem ci te gary przestawiac i te wode wylewac, ale z
          drugiej strony bardzo mnie ciekawilo, jak dlugo panienka z biura jest w stanie
          wytrzymac - brawo", a maz to tylko niesmialo powiedzial "to ty sobie jutro
          spij, a ja sie caly dzien zajme Piranha i nic nie bedziesz musiala
          robic" :))))). No i wszyscy zadali mi jeszcze raz przy drinku to sakramenckie
          pytanie "why didn't you want to dress our beautifull......." - gdybym byla
          Bazyliszkiem a nie Kameleonem, to juz by wszyscy byli martwi :)))).

          PS: maz kucharki glownej wlozyl ten "beautifull african...." i wygladal w tym
          moim zdaniem conajmniej jak na karnawale a Behemot to nawet zapytal, czy ten
          facet to skonczony pantofel, zeby sie tak "Papagei-kunterbunt" wystroic.
          Postanowilam, ze na moje urodziny oglosze "traditional silesian day" i niech mi
          sie ktory ciemnoskory sporbuje nie ubrac w nasze kiece :)))))). A do jedzenia
          to sobie zrobimy szalot na 50 osob i oni beda wszystko kroic w malutka
          kosteczke :)))))).

          PS2: dzisiaj maz dostal list podziekowalny od szkoly, ze bylo super i wonderful
          i w ogole i propozycje, zeby 4 czerwca ugotowal cos na "international
          conference" na ktora przyjada nauczyciele ze wszystkich tych pop.... szkol w
          Europie. Ja juz powiedzialam, ze tego dnia bede smiertelnie chora a na dodatek
          potwornie zapracowana a na dodatek zabarykaduje nasze mieszkanie, coby nikt nie
          wpadl na pomysl czyszczenia w nim fasoli albo krojenia czegokolwiek :))).

          Xurek

          Xurek
          • sabba Re: zauwazyl :))))) 17.05.04, 17:14
            >Tak, Xurku, kaz im kroic jarzyny na salatke jarzynowa! Drobniutko!!!! Albo
            dusic kapuste na kiszona bosymi nogami:) Wlasnie myslalam o Tobie jak to sobie
            poradzilas na tej imprezie. Ja kiedys pomagalam (za pieniadze) na urodzinach
            przygotowywac posilki dla dzieci. MIalam cala kuchnie do dyspozycji a do zarcia
            mialy byc frytki i chicken crossies. NIe trzeba bylo nic kric ale to stanie nad
            frytownica przez kilka godzin z rzedu dalo mi niezle w kosc. Po obiedzie
            serwowalam kawe, niestety nie bylo automatow tylko dzbanki do expressu i
            normalny filtr do przelewania. Po godzinie woalam juz jednak do tych frytek
            wrocic. Zadnych masowych imprez wiecej!:)))
          • basia553 Re: zauwazyl :))))) 17.05.04, 17:17
            aaaaaaaa, da nehme ich alles zurück, und behaupte das Gegenteil :))))))))))
            Podoba mi sie pomysl slonskiego szalotu krojonego przez Afrykanczyköw.
            Tylko musisz zaprosic odpowiednia ilosc gosci :)))))))
            • xurek to nie jest problem :)))) 17.05.04, 17:18
              zrobi sie po prostu nastepny zjazd foruma :)))))

              Xurek
              • basia553 Re: to nie jest problem :)))) 17.05.04, 17:21
                Trzymam Cie Xurku za slowo, a swiadköw mam coniemiara :)))))
                • jan.kran Re: posilki wieloosobowe 18.05.04, 17:57
                  • jan.kran Re: posilki wieloosobowe 18.05.04, 18:12
                    Xurku :-)))) Nawet nie wiesz jak Cie rozumiem. Ja przeszlam swoje w DSS w
                    ramach karmienia wielu osob.
                    Sa opcje dwie: latwiejsza na tasmie nr 2 gdzie podajemy posilki 29 podopiecznym
                    ale naczynia wysylamy na dol do kuchni do mycia i robimy wszystko razem. Ale i
                    tak sztuki cyrkowej wymaga nakarmienie 29 osob przez osob osiem ( zmiana
                    dzienna lub cztery ( zmiana wieczorna).
                    Posilkow jest cztery z czego jeden jest nam podrzucany gotowy.
                    Sniadanie to smarowanie miliona kromek chleba, gotowanie owsianki rodzaje dwa,
                    pamietanie kto co pije i jaki chlebak je i z czym.
                    Polowa podopiecznych je sniadanie w pokojach wiec jeszcze dochodzi latanie po
                    okolicy z taca .-)))
                    Obiad glowny to pamietanie kto bez soli, a kto bez cukru kto zmielone a kto
                    wegetarianskie. Koledzy maja to opanowane do perfekcji i ja patrze z podziwem ,
                    bo pracuje tam od czasu do czasu ino i nie jestem taka sprytna.
                    Na tasmie nr 1 jest jeszcze gorzej, bo trzeba wszystko robic samemu lacznie ze
                    zmywaniem dwoch milionow talerzy, talerzykow, szklanek etc.
                    Jak jest jakies swieto to dochodza kieliszki po winie , szeri, szampanie oraz
                    Rodziny podopiecznych zadajacych non - stop kawy , herbaty , soku, czystego
                    kieliszka , czystej szklanki, talerzyka , lyzeczki etc.

                    Potem przychodze do domu gdzie rozpuszczona i zle wychowana mlodziez
                    przyzwyczajona do matki niepracujacej oczekuje domowego obiadku. To co je
                    Junior nie je Mloda i czesto sie konczy na dwoch roznych obiadkach.
                    Z utesknieniem czekam momentu jak wyrzuce Mlodziez do PL samotnie na szesc
                    tygodni i nie bede gotowac NIC :-))) K. zmeczny kucharzeniem
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka