Dodaj do ulubionych

Koty na forum :) mini-wątek kociarski

05.12.20, 13:45
F.B. w swoim czasie przodował w działce kotolubnej, dominowały tam słitfoty przymilnych sierściuchów.
Kot jest zjawiskiem niejednoznacznym i intrygującym, w przeciwieństwie do psów.

Moje ulubione koty, to koty filozoficzne lub abstrakcyjne: Kot z Cheshire, Kot Schrödingera i Kot Kwantowy.

Na forum zauważyłam obecność kota w formie "zabawy" kotka z myszką.

Wiem, też, że forumowicze posiadają koty różnego rodzaju, w tym tradycyjne sierściuchy, n.p. kotka C.J.

Pamiętam wspaniałą Ś.P. Kotę Pytona. Oraz Kota Maksa C.J.

Jeśli komu przyjdzie ochota
Niech zamieści zdjęcie kota
Może też być anegdota...

Hehehe.



Obserwuj wątek
    • stokrotna Kot elementarny... 05.12.20, 14:48
      ... czyli Kot z elementarza Falskiego.

      Wały Jagiellońskie śpiewali:

      "Ala ma Asa, As to Ali pies nikt się z nim nie bawi bo szkolony jest Ola miała kota lecz zagryzł go As. Wszyscy bardzo się boimy by nie zagryzł nas"

      Tak, ten As tu także jest, i się go boimy, bo szkolony jest ;)
    • roseanne Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 05.12.20, 18:13
      nie ma juz Kici, od prawie roku...
      • stokrotna :( 05.12.20, 18:22
        roseanne napisała:

        > nie ma juz Kici, od prawie roku...

        Wielka przykrość Rose. Bardzo, bardzo współczuwam.
    • xurek moje koty 05.12.20, 20:51
      koty byly stalymi i wiernymi towarzyszami mojego zycia przez lat trzydziesci, od dwudziestu juz nie sa.

      nie sa, bo nie mam juz warunkow, by je odpowiednio ugoscic, gdyz uwazam trzymanie kota w zamknieciu bez wolnego dostepu do natury tudziez opuszczanie go na dlugie okresy czasu za absolutnie nie fair (zdaje sobie sprawe z tego, jak wielu ludziom i jak bardzo sie narazam 😊).

      nigdy nie mialam tendencji do „upupilania” i „uczlowieczania” kota. da mnie jest to zwierz w swym egocentryzmie i okrucienstwie bardzo piekny i pociagajacy.

      a tutaj lista moich kocich towarzyszy:

      Mikeszka alias Miszkiewka: malenka, czarno biala wiejska kotka, moja pierwsza, najodwazniejsza z wszystkich, na rowni z ostatnia. znalazlam ja na pietrze stodoly porzucona przez mame (ktora pewnie zginela tragicznie) i przy pomocy Babci przekonalam rodzicow, by ja zatrzymac. nazwalam ja Mikesz, bedac naiwnie przeswiadczona, ze jest kocurem. jak zaszla w ciaze nastapila zmiana imienia. Dziadek jakos nigdy nie umial wymowic jej imienia i nazywal ja Miszkiewka. a moj tata twierdzil, ze dlatego zachowuje sie tak dziko i wszytkich napada, bo jej sie od tego meskiego imienia pomieszalo w glowie i wydaje jej sie, ze jest wojowniczym kocurem.

      Sadat i Begin: synowie Mikeszki, bracia Jimmiego z tego samego miotu. Jimmy byl laciaty i zostal oddany w dobre rece, Sadat i Begin byli tygrysami niezwyklej urody, wiec sie zostali. Oprocz tego, ze byli pieknymi kotami, to niczym wiecej sie nie wyroznili.

      Leonid, zwany powszechnie Lonia. syn Mikeszki, czarny olbrzym o zielonych oczach. niebywaly len, lizus, maminsynek i tchorz. nigdy nic nie upolowal, Mikeszka znosila mu myszy i ptaki a moja mama dokarmiala wolowinka, bo wkradl sie w jej laski jak zaden przedtem i zaden potem. zaslynal z dwoch wydarzen: raz zasnal tak blisko grzejnika „sloneczko”, ze w koncu przypalil sobie ogon i obudzil sie dopiero, jak zaczelo sie fajczyc miecho, dlugo po tym, jak my zaczelismy sie zastanawiac co w naszej kuchni tak smierdzi. drugi raz tak scykorzyl przed naszym wlasnym psem, ktory pogonil go dla zabawy, ze wlazl na drewniany slup napiecia. wlazl na kilka metrow, ale nie wiedzial jak zlezc, wiec nie wiedzac co zrobic wlazl az na gore. i tam przesiedzial cala noc, bo nie wiedzial co robic. a bylo to sroga zima, wiec moja mama stojaca pod slupem i blagajaca Lonie o zejscie z owego omal nie nabawila sie zapalenia pluc. w koncu chyba tak skostnial, ze nie umial sie na tym slupie utrzymac i zlecial. nie stalo mu sie nic.

      Chaka: corka Mikeszki, mala chuda kotka czarniejsza od najczarniejszej bezgwiezdnej nocy z bursztynowymi oczami. najwiekszy koci swir oprocz tej ostatniej. nie bede opowiadac o Chace, bo zaraz jakis forumowicz mi powie, ze sciemniam i wymyslam. byla kotka szalona i nieustraszona, walnieta do tego stopnia, ze po dwoch latach wspolistnienie z Mikeszka i Lonia okazalo sie niemozliwe i Chake zabrala zakochana w niej przyjaciolka mamy, ktora z zachwytem opowiadala nam, ze Chaka wskakuje z galerii na zyrandol a z owego na przyklad na glowe jej meza...

      Fanny – moja pierwsza osobista kotka, blekitnoszary Karthäuser o pomaranczowych oczach, przypominajacy sowe. jedyny znany mi kot, ktory bal sie wyjsc na dwor i przy otwartych drzwiach z nieprzymuszonej woli siedzial w domu. jedyny kot naprawde przywiazany do jednej jedynej osoby i okazujacy to bardzo wyraziscie (osoba ta byl moj ex). najgrubszy kot, jakiego mialam. by wylizac sobie czesci intyme Fanny opierala sie plecami o sciane, bo inaczej nie dawala rady.

      Arnold, Alicja, Agata, Alex i Alfred byly dziecimi Fanny i moim pierwszym „hodowlanym miotem”. musialy sie nazywac na A i otrzymaly wszystkie imiona czlonkow mojej rodziny 😊. byly z nami ok. pol roku, potem byl jeszcze dlugo kontakt pisemny i fotograficzny.

      Chianti byla moja ostatnia kotka. Main Coon tricolor, najpiekniejsza, najdziksza, najodwazniejsza i najbardziej zwariowana z wszystkich moich kotow. tez nie bede opisywac jej wyczynow, z powodow jak wyzej. Chianti byla pania na wlosciach, dawala sie glaskac, kiedy jej odpowiadalo i gryzla mnie i drapala, kiedy nie. potrafila byc najmilszym misiaczkiem i absolutna wsciekla bestia.

      Burbon, Brandy, Bimber, Balthazar i Bursztyn byly dziecmi Chianti i moim drugim miotem. najtrudniej rozstac bylo sie z Balthazarem, z ktorym dlugo jeszcze istnial telefoniczno – fotograficzny kontakt.
      • chris-joe Re: moje koty 05.12.20, 23:34
        Bardzo mnie sie ta opowiesc spodobala, Xur. Choc, oczywiscie, mam zastrzezenia do twojej teorii o wiezieniu kota w mieszkaniu. Ale koty za ploty.

        Moje wczesne dziecinstwo tez bylo kocie. Byly to koty bezimienne, pol-dzikie, dachowce. Przychodzily, my je dokarmialismy, mialy swoje kąty u nas, jesli chcialy z nich korzystac. Niekiedy chcialy i korzystaly, czesto jednak nie. Znikaly na dluzsze okresy, po czym wracaly pokiereszowane, pokrwawione, jeden(na?) z nich ze sporym ubytkiem ciala na plecach. Sie kurowaly, dokarmialy 'na zapiecku', dostarczaly nam bachorom kocią przyjazn i zabawe w czasie swej kuracji, po czym znow znikaly. Zwykle na zawsze.
        Kiedys, juz w mych latach adolescentych, w zakatku strychu znalazlem stare, zasuszone kocie zwloki, tuz obok ujscia szybu wentylacyjnego z kuchni. Do dzis sobie wyobrazam, ze to byl ten z oskubanym cialem, ktory najpewniej po kolejnej walce na dachach, tym razem smiertelnej, zdolal sie jeszcze przywlec na strych, ulozyc kolo szybu (bo cieplo, i nasze glosy bylo slychac, i pachnialo jedzeniem), po to by juz sie nie wykurowac.

        Przez reszte moich rembertowskich lat mielismy juz psy. Wszystko przybledy uliczne, badz, jak Aza, porzucona na starosc na ulicy, gdy wprowadzono oplaty za psy. Aza byla naszym najukochanszym psem, mnostwo nas, wlasciwie mnie, wowczas chyba 10-latka, kosztowalo pracy, by ja oswoic. Zostala porzucona wlasnie ze wzgledu na te oplaty, miala -co bylo oczywiste- zlamane serce. Byla strachliwa, wyploszona, nieufna. Spala na ulicy na stercie lisci (musial byc listopad), tam jej wynosilem jedzenie. Gdy wreszcie nam jednak zaufala i dala sie adoptowac, do konca zycia byla psem najbardziej kochajacym i oddanym. Umarla biegnac radosnie witac listonosza. Po prostu nagle padla martwa. Najpewniej na serce. Miedzy kotami wczesnego dziecinstwa a moim wyjazdem z Polski mielismy 4 psy. Ale mialo byc o kotach.

        Maxx sie trafil przypadkiem. Kumpel w Vancouver mial wrednego syjamczyka dla ktorego postanowil sprawic bezmyslnie towarzysza. Kupil wiec kociaka w sklepie. Oczywiscie, syjamczyk z luboscia zaczal kociaka torturowac. Chcac nie chcac wiec, kociak znalazl sie u mnie. To byla sprawa kociego zycia i smierci. Wlasciwie Maxxa adoptowal moj owczesny wspołlokator (i do dzis przyjaciel), Kenneth, ale szybko sie okazalo, ze Maxx obral sobie mnie jako swojego czlowieczego wybranka. Maxx doznal swiata ulicznego tylko raz, gdy pacholeciem bedac wypadl z okna na drugim pietrze vancouverskiego West End'u. Odnalazlem go przerazonym, wlazl mi natychmiast w ramiony i do konca zycia ogladal swiat zewnetrzny z okna badz balkonu, zaciekawiony ale i strachliwy. Oczywiscie, doznal jeszcze traumatyczna niemal 5-godzinna podroz samolotem w klatce w bagazowym luku z Vancouver do Montrealu, sniety jednak, pod wplywem srodkow uspokajajacych zapisanych w tym celu przez weterynarza. Gdy go odbieralem w montrealskim cargo terminalu, juz sie rozbudzajecego, wital moj glos i obecnosc glosnym miauczeniem czy to radosci, czy tez rozpaczy. W moich nowych montrealskich pieleszach przez tydzien kryl sie biedak pod lozkiem, na noc tylko do lozka mi wlazil, a gdy szedlem do pracy, znow sie pod lozko chowal. Po tygodniu jednak wrocil do swej normalnej formy i kolejne przeprowadzki traktowal juz jako ciekawe przygody. Swiata zewnetrznego sie jednak zawsze lekal. Lubil balkon i okno. Nic wiecej. Do ludzi, poza mna i Brazem, tez podchodzil bardzo "sceptycznie". Zeszlego maja minelo 10 lat od jego smierci.

        W listopadzie zas minelo 10 lat odkad trafila nam sie Nina. Tez z glupia frant.
        Z Brazem bardzo zle przechodzilismy zalobe po Maxxie. Na tyle zle, ze wreszcie nasz przyjaciel Dany (tak, przez jedno N) po prostu wtargnal nam ze swoja corka do mieszkania z pudelkiem pelnym kota i oznajmil: "Albo wy, albo SPCA (czyli przytulek dla zwierzat)". Jakas ich przyjaciolka sie okocila, wszystkie kocieta znalazly dom, z tym jednym wyjatkiem. Pudelko zostawili i sobie poszli, nim mielismy szanse cos powiedziec. :) Stanelismy wiec wlasciwie przed faktem dokonanym. I solidarnie zaraz w tym przedpokoju, gdy Dany z corka sobie poszli, a z pudelka wylazlo kocię, stwierdzilismy, ze na kocią milosc gotowi co prawda nie jestesmy, jestesmy jednak w stanie dac niechcianemu kotu calkiem godziwe warunki zycia. Na tym stanelo i trwa to do dzis.

        Zeszlego lipca Nina skonczyla 10 lat. Mysle, ze jej zycie z nami jest na tyle dobre, na ile takim moze byc. Jest, jak Maxx, typowym indoor kotem (nie indorem!). Swiat zewnetrzny jest dla niej zagadkowy, fascynujacy, ale i przerazliwy. Jej wycieczki na balkon to balet podchodow. Upomina sie o otwarcie balkonowych drzwi, po czym sie wycofuje pod krzeslo, niucha powietrze, powoli i z wahaniem zbliza sie do drzwi, wystawia glowe, i dopiero po chwili decyduje sie wyjsc na zewnatrz. Przy kazdym nieoczekiwanym chalasie natychmiast wraca do srodka.

        Nie wiem, czy jest to idealne zycie dla kota. Niemniej, jest to zycie calkiem dobre dla kota miejskiego, wyhodowanego przez wielopokoleniowe krzyzowki czlowieka. Nie, z pewnoscia nie jest to savannah, pampas, czy dzungla, czy nawet montrealska ulica, gdzie Maxx i Nina byliby na samym dnie food chain

        Troche glupio wyszlo, bo wyglada na to, ze moj koci wpis dal sie wykrzywic przez jedną uwage Xurka. Powinienem byl tego uniknac... :)
        • stokrotna Super gawęda : ) Dzięx C.J. 06.12.20, 14:35
          chris-joe napisał:


          > Troche glupio wyszlo, bo wyglada na to, ze moj koci wpis dal sie wykrzywic prze
          > z jedną uwage Xurka. Powinienem byl tego uniknac... :)

          A bo to, trudno uniknać :) Człek się zawsze zastanawia nad takimi sprawami. Jak ja z tymi (pardąsik) jajkami Ś.P. Tofika :( Ktoś robi wpis natury ogólnej, albo wyskoczy jak Filip z konopii (jak owa baba) - no i masz, ból tyłka i serducha.


    • jutka1 Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 05.12.20, 23:16
      Dopisuję się jedynie po to, żeby napisać, że nie będę pisać w tym wątku, bo śmierć Daisy mnie ciągle brącha, i odżałować nie mogę. Jedna z traum, które dźwigam, ale nie chcę rozstrząsać.
      • chris-joe Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 05.12.20, 23:58
        My dzwigamy Maxxa nieustannie, pojecia nie masz jak czesto, gdy wreszcie zbierzemy sie na odwage go powspominac, rozklejamy sie calkiem.
        Ale i z wiekiem wracaja traumy moich innych, dawniejszych zwierzat. Zywe na tyle, ze burzą mi dzien. Uciekam przed tym wszelkimi psycho fortelami, czesto na prozno. Kot, pies, a rany zywe i cholernie bolesne. Niekiedy tez wielkie poczucie winy, chocby siegajace dziecięctwa, chocby nie moja wina wcale.

        Maxx umarl majac 14 lat. Nina ma 10. I ja juz zaczynam liczyc, juz zaczynam sie przygotowywac... I natychmiast lece do Niny sie pomiziac. :)
      • stokrotna Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 06.12.20, 00:21
        Ależ oczywiście, rozumiem że można chcieć nie pisać na tym wątku. Dlatego napisałam, "komu przyjdzie ochota". Sama straciłam ukochane zwierzę, wiem i rozumiem ból straty. Wiem też, jaką przykrość potrafą sprawić czyjeś ni z gruchy ni z pietruchy komty. Raz, pod wspominkowym zdjęciem Tofika, jakieś babo mi walnęło - czemu to pies jest niewykastrowany. Odpisałam tylko, że ów pies już dawno nie żyje :( Było to przykre ponad marę.

        Natomiast, jeśli ktoś ma chęć, tak jak Xur, trochę temat przybliżyć, to jest miło z jej strony. Bardzo fajnie się czytało Twoją kocią sagę.
        • minniemouse Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 06.12.20, 01:33
          kotka

          przywitała mnie uśmiechem z ogona
          widać było ze jest ze spotkania bardzo zadowolona
          nie była pewna czy jeszcze jest śliczna
          bo stalą się taka bezdomna, pospolita, uliczna
          pachniała zielskiem, myszami i kocim futerkiem
          cieplutka, mruczała, radość pod moim sercem
          jej łapki ciasto wyrabiały na mych kolanach
          pod ręce miękki łebek nadstawiał do głaskania
          to była miłość, miłość od pierwszego wejrzenia
          incepcyjna, instynktowna, od świata istnienia
          taki sycylijsko-koci fatum-piorun
          fatumowo zawędrował ja do mojego domu
          byłam jej a ona moja
          przeznaczenie
          marzenie
          eden w ogrodzie
          eden w domu
          eden ja
          I nagle nie ma jej, a ja
          zostałam unicestwiona
          • minniemouse Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 06.12.20, 01:36
            aaaaa!!!
            NADSTAWIAŁA!!!

            - mialo byc 😣
          • stokrotna Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 06.12.20, 11:45
            Bardzo "moving"/"touching" "poignant", - a na to jedno tylko polskie słowo "wzruszające". Dzięki za wiersz Min.

            Mam tutaj wiersz o sytuacji odwrotnej:

            Kot w pustym mieszkaniu

            Umrzeć – tego nie robi się kotu.
            Bo co ma począć kot
            w pustym mieszkaniu.
            Wdrapywać się na ściany.
            Ocierać między meblami.
            Nic niby tu nie zmienione,
            a jednak pozamieniane.
            Niby nie przesunięte,
            a jednak porozsuwane.
            I wieczorami lampa już nie świeci.

            Słychać kroki na schodach,
            ale to nie te.
            Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
            także nie ta, co kładła.

            Coś tu się nie zaczyna
            w swojej zwykłej porze.
            Coś się tu nie odbywa
            jak powinno.
            Ktoś tutaj był i był,
            a potem nagle zniknął
            i uporczywie go nie ma.

            Do wszystkich szaf się zajrzało.
            Przez półki przebiegło.
            Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
            Nawet złamało zakaz
            i rozrzuciło papiery.
            Co więcej jest do zrobienia.
            Spać i czekać.
            Niech no on tylko wróci,
            niech no się pokaże.
            Już on się dowie,
            że tak z kotem nie można.
            Będzie się szło w jego stronę
            jakby się wcale nie chciało,
            pomalutku,
            na bardzo obrażonych łapach.
            I żadnych skoków pisków na początek.
            (Wisława Szymborska z tomu Koniec i początek, 1993)


            Ten kawałek, że ktoś tutaj był i był a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma, mnie kompletnie "rozmaśla" wewnętrznie.
    • akawill Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 07.12.20, 18:10
      Nasza Kicia ma 5 lat. W dokumentach ma na imię Sparkles, ale nie używam, jest Kicia i już.
      Nie znosi być brana na ręce. Ale pieszczoch jest duży - wskakuje na kolana albo wykłada się na dywanie i trzeba głaskać - dłuuuugo. Niemożliwe aby przytyła, sama dozuje sobie jedzenie. No chyba żeby jej dawać częściej tzw. "mokre" z puszki (dostaje dwa razy w tygodniu, tak to cały czas ma "suche"). Puszka jest oznajmiana słowem "dinner" na które Kicia przybiega truchtem miaucząc. Zawsze mamy ubaw. Nie lubi żadnych ryb, a i puszka ma być Fancy Feast i tylko Classic. Umie liczyć do dwóch tzn. jak otworzą się drzwi, ale nie zamkną to trzeba sprawdzić. No chyba że słychać inny głos to wtedy pod/za łóżko. Uwielbia nasz sunroom z widokiem na wiewiórki, chipmunki i ptaki. Pozwalamy wychodzić na zewnątrz pod ścisłą kontrolą i tylko na krótko. Jastrzębie w dzień potrafią porwać królika albo wiewiórkę, wiemy że w nocy bywają coyoty; poza tym dla Kici takie wyjście to stres. Kicia poluje w domu w nocy na małe części garderoby, najczęściej akawilątka, bo inni mają pochowane.
      • stokrotna Re: Koty na forum :) mini-wątek kociarski 07.12.20, 18:31
        Fajna kociczka. Dzięki za wpis.

        Tak, kot domowy na zewnątrz to jak dzieciak we mgle :( Nie wypowiadam się w temacie, bo się nie znam. Miałam jednego kota w życiu i to jako dzieciak. Czarnuszek Cezar sypiał na naszym seterze angielskim. Właził mały czarny i spał na dużym białym w czarne kropki. Obaj zaś - na fotelu w dużym pokoju - wtedy w Polsce, rzecz nie do pomyślenia :)

        Obecnie jest miejska moda spacerowania swoich pupili na smyczy, n.p. w parku. O dziwo, koty to lubią. Natomiast ja się jakoś nieszczególnie czułam jak zobaczyłam na deptaku latem w Warszawie kobietę na smyczy prowadzącą chodnikiem świnię. Świna, niby mała, czarna, i ogólnie sympatyczna. Ale jakoś tak...bo ja wiem? Może się zbyt konserwowa robię ;)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka